PTAKI W ŻÓŁTYCH RAMACH

Przy okazji pisania o moich młodzieńczych fascynacjach  i studiowaniu periodyków geograficznych raz jeszcze sprawdziłem jaka jest potęga Internetu. Znalazłem stronę, na której umieszczono prawie wszystkie okładki „National Geographic”, a potem – skoro blog jest dziennikiem ornitologa – łatwe było wyodrębnienie najlepszych przedstawień ptaków, pogrupowanie ich i połączenie w poczwórne obrazki i wstawienie tutaj.

1

2

3

4

BIBLIOTEKA (6)

National-Geographic-Magazine-1977-03-March

Jakież to były przeżycia, gdy interesując się żarliwie geografią, wertowałem w tę i z powrotem numery dwóch miesięczników – „Poznaj Świat” i „Kontynentów”. Co miesiąc czekałem w napięciu na pojawienie się nowych woluminów, wypytywałem panie w kioskach, czy już je dostarczono, a gdy to miało miejsce, natychmiast je kupowałem i pędziłem do domu, by przeczytać od deski do deski. Szybko uzbierało się w moim pokoju bardzo dużo tych periodyków i często wracałem do starych numerów, czytałem artykuły i przyglądałem się mapom. Jakaż była moja radość, gdy mój nieco starszy kolega zaczął pracować w składzie makulatury i dostarczać mi egzemplarze archiwalne. Pewnego dnia zawołał mnie na klatkę schodową, gdzie zwykle handlowaliśmy znaczkami i innymi numizmatami i pokazał mi prawdziwy skarb, chyba ze sto starych numerów pisma „Poznaj świat” i kilkanaście „Kontynentów”. Niektóre były trochę sfatygowane, ale większość wyglądała jakby dopiero została wydrukowana. Widocznie ktoś właściwie je przechowywał, w jakieś szczelnej szafie i nie spłowiały, nie zżółkły, aż w końcu trafiły do składu makulatury, gdzie miały być przemielone i wysłane do papierni. Tadziu, bo tak miał na imię mój kolega, zaproponował mi oddanie tego znaleziska za mój album znaczków pocztowych z różnych krajów. Bardzo to było bolesne, ale od jakiegoś czasu zbierałem przede wszystkim znaczki z Afryki, które gromadziłem w dwóch innych klaserach, więc z ciężkim sercem oddałem walory, które towarzyszyły mi od lat i zostałem właścicielem ogromnego zbioru pism geograficznych. Odtąd były już stałym elementem wystroju mojego malutkiego pokoju (charakterystycznej dla budownictwa peerelowskiego wnęki), który dodatkowo dzieliłem z moim bratem. Jakoś jednak wychowaliśmy się razem w tej klitce i wywodząc się ze zwykłej, standardowej rodziny umieliśmy wytworzyć w sobie ogromne pasje – u mnie związaną z literaturą, geografią i przyrodą, a u brata z fotografią, ornitologią i szybownictwem.

1

Myślałem poważnie o studiowaniu geografii i jeśli chodzi o ten przedmiot, byłem najlepszym uczniem w klasie. Miało to swoje dobre strony, ale też generowało zagrożenia, bo zawalałem inne lekcje, czekając z utęsknieniem na moje ulubione godziny. W „Poznaj świecie” było sporo artykułów opisujących dalekie wyprawy, zagubione gdzieś zakątki ziemi, gdzie docierali reporterzy i podróżnicy. Dzięki tym lekturom dobrze poznałem oblicza świata, od amazońskiej i afrykańskiej dżungli, poprzez lodowate pustki półkuli południowej, syberyjskiej tajgi i tundry – czytywałem o pustyniach Australii, Atakamie i Saharze, wznosiłem się ku najwyższym szczytom Himalajów i Andów, albo podejmowałem wyprawy na McKinley, Górę Kościuszki lub znacznie niższe, ale jakże ciekawe szczyty alpejskie. „Kontynenty” były większym pismem, wydawanym na lepszym papierze i miały także interesujący, lekko kulturowy profil. Pojawiały się w nim artykuły o rzeźbach i maskach, o dziwnych totemach i pięknej biżuterii, a przy tym nie brakowało też opisów ekstremalnych krain, zdumiewających narodów, elementów dalekiej rzeczywistości, pełnej zagrożeń, ale będącej też wspaniałym wyzwaniem. Oczyma wyobraźni widziałem siebie w tamtych przestrzeniach i w czasach szkolnych zadawalałem się uczestnictwem czytelniczym. Gdy dzisiaj przyglądam się w Internecie okładkom starych numerów tych pism, przypominają mi się one wizualnie, ale też wraca aura tamtego zauroczenia, pasji, która potem powtórzyła się, gdy zacząłem wchodzić do świata literatury i sztuki. Nie wiem co stało się z tymi periodykami, ale jeszcze dość długo po moim wyjściu z domu leżały w piwnicy i chyba po jakimś czasie mój ojciec wyrzucił je do śmietnika albo oddał do składnicy makulatury. Teraz czasami kupuję nowe numery i staram się porównywać je z tymi, które kiedyś wertowałem, a choć wydawane są na znakomitym, kredowym papierze, lepsza jest jakość fotografii i opracowania typograficznego, to z łezką w oku wracam do wcześniejszych doświadczeń lekturowych. Niby niczego nie mogę zarzuć współczesnym odmianom tych pism, niby kontynuują one wypracowane kształty, ale czegoś mi w nich brakuje. No i wiem czego – tamtej pasji, tamtego zauroczenia, krótko mówiąc młodości i chęci zdobywania świata, może nieco naiwnego przekonania, że stoi on przed nami otworem i starczy tylko wejść w jakąś koleinę, by doprowadziła nas ona ku bezdrożom okolic Uluru Rock, Wodospadów Wiktorii albo ciągu uliczek Hongkongu, Szanghaju, Marakeszu.

169507121_1_1000x700_kontynenty-miesiecznik-czasopismo-lodz

Gdy byłem już studentem polonistyki nie rezygnowałem z moich pasji geograficznych, odbywając pierwsze podróże zagraniczne, a nade wszystko studiując po angielsku periodyk, który był moją wielką tęsknotą, choć dość długo był niedostępny. Dopiero, gdy zauważyłem, że „National Geographic” pojawia się w bydgoskim antykwariacie naukowym, zacząłem go kupować za dość duże pieniądze. To były prawdziwe uczty geograficzne, a wertowanie stron i czytanie artykułów miało w sobie coś z wchodzenia do zakazanej rzeczywistości kultury zachodniej. Wspaniały, kredowy papier i najlepsze na świecie fotografie, a przy tym świadomość, że ma się w ręku coś, co przez długie lata znane mi było tylko z opowieści i prezentacji telewizyjnych. Szybko zaczęły rosnąć u mnie sterty pism, w charakterystycznej żółtej ramce i wracałem do nich w każdej wolnej chwili, stale znajdując coś nowego, wciąż docierając do informacji, które mnie zdumiewały. Wielką wartością były tutaj bogato ilustrowane, specjalne bloki tematyczne i do dzisiaj pamiętam lekturę numerów poświęconą gorylom z masywu wulkanicznego Wirunga, na pograniczu Konga, Ugandy i Rwandy, wielkim postaciom historycznym, takim jak Czyngis-chan, Tutenchamon czy Timur, piramidom w Gizie, miastu Inków w Peru albo Wielkiemu Murowi Chińskiemu. Oprócz wartości poznawczych, szlifowałem także język angielski, planowałem nowe wyprawy, a podziwiając zdjęcia Niagary, gór Kurdystanu, wielkiej rzeki Jangcy i Huang Ho, stając wirtualnie na brzegu Morza Północnego, wędrując ulicami Barcelony, Fryburga, Gandawy, Nankinu, Nowego Jorku, nie mogłem nawet przypuszczać, że kiedyś wejdę w tę rzeczywistość. Zawsze wierzyłem w siłę marzeń i moje wielkie monografie, poświęcone poetom romantycznym, powstały dzięki takiemu zachwytowi i dążeniu do zrealizowania ambitnych planów. „National Geographic”, tak jak „Poznaj Świat”, „Kontynenty”, a także „Poznaj Swój Kraj”, odegrały wielką rolę w kształtowaniu się mojej świadomości i wywarły znaczący wpływ na osobowość. Teraz wciąż jeszcze mam na półce sporo starych numerów pisma Narodowego Towarzystwa Geograficznego i czasami przed snem, przed ostatecznym zamknięciem dnia, biorę je do ręki, wertuję i poczytuję. Dzięki tym periodykom uwierzyłem, że życie może być wielką przygodą, a chociaż jesteśmy śmiertelnymi bytami, stale podlegającymi prawom licznych zagrożeń, czających się chorób i ludzkich bestii, to możemy osiągać cele, które zdawać by się mogło są niedosiężne, dalekie i nierealne. A jednak…

featured-animals

WINNETOU

11240572

Wczoraj zmarł we Francji na zapalenie płuc Pierre Brice, aktor który wcielił się w rolę Winnetou – słynnego bohatera powieści Karola Maya. Tak przemija nasze życie, tak odchodzą w niebyt jego elementy… Ileż to razy siedziałem w kinie i przeżywałem przygody dzielnego wodza Apaczów Mescalero, przyjaźniącego się z Old Shatterhandem, walczącego przede wszystkim z białymi osadnikami, ale też z wojownikami z plemion Komanczów, Kiowów i Siuksów. Szlachetny Indianin stawał się wzorcem osobowym dla mojego pokolenia, a jego walka była dla nas przykładem męstwa i nieustępliwości. Tak się złożyło, że najpierw oglądałem filmy z Brice’m, a dopiero potem czytałem książki Maya, stąd w mojej wyobraźni postać Winnetou zawsze miała rysy francuskiego aktora. „Płonąca woda”, bo tak należy tłumaczyć zmistyfikowane imię tego bohatera, zawsze stawał w obronie słabszych i potrafił odwzajemniać przyjaźń, czy to białych, czy czerwonoskórych. Niedaleko mojego bloku w Bydgoszczy były dwa kina w środku ogródków działkowych – „Mimoza” i „Słońce” – i do nich to często wędrowałem na seanse filmowe. Większość obrazów o Winnetou powstała w latach sześćdziesiątych, gdy dopiero dorastałem, ale była powtarzana także w latach siedemdziesiątych i na ten drugi rzut się załapywałem. Zazdrościłem wodzowi pięknej Apanaczi, śledziłem z zapartym tchem jego przygody w Dolinie śmierci, starcie z królem nafty i innymi złoczyńcami, ale do dzisiaj najbardziej lubię trzy części główne, noszące taki sam tytuł jak imię bohatera (I. Złoto Apaczów, II. Ostatni renegaci, III. Ostatnia walka). Jakże indiańska uroda Pierre’a Brice’a i jego dobre aktorstwo powodowały, że nawet najbardziej nieprawdopodobne zdarzenia miały walor prawdy. Każda wyprawa do kin wiązała się z opuszczeniem mojej dzielnicy i wkroczeniem na terytorium wrogów, często czekających tylko na taki moment. Toczyliśmy przecież – jak Winnetou z Komanczami – regularne bitwy na kamienie ze Szwederowiakami czy chłopakami z Miedzynia i nie mogliśmy spokojnie wędrować ich ścieżkami. Po obejrzeniu jednego z filmów rozgorzała w ogródkach działkowych regularna bitwa i szybko musieli interweniować zawezwani ormowcy, tudzież patrol milicyjny. Może w momencie śmierci aktora nie wypada przywoływać zabawnych momentów, ale mam przede wszystkim w pamięci jego promienną twarz i noszę w sercu głęboki podziw dla niego, myślę zatem, że nie obraziłby się na takie obniżenie tonu. Oto moja niewielka powiastka, którą napisałem kiedyś w ciągu kilku innych tego rodzaju lżejszych tekstów. W jakiś sposób obrazuje ona nasz zachwyt dla wodza Apaczów, a przy tym pokazuje jacy bywaliśmy głupkowaci…

WINNETOU

   Dzisiaj opowiem wam historię o Grzechu, który chciał być wodzem Apaczów i z dnia na dzień, przeistoczył się z paralityka i popychadła blokowego, w znamienitego Indianina. Było to w czasach, gdy w polskich kinach triumfy święciły filmy enerdowsko-jugosłowiańskie z serii Winnetou. Chodziliśmy na nie całymi grupami do kin w ogródkach działkowych, takich jak „Mimoza”, „Słońce” lub „Bałtyk”, a czasem jeździliśmy nawet do odległej dzielnicy, w której kino „Robotnik” mieściło się w dawnej synagodze. Iluż to chłopaków chciało wtedy dorównać nieustraszonemu wodzowi, ilu chciało być jak Old Shatterhand, a ile dziewcząt nosiło warkoczyki z koralikami, jak Apanaczi, ukochana Winnetou. Mieliśmy wtedy w domach plakaty przedstawiające Pierra Brice’a jako wodza, a wielu miało też niewielkie lusterka lub breloczki z jego podobizną. Mało kto czytał wtedy Karola Maya, ale wykreowana przez niego postać, za sprawą serii filmowej, była równie znana jak Zorro, Ivanhoe czy bracia Cartwright z Bonanzy. Opowiadaliśmy sobie poszczególne odcinki tego długiego serialu, ekscytowaliśmy się możliwościami tytułowego bohatera i jego kobiety. Co jakiś czas ogromniała fama kolejnego filmu, a to „Złota Apaczów” i „Ostatnich renegatów„, potem „Winnetou w Dolinie Sępów” i „Winnetou i król nafty„, z kolei „Winnetou i Apanaczi„, a dalej ciąg zazębiających się epizodów: „Winnetou i Old Surehand„, „Winnetou i Old Firehand„, „Winnetou i Old Shatterhand„, by wreszcie zamknąć wszystko filmem „Winnetou w Dolinie śmierci„.

   Grzechu był bardzo wysokim chłopakiem, z orlim nosem i malutkimi, rozbieganymi oczami. Zwykle wyprowadzał swojego foksteriera i odbywał z mamusią długie spacery. Szedł wtedy wyprostowany, jakby połknął kij, a rękę ze smyczą trzymał sztywno, prosto, bez ruchu. Foksterier maszerował jakoś dziwnie stępa, podnosząc nogi i także patrząc w jeden punkt przed siebie. Tylko gdy pies zaczynał wydalać, Grzechu i jego mamusia przystawali i zamieniali ze sobą parę słów. Kiedyś ich podsłuchałem i brzmiało to mniej więcej tak:

            – No, no, mówiłem ci mama, ze zaraz zrobi…

            – Myślałam, że teraz jeszcze nie…

            – A ja mówiłem ci, mama…

            – No, miałeś rację Grzesiu… robi, robi…

            – Ja ci, mama, mówiłem…

            – No, no…

Gdy foksterier załatwił swoja potrzebę, nieruchomieli i ruszali dalej, chodnikami po osiedlu. Grzechu chodził z matką dla ochrony, bo często bywał obiektem różnych dowcipów. Raz poszczuliśmy jego foksteriera wielkim owczarkiem niemieckim Garsiji i gdyby nie jakiś starszy facet, to doszłoby do masakry. Innym razem rzuciliśmy z dachu garażu na Grzecha i jego foksiego trzy koty. Nie wspomnę tu o polewaniu wodą i szczynami, o najeżdżaniu rowerami, a wreszcie i ucięciu smyczy i schowaniu foksteriera w pustej skrzynce rozdzielczej.

   No, ale nadeszły czasy filmów o Winnetou i nasz kolega zaczął się przeistaczać w Indianina. Jego orli nos i sępiaste spojrzenie powodowały, że rzeczywiście trochę przypominał mężnego wojownika z prerii Dzikiego Zachodu. Jego matka pracowała w jakiejś spółdzielni, która produkowała maskotki z kawałków króliczej skórki i przynosiła do domu pełne siatki futrzanych skrawków. Robili z tego rodzinnie poduszki, czapki, jakieś kołnierze do płaszczy, ale w czasach fascynacji wielkim wodzem pojawiło się inne zastosowanie. Grzechu zaczął tworzyć sobie strój Indianina, a więc najpierw przyozdobił swój czerwony pulowerek kawałkami króliczych ogonków, potem oderwał rękawy, by było widać jego muskularne (wtedy jeszcze kościste) ramiona. Wyglądało to, jakby wisiało na nim wiele pozabijanych, małych zwierzątek. Potem nadeszły dalsze innowacje, z których najwięcej pracy wymagało obciągnięcia pasa króliczym futrem, a potem dopasowanie go do pochwy zwykłej finki harcerskiej. Z kolei ponaszywał kawałki skóry zająca na spodnie, przyczepił ogonki do tenisówek, ulizał sobie włosy na mokro i tak przysposobiony do walki lub trudów wędrówki, wyszedł na podwórko.

   Już dawno nikt nie sprawił nam takiej radości, bo gdy go zobaczyliśmy, ryknęliśmy takim gromkim śmiechem, że w pierwszej chwili zawahał się i chciał biegiem wracać do domu. Mężnie przemógł jednak strach, zatrzymał się na skraju chodnika i wściekłym, pełnym indiańskiej nienawiści wzrokiem patrzył na nas zaczepnie.

             – Patrzcie chłopaki Grzesiu zmienił się w skunksa… – krzyknął pierwszy Bajkoś i śmiał się, trzymając się za brzuch.

            – Co ty gadasz, to nie skunks, to zając wpuszczony do schroniska dla kulawych foksterierów… – zawołał Laluś.

           – No, co wy, chłopaki, przecież to jest sam Winnetou… – krzyknął Marek Jajcarz i wywołał tym największą eksplozję śmiechu.

Grzegorz spojrzał żywiej na Jajcarza, odwrócił się majestatycznie i krokiem wojownika powędrował do domu. Długo jeszcze śmialiśmy się i opowiadaliśmy sobie najbardziej nieprawdopodobne historie, ale niebawem stało się coś dziwnego. Oto różni chłopacy zaczęli wymieniać znaczki, widokówki, jakieś breloczki, jakieś piękne kamyki i lusterka na skórki zajęcze. W ten sposób Grzechu jakby został zaakceptowany i stał się członkiem naszego podwórkowego plemienia. Coraz więcej pojawiało się noży i pasów obciągniętych futerkiem, coraz częściej skórki zdobiły chlebaki i torby szkolne. Obok naszego wodza stanął dumnie Old Shatterhand, którym został Piotrek, przezywany wcześniej Kurdupel.

   Grzesiek kupił sobie toporek harcerski, przyozdobił go króliczym futerkiem i zaczął chodzić z Old Shatterhandem, dawnym Kurduplem, do pobliskiego lasu. Wprawiali się tam w rzucaniu do drzew sosnowych finką i toporkiem. Początkowo szło im słabo, ale po jakimś czasie tak się wyćwiczyli, że trafiali w ogromne pnie. Odbywali wielkie wyprawy po dużych połaciach leśnych, tropili „białych”, zaczajali się przy strumieniach na zbliżających się wrogów. Kiedyś, także czując w sobie zew indiańskiej krwi, poszedłem ich tropem i podglądałem, co robią. Zaraz na początku lasu były tory kolejowe, a za nimi ciągnęły się polany i młodniki, z których gdzieniegdzie wyrastały majestatyczne, wysokie na dwadzieścia metrów sosny. Szedłem za Winnetou i Old Shatterhandem i widziałem jak sprawnie przeskakują doły, jak czołgają się po mchu i jak w indiańskim języku wydają sobie komendy. Brzmiało to mniej więcej tak:

            – Jahaaaa, mułaaa, mułaaa, duuu paaaa mułaaa – wydawał rozkaz Winnetou i wskazywał toporkiem miejsce, gdzie ma się przemieścić towarzysz.

Ten przeskakiwał wprawnie jakiś dół i zaczajał się za drzewem, a potem nagle wydawał z siebie okrzyk:

            – Japaa, japaa, japaa, kuru kuru, kuru kuru, mułaaa duu paaa…

   Na taki okrzyk Winntou doskakiwał do Old Shatterhanda i razem przyglądali się przestrzeniom przed nimi. Ja podążałem powoli za nimi, niczym złowieszczy zwiadowca białych, który wykorzystuje to, że wiatr wieje w przeciwnym kierunku. W pewnym momencie miałem nawet chęć doskoczyć do kolegów i wystraszyć ich jakimś groźnym okrzykiem, ale nieoczekiwanie sprawy potoczyły się inaczej. Z jednego z zagajników wyszedł sobie spokojnie jakiś staruszek, który mógł mieć już siedemdziesiąt lat. Zapewne wracał ze spaceru po lesie, czuł się odprężony, czasem zrywał jakiegoś kwiatka, czasem przyciągał gałązkę świerku i wąchał ją z wyrazem zachwytu na twarzy. Taki wróg, tak wyrazista blada twarz nie mogła umknąć uwagi Winnetou. Wciągnął demonstracyjnie dwa razy powietrze do płuc i wskazał dziadka, zbliżającego się powoli do ich kryjówki. Jednocześnie zakrzyknął:

            – Jahaaaa, mułaaa, mułaaa, duuu paaaa mułaaa…

Wyciągnął dłoń z toporkiem w kierunku „wroga” i zmarszczył brwi. Mężczyzna przystanął na moment, bo mu się wydało, że coś słyszy, ale zaraz ruszył spokojnie dalej. Zbliżała się chwila ostatecznej rozprawy. Winnetou wyciągnął czerwoną pomadkę, którą zwinął mamie z łazienki, pomalował sobie kilka kresek na policzkach i czole, a potem oddał ją demonstracyjnie koledze. Ten też nałożył sobie barwy wojenne i z wielką powagą oddał atrybut walki wodzowi. Dziadek szedł i zrywał kwiatki, czasem też przystawał, patrzył na niebo i uśmiechał się promiennie do całej natury. Gdy zbliżył się do wielkiej sosny, wydarzenia rozegrały się z błyskawiczną szybkością. Winnetou wyskoczył z dołu i zawołał donośnie:

            – Japaa, kuru kuru, kuru kuru, mułaaa duu paaa…

Jednocześnie zamachnął się i z rozmachem rzucił topór w kierunku oszołomionego mężczyzny. Broń poleciała ze świstem i wbiła się pięknie w korę sosny, jakieś pół metra od głowy „wroga”. Na to tylko czekał Old Shatterhand, który także wybiegł z ukrycia i krzycząc równie przeraźliwie, rzucił harcerską finką, która jednak, ze słabą mocą, trafiła rękojeścią w pień i odbiła się od niego. Dziadek spojrzał na biegnących napastników, odwrócił głowę i zerknął na wbity toporek, po czym ruszył biegiem w kierunku torów kolejowych. Nikt nie mógłby przypuszczać, że ten mężczyzna, w podeszłym wieku, lekko zgarbiony i powolny, tak szybko ucieknie z pola walki. Indianin i jego towarzysz tylko na to czekali. Wydarli się razem i zaczęli biec za uciekinierem, który jak najlepszy lekkoatleta przeskoczył tory kolejowe i gubiąc sandały, pognał w kierunku osiedla. Ale w tym momencie nastąpiła nieoczekiwana zmiana akcji, z innego zagajnika wyskoczyło dwóch milicjantów i biegiem zaczęło zbliżać się do Winnetou i Old Shatterhanda. Wojownicy wskazali sobie nowych napastników, jakoś tak ciszej krzyknęli:

            – Japaa, japaa, japaa, kuru kuru, kuru kuru…

Następnie podbiegli do drzewa, Winnetou wyszarpnął toporek, Old Shatterhand zgarnął finkę i przeskakując dół, gdzie dopiero co się ukrywali, znacznie szybciej od zaatakowanego dziadka, pobiegli przez tory w kierunku osiedla. Milicjanci zwolnili i po chwili zaprzestali pościgu, a wtedy w oddali dał się jeszcze raz słyszeć wojowniczy okrzyk wodza Apaczów:

            – Japaa, japaa, japaa, kuru kuru, kuru kuru, mułaaa duu paaa…

Nie miał on jednak swojej mocy i echo ledwie go powtórzyło pośród zagajników i wyniosłych pni sosen. Winnetou i Old Shatterhand nigdy nie dowiedzieli się, że blada twarz podążała ich tropem i była świadkiem tej haniebnej porażki. Wycofałem się powoli do bardzo gęstego młodniaka, poczekałem aż przejdą milicjanci i powoli, robiąc wielkie koło pośród drzew, pomknąłem do obozowiska białych.

DAWNA KOLEKCJA (6)

1-verta

W czasach, gdy chodziłem do szkoły podstawowej i zbierałem znaczki pocztowe, w mojej kolekcji pojawiły się dwa znaczki z wysp Wallis i Futuna, umiejscowionych pomiędzy archipelagami Fidżi i Samoa. Przypomniałem sobie o nich niedawno, gdy pisałem o opowiadaniu Williama Somerseta Maughama, którego akcja rozgrywa się w Oceanii. Pośród niezwykle barwnych serii ze zwierzętami, ptakami, afrykańskimi maskami lub rakietami kosmicznymi, dwa małe walory z Wallis i Futuny nie wyróżniały się niczym szczególnym. Na obu przedstawiono muszle małży oceanicznych – na znaczku wycenionym na ćwierć franka znalazła się odmiana Charonia tritonis, a na droższym, za dwa franki, umieszczono podobiznę okrywy nieco dziwacznej, noszącej łacińską nazwę Cypraecassis Rufa. Nie wiedziałem wtedy, że są to cząstki większej serii, składającej się z siedmiu znaczków, a najdroższy z nich kosztował na poczcie pięćdziesiąt franków. Nie interesowałem się wtedy jeszcze w jakiś szczególny sposób muszlami, ale pociągała mnie owa dwuczłonowa nazwa wysp. Interesując się w szczególny sposób geografią, otworzyłem mój ogromny, ukochany atlas kartograficzny i odszukałem miejsce na północny wschód od Fidżi, wyodrębniając dwie dość spore obszary wulkanicznego lądu, spośród których jedna wyspa nazywa się Futuna, a druga Wallis. Wymieniłem je tutaj według klucza chronologicznego, a nie zgodnie z wielkością, bo pierwszą odkryli Holendrzy w 1616 roku, a drugą Brytyjczycy w 1767 roku. Nazwa większej z nich pochodzi od nazwiska Samuela Wallisa (1728–1795), podróżnika i zdobywcy zamorskich terytoriów, odkrywcy między innymi Tahiti i archipelagu Wysp Towarzystwa, a także wielu pomniejszych lądów. Choć podróżnik ten przeszedł do historii jako postać pozytywna i jego nazwisko widnieć będzie po wsze czasy na mapach Pacyfiku, to rygorystycznie wprowadzał w życie politykę imperialistyczną swego kraju, a opornych tubylców natychmiast pacyfikował przy pomocy karabinów i armat. Zachowała się barwna litografia włoskiego ilustratora Gallo Galliny (1778–1837) przedstawiająca powitanie Wallisa przez królową Thaiti, ale ciekawszy jest wcześniejszy rysunek Johna Webbera (1751–1793), ukazujący spory oddział stojący za odkrywcą, uzbrojony po zęby. Inne dzieło tego rysownika, towarzyszącego kapitanowi Jamesowi Cookowi w jego wyprawach, ukazuje jak statek Wallisa strzela z armat do krajowców, którzy otoczyli go w swoich kruchych łodziach.

Ostatni znaczek serii i muszle trytonów

Ostatni znaczek serii i muszle trytonów

Znaczek za ćwierć franka przedstawia muszlę Charonia tritonis, bardzo charakterystyczną z powodu spiralnego kształtu i ciekawego ubarwienia. Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku nie wiedziałem, ze ten niewielki walor ukazuje jedną z największych muszli świata, nazywaną też Trabą Trytona. Żyje w niej ogromny ślimak z rodziny trytonów, który poluje na rozgwiazdy Asteroidea, jeżowce Echinoidea i strzykwy Holothuroidea. To naturalny sprzymierzeniec człowieka w walce z rozgwiazdą, nazywaną Koroną cierniową (Acanthaster planci), która nadmiernie się mnoży i bezwzględnie niszczy rafy koralowe. Od dawien dawna wielkie konchy trytonów wykorzystywane były jako instrumenty muzyczne i trąby sygnałowe, szczególnie przez krajowców z wysp oceanicznych. Tacy stojący na piaszczystym brzegu mężczyźni o brunatno-oliwkowych skórach, unoszący ku górze wielkie muszle i dmący w nie, stali nie rodzajem godła i emblematu wysp południowych. Trytony to bezwzględni mordercy, chwytający swoje ofiary na płytkich wodach lub w głębinach, unieruchamiający je jadem, a potem przytrzymujący bezlitośnie i trawiący żywcem z wykorzystaniem specjalnych substancji chemicznych i wewnętrznej tarki rozdrabniającej. Ocean często wyrzuca na brzeg wielkie muszle tych mięczaków i niektóre z nich osiągają imponującą wielkość, dochodzącą nawet do pół metra. Walory które znalazły się w moim posiadaniu zostały wykonane metodą rytowniczą według projektów Pierrette Lambert, wspaniałej artystki, mającej w swoim dorobku ponad tysiąc projektów znaczków. To także, dobrze mi dzisiaj znana, z racji mojej specjalnej pasji kolekcjonerskiej, twórczyni banknotów wielu krajów świata, szczególnie dawnych kolonii francuskich. Pracowała przez wiele lat w Banque de France i między innymi zaprojektowała takie banknoty jak 50 Franków z popiersiem Racine oraz 5 Franków (Pasteur), była też autorką banknotu 200 Franków (Montesquieu) w 1981 roku. Zarówno jej projekty znaczków, jak i banknotów charakteryzuje rozbudowana kolorystyka, a także ciekawe rozplanowanie wizualne i ogromna dbałość o szczegół.

Statek "Delfin" kapitana Samuela Wallisa atakuje krajowców. Niżej przejęcie przez Brytyjczyków zwierzchnictwa nad Tahiti

Statek „Delfin” kapitana Samuela Wallisa atakuje krajowców. Niżej przejęcie przez Brytyjczyków zwierzchnictwa nad Tahiti

Na drugim znaczku z mojej kolekcji pani Lambert ukazała muszlę średniej wielkości ślimaka Cypraecassis Rufa, należącą do wielkiej grupy porcelanek hełmiastych Cassidae. Po polsku określa się te muszle jako Przyłbica byczy pysk, a ich znaczenie w Europie wzrosło w XV wieku, kiedy to zaczęto wykonywać miniaturowe rzeźby – kamee. Przedstawiano na nich przede wszystkim sceny mitologiczne, popiersia kobiet i mężczyzn i w takiej formie noszone były jako ozdoby do różnych strojów, na przykład na kolorowych wstęgach na szyję. Oba znaczki nie były jakąś szczególną ozdobą mojej kolekcji, ale przyciągały wzrok i podczas wymian zwracałem też uwagę na inne walory z wysp Wallis i Futuna. Dopiero teraz, podczas pisania o muszlach z papierowych, ząbkowanych arkusików, zapoznałem się z resztą znaczków serii, znajdując na nich kolejne konchy: Oliva erythrostoma, Cypraea tigris, Murex tenuispina, Mitra episcopalis, Harpa ventricosa, spośród nich najpiękniejsza jest chyba bardzo popularna porcelanka tygrysia i mitra biskupia, choć zdecydowanie najoryginalniejsza jest podobizna okrywy rozkolcowatej, której ostrze służy drapieżnemu ślimakowi do otwierania innych małż. Patrząc na te znaczki pocztowe i na przedstawienia pancerzy ślimaków morskich, raz jeszcze sięgnąłem myślą do chwil, gdy wiele godzin spędziłem nad moimi klaserami, wymieniałem serie i pojedyncze arkusiki z kolegami (jakoś koleżanki nie fascynowały się takim zbieractwem), a potem otwierałem atlasy geograficzne i zoologiczne i myślałem o dalekich wyprawach. W jakiś sposób te marzenia spełniły się w 2008 roku, kiedy to znalazłem się na Florydzie i chodząc brzegami Zatoki Meksykańskiej zbierałem wiele muszli. Chciałem je potem zabrać do Polski i rzeczywiście część poleciała ze mną samolotami, ale sporo musiałem wyrzucić, bo pozostałe w nich szczątki mięczaków gniły i straszliwie śmierdziały. Zapach stał się tak dokuczliwy, przenikający moją walizkę, że cały zbiór, w okrągłym blaszanym pudełku po maślanych ciastkach, postanowiłem wyrzucić na lotnisku w Tampie. Niestety puszka nie mieściła się w niewielkim, okrągłym otworze zamykanego kosza na śmieci, więc postawiłem ją na ziemi. W międzyczasie ustawiłem się w kolejce do odprawy i zagłębiłem się w myślach, wspomnieniach dopiero co przeżytych chwil. Dopiero jakaś kobieta dotknęła mi ramienia i po angielsku powiedziała, że coś się dzieje z moim pudełkiem, przy koszu na śmieci. Kucało tam dwóch pracowników ochrony i delikatnie, powoli uchylało wieczko, podejrzewając zapewne, że ktoś podrzucił tak bombę. Nie czekałem dłużej, podszedłem do nich i powiedziałem, że to moje śmieci, które postawiłem na ziemi, bo nie mieściły się w otworze pojemnika z napisem Trash. Zbieranie muszli na brzegu oceanu było fascynujące, ale trzeba by je było wygotować i wewnętrznie wytrawić specjalnymi kwasami, inaczej umiejscowione głęboko resztki zwierząt podmorskich nie pozwoliłyby ich przechowywać. Jakże ciekawe jest to wyłanianie się z mroków pamięci mojej dawnej kolekcji znaczków pocztowych, tym bardziej, że odkrywane na nowo walory, odsyłają mnie do kolejnych serii.

BIBLIOTEKA (4)

skanowanie0003-horz1

Przy okazji porządkowania biblioteki znalazłem dwa bardzo znaczące dla mnie numery miesięcznika „Poezja” z 1976 roku. Mniej więcej wtedy, na wiosnę, zaczynała się moja przygoda z liryką. Jeszcze pisywałem rymowane wierszyki, ale już szukałem jakiejś profesjonalnej pomocy, wsparcia osób zajmujących się pisaniem. Najpierw kupiłem w kiosku na osiedlu Kapuściska, gdzie miałem dziewczynę i dokąd regularnie jeździłem, numer czwarty, z podtytułem Uczestnictwo. Po powrocie do domu, w moim małym pokoiku na osiedlu Błonie, zacząłem zagłębiać się w lekturę, ale wszystko wydawało mi się trudne i dziwaczne, dalekie od tego, co do tej pory czytywałem. Po otwarciu nowej biblioteki, nieopodal mojego bloku, obok innych książek znosiłem grube tomy poezji, przede wszystkim rymowanej. Czytywałem wtedy Słowackiego, Byrona, z ogromną fascynacją przestudiowałem wybór wierszy Asnyka, Lenartowicza, Broniewskiego, Grochowiaka, sięgałem też po Dantego, i Szekspira, uczyłem się na pamięć liryków Kochanowskiego, Mickiewicza i Baczyńskiego. Numer „Poezji”, który miałem wtedy w rękach zdumiał mnie i zaciekawił, a jak się potem okazało, prawdziwie uruchomił moją prywatną „lawinę” twórczą. Wiersze Tadeusza Kijonki, Krzysztofa Gąsiorowskiego, Wiesława Kazaneckiego, Krzysztofa Boczkowskiego, Czesława Mirosława Szczepaniaka, Urszuli Małgorzaty Benki, były dla mnie jak ożywczy powiew, chociaż jeszcze buntowałem się też przeciwko nim, starałem się dalej pisać teksty rymowane. Ziarno zostało jednak zasiane, a ostatecznie zwróciłem się ku wierszowi białemu i tworzeniu metafor po lekturze, zamieszczonego w tejże „Poezji” artykułu Jorge Luisa Borgesa pt. Kenningar o poezji islandzkiej i jej niezwykłych przenośniach. Ten tekst, w którym znalazły się pogrupowane w ciągi metafory, spowodował, że usiadłem nad kartkami papieru i zacząłem tworzyć własne złożenia słowne tego rodzaju. Tak uległem fascynacji islandzkimi kenningami i nauczyłem się myśleć obrazowo – powietrze w tej poezji, to dom wiatrów; bitwa to z kolei pieśń lanc albo deszcz czerwonych tarcz; niebo kojarzyło się dawnym skandynawskim poetom z hełmem powietrza i drogą księżyca; moją ciekawość wzbudziły też określenia ptaków, którymi coraz bardziej się interesowałem – kruk to mewa nienawiści i koń czarownicy, a sęp, to krwawy łabędź lub kogut martwych. Określenia ornitologiczne, ichtiologiczne czy szerzej zoologiczne były tutaj bardzo innowacyjne i do tego stopnia mnie poruszyły, że później podobne metaforyzowanie stało się istotą moich wierszy, przynajmniej tych z pierwszego, generacyjnego okresu. Oto jeszcze kilkanaście niezwykłych przykładów: miecz to wilk ran, strzały to gęsi bitwy, ogień to wilk świątyń, topór to ukochany żywiciel wilków, a dalej: szubienica – drewniany koń, lanca – smok trupów i wąż tarczy, dłoń – krzesło sokoła, morze – ziemia łabędzia i pastwisko mewy, statek – renifer królów morza i sokół wybrzeża, krew – strumyk wilków i piwo kruków, ziemia – morze zwierząt i koń mgieł, wiatr – brat ognia i wilk olinowania.

Wielu autorów, których teksty pojawiły się w numerze 4 „Poezji” z 1976 roku, poznałem potem osobiście, a z kilkoma się nawet zaprzyjaźniłem. Samego Redaktora Naczelnego z tamtych czasów – Bohdana Drozdowskiego – poznałem w Oborach w roku bodajże 1989 i miałem okazję z nim dłużej porozmawiać. Lokował się przy niewielkim stawie z wędką i próbował coś złowić, a gdy przysiadałem się do niego opowiadał mi o swoich książkach (których kilka mi podarował), a także formułował liczne opinie o pisarzach i poetach. Z kolei Tadzia Kijonkę poznałem na Międzynarodowych Listopadach Poetyckich w Poznaniu i wiele godzin spędziliśmy razem w autokarach jeżdżących po Wielkopolsce i na spotkaniach autorskich, a po wielu latach poświęciłem mu też obszerny szkic krytycznoliteracki. Moja znajomość z Krzysztofem Gąsiorowskim falowała, bo chciał we mnie stale widzieć tego ostrego chłopaka, którym byłem pod koniec lat siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych, ja jednak szybko wziąłem rozbrat z dawnym, hipisowskim życiem, zacząłem wiele czytać, studiować i pisać, z wyróżnieniem ukończyłem polonistykę, podjąłem pracę nauczyciela języka polskiego w liceum, a potem w wyższej uczelni. Gąsiorowski stale domagał się ode mnie studium na temat jego poezji, ale jakoś nie udało mi się go napisać, za co mścił się odrzucając moje szkice o innych poetach i strasznie wybrzydzając nad tym, co publikowałem w „Życiu Literackich”, w „Miesięczniku Literackim” czy w lokalnych tygodnikach. Dzisiaj uważam, że był bardzo interesującym poetą, niedocenianym i dziwacznie opisywanym – on chyba też miał tego świadomość, bo coraz bardziej zagłębiał się w alienacje, które pogłębiły nękające go choroby. Z przedwcześnie zmarłym Wiesławem Kazaneckim spotykałem się kilkanaście razy w różnych miejscach Polski, ale jakoś bliżej się z nim nie zabliźniłem, doceniając jego ciekawą lirykę, z uwagą patrząc na niego jako na interesującego człowieka. Krzysztofa Boczkowskiego, profesora genetyki i poetę poznałem w Gdańsku, przy okazji wręczania mi Nagrody Czerwonej Róży w 1984 roku, kiedy to ni stąd, ni zowąd, zaprosił mnie na spacer nabrzeżem Motławy. Szybko zorientowałem się o co chodzi i nie dałem się „poderwać”, ale potem miałem też wiele spotkań z tym ciekawym twórcą na niwie literackiej, recenzowałem też jego tomy poetyckie. Z autorów tego numeru miewałem jeszcze okazjonalne spotkania z Andrzejem Tchórzewskim (recenzowałem dla „Nowych Książek” jego tom wierszy), Czesławem Sobkowiakiem, Urszulą Małgorzatą Benką, Józefem Andrzejem Grochowiną, Włodzimierzem Paźniewskim, Tomaszem Soldenhoffem, Czesławem Mirosławem Szczepaniakiem, Jerzym Tomaszkiewiczem, Andrzejem Warzechą (też o nim pisałem do „Nowych Książek”), Janem Kurowickim, Janem Z. Brudnickim, Sergiuszem Sterną-Wachowiakiem. W wolumenie znalazła się też polemika Stanisława Dąbrowskiego ze Stefanem Melkowskim, z którym zaprzyjaźniłem się w latach następnych.

Melkowski, według Dąbrowskiego, zaatakował wtedy Herberta i jego tom Pan Cogito (1974), co spotkało się z reprymendą tego drugiego. Nie mam pod ręką tekstu Stefana i trudno mi dzisiaj to rozstrzygać, ale po latach w kierowanym przeze mnie periodyku „Temat” opublikowałem ogromny szkic tego autora pt. Między tradycją a nowatorstwem o wczesnej twórczości poetyckiej autora Struny światła (1956). Ten szkic był w pełni profesjonalny i wykazujący wartościowe elementy dzieła poety, więc jeśli nawet wcześniejsze studium, opublikowane na łamach „Poezji” miało w sobie sporą dawkę krytyki, została ona zniesiona przez ten tekst. Po latach zostałem Prezesem Bydgosko-Toruńskiego Oddziału Związku Literatów Polskich, do którego od zawsze należał Melkowski, publikowałem wiele jego szkiców krytycznoliterackich w „Metaforze” i „Temacie”, a także przyczyniłem się do przyznania mu Medalu Jerzego Sulimy-Kamińskiego. Czytając w 1976 roku polemikę pomiędzy krytykami, nie wiedziałem, że z jednym z nich tak blisko w przyszłości się zwiążę, a nawet przeciwstawię się bardzo przeze mnie cenionemu Arturowi Hutnikiewiczowi, który próbował rugować szkic o Melkowskim z mojej książki pt. Przedsionek wieczności (1998), opisującej pisarzy Pomorza, Kujaw i Wielkopolski. Po tak uważnej lekturze numeru czwartego, pojechałem na długie wakacje na Mazury i zapewne przeoczyłem numer piąty i szósty, kupując w tym samym kiosku na Kapuściskach numer 7-8 (128-129) poświęcony w całości pokoleniu „Współczesności”. Znalazłem w nim spore studium Zbigniewa Bauera, a także cały zestaw tekstów: najpierw interwencyjny wiersz Juliana Przybosia pt. Oda do turpistów, a potem dwa teksty polemiczne: Stanisława Grochowiaka Ikar i Ireneusza Iredyńskiego Traktat o kazaniu, ze słynnym zakończeniem: Przyboś to rozumie jako stary proboszcz/ a problem jego w książkach Bernanosa/ gdzie ksiądz nagle czuje podczas rytuału/ wielkie wątpliwości./ Trzeba tu przypomnieć słowa kardynała/ co rzekł był kiedyś do pewnego księdza/ „Mój zacny proboszczu aby kogoś gromić/ trzeba mieć parafię”. Z perspektywy dzisiejszej mojej wiedzy o pokoleniach literackich widzę wartość tej polemiki, ale wtedy zupełnie mnie to nie obchodziło i czytałem te wiersze z lekkim niesmakiem, wydawały mi się zbyt rozwlekłe, za bardzo interwencyjne i dalekie od metaforyki, którą zacząłem uprawiać. Bliższe mi były dwa wiersze Ernesta Brylla, teksty Swena Czachorowskiego, Bohdana Drozdowskiego, Jerzego Harasymowicza, Mieczysława Czychowskiego, Romana Śliwonika, Ryszarda Daneckiego, Mariana Grześczaka, przy czym zdecydowanie odrzuciłem dziwaczne partytury poetyckie Stanisława Czycza. Sporo dowiedziałem się o tym pokoleniu z tekstów krytycznoliterackich Antoniego Chojnackiego, Andrzeja Nowaka, Konstantego Pieńkosza (przyjmie w przyszłości moje wiersze do druku w „Nowym Wyrazie”), Jana Z. Brudnickiego, Jerzego Afanasjewa, Zbigniewa Irzyka, Jerzego Adalberta Jucewicza i Krzysztofa Gąsiorowskiego. Warto też odnotować nekrolog w jakiś sposób związany z moim późniejszym życiem – to informacja o śmierci w wypadku samochodowym Antoniego Słonimskiego (4 VII 1976). Jak powszechnie wiadomo małego fiata prowadziła wtedy Alina Kowalczykowa i w to auto uderzył większy pojazd. Osoba ta odegrała ważną rolę w zniszczeniu mojej habilitacji w 2005 roku, po pomyślnym przejściu kolokwium, ale przyjdzie jeszcze czas na dokładny opis tej sytuacji i domaganie się sprawiedliwości. Warto też wspomnieć, że przy wierszach Ernesta Brylla widnieje jego odręczny autograf, a to za sprawą pewnego spotkania, 22 maja 1989 roku, w klubie Orion na osiedlu Błonie. Poszedłem wtedy z Janem Jakubem Należytym (dzisiaj znanym pieśniarzem) na warsztaty, które miał poprowadzić słynny poeta z Warszawy. Jak się okazało byliśmy jedynymi adeptami pióra i nasze spotkanie przebiegło w bardzo miłej, konstruktywnej atmosferze, choć nasz nauczyciel wydał mi się strasznym, łysiejącym dziwadłem. Pewnie wtedy podsunąłem Bryllowi do podpisania „Poezję” z jego wierszami i zamaszystym pismem zechciał pozostawić w nim swój ślad.

ANDAMANY, SESZELE, MAURITIUS…

???????????????????????????????

Dzisiaj była dziwna pogoda, na przemian słońce i deszcz, co chwila zmiany, co godzina inne wrażenia wzrokowe, opady, roznoszący się zapach traw i silny oddech ulewy. Kilka razy wychodziłem z domu i z uwagą przyglądałem się niebu – po jednej stronie jaskrawy błękit, po drugiej tężejący granat. Promienie przedzierające się przez skłębione chmury, światła i ultramaryny w kałużach, głębokie czernie błot i zieleń roślin intensywniejsza niż zwykle. W pewnym momencie moją uwagę przykuły dalekie cumulusy, układające się warstwowo pod taflą granatu. Oświetlone nienaturalnie, jaskrawe i połyskujące w słońcu, zdawały się być oddzielone od przestrzeni, w której byłem. Przypomniały mi się natychmiast zapatrzenia z dzieciństwa, gdy graliśmy w piłkę na szkolnym boisku, a jerzyki i jaskółki świstały nad naszymi głowami, słychać było dalekie wołanie kukułki i terkotanie drozdów na pobliskim cmentarzu. Dostawało mi się wtedy od kolegów, że przystawałem czasem podczas gry i gapiłem się w niebo. Ale dalekie chmury były tak cudowne, tak kusiły swoją subtelnością, tak obiecywały, że kiedyś pod nimi stanę. Wyobrażałem sobie dalekie podróże, na Karaiby, albo na Wyspy Towarzystwa, na Bahamy lub Samoa Zachodnie, wreszcie na Andamany, Malediwy, Seszele i Mauritius. Widziałem oczyma wyobraźni jak wędruję brzegiem oceanu, czuję pod nogami sypki, biały piasek, a gdzieś daleko, nad płaszczyznami błękitu widać warstwy podświetlonych cumulusów. Ileż to godzin spędziłem nad kolejnymi numerami geograficznych pism „Poznaj Świat” i „Kontynenty” i jakże rozkoszowałem się zdjęciami dalekich wysp. Potem, po meczu, po pływaniu w jeziorze, po wyścigach rowerowych, zasypiałem w jednej chwili i znowu śniły mi się atole i rafy koralowe, nurkowałem pod wodą i cieszyły mnie barwy ryb, rozgwiazd i jeżowców. Dzisiaj, gdy w środku dnia stanąłem na osiedlu i po jednej stronie miałem niebo błękitne, a po drugiej granatowe, wszystko przypomniało mi się z jaskrawością kolorowego przezrocza. I jakże byłem szczęśliwy…

BIBLIOTEKA (3)

1

Lektury układają się w ciągi kształtujące naszą świadomość i wrażliwość, a szczególne znaczenie mają książki czytane w młodości. Gdy sięgam myślą do czasu gdy miałem kilkanaście lat, a potem minąłem barierę dwudziestu wiosen, tytuły układają się w ciąg, który stanowił podłoże mojego szczególnego zainteresowania literaturą. W latach siedemdziesiątych na osiedlu Błonie powstała nowa biblioteka z przestronnymi salami i wyprawa do niej była wielką przygodą, a możliwość swobodnego chodzenia pomiędzy półkami znosiła jakiekolwiek ograniczenia i sugestie. To były poszukiwania, czasem ukierunkowane przez rodzaj wydania, charakterystyczną oprawę lub opracowanie graficzne. Taką serią przyciągającą zawsze moją uwagę były tomy Klubu Interesującej Książki Państwowego Instytutu Wydawniczego. Okładki przygotowywała Maria Ihnatowicz – artystka stawiana w pierwszym rzędzie Polskiej Szkoły Plakatu – i jakoś interaktywnie trafiały one do mojej wyobraźni. Czytałem wtedy Carpentiera, Kafkę, Bułhakowa, sięgałem też po Szekspira, Dantego, Słowackiego i Broniewskiego, ale oprócz tych autorów wpadały w moje ręce dzieła z różnych ciągów wydawniczych, brane na próbę i dla relaksu. Z jednej z takich wypraw, w stercie grubszych i cieńszych tomów, przyniosłem powieść pt. Japońska opera za trzy grosze, prozaika Kaiko Takeshiego (開高 健 1930–1989) – tak przynajmniej zapisano imię i nazwisko i wtedy myślałem, że Kaiko to imię. Oczywiście było to nazwisko, a Takeshi należy do zestawu bardzo popularnych imion japońskich, pojawiających się we wszystkich grupach społecznych. Pisarz urodził się w 1930 roku w Osace, dorastał w tym mieście, zdobywając szeroką wiedzę i tworząc opowiadania, powieści, eseje, teksty krytycznoliterackie, a także scenariusze telewizyjnych filmów dokumentalnych. Wymieniany był pośród znaczących pisarzy japońskich okresu Oświeconego Pokoju, czyli panowania cesarza Hirohito (Shōwa  1926–1989), a krytycy podkreślali jego umiejętności narracyjne i humor, choć nie brakowało i takich, którzy zarzucali mu wielosłowie, chaos wewnętrzny utworów i schlebianie popularnym gustom. Nie przeszkodziło to w karierze twórcy, a jego utwory zostały przetłumaczone na wiele języków i były czytane na całym świecie – najlepszym dowodem na to jest fakt, że młody chłopak w dalekiej Polsce – jakim wtedy byłem – sięgnął po prozę tego autora i dzięki niej poznał świat o którym mu się dotąd nie śniło. Kaiko studiował prawo, ale często zawieszał edukację, podejmował liczne prace, z pasją też czytał wiersze Mitsuharu Kaneko, poetyckie krótkie opowiadania Motojirō Kajii, opowieści mikronezyjskie (Księżyc nad górami) i powieść pt. Światło, wiatr i marzenia przedwcześnie zmarłego Atsushi Nakajimy. Ten syn nauczyciela szkoły podstawowej nauczył się kilku języków obcych i przetłumaczył na japoński książki Sherwooda Andersona i Louisa Aragona. Po ukończeniu studiów podjął pracę w tokijskim wydawnictwie jako specjalista od public-relations, a stabilizacja pozwoliła mu założyć rodzinę z poetką Yōko Maki. Uwagę krytyków przykuły najpierw jego opowiadania, spośród których wyróżniało się Bezimienne miasto (1953) i Nagi król (1957, Nagroda  im. Akutagawy), a szczególnie Panika (1957), która była historią odważnego leśnika, walczącego z rządową niekompetencją i wszechwładną korupcją. Utwór ten został napisany w formie alegorii, porównującej ludzkie życie do egzystencji myszy. Kaiko był też aktywistą ruchów wolnościowych i przeciwstawiał się czynnie wojnie w Wietnamie, gdzie przebywał jako korespondent wojenny. Swoje przeżycia wykorzystał przy tworzeniu powieści Ku czarnemu słońcu (1968), za którą otrzymał prestiżową Mainichi Book Award. Warto wspomnieć też zbiór reportaży pt. Ciemność w lecie (1971), ale chyba największą sławę i poczytność zyskała Japońska opera za trzy grosze (1959), powieść opisująca rzeczywistość powojenną w Japonii, na początku lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Pisarz zmarł na raka przełyku w 1989 roku i został pochowany w wielkim, buddyjskim memoriale świątynnym w Kamakurze, na wyspie Honsiu.

Kaiko_Ken

Takeshi Kaikō (1930-1989)

Japońska opera za trzy grosze w sposób oczywisty odwołująca się do utworu Bertolda Brechta, będącego ostrą krytyką społeczeństwa kapitalistycznego i mechanizmów w nim występujących. Tutaj – w egzotycznej odmianie – mamy do czynienia z bohaterem o imieniu Fukusuke, który przymiera głodem i włóczy się po dzielnicy uciech w Osace, zagląda do śmietników i próbuje wygrzebać z nich coś do zjedzenia. Kaiko opisuje początek lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku, kiedy to bohater trafia do osiedla szabrowników, operujących w obrębie starej, zbombardowanej przez Amerykanów fabryki zbrojeniowej w Osace. To ogromny obszar, pełen zdemolowanych budynków i maszyn, z którego wielkie bandy kradną nocą złom, prowadzą nieustanne wojny podjazdowe z policją i strażnikami, a w dzień śpią i odpoczywają. Ożywiają się dopiero wieczorem, gdy nadchodzi czas jedzenia ryżu ze smażonymi  podrobami, picia bimbru i przygotowań do kolejnego wymarszu. Fukusuke początkowo jest przerażony ciężarem roboty przy wykopywaniu starych rur i torów, zbieraniu ogromnych fragmentów metalowych urządzeń, ale po jakimś czasie staje się szeregowym członkiem wspólnoty, mającym w niej swoje specjalne miejsce. Jego świadomość jest szersza niż pozostałych złodziei, potrafi ich oceniać i wartościować poszczególne działania, a nade wszystko umie wybierać najwłaściwsze dla siebie rozwiązania. Dzień jest podobny do dnia, a noc zapowiada niezwykłą mobilizację, przechodzenie po rurze nad mulistym kanałem, kopanie dołów i ukrywanie się przed nagle pojawiającymi się funkcjonariuszami represyjnego systemu. Jakkolwiek by jednak nie było, życie Fukusukego zmienia się na lepsze, a uciążliwości stają się rodzajem kosztów własnych, które każdy członek bandy musi wkalkulować w strategię przeżycia. Wiek dwudziesty był czasem niewyobrażalnych ludzkich cierpień, nieustających wojen, zabijania niewinnych istot i niewolniczej pracy kilku generacji, ale ludzie zawsze próbowali znaleźć jakiś sposób na przeżycie, choć często wiązał się on ze złamaniem  prawa i wkroczeniem w obręb struktur przestępczych. Strategia złodziei złomu niczym jednak nie różni się od postępowania właścicieli banków, wielkich fabryk czy mniejszych zakładów pracy, bo – zacytujmy Brechta – czym jest włamanie do banku wobec założenia banku? Czym jest zamordowanie człowieka wobec wynajęcia człowieka? Fukusuke najpierw ma opory i nie może zaakceptować kradzieży, ale z czasem zaczyna rozumieć, że jest to forma przetrwania, a pełny żołądek jest lepszy od ssącego i poniżającego głodu. Walczy zatem zacięcie wraz ze swoimi kompanami i uczy się zasad nowego świata, z czasem zyskując na znaczeniu i wchodząc w obręb ważnych osobistości osady. Ci włóczędzy i wykolejeńcy, trafiający na obrzeże fabryki z więzień i dzielnic biedoty, sami siebie nazywaj Apaczami, bo jak wojownicy indiańskiego plemienia są bitni i sprytni, potrafią walczyć o swoje terytorium i stosować liczne podstępy w wojnach z wysłannikami wymiaru sprawiedliwości. W powieści Kaiko znajdziemy wiele fragmentów, które przypisać możemy do każdej sytuacji ludzkiej – tak jest w przypadku rady Łysego Kima, przywódcy grupy do której należy Fukusuke: nie pozwól ciągnąć się za język, żebyś nie wypaplał się z czymś niepotrzebnie. Musisz dobrze nadstawiać uszu! Szybko, wszystko robić szybko – patrzeć, słuchać, biegać prędko, to nasza dewiza. Miej się na baczności: nie zapominaj, że ktoś, z kim rozmawiasz, może ciebie właśnie chciał przechytrzyć. Pamiętaj o tym i nie daj się wywieźć w pole! To zasady, którymi musi się kierować ktoś, kto w zakłamanym społeczeństwie kapitalistycznym chce być sprytny jak Apacz i wieść w miarę ustabilizowane życie, nawet jeśli miałoby się ono toczyć w bandzie wyrzutków, na osiedlu domów zbitych z blachy i desek.

Zbombardowana Stacja Kyobashi w Osace - nieopodal niej toczy się akcja powieści

Zbombardowana Stacja Kyobashi w Osace – nieopodal niej toczy się akcja powieści

Najciekawsza jest socjologiczna strona powieści Kaiko, która stanowi solidny przyczynek do opisu Japonii w połowie ubiegłego wieku, gdy jeszcze nie zaleczono ran wojennych, a ożywiony rozwój miał dopiero nadejść. Niewykluczone, że Fukusuke i wielu innych bohaterów tej powieści znalazło dla siebie miejsce w nowym społeczeństwie, produkującym nowoczesne samochody i urządzenia elektroniczne, tak jak nie ulega wątpliwości, że niektórzy z nich mogli trafić do struktur osławionej Yakuzy. To najbardziej na świecie rozbudowane organizacje przestępcze, wzorujące się na dawnych samurajach i na dowolnie wypaczonych kodeksach honorowych. Po zrekultywowaniu terenów dawnej fabryki i pól ciągnących się wokół niej, tysiące szabrowników złomu musiał znaleźć dla siebie miejsce w nowej rzeczywistości i zapowiedź takich działań mamy też na końcu powieści. Kaiko opisuje ludzi prostych, łaknących niewyszukanych rozrywek, a jednocześnie cierpiących z powodu marazmu i nieustannie piętrzących się zagrożeń: Fukusuke był prawie co noc ścigany przez policję, a mimo to robił niewątpliwie szybkie postępy w przyswajaniu sobie umiejętności, które co prawda poza obrębem osiedla Apaczów nie znajdowały żadnego zastosowania. Złodzieje tacy jak on z biegam czasu stali się istotami nocnymi, śpiącymi w dzień jak nietoperze, a ożywiającymi się o zmierzchu, codziennie wyruszającymi na wyprawy po złom, dający im jako takie podstawy egzystencji. Strach i poczucie więzi kazały im tkwić w tym zakątku świata, a brak perspektyw nie generował twórczych myśli – pełna miska ryżu i marnego mięsa pewniejsza była od przygodnych znalezisk życia poza wspólnotą. Bohater powieści – mający w założeniu imitować Meckiego Majchera Brechta – jest w sumie zbyt miękki i zachowawczy, co nie daje mu szans na awans w obrębie grupy Łysego Kima. Przyjmuje świat takim, jaki jest i nie wykracza poza jego ramy, ucieka sprawnie, korzysta z mięśni przy szabrowaniu i nie komentuje postępków przywódców. Taka strategia przetrwania, taka bezwolność rodzi konsekwencje w postaci ran na ciele i w psychice, ale też nie niesie większych zagrożeń. Fukusuke godzi się być trybem w rozbudowanej maszynerii, zadawala się posiłkami i alkoholem, marnymi pieniędzmi, które lepiej mieć, niż nie mieć. Może chciałby czegoś więcej, może udźwignąłby nawet przywództwo nowej grupy szabrowniczej, ale woli się nie wychylać, pragnie spokoju po ciężkiej pracy, błogiego snu, a potem nowej mobilizacji w oparach dymu i alkoholu. Narrator czyni z niego centralną postać powieści, choć absolutnie nie jest on do tego predestynowany, to raczej osoba z tła, która nieopatrzne znalazła się w świetle punktowego reflektora. Ani on wzbudza litość, ani jest kimś, kogo można polubić – raczej staje się wyrazistszym tylko na chwilę, albo zwraca na siebie uwagę z powodu ewidentnej krzywdy, błędu lub dziwactwa.

Jedno z najludniejszych miast Japonii po amerykańskich bombardowaniach

Jedno z najludniejszych miast Japonii po amerykańskich bombardowaniach

Nasze lektury młodzieńcze były najczęściej bezkrytyczne, wyznawczo adoracyjne i teraz – czytając po latach powieść Tekeshiego Kaiko inaczej patrzę na jego dzieło i czasem dziwię się sobie. Może to spowodował przekład z języka niemieckiego, nie z oryginału japońskiego, ale błędy są błędami i muszę je tutaj wskazać. Przede wszystkim rzucają się w oczy powtórzenia, kilkanaście razy pisarz przypomina jakąś cechę bohatera, albo jakieś jego zachowanie, choć mówił o tym wcześniej. Rażą też trochę rozwlekłe wstawki publicystyczne, za długie dopowiedzenia związane z sytuacja społeczną w powojennej Japonii, choć cel poznawczy nieco łagodzi te usterki. Najbardziej razi mnie jednak brak dynamiki w narracji, ciągłe tkwienie w opisach bliźniaczych sytuacji, komentowanie na nowo wcześniej opisanych i wartościowanych zdarzeń. Brakuje też rozmachu opisowego, za mało jest azjatyckich porównań, odniesień do kultury czy sztuki Kraju Kwitnącej Wiśni, a nawet do konkretnych faktów biograficznych czy historycznych. Postaci są ledwie nakreślone, zbyt zwiewne i trudno sobie wyobrazić jak naprawdę wyglądają, poruszają się, jak zmieniają się ich twarze i gesty. Podczas lektury nie opuszcza nas poczucie przytłoczenia, nieustannego powrotu do jamy, w której bohaterowie wydobywają złom, ciągłego upaprania w mule brudnego kanału. Oczywiście ma to podkreślać sytuację egzystencjalną, ale doprawdy można było napisać lepiej niektóre rozdziały. Pamiętam, że bardzo ekscytowałem się tą książką i czytałem ją z wypiekami na twarzy, a teraz co i rusz łapię autora na jakichś niekonsekwencjach, uśmiecham się widząc ewidentne pomyłki czy zbędne wielosłowie. Oczywiście dalej cieszy mnie ta lektura, ale niewiele zostało z mojego wieloletniego przekonania, że jest to jedna z najlepszych książek, jakie mi swego czasu wpadły w ręce. Ciekawa sprawa z tą pamięcią dzieł, które kiedyś czytaliśmy – nosimy je w sobie i na własny użytek tworzymy jakieś wyobrażenia, jakieś nieistniejące konstrukcje, zachowujemy w pamięci coraz to bardziej niknące i blaknące fragmenty. W związku z pracą naukową, czytając po kilka razy utwory Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida, Kraszewskiego, a także pisarzy pomniejszych: Malczewskiego, Goszczyńskiego, Fredry czy Asnyka, łapałem się na tym, że coś przeoczyłem, coś zgubiłem i coś nowego odnalazłem. Cóż, nasze mózgi zachowują w pamięci wiadomości na zasadzie śladów energetycznych i z czasem smugi te coraz bardziej nikną, pozostają ledwie impulsem, który wymaga gruntownego odnowienia. Takie dokopywanie się do lektur sprzed lat każe mi patrzeć innym okiem na to, co kiedyś wydawało mi się bezbłędne i bezkrytycznie generowało euforię. To przypadek powieści japońskiego pisarza, ale przecież takie rozczarowania wiążą się też z innymi twórcami, a ostatnio szczególnie z polskimi prozaikami, na czele z Gombrowiczem, którego powieści i Dziennik widzę teraz w innym świetle i znacznie mniejszą wagę do nich przykładam. Po lekturze setek tomów, po zapoznaniu się z ogromną częścią literatury polskiej i światowej, choć oczywiście nie przestającą być ledwie wycinkiem, stawiam książkom wyższe wymagania i jestem bardziej dociekliwy, częściej ironiczny niż adorujący. W przypadku japońskiego powieściopisarza nie umniejsza to faktu, że wywarł na mojej kształtującej się świadomości literackiej wielkie wrażenie i odsłonił światy, o których nie miałem pojęcia – w jakiś sposób też ukierunkował moje lektury i później z lubością sięgałem po tomy opisujące losy różnorakich wyrzutków, chuliganów, włóczęgów i nieustających pielgrzymów zranionej wrażliwości. Ale Tortilla Flat Steinbecka czy Grek Zorba Kazantsakisa, nie mówiąc już o Zbrodni i karze Dostojewskiego, to dzieła z innej, wyższej półki i przyjdzie czas na gruntowne ich opisanie i ulokowanie w mojej przeszłości. Na razie spojrzałem po latach na Japońską operę za trzy grosze i odkładam ją tyleż z przyjemnością, co z poczuciem lekkiego zażenowania sobą z dawnych lat i pisarzem, który bardzo się zestarzał…

STARY BASEN

?????????????????????????????

Jakże wyraźnie słyszę tamte okrzyki, nawoływania, odgłosy gry w piłkę wodną… Widzę chłopaków rozpędzających się na chodniku i skaczących „na główkę” do wody… I te dziewczyny w kolorowych kostiumach kąpielowych, spacerujące wokół prostokąta wypełnionego wodą, opalające się na kocach w różnych miejscach dużego pola, ograniczonego płotami z siatki i betonu. Na stary basen przy ul. Nakielskiej w Bydgoszczy po raz pierwszy pojechałem z rodzicami pięćdziesiąt lat temu, jako mały chłopiec i natychmiast uległem jego czarowi i magii. Wydawał mi się ogromny i przerażający, w miejscach, gdzie oznaczenia na murkach wskazywały głębokość dwumetrową. Trzymałem się w części płytkiej, wbiegałem na wysoką zjeżdżalnie i puszczałem się nią w dół, a potem wracałem na koc, by coś zjeść, popić Mandarynką, Ostromecką lub Polo Coctą i znowu wrócić do wody. Z przenośnych odbiorników radiowych dobiegały piosenki zespołów Slade, Sweet i Procol Harum, słońce prażyło niemiłosiernie, a woda dawała ochłodę. W tym najwcześniejszym okresie byłem tam też raz z Jolą, piękną dziewczyną z naszego podwórka, przy ul. Szubińskiej, nie zdając sobie sprawy z jej zauroczenia moim ojcem. Tak dokładnie wycierała moje ciało ręcznikiem i tak czule się o mnie troszczyła, podsuwała smakołyki, chłodziła napoje w koszyku, a ja tylko widziałem jej spore, jędrne piersi, lśniące i falujące przy każdym ruchu. Gdy mnie przytulała, głaskała po głowie, wcierała krem w skórę, zrywałem się i biegłem do basenu, by nie zauważyła, że moje mokre majtki zaczynają się lekko unosić nad nogami. Schodziłem po schodach do półmetrowej części akwenu, stałem bez ruchu, czekając aż krew odpłynie i będę mógł spokojnie bawić się piłką plażową. Niesamowite były te okrzyki dziecięce, nawoływania by rzucić koło, podać deskę do pływania lub kolorową, nadmuchaną kulę. Nie przestawałem też być czujny, stale spoglądałem na brzeg i wyławiałem co piękniejsze dziewczyny, najczęściej chodzące parami z boku basenu, wchodzące z piskiem pod zimną wodę, stale płynącą z pryszniców, albo powoli zanurzające się w nim. Już wtedy, w tych dziecinnych latach eksplodował mój erotyzm, a powrót na koc do Joli, był przeżyciem ekscytującym, szczególnie gdy czułem jej delikatne palce, rozprowadzające oliwkę po moich plecach. W pewnym momencie, gdy zbliżał się już czas powrotu, kazała mi ściągnąć majtki i założyć inne, suche, w które wyposażył mnie ojciec. Wystraszyłem się, ale ona wszystko w mig zrozumiała, kazała mi się odwrócić i sama zdjęła mi to skąpe odzienie, potem podała za duże, czerwone pantalony, które jak najszybciej założyłem. Nie wiedziała, że to jej sprawne zsuniecie moich mokrych „gaci” pozostało w mojej pamięci jako jedno z najintensywniejszych doznań tamtych dni, a potem pojawiało się wielokrotnie w fantazjach i snach, w chwilach tęsknoty za intymnym ciepłem i bliskością.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem był czas wypraw na basen w grupach rówieśniczych z osiedla Błonie, najpierw pieszo z siatkami, w których nieśliśmy jedzenie, picie i sprzęt do nurkowania, a potem na rowerach, które można było zostawić tuż przy kasie, za ogrodzeniem. Szczególnie te marsze pozostały w mojej pamięci, bo schodząc z wysokiej skarpy przechodziło się koło starych baraków, gdzie przez lata mieszkali Cyganie. Nie było innej drogi, więc zawsze drżeliśmy czy ciemnowłosi chłopcy pojawią się na podwórku i będą nas zaczepiać. Zdarzało się, że okradali nas z pieniędzy, zabierali płetwy i maski do pływania pod wodą, ale najczęściej nic się nie działo, jakaś dziewczynka lub stara kobieta siedziały na ławce przy domostwie i patrzyły na nas osłaniając oczy od słońca. Potem, po kilku latach, poznałem czarnookiego Henia, który tam mieszkał i zaczął chodzić wraz ze mną do klubu sportowego „Gwiazda” na treningi szermiercze. Wytykałem mu to zaczepianie chłopaków z Błonia, ale on nie widział w tym niczego złego, natura romska kazała mu zdobywać nowe trofea i bić się o nie, choć czasem nieźle od nas obrywał. W większych grupach rówieśniczych organizowaliśmy na basenie zawody sportowe, skakaliśmy do wody jeden po drugim i goniliśmy się po całym obiekcie, rozgrywaliśmy mecze piłkarskie, gdy jednym słupkiem bramki stawał się pień grubej sosny, a drugim jakaś torba, siatka lub kamień. Były też momenty groźne, gdy jeszcze nie umiejący pływać, zostałem wepchnięty na głęboką wodę i przez kilka chwil autentycznie topiłem się i tylko silne ramię jakiegoś starszego chłopaka pomogło mi wydostać się na brzeg. Nie wiem kto to zrobił, ale grozę tamtego momentu czuję do dzisiaj, ustawiając go w ciągu trzech takich samych sytuacji, gdy szedłem na dno. Tam też nauczyłem się pływać, gdy najpierw nieporadnie odrywałem się od boku i po skosie docierałem na koniec, a potem gdy już przemierzałem akwen wzdłuż i w szerz. Najlepiej czułem się w toni po zmianie wody, gdy miała niebieski kolor i orzeźwiała, ale przecież najczęściej kąpaliśmy się w zielonkawej breji, w której pływało mnóstwo zanieczyszczeń, nie wyłączając czasami kawałków psich odchodów. Ratownicy stale je wyławiali siatkami i wsypywali do basenu sporo białego proszku, który zapewne był jakąś formą chloraminy, służącej do odkażania. Woda miała wtedy ostry, chemiczny zapach, ale i tak była brudna, a w upalne dni miała konsystencję zupy – dopiero jej zmiana dawała pełny komfort i stawała się dla wspólnoty generacyjnej sygnałem, że trzeba ruszać na basen.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pływalnię zbudowano przede wszystkim w oparciu o beton, to nie były jeszcze czasy powszechnie stosowanych płytek ceramicznych, które postrzegano jako wielki luksus w PRL-u. Brzegi malowano niebieską farbą, pokrywano białą emulsją zjeżdżalnię, a dno wyłożono chropowatymi płytami chodnikowymi. Nie wiem jak utrzymywano tam wodę, ale może pod obłożeniem była warstwa smoły lub asfaltu lub jakaś dodatkowa konstrukcja żelbetonowa. Użyty materiał powodował wiele skaleczeń, szczególnie przy wychodzeniu z basenu w miejscach innych niż te do tego przeznaczone. W kilku punktach były rurowate, pomalowane na czerwono drabiny, ale często wychodziliśmy gdzie się dało, ocierając naskórek nóg, raniąc boleśnie kolana i uda. Cóż, rany na nogach i rękach były rzeczywistością wszystkich chłopaków i dziewcząt w tamtych czasach, a szczególnie wiele ich generowały rowery, zawody sportowe i bójki. Swoje miejsce w rankingu urazów miał też basen przy ul. Nakielskiej, na którym bywaliśmy często, wykorzystując upalne dni lipca i sierpnia, a często lądując już na nim w Polowie czerwca. Podczas największych upałów, na wielkiej przestrzeni parkowej przy akwenie, igły nie można było wcisnąć, rozkładano koc przy kocu, a najwięcej takich koczowisk było przy samej wodzie. Często trzeba było przez nie przebiegać, czym narażaliśmy się na pokrzykiwania i reprymendy jakichś ludzi, ale najczęściej przyjmowano z wyrozumiałością przeskakiwanie przez rozpalone ciała i lawirowanie pomiędzy materacami, pledami i wielkimi ręcznikami. To były czasy chłopackich wspólnot i kobiety jeszcze tak bardzo nie mąciły nam w głowach, a gdy obnażaliśmy się przed sobą w przebieralniach, prawie nie zwracaliśmy uwagi na nasze przyrodzenia, najczęściej żartując z nich. Tylko jeden kolega wykazywał nadmierne zainteresowanie i żądał też od nas komentarzy na temat swojej męskości. Kończyło się to dla niego fatalnie, bo nieco starsi koledzy potrafili solidnie go kopnąć, albo wykręcić boleśnie rękę i strzelić w łeb otwartą dłonią. Jak się potem okazało nasz kolega, tak zainteresowany nagimi ciałami, już wtedy był utajonym gejem i w latach dorosłych zaczął wystawać przy szaletach publicznych, wiązał się z różnorakimi dziwakami, aż końcu został pobity, wylądował w szpitalu, a po powrocie, nie mogąc poradzić sobie ze zranioną psychiką, zapił się na śmierć i kilka dni leżał w zamkniętym domu, szybko się rozkładając. To paskudny zapach zaalarmował sąsiadów i po wyważeniu drzwi znaleziono go w brudnej pościeli, całego oblepionego czarnymi muchami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierwszy raz przeszłość dopadła mnie przy starym basenie, gdy na początku lat osiemdziesiątym podjąłem tam pracę jako ratownik. Dziwnie się czułem patrolując chodniki, które bywały tyle razy platformą dla moich biegów, szybkiego rozpędzania się przed wskoczeniem do wody. Latem 1984 roku zaczęły się też przede mną odsłaniać tajemnice tego miejsca, bo jako pracownik miałem teraz dostęp do wszystkich zakamarków. W długim budynku, gdzie było tyle odgrodzonych od siebie przebieralni i ubikacji, a nasz kolega-gej podpatrywał nas przez dziurki w płytach pilśniowych – gdzie my w taki sam sposób podglądaliśmy dziewczyny, dostałem skromnie wyposażony pokój. Okazało się, że w aneksach gospodarczych było tam wiele kół ratunkowych, starych lin, korkowych pływaków, a do tego sporo ogromnych śrub, zaworów, narzędzi, agregatów i czego tam jeszcze. Teraz moim obowiązkiem było codzienne wsypywanie białego proszku do wody i wyławianie nieczystości. Okazało się, że było ich więcej niż mogłem sobie wyobrazić w czasach dziecinnych i młodzieńczych. Po zamknięciu basenu zaczynało się przeczesywanie tafli wody i znaleziska były doprawdy przerażające, duże kawałki fekaliów, żywności, martwe myszy lub szczury. Te „brudy” powodowały, że rzadko wtedy wchodziłem do basenu, a najchętniej robiłem to bezpośrednio po zmianie wody. I znowu skakałem na głowę po długim rozbiegu lub ćwiczyłem akcje ratownicze wraz z kolegami, wyławiałem z dna monety i jakieś specjalnie wrzucane rzeczy. Byłem już wtedy żonaty i miał się niebawem urodzić mój syn, więc nie byłem specjalnie zainteresowany innymi kobietami, choć dostrzegałem ich zalotne spojrzenia. Szczególnie jedna Kasia z bufetu interesowała się mną i nie mogła zrozumieć jak mogę być tak przywiązany do jednej osoby. Gdy było mało ludzi, przychodziła na ławkę przy basenie i prowadziła ze mną długie rozmowy. Dopiero dzisiaj zaczynam rozumieć to, jak się ubierała, dlaczego odsłaniała obfite piersi spod białego fartucha i wystawiała spod mini spódniczki kształtne nogi, a wreszcie jak zdobyła się na wyznanie, że śniłem się jej w dziwnej sytuacji. Spotkałem ją po latach w jakimś autobusie komunikacji miejskiej i ze zdziwieniem zauważyłem, że prawie się nie zmieniła, a wręcz jeszcze wspanialej rozkwitła. Powspominaliśmy dawne chwile, próbowałem nawet ją poderwać, ale koniec rozmowy nie był dla mnie fajny, gdy zgasiła mnie: Daj spokój, odpuść sobie, nie zapomnę, że wtedy niczego nie skumałeś… Faktycznie, podchodziłem do niej jak do koleżanki i nawet opowieść o gorącym śnie skwitowałem śmiechem, jakimś bzdurnym, szczeniackim komentarzem. Nudziłem się wtedy strasznie na basenie, nie czując już jego magii, podchodząc do wszystkiego jak do wymuszonych obowiązków i z utęsknieniem czekałem na codzienne zamknięcie. Wyłowiłem kilku nieostrożnych chłopaków i jakieś dziewczyny, ale nie było to trudne, bo nawet w najgłębszym miejscu wyczuwałem nogami dno. Urosłem już przecież do stu osiemdziesięciu centymetrów, a woda szybko parowała z basenu i często nie sięgała do samego brzegu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czas błyskawicznie mknął do przodu i w Bydgoszczy powstawały nowe, kryte kąpieliska, pięknie wyposażone, w dogodnych miejscach, otwarte od rana do nocy. Coraz mniej było chętnych do korzystania z odkrytego obiektu przy ul. Nakielskiej, spuszczono wodę, a na terenie pojawiali się coraz częściej szabrownicy, wykradający złom i co tam się dało. Budynki wszakże jeszcze stały i w pewnym momencie gruchnęła wiadomość, że ktoś założył w nich agencję towarzyską, czyli jak to się kiedyś mówiło – burdel. Zaczęły tam podjeżdżać taksówki i limuzyny różnych zamożnych grubasów, łaknących brudnej rozrywki. Tak się złożyło, że w tamtych dniach rzadko bywałem w tej części miasta, trudno mi zatem powiedzieć jak zmienił się wystrój naszych dawnych przebieralni. Koniec końców wybuchł tam pożar, wielki ośrodek spalił się i w końcu sukcesywnie rozebrano to, co po nim pozostało. Jeszcze tylko zerkałem ciekawie na miejsce moich młodzieńczych ekscytacji, wędrując wzdłuż kanału bydgoskiego, albo jeżdżąc ulicą Nakielską w stronę ogródków działkowych rodziców, usytuowanych na Prądach. Jak zwykle w ludzkim świecie, po okresie rozkwitu nastąpiło więdnięcie, powolny rozpad, ucichły krzyki, nikt nie rzuca już piłki przy zjeżdżalni, nikt nie rozpędza się i nie skacze „na kiepę” do wody. Wiele takich zdewastowanych miejsc, domów, budynków użyteczności publicznej widziałem podczas moich trzech podróży na Ukrainę, w okolicach Lwowa, Brodów, Krzemieńca, Żytomierza, a także przy stacjach kolejowych. To te same odrapania farb, to podobne dewastacje, puste okna, nadpalone dachy, jakieś porozwalane szczątki. Na starym basenie pozostały jeszcze ruiny drugiego budynku, w którym mieścił się zarząd i mieszkali w nim jacyś ludzie. Teraz to już tylko zgliszcza, świecące pustymi oczodołami okien, rozgrabione z żelaza, blachy i użytecznego drewna. Nie ma już bram przy wjazdach ani budyneczków, w których kupowałem bilety i tylko ogromne dwustuletnie sosny są coraz grubsze i wyższe, choć niektóre z nich powoli też już osuwają się w nicość. Na okolicznych drzewach, okalających basen i kanał pojawiło się mnóstwo kul jemioły i wszystko to razem wygląda dość surrealistycznie. Istnienia, które tutaj kiedyś bywały, osoby zapisane w historii i bezimienne, wszystko razem przepadło, rozmyło się w czasie. Gdy myślę o moich kolegach, którzy wraz ze mną podążali tam pieszo albo mknęli na rowerach, widzę pogmatwane losy, historie chwalebne i ponure, zdarzenia smutne i rozświetlone przez wyjątkowe chwile. Ale niestety pojawiają się też w moich myślach konkretne, umiejscowione na bydgoskich cmentarzach groby – jeden z nich przy płocie na Jarach, drugi w centrum bliźniaczej nekropolii, inne na wielkim polu grzebalnym w dzielnicy, w której teraz mieszkam. Nasz kolega gej jest już prochem w czarnej urnie, inny waleczny bojownik podwórka od trzydziestu lat pod ziemią, a jeszcze inny bohater boisk pochowany z matką i ojcem daleko od Błonia. To tylko przywołanie kilku z nich, a przecież było ich tak wielu, czułem na twarzy ciepłe oddechy, opierałem ręce na ich ramionach i tyle razy brałem się z nimi za bary.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A teraz moja przeszłość raz jeszcze dopadła mnie przy starym basenie, gdy stanąłem tam nieoczekiwanie. Spacerując nad pruskim kanałem zdecydowałem się wejść przez rozwalony płot, nie wiedząc jakie wzruszenie rozleje się we mnie i jak bardzo zamyślę się nad sobą. Patrząc na tę ruinę i obchodząc ją dookoła, wróciłem raz jeszcze do chwil, które wyżej opisałem i wszystko pojawiło się w mojej pamięci z wyrazistością kolorowego przezrocza. Pierwszy raz byłem tam pół wieku temu, jako mały chłopiec, a teraz mam już ponad pięćdziesiąt lat i tyle zdarzyło się w moim życiu, tylu dobrych i podłych ludzi spotkałem. Tyle było zdarzeń cudownych – jak te na brzegu Liberty Island, nad Zatoką Meksykańską, w Zakazanym mieście w Pekinie i na chińskim murze, nad rzeką Tygrys, na stokach gór Kurdystanu i w palmowych gajach przy Eufracie. I tyle było okropieństw, spośród których najgorszym było niszczenie moich przewodów habilitacyjnych przez kolesia, którego w przeszłości zaliczyłbym do tych nieudaczników, których nie dopuszczało się do zabaw i pokoleniowych gier. Stanąłem przy brzegu starego basenu, zszedłem po schodach i czułem jak realnie dopada mnie tam przeszłość, jak znalazłem się w miejscu dawnych dni i jakże znacząco innego czasu. Moje zamyślenie, moje wsłuchanie się w przeszłość, mój smutek i euforia warte były tego by poświęcić im te słowa. Los starego basenu w Bydgoszczy powinien być dla wielu ludzi nauką, bo w naszym świecie nic nie oprze się entropii, uczucia, zdarzenia i sprawy pochłonie wir historii, a to co było twardo utwierdzone zamieni się w lotny proch, który rozwieje pierwszy silniejszy wiatr nowych dni…

LITERATURA PRZYGODOWA

1

Zanim w mojej bibliotece przeważać zaczęły książki z zakresu literaturoznawstwa, tomy poezji i powieści, kupowałem w księgarniach i gromadziłem na półkach przede wszystkim woluminy przyrodnicze. Przeważały atlasy i albumy fotograficzne, ale nie brakowało też tomów beletrystycznych, z których pamięć wyławia między innymi Smutek tropików Claude’a Levi-Straussa, Zielone piekło Raymonda Maufraisa,  W dżungli Borneo Erica Lundquista, Leśnych ludzi Colina M. Turnbulla, Opowiadania o zwierzętach Jana Żabińskiego, ale też relacje podróżnicze z wypraw ku dalekim lądom, takie jak Zielone wzgórza Afryki  Ernesta Hemingwaya, Wyprawa Kon-Tiki, Aku-Aku: tajemnica wyspy wielkanocnej i Ekspedycja Ra Thora Heyerdhala, Pożegnanie z Afryką Karen Blixen, Atlantyk–Pacyfik i Królik i oceany Melchiora Wańkowicza, Kirgiz schodzi z konia Ryszarda Kapuścińskiego, Kierunek Antarktyda Aliny i Czesława Centkiewiczów, Równoleżnik zero i Karnawał na wulkanie Olgierda Budrewicza,  Do Timbuktu i Kajakiem do Indii Wacława Korabiewicza, Synowie ludożerców Janusza Wolniewicza, Tajemnica Joliby Tadeusza Sochy, Mój kolega czarownik Kazimierza Dziewanowskiego. To były przede wszystkim książki wydawane w „Iskrach” w ramach poczytnej serii redaktorskiej Krystyny Goldbergowej „Naokoło świata”. W tym cyklu ukazało się też sporo książek o silnych ludziach gór i mórz, a na moich półkach pojawiły się takie relacje jak: Johna Hunta Zdobycie Mount Everestu, Roalda Amundsena, Zdobycie bieguna południowego, Johna Caldwella Desperacki rejs, Krzysztofa Baranowskiego Kapitan Kuk, Droga na Horn i Dom pod żaglami, Francisa Chichestera „Gipsy Moth” okrążą świat, Alaina Bombarda Dobrowolny rozbitek. W serii tej ukazała się też w 1974 roku książka Arkadego Fiedlera pt. Zdobywamy Amazonkę, którą przeczytałem z wypiekami na twarzy i zacząłem kupować w księgarniach inne tomy tego niezwykłego pisarza i reportera.

4

Tak nastała era książek autora z Puszczykowa. Pięknie wydawanych w twardych oprawach, z wieloma ilustracjami, prawdziwych skarbnic wiedzy o dalekich lądach i ludach. Za internetowymi encyklopediami warto przypomnieć, że autor był synem znanego poznańskiego poligrafa i wydawcy. On to właśnie ukształtował osobowość młodego Arkadego, rozbudził w nim namiętne zainteresowanie przyrodą. „Uczył mnie kochać rzeczy takie, obok których inni ludzie przechodzili obojętnie” – wspominał później pisarz o swym ojcu. Po ukończeniu szkoły realnej w Poznaniu, studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim filozofię i nauki przyrodnicze. Studia przerwała I wojna światowa. W latach 1918-19 brał udział w powstaniu wielkopolskim i należał do Polskiej Organizacji Wojskowej. Wybuch II Wojny Światowej zastał Fiedlera na Tahiti. Porzucił baśniową wyspę, by wybrać żołnierski los – przez Francję dotarł do Anglii, gdzie poznał polskich lotników, bohatersko walczących w Bitwie o Wielką Brytanię. Napisał o nich głośną książkę Dywizjon 303 – jej przedruki krążyły w okupowanym kraju, krzepiąc ducha. Pływał też na polskich statkach handlowych – wysiłek wojenny naszych marynarzy opisał w książce Dziękuję ci, kapitanie. W 1946 wrócił do ojczyzny i zamieszkał w Puszczykowie pod Poznaniem. Nadal wiele podróżował – odwiedził Meksyk, Indochiny, Brazylię, Madagaskar, kilkakrotnie Afrykę Zachodnią. W swoim 90-letnim życiu odbył 30 wypraw i podróży. Do każdej przygotowywał się niezwykle starannie, studiując mapy, atlasy, czytając książki o krajach, do których się wybierał, korespondując z tamtejszą Polonią. W dorobku ma 32 książki wydane w 23 językach i przeszło dziesięciomilionowym nakładzie. Jego dzieła urzekają plastyką opisu, pasjonująco, barwnie przybliżają czytelnikowi ludzi o różnych kolorach skóry, uczą szacunku dla innych kultur i obyczajów, opiewają piękno przyrody. Zbierałem także książki Fiedlera i wypożyczałem je w bibliotece, a potem przez wiele godzin śledziłem losy jego i prezentowanych bohaterów. Szkoda, że gdzieś przepadły te wydania, a było ich naprawdę sporo. Pamiętam, że najpierw przeczytałem Ryby śpiewają w Ukajali, a potem posypały się kolejne tytuły: Kanada pachnąca żywicą, Zwierzęta z lasu dziewiczego, Jutro na Madagaskar, Żarliwa wyspa Beniowskiego, Rio de Oro, Gorąca wieś Ambinanitelo, Wyspa kochających lemurów, Nowa przygoda: Gwinea, I znowu kusząca Kanada, Spotkałem szczęśliwych Indian, Madagaskar, okrutny czarodziej, Piękna, straszna Amazonia. Przeczytałem też dwie książki autobiograficzne: Mój ojciec i dęby i Wiek męski – zwycięski, a także sięgałem po powieści dla młodzieży: Mały Bizon, Wyspa Robinsona oraz Orinoko. Niewiele zostało zatem książek tego autora, których nie przeczytałem, choć nie jestem pewien czy w pewnym momencie nie przyswoiłem sobie Dywizjonu 303, choć ta książka nakłada mi się w pamięci na pewne tytuły z serii „Tygrys”, a przede wszystkim na Cyrk Skalskiego Bohdana Arcta. Po latach zwiedziłem muzeum w domu autora Dzikich bananów, rozmawiałem z jego synem i synową, a potem wraz z grupą pisarzy byłem przy grobie Arkadego Fiedlera w Puszczykowie.

Razem

Równocześnie z książkami z serii Naokoło świata i opowieściami Arkadego Fiedlera, czytywałem po wielokroć tomy przygód podróżniczych Kamila Giżyckiego i Alfreda Szklarskiego. Przede wszystkim zajmowały mnie losy Tomka Wilmowskiego, Bosmana i Smugi, chłonąłem też wiadomości geograficzne, etnograficzne i zoologiczne. Do dziś pamiętam jak ekscytowałem się, gdy przynosiłem po raz pierwszy z biblioteki kolejne części serii, a potem szybko je czytałem, czasem do białego rana. To były cudowne chwile i nie zapomnę ich nigdy, a po latach miałem bliski kontakt z człowiekiem, który stał za tym wszystkim. Alfred Szklarski urodził się w Chicago w 1912 roku, a po powrocie do Polski zamieszkał w pobliskim Włocławku i później w Warszawie, gdzie w latach 1932 – 1938 studiował w Akademii Nauk Politycznych, na Wydziale Konsularno-Dyplomatycznym. Był żołnierzem AK, brał udział w powstaniu warszawskim. Po wojnie przez kilka miesięcy mieszkał w Krakowie, a następnie w Katowicach. W roku 1949 został niesprawiedliwie osądzony i skazany na karę ośmiu lat więzienia. Zwolniono go dopiero w roku 1953. W latach 1954–1977 był redaktorem w katowickim wydawnictwie „Śląsk”. W 1987 roku prowadziłem z tym twórcą korespondencję i miałem możliwość zapoznać się z jego poglądami, udzielił mi wywiadu, zadedykował książkę, przesłał fotografie i tom Ekspresu Reporterów, w którym znalazła się jego wypowiedź rzeka. Dowiedziałem się z niej o wielu sprawach, związanych z życiem autora i z bohaterami cyklu podróżniczego. Po jego śmierci, w 1992 roku, opublikowałem w „Gazecie Pomorskiej” nekrolog, w którym pisałem, miedzy innymi: Był jednym z najpopularniejszych pisarzy tworzących dla dzieci i młodzieży. Jego cykl podróżniczy przygód Tomka Wilmowskiego był najpopularniejszą serią powieściową, jaka ukazała się w Polsce po wojnie. Bohater Szklarskiego był prawdziwym patriotą, Polakiem zawsze kierującym się w swoich wyborach zasadą uczciwości i prawości. Był wzorem do naśladowania, ideałem zawsze godnym polecenia. Te książki rozbudzały u młodzieży zainteresowania geografią i etnografią, ukazywały odległe lądy, przypominały wydarzenia historyczne i podkreślały ze szczególną mocą wkład Polaków w ogólnokulturowe dziedzictwo. To właśnie te lektury były początkiem drogi dla wielu późniejszych humanistów. Żywa akcja i prowadzona ze swadą narracja wciągały niczym magnes. Nie bał się Szklarski w czasach jedynie słusznej ideologii ukazywać rosyjskich zaborców w negatywnym świetle – nie wykreślił z Tomka w krainie kangurów ani jednej linijki, choć niejednokrotnie, przy kolejnych wznowieniach, próbowano to na nim wymusić. Sława autora wykraczała daleko poza ramy Polski – jego cykl tłumaczony był na wiele języków obcych, w tym tak „osobnych” jak choćby słowacki, serbsko-chorwacki. Ogólny nakład książek Szklarskiego przekroczył 10.000.000. w języku polskim i 2.5000.000. w języku rosyjskim. Oprócz książek o Tomku Wilmowskim, czytelnikom spodobała się Trylogia Indiańska. Autor planował napisanie jeszcze dwóch książek z serii podróżniczej (akcja miała się toczyć w Egipcie oraz na Alasce) i książki na temat Indian południowego zachodu Stanów Zjednoczonych pt. Zagubiony na prerii, ale śmierć pokrzyżowała te plany. Alfred Szklarski był synem członka PPS-u, aresztowanego i uwięzionego na Pawiaku. Jego ojciec został wraz z przyjaciółmi oskarżony o przygotowywanie zbrojnego obalenia władzy carskiej. Zwolniony, uciekł do Stanów Zjednoczonych, gdzie urodził się przyszły pisarz. Tam Alfred od najmłodszych lat pasjonował się amerykańskimi westernami. Do jego pierwszych ulubionych lektur należały książki Zane’a Greya i Jamesa Fenimoora Coopera, a po powtórnym przyjeździe do Polski – Karola Maya. Potem czołowe miejsce zajęła powieści Sienkiewicza, a przede wszystkim Trylogia i W pustyni i w puszczy. Łatwo dostrzeżemy, że Tomasz Wilmowski ma liczne cechy charakteru Stasia Tarkowskiego. Właśnie lektury i przygody, jakich życie nie skąpiło Szklarskiemu, złożyły się na narrację i klimat jego książek. Nieprzebranym rzeszom chłopców i dziewcząt jakie wychowały się na ośmiu książkach z cyklu podróżniczego, brakować będzie życzliwego i mądrego nauczyciela, jakim był Alfred Szklarski. Zostaną jednak książki, zostaną bohaterowie i stale ten sam dreszczyk emocji, gdy przewracało się następne karty opowieści.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (7)

58551035_4_1000x700_spodnie-jeans-levis-615-moda

Głaskałem ją leciutko po udach, przebiegałem palcami dolną część niebieskiego stroju kąpielowego i muskałem opuszkami palców brzuch. Wpłynęliśmy dość głęboko w trzciny i teraz nasza łódź była całkowicie zakryta, oddzielona od świata, otoczona podłużnymi, zielonymi płatkami. Co jakiś czas odzywały się pływające niedaleko perkozy dwuczube i czarne łyski, przelatywały nad naszymi głowami trzciniaki i rybitwy, a gdzieś daleko, w gęstwinie olchowej długiego cypla, odzywały się zięby i sójki. Leżeliśmy na przedniej części łodzi, na której rozłożyliśmy koc, przy samym dziobie umieszczając kapoki i złożone w kostki ręczniki. Żar lał się z nieba, a jej ciało falowało przy każdym moim muśnięciu, przebiegały przez nie dreszcze i czułem jej cudowną bliskość, radość, że się znaleźliśmy i zaczęliśmy miłosną grę. Jej długie, puszyste, ciemne włosy rozsypały się wokół głowy, uda miała lekko rozchylone, a piersi rozstąpiły się na boki, jedna na prawo, druga na lewo. Krew pulsowała mi w skroniach i oddychałem pełną piersią, jakbym wchodził do tajemniczej ciemności, jakbym uczestniczył w zakazanym rytuale. Nie rozumiałem wielu rzeczy i odkrywałem tajniki jej ciała z rozkoszą, a każde dotknięcie było jak lekkie uderzenie czarodziejską różdżką o magiczny kryształ i powodowało jej reakcję. To było też jak gra na drogocennym instrumencie, koncert wszystkich zmysłów i poczucie bezpieczeństwa, pełni w cieple i dotyku, wiary w nadchodzące dni i noce. Co jakiś czas strzepywałem z jej ciała drobne owady, które wskakiwały do łodzi z liści trzcin i tataraku, muskałem ustami wewnętrzną stronę ud i stopy, przebiegałem ustami kolana i podbrzusze, dotykałem piersi i całowałem ją najżarliwiej. Ona pragnęła tego i zarazem subtelnie mnie odpychała, nie pozwalała na więcej, a kiedy tylko moja dłoń stawała się zbyt odważna, zatrzymywała ją lekko, ale stanowczo. Błękit nieba zdawał się powoli zsuwać nad naszą samotnię, nie było ani jednej chmury, a słońce opalało nasze ciała na brązowy kolor. Czułem ruchliwość i ciepło jej języka, a jak otwierałem oczy, widziałem jej opuszczone powieki i gęste rzęsy, połyskujące niebieskawo w promieniach słońca.

 Kim była ta istota, która nagle pojawiła się w moim życiu i dała mi tyle ciepła i goryczy, wspaniałych przeżyć i dramatycznych chwil. Dopiero po latach zrozumiałem jak skomplikowaną miała psychikę, jak wiele obrazów pojawiało się stale w jej głowie i jak destrukcyjne były jej młodzieńcze wspomnienia. Teraz jednak byliśmy w białej łodzi, ukrytej przed światem, pełnej światła i parzącej od słońca, a ja próbowałem zapamiętać każdą chwilę, sekunda po sekundzie i godzina po godzinie. Zacząłem pieścić dłońmi jej nabrzmiałe piersi, czując jak brodawki tężeją i unoszą się w górę, zbliżałem usta i dotykałem je wilgotnym językiem, bawiłem się jak dziecko, czując nierealność tej sytuacji. Jakbym nagle znalazł się w miejscu, gdzie nie powinienem być, jakbym robił coś zakazanego i kradł trujące owoce. Co jakiś czas odpoczywaliśmy, tuląc się do siebie i patrząc w dal, każde w inną stronę, odprowadzając wzrokiem mewę, zawieszając oko na jakiejś wyrazistszej cząstce błękitu. Potem znowu zaczynaliśmy się całować i dotykać, pieścić wybrane fragmenty ciała i gładzić skórę na przedramionach i udach. Nagle ona wyprostowała się, odrzuciła z rozmachem włosy do tyłu i powiedziała:

 – Masz takie zielone oczy i jesteś ładnym chłopcem, ale ja wciąż nie mogę zapomnieć o innych chwilach…

 Zapadłem się w sobie i natychmiast napłynęła gorycz, którą dobrze znałem i której bałem się jak ognia. To mnie w niej fascynowało i zarazem przerażało, to było cudowne i groźne, każda słodycz zaprawiona była lękiem, że za chwilę pojawi się smak piołunu. Ratując się w tym momencie, sięgnąłem po przenośny magnetofon i włączyłem go, od razu trafiając na balladę Joan Baez Donna, Donna, Donna. To była opowieść o zabijaniu niewinnego cielaka, który był taki szczęśliwy na kwiecistej łące, pośród fruwających jaskółek i powiewów wiatru, a teraz wiozą go furgonem do rzeźni, gdzie go zabiją i stanie się mięsem na ludzkim stole. Wzdrygnąłem się i poczułem się jak ten nieszczęśnik, nic złego nie zrobiłem, obdarzałem ją najczystszą czułością i delikatnością, a zostałem za to ukarany tak dotkliwie. Patrząc w jej smutne, szafirowe oczy, powtórzyłem ostatnią frazę ballady: Calves are easily bound and slaughtered/ never knowing the reason why./ But whoever treasures freedom,/ like the swallow has learned to fly. Zobaczyłem, że spod jej powiek wypływa łza i przesuwa się wolno po policzku w stronę subtelnego podbródka. Spojrzała w dal i zaśpiewała cicho: How the winds are laughing,/ they laugh with all their might./ Laugh and laugh the whole day through,/ and half the summer’s night. Ten smutek w jej głosie był nie do wytrzymania, jakby sięgał do samego dna mojej duszy, chwyciłem więc za wiosła i chciałem je przesunąć w trzcinach, ona jednak zatrzymała moje ręce i przyciągnęła mnie ku sobie.

Kątem oczu zobaczyłem żółto-brązowego ptaka, który przesunął się majestatycznie nad trzcinami  i zniknął po chwili, a ona stała się nagle tak czuła, jakby zależało jej na mnie najbardziej na świecie. Szeptała coś po angielsku i całowała mnie z rozkoszą, wykazując niezwykłą energię. Bączek już dawno zniknął za skrajem tataraków, a ja wciąż bujałem w obłokach, unosiłem się nad łodzią i zaczynałem być coraz odważniejszy. Ona popychała mnie do tego, dając mi rozkosz nie do opisania, wciskając się dosłownie w moje ciało i podniecając mnie szeptem, który momentami stawał się wyrazistszy. To była ta sama ballada, którą nieraz razem śpiewaliśmy w jej domu albo przy ognisku, gdzieś nad wzburzonym morzem lub nad niebieskimi jeziorami: Who told you a calf to be?/ Why don`t you have wings to fly with,/ like the swallow so proud and free? Nie rozumiałem jej, ale tak bardzo jej pragnąłem i w tej chwili dostałem jakby przyzwolenie na więcej śmiałości. Nasz pierwszy raz był dziki i nieoczekiwany, więc teraz chciałem jej dać czułość całego świata, delikatność nie do opisania, ciepło z głębi samego serca. Zrozumiała to i przystała na to, choć wyczuwałem jakiś lęk w jej zachowaniu, jakąś prośbę o ostrożność, której nie byłem w stanie odrzucić. Choć burzyła się we mnie krew, choć czułem ogniste podniecenie, starałem się postępować rozważnie i podążać do przodu bez pospiechu. Muskałem delikatnie miejsce, gdzie jej uda zbiegają się ze sobą, pieściłem leciutko, wnikałem blisko, dotykając przede wszystkim zewnętrznych części jej kobiecości. Nagle stało się coś niezwykłego, jej oddech wzmógł się, piersi zaczęły falować i wydała z siebie westchnienia, których dotąd nie słyszałem. To było coś tak pięknego i ulotnego, że natychmiast też poczułem się wyzwolony i świat na chwilę odpłynął poza granice mojej świadomości. Wtuliliśmy się w siebie, lekko gładząc się po piersiach i jeszcze szybko oddychając, ale od razu wyczułem, że znowu dzieje się z nią coś niedobrego. Znowu wyprostowała się szybko i zaczęła patrzeć gdzieś daleko, poza trzciny, jakby domagała się, by tam podążyć i opuścić już nasze tajemne miejsce.

              – Wracamy…? – spytała.

Czekałem na jej wyznanie, na inne słowa… Znowu poczułem jak wpływa we mnie gorycz, ale chwyciłem za wiosła i silnymi odepchnięciami zacząłem przesuwać łódź ku głębokiej toni jeziora. Raz jeszcze na jej policzkach pojawiły się łzy, ale cieszyłem się, że ona nie mogła zobaczyć dziecka, tego małego, jasnowłosego chłopczyka, który tak bardzo płakał we mnie…

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: