BIBLIOTEKA (10)

Jack London

Jack London

Lektura po latach krótkiej powieści Jacka Londona pt. Zew krwi… Wspomnienie młodzieńczych ambicji czytelniczych i oczarowanie wieku dojrzałego. Oczywiście zauważam trochę tego rozchwiania i braku dyscypliny narracyjnej, charakterystycznej dla amerykańskiego pisarza, ale w sumie więcej jest elementów wartościowych i wzniosłych. Buck, mieszaniec bernardyna i owczarka szkockiego, kieruje się instynktem, ale też myśli jak człowiek, wybiera najlepsze dla siebie rozwiązania, które koniec końców, doprowadzą go do dobrego właściciela – Johna Thorntona. Powieść rozgrywa się w krajobrazach Alaski, gdy ogromne rzesze ruszyły w kierunku rzeki Klondike, podniecane myślą o znalezieniu obfitych żył złota. W roku 1896 pochodzący z ludu Atabasków Jim Skookum odkrył wraz z towarzyszami złotonośne tereny nieopodal dopływu Klondike – Bonanza Creek, a potem obładowany złotem pojawił się w Seattle. Przy powszechnej recesji i biedzie, spowodowało to histerię i natychmiastowe wojaże wielu poszukiwaczy na te tereny. Bohater powiastki Londona zostaje wykradziony z posiadłości bogatego sędziego Millera, z kalifornijskiej Doliny Santa Clara, i trafia do kolejnych właścicieli, nie skąpiących mu razów i zmuszających go do wysiłku ponad siły. Moc tego mieszańca polega jednak na tym, że potrafi on wykrzesać z siebie ogromne energie i przetrwać w skrajnie trudnych warunkach, sięgając ku dalekiej przeszłości: Nie tylko doświadczenie uczyło Bucka. Dawno zgasłe instynkty ożyły na nowo. Dziedzictwo pokoleń oswojonych przestało mu ciążyć. Mgliście i po omacku sięgał wspomnieniem do młodości swej rasy, kiedy dzikie psy gnały stadami przez niebotyczne puszcze i zdobywały mięso, dopędziwszy łup. Buck bez trudu nauczył się walczyć błyskawicznym, wilczym chwytem. Tak samo walczyli zapomniani przodkowie, i dzisiaj budzili w prawnuku zamierzchłe czasy. Dawne sposoby życia stawały się teraz własnością prawego następcy. Rodziły się w nim bez wysiłku i zdumienia, jak gdyby należały doń zawsze. A kiedy cichą, mroźną nocą pies wznosił łeb ku gwiazdom i wył przeciągłym wilczym głosem – jego to przodkowie, od dawna w proch obróceni, wznosili łeb ku gwiazdom i wyli poprzez stulecia i poprzez niego samego. W tonach tego głosu brzmiały tony głosów tamtych, pieśń odwieczna rodzących, pieśń, co ongiś i dzisiaj oznaczała ciszę, chłód i ciemność. (cytaty z przekładu Stanisławy Kuszelewskiej) Staje też do walki z innymi psami, pośród których nie brakuje osobników, pochodzących z krzyżówek z wilkami. W końcu wygrywa, zyskując sławę pośród ludzi i pozycję psa przewodzącego zaprzęgowi, nieustannie moderującego stado i udzielającego lekcji krnąbrnym osobnikom.

Call_of_the_Wild_(Buck)-horz

Jego dni pośród śniegów i lodów są pasmem negatywnych doświadczeń, cierpień i pracy ponad siły, coraz to bardziej wiotczejących mięśni. Udaje mu się jednak dotrwać do chwili, gdy zostaje kupiony przez Thorntona i zaczyna pędzić w jego towarzystwie egzystencję przyjazną, pełną radości i swobodnych wypraw ku lasom i bezdrożom Yukonu. Wtedy też budzi się w nim dziwny zew dzikości (właściwy, angielski tytuł powieść to The Call of the Wild), jakby jakieś pradawne wołanie sprzed wieków, nieomal z czasów prehistorycznych, ze struktur genetycznych żyjących wtedy wilków: (…) dziwny Zew, brzmiący w głębinach lasu. Napełniał serce Bucka dręczącym niepokojem, niezrozumiałym pragnieniem. Niósł mu niejasną a słodką rozkosz, wespół z dziką, przemożną, choć nie wiadomo za czym goniącą tęsknotą. Niekiedy pies zrywał się i szukał wołania tego po lesie, niby rzeczy uchwytnej; szukał ukradkiem lub zuchwale – jak podszeptywało natchnienie. Wtulał nos w wilgotną zieleń mchu lub w czarny grunt rodzący trawy i wdychał radośnie tłustą woń ziemi; lub też zaczajał się godzinami poza pniem zwalonego drzewa, rozwarłszy szeroko oczy i uszy na wszystko, co szemrało i poruszało się w puszczy. Miał może nadzieję, że leżąc tak, zaskoczy niespodzianie Zew tajemniczy, którego nie pojmował.  Buck zaczyna zabijać dla przetrwania i toczyć walki z silniejszymi zwierzętami, takimi jak niedźwiedzie czy ogromne jelenie, ale też stale wraca do obozowiska dobrych ludzi, pomagając im przetrwać w ekstremalnych warunkach. Po jednej z dalekich wypraw odkrywa w siedlisku Indian (by nikogo nie urazić London wymyślił fikcyjne plemię Yeehatów), którzy wymordowali wszystkich białych ludzi. Rzuca się na napastników i morduje niektórych z nich, zachowując się jakby był chory na wściekliznę, czym powoduje popłoch i ucieczkę, a potem staje się elementem opowieści indiańskich o psim demonie, który bez litości zabijał czerwonoskórych. Tym razem czytało mi się znakomicie mikropowieść Jacka Londona, a części mówiące o pradawnym zewie krwi uznać można za najlepsze w literaturach anglojęzycznych, niezwykle prawdopodobne, głębokie i piękne.

20

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (4)

zamieszki

24 grudnia 1981 roku

Dzisiaj jest wigilia i żeby nie przeszkadzać mamie w domu, poszedłem na długi spacer do miasta. Przy dawnym budynku Solidarności stało dwóch zomowców, na ulicach spostrzegłem też kilka wojskowych patroli z karabinami Kałasznikowa na plecach. Zawsze jak mijam takich chłopaków, odczuwam lęk, że któryś z nich wpadnie w szał i zacznie pruć pociskami gdzie popadnie.

Reagan powiedział, że obwieszczenia o stanie wojennym wydrukowano wcześniej w ZSRR. Zdzisław Rurarz – ambasador Polski w Japonii – poprosił o udzielenie mu azylu politycznego w USA.

Jaruzelski powiedział z okazji Bożego Narodzenia, że stan wojenny jest mniejszym złem od wojny domowej. Natomiast Jan Paweł II przyjął w Watykanie grupę kilkuset Polaków, mieszkających w Rzymie i pielgrzymów, których sytuacja w Polsce zatrzymała we Włoszech. Arcybiskup Poggi spotkał się z Jaruzelskim i przekazał mu list od papieża. Z kolei Prymas Polski wystosował list pasterski do wiernych, w którym przypomina, że jednym z obowiązków chrześcijanina jest stałe czuwanie i uczestniczenie w życiu publicznym. Rzecznik Departamentu Stanu USA stwierdził, że w Polsce nadal trwają strajki, miedzy innymi w zakładach azotowych w Puławach.

Jeszcze jeden dzień bez Aliny… Myślałem, że odezwie się i spędzimy razem wigilię, ale nic takiego się nie stało. Pewnie już ma innego chłopaka, albo skupiła się na nauce gramatyki, idiomów i słówek angielskich, tak jak to wielokrotnie robiła, by odsuwać się ode mnie. Nie mogłem spać w nocy i intensywnie o niej myślałem, a w mojej świadomości przesuwały się ruchome obrazy z naszych wspólnych lat.

            25 grudnia 1981 roku

Zakończył się strajk w kopalni „Ziemowit”, ale w „Piaście” górnicy nadal strajkują. W USA – na znak protestu i solidarności z Polską – wygaszono na dziesięć minut światła w domach i urzędach. Oświadczenia potępiające sytuację w Polsce złożyli: Zbigniew Brzeziński, Jerzy Giedroyć, Stefan Korboński, Jan Kott, Czesław Miłosz, Jerzy Mond, Stanisław Skrowaczewski, Piotr Słonimski, Leopold Tyrmand, Adam Ulam.

            26 grudnia 1981 roku

W kopalni „Piast” pod ziemią znajduje się jeszcze 1100 górników, którzy nie godzą się z wprowadzonym stanem wojennym. Solidarność wzywa w wydanym podziemnie biuletynie do stosowania biernego oporu. Według rozgłośni monachijskiej w Polsce są trzy dywizje sowieckie. Doszło do głodówek protestacyjnych w wojsku, a w Polsce utworzono 49 obozów dla internowanych – między innymi w ośrodku wczasowym w Drawsku Pomorskim, w więzieniu w Białołęce, w Arłamowie w Bieszczadach, w więzieniu MO w Warszawie (Pałac Mostowskich), gdzie trwa strajk głodowy, w Puszczy Kampinoskiej, koło Piszu, kobiety uwięziono w więzieniu w Olszynce Grochowskiej.

Jakbym nie mógł znaleźć w tym trudnym dla mnie i Polski czasie innej lektury, przeczytałem opowiadania Tadeusza Borowskiego. W głowie mi się nie mieści jak Niemcy mogli w taki sposób mordować całe narody. Musiało być coś patologicznego w ich psychice, bo normalny człowiek na widok stert trupów w komorach gazowych, nagich ciał targanych do krematoriów, nie wytrzymałby tego. Może dlatego Borowski po wojnie odebrał sobie życie – co za paradoks, ocalał w Oświęcimiu, by samemu sprowadzić na siebie śmierć.

Wolna Europa nadaje: Jan Paweł II podziękował za modlitwy i solidarność z Polską. Według biuletynu Solidarności były ofiary śmiertelne w Gdańsku i Wrocławiu. Obsługę niektórych kopalni na Śląsku przejęło wojsko. Wałęsę odwiedził Rakowski, który wyszedł ze spotkania bardzo poirytowany. Władze przeprowadzą czystkę w redakcjach dzienników i pośród nauczycieli. „Piast” strajkuje nadal. Dietrich Genscher zaapelował do przywódców ZSRR by nie przeszkadzali Polsce w przeprowadzaniu demokratycznych reform, zaapelował też o wycofanie wojsk sowieckich z Afganistanu. Breżniew miał wystosować list do Reagana, w odpowiedzi na planowane sankcje gospodarcze i polityczne. Od tygodnia trwa marsz trzydziestu Polaków, z Hamburga do Kolonii. Po przybyciu na miejsce, zacznie się głodówka w jednym z kościołów.

keakow

28 grudnia 1981

Byłem na nielegalnym spotkaniu w domu Siwca, na ul. Jaskółczej. Przybył Musiał, Derdowski, taki Kalina z polonistyki, Cielesz, gburowaty Banach, no i zaczęło się marudzenie. Założyliśmy Radę Redakcyjna konspiracyjnego pisma literackiego, była też mowa o antologii. Piwo, wino i wódka lały się szerokim strumieniem, mieszanka zrobiła swoje i po godzinie każdy zaczął gadać co innego, było też emfatyczne czytanie wierszy, aż wszystko skończyło się na podwórku domostwa Siwca, gdzie tym razem ja chciałem się zetrzeć z Derdowskim. Na szczęście jakoś mnie powstrzymali i rozeszliśmy się do domów. Podążałem z Musiałem Gnieźnieńską i zaproponowałem mu, że pokażę mu kilka niezwykłych miejsc na cmentarzu Świętej Trójcy, przy ul. Lotników. Okrążyliśmy nekropolię dookoła i na końcu pokazał mi grób swojego ojca, z wykrzywioną brzozą przy nim. Taka jak jego życie… – powiedział. Uścisnął mnie może zbyt wylewnie na pożegnanie i poszedł w dół ulicy Czerwonego Krzyża, a ja skierowałem się do domu, na Gałczyńskiego. To jest dziwny człowiek ten Musiał, z jednej strony manifestuje przyjaźń, a kiedyś po pijaku wygadał się, że napisał paskudną recenzję o moim pierwszym tomiku pt. Samobójcy spod wielkiego wozu. Bardzo na tym zależało jego kolesiowi z redakcji „Studenta” Marianowi Stali, a tytuł tekstu miał brzmieć „Poezja i krzepa”. Koniec końców nie wyekspediował tego do redakcji i jego „przyjaciel” nie doczekał się. Od paru ludzi dochodziły do mnie głosy, że Stala nie może znieść mojej aktywności i zapowiada „dowalenie” mi w „Studencie”. Zastanawia mnie, dlaczego Musiał wycofał się, chociaż napisał prześmiewczy tekst, ponoć akcentujący moje bicepsy w opozycji do intelektu?

Pisarze Günter Grass, Max Frisch, Elias Canetti, Dürrenmatt i Böll zaapelowali do Jaruzelskiego, żeby umożliwił wysłannikom Kościoła spotkanie z Kuroniem i Michnikiem, którzy są bardzo źle traktowani w miejscach internowania.

Czołowy rosyjski bojownik o prawa człowieka prof. Andriej Sacharow wrócił z więzienia do miasta Gorki, gdzie go zesłano. Przyczynił się do powstania bomby wodorowej, a potem widząc skutki wybuchów, odmówił dalszych prac nad nią i stał się bezkompromisowym dysydentem.

Zakończył się strajk w kopalni „Piast”. Były ambasador Rurarz powiedział, że to Związek Sowiecki przygotował akcję represyjną wobec narodu polskiego, a Jaruzelski jest zdrajcą, robiącym najbrudniejszą robotę w historii Polski. Stwierdził też, że już w marcu, po prowokacji bydgoskiej, kiedy pobito działaczy Solidarności, podczas sesji Wojewódzkiej Rady Narodowej, otrzymał depeszę od rządu, informującą o natychmiastowym wprowadzeniu stanu wojennego. Miało to miejsce 19 marca i napisałem po tym wydarzeniu sporo wierszy, między innymi jeden o Janie Rulewskim. Bardzo ten tekst nie podobał się Solińskiemu i radził jak najszybciej go podrzeć, albo spalić. Powiedział, że jest prymitywny i niepotrzebny, nikogo nie zainteresuje, a tylko ściągnie mi na głowę jakieś kłopoty. Nie jestem za bardzo strachliwy, ale to była wyraźna groźba – muszę się dokładniej przyglądać temu rudzielcowi.

Według ludzi bliskich Wałęsie, rozpoczął on strajk głodowy przed świętami, ale po namowach kolegów i wskazaniu mu, że jeszcze będzie w przyszłości potrzebny, zaczął przyjmować posiłki. Pomiędzy cywilami i wojskowymi we władzach polskich są tarcia i nie ma żadnych oznak, że zostanie zwołane Plenum partii. W Krakowie rozwiązano jakąś zbyt aktywną organizację partyjną. W okolicach Poznania skoncentrowano duże siły ZOMO i wojska. Wielka demonstracja odbyła się też w Chicago. Luigi Poggi, po wizycie w Polsce, zdał sprawozdanie papieżowi.

29 grudnia 1981 roku

Jest godzina 23.30 i przed chwilą niedaleko mojego bloku przejechało kilka czołgów. Stale też, na pobliskie lotnisko, latają helikoptery, jakieś samoloty transportowe, a apokaliptyczna atmosfera skłoniła mnie do pisania tekstów w konwencji fantastyki , które nazywam roboczo Piloci ultrafioletowych dali. To historia dziwnych pilotów i tajemniczych wojen, nieustannie krążących w powietrzu helikopterów i przelatujących z hukiem odrzutowców. Wychowałem się na osiedlu graniczącym z wielkim lotniskiem i ryk startujących z dopalaczami samolotów był częstym odgłosem na naszym podwórku, ale teraz to się zwielokrotniło.

Słucham Wolnej Europy: Reagan wprowadził drastyczne sankcje przeciwko ZSRR i jest to kara za wprowadzenie stanu wojennego w Polsce – chociaż raz zachodni „przyjaciele” nas nie zdradzili. Nakazał realizować następujące działania: zawieszenie odnawiania i wydawania licencji na budowę sprzętu niezbędnego do wysyłania gazu do Europy Zachodniej. Zawieszenie dostaw zboża i ograniczenie dostępu do Amerykańskich portów dla sowieckich statków handlowych. Zawieszenie przyjmowania samolotów Aerofłotu do USA. Wstrzymanie wymiany naukowej. Komitet Zakupów ZSRR w USA zostaje rozwiązany.

Miały miejsce zakłócenia w pracy w Warszawie, Katowicach i na Wybrzeżu, aresztowano też dwunastu przywódców strajku w kopalni „Piast”. W TV Urban zaprzeczył zachodnim doniesieniom, że Kuroń i Michnik są źle traktowani. Potwierdził natomiast, że podczas zamieszek w Gdańsku zabito jednego robotnika. Świnia z tego Urbana, który uchodził przez lata za postępowego dziennikarza, a teraz jest tubą WRON-y.

Według Rurarza następuje rozkład PZPR-u w Polsce. W Paryżu Międzynarodówka Socjalistyczna wydała ostre oświadczenie domagające się swobody działania dla Solidarności.

Mario Vargas Llosa urządził demonstrację w Limie i przeszedł w marszu protestacyjnym wraz z pięćdziesięcioma tysiącami robotników peruwiańskich. Z kolei „San Francisco Examiner” zamieścił wywiad z Miłoszem, który powiedział: Jestem głęboko oddany Wałęsie i Solidarności i wielu intelektualistów myśli tak samo. Chaos gospodarczy w Polsce został spowodowany taktyką rządu, a Solidarność próbowała ratować kraj. Do upadku gospodarczego PRL-u przyczynił się przede wszystkim eksport towarów po obniżonych cenach do ZSRR. Według Miłosza: Jawna, czy też podziemna Solidarność, będzie silniejsza od wszystkich junt razem wziętych.

Rakowski jutro ma spotkać z Genscherem. Kołakowski i Smolar określili wprowadzenie stanu wojennego w Polsce jako wojnę z własnym społeczeństwem. Rząd PRL-u robi brudna robotę za ZSRR, który po interwencji w Afganistanie nie może wysłać czołgów do naszego kraju.

30 grudnia 1981 roku

Rakowski spotkał się w Bonn z Genscherem, ale komunikatu nie wydano. Spotkałem na moim osiedlu Derdowskiego i powiedział mi, że podobno zatłukli w jakimś więzieniu Rulewskiego. Ale potem dodał, że informacja jest bardzo niepewna. Krzychu regularnie podąża do domu rodziców na Jarach i czasami obserwuję go z ukrycia. Za każdym razem widać na jego twarzy, że intensywnie myśli, coś rozważa, czegoś wypatruje, gdy tak prze do przodu. Tak coś mieli w mózgu, że często nie zauważa mnie stojącego w kolejce po gazety, przy kiosku Ruchu.

            31 grudnia

Radiostacje podają, że rozmowy Rakowskiego w Niemczech zakończyły się sukcesem, ale jednocześnie pojawia się informacja, że władze wojskowe zaproponowały podwyżki, które trzykrotnie mają podnieść koszty utrzymania w Polsce. Margaret Thatcher i Helmut Schmidt, wobec kryzysu w Polsce, opowiedzieli się za jednością państw zachodnich w stosunku do ZSRR. Mitterand wyraził w telewizji francuskiej solidarność z narodem Polskim. Według niezależnych mediów w fabryce amunicji w Pionkach pod Radomiem trwa strajk i oddziały ZOMO oraz wojska otoczyły zakład.

Wolna Europa podaje, że 17 grudnia w Gdańsku kolumna czołgów zmusiła demonstrantów do skakania z wiaduktu. Jeden czołg miał się ześliznąć ze skarpy i zabić całą załogę. W Stoczni im. Lenina zmusza się robotników do podpisywania deklaracji o wystąpieniu z Solidarności. List papieża do Jaruzelskiego został źle przyjęty przez rząd PRL-u, a misja biskupa Poggi’ego nie dała żadnych rezultatów. Włoska Partia Komunistyczna ponownie potępiła wojskowy zamach stanu w Polsce. Grupa polskich marynarzy opuściła statek w Panamie i poprosiła o azyl polityczny. Partyjny, robociarski gracz Barcikowski, z charakterystyczną grzywką robociarza z lat pięćdziesiątych, powiedział, że partia utrzyma dawną rangę.

z16820842Q,W-latach-80--armatki-wodne-obok-transporterow--gaz

            1 stycznia 1982 roku

Papież Jan Paweł II wyraził pełne poparcie dla ruchu Solidarności w Polsce: Solidarność jako niezależny związek zawodowy, jest częścią dziedzictwa polskich robotników, dziedzictwa robotników całego świata.

Zbigniew Bujak zaapelował do żołnierzy i milicjantów, by kierowali się sumieniem przy wykonywaniu swoich czynności. Trwa czystka wśród dziennikarzy. Redaktor naczelny „Kuriera Polskiego” odmówił podpisania aktu uległości.

Reagan powiedział, że komunizm zbankrutował, a z kolei, forowany przez Kreml komentator polityczny Arbatow, stwierdził na łamach „Prawdy”, że jastrzębie w rządzie USA programują kryzys w Polsce, by utrzymać się przy władzy. 63 marynarzy polskich poprosiło o azyl w Kanadzie.

            2 stycznia 1982 roku

Rozpętano nową nagonkę – tym razem wobec NZS-u. Niektórzy koledzy widzą w tym zapowiedź całościowego wznowienia zajęć na uczelni. Od czwartego stycznia wznawiają naukę czwarte roczniki, które muszą przygotować prace magisterskie.

            3 stycznia 1982 roku

Genscher ma jutro udać się do Waszyngtonu, by wziąć udział w rozmowach Schmidta z Reaganem na temat sytuacji w Polsce. „The Spectator” analizuje osobę Jaruzelskiego, zomowców nazywając chuliganami z UB, nocnymi stworzeniami, nocy długich pałek. Autor artykułu nie wyklucza, że Polska może zostać podzielona między NRD a ZSRR.

Dwudziestopięcioletni syn Rakowskiego zwrócił się o azyl polityczny w RFN, skąd chce wraz z rodziną wyemigrować do Australii. Stwierdził przy tym, że jego decyzja nie ma nic wspólnego z ojcem. Z kolei Wałęsa miał zgodzić się na rozmowy z juntą, pod warunkiem, że zwolnione zostaną osoby z Krajowej Komisji Porozumiewawczej. BBC kolportuje na cały świat powiedzenie Wałęsy: W Polsce każdy jest wodzem. Podobno trzymają go teraz w budynku MSW na Rakowickiej w Warszawie. Jaruzelski zaprosił na spotkanie do Warszawy ambasadorów dziesięciu państw członkowskich EWG.

Według nowego biuletynu Solidarności, od wprowadzenia stanu wojennego, w dwudziestu zakładach w kraju, praca nie przebiega normalnie. Rządy zachodnich państw europejskich na razie nie przyłączyły się do sankcji USA wobec Polski.

            4 stycznia 1982 roku

EWG ostrzegła ZSRR i inne państwa socjalistyczne, by nie ingerowały w sprawy Polski. Nie uchwalono jednak żadnych sankcji, a Jaruzelski spotkał się z ambasadorami państw EWG. Leo Tindemans określił to spotkanie jako tragiczne. Z kolei Stany Zjednoczone opublikowały dokument, w którym w chronologiczny sposób przedstawiają ingerencję ZSRR i innych państw socjalistycznych w Polsce.

Jutro w dziesięciu województwach zostaną włączone telefony i teleksy. Podobno tylko połowę robotników przyjęto z powrotem do pracy w Stoczni im. Lenina. Rozpoczęła się też rozprawa trzech członków Solidarności, organizatorów strajku w Hucie Warszawa, w tym Karola Szadurskiego. Trzystu więźniów w Białołęce złożyło protest z powodu pogorszenia się warunków w tym obozie. Kościół zorganizował odwiedziny rodzin u internowanych. Pojawiają się informacje, że w Nowej Hucie milicja użyła przeciwko robotnikom specjalnie szkolonych psów. Wolna Europa podaje, że podczas starć z milicją w kopalni „Manifest Lipcowy” w Jastrzębiu zginęło co najmniej czternaście osób (informacja podana za biuletynem Solidarności, wydanym 28 grudnia). Na południu Polski żołnierz zastrzelił przełożonego po otrzymaniu wiadomości o zabiciu górników w kopalni „Wujek”. Działacze opozycyjni zwrócili się do społeczeństwa o noszenie czarnych opasek, co ma być znakiem, że Solidarność stale istnieje. Rakowski oskarżył Wałęsę, że w poprzednim okresie zajmował nierealistyczne stanowisko.

5 stycznia 1982

PAP podała, że działacze Solidarności i innych związków zebrali się w gmachu Rady Ministrów i prowadzą rozmowy z rządem. Ogłoszono bezwarunkowe rozwiązanie NZS-u. W Waszyngtonie Schmidt prowadzi rozmowy z Reaganem na temat Polski, a Józef Czyrek złoży wizytę w ZSRR. Zachodni technicy zlokalizowali stacje zagłuszania audycji BBC, Voice of America i Wolnej Europy. Znajdują się one w Związku Sowieckim, w Smoleńsku i Kaliningradzie.

W Warszawie rozpoczął się proces Macieja Szczepańskiego – Przewodniczącego Komitety ds. radia i Telewizji, głównego wykonawcy zadań w ramach propagandy sukcesu Edwarda Gierka. Telewizja robi wokół tego wiele szumu, jakby „Krwawy Maciek” miał być przeciwwagą dla zbrodni stanu wojennego. Rozgłośnie podają, że jedną z ofiar ZOMO, podczas wtargnięcia na teren Politechniki Wrocławskiej, miał być Dziekan Wydziału Matematyki, którego pchnięto brutalnie na jakiś duży stół, gdy próbował bronić studentów. Prymas Glemp powiedział w homilii: Każdy człowiek ma prawo do własnego sumienia.

Ponoć jest strajk głodowy w więzieniu w Białołęce, gdzie uwięziono między innymi Kuronia i Gwiazdę. Reagan i Schmidt nie ustalili nowych wspólnych sankcji wobec ZSRR. W Polsce ma miejsce oczyszczanie szeregów PZPR z rewizjonistów i zwolenników Solidarności.

Dziwny telefon od Joanny Mieszko-Wiórkiewicz, przyjaciółki Ryszarda Kapuścińskiego i Musiała, domagającej się ode mnie zwrotu albumu malarstwa Daliego, który kiedyś udostępnił mi Musiał. Dawno mu go oddałem, ale pewnie ktoś „pożyczył” go od niego po cichu i ten skojarzył, że był w moich rękach. Tylko dwa razy miałem do czynienia z tą dziewczyną, podczas posiedzeń Koła Młodych Związku Literatów Polskich. Była bezczelna i natarczywa przez telefon – nie przyjmowała też do wiadomości, że już dawno ten album zwróciłem Musiałowi.

6 stycznia 1982

Ambasadorowi ZSRR w Wielkiej Brytanii – Wiktorowi Popowowi – wręczono protest rządu tego kraju w związku z zakłócaniem audycji radia BBC w języku polskim, stwierdzono, że jest to złamanie konferencji helsińskich (1973–1975). Mam z tego powodu nieustający problem, bo audycje w moim radiu stale umykają, a zamiast głosu spikerów pojawia się tężejący łomot. I to jest prawdziwy ruski hymn…

Aleksander Haig: Mimo wydarzeń w Polsce, należy zachować otwarte linie łączności między Wschodem i Zachodem; rokowania genewskie będą kontynuowane.

Drugi, starszy syn Rakowskiego, stara się o azyl polityczny w Hiszpanii. Papież wezwał władze rumuńskie, żeby pozwalały swobodnie uprawiać praktyki religijne Rumunom, wyznania Kościoła Obrządku Wschodniego.

Szeregi PZPR zmniejszyły się o połowę i liczą obecnie niespełna milion członków. W 1981 roku po powstaniu Solidarności z szeregów partii wystąpiło 850 tys. członków. Wolna Europa podaje, że ocenzurowano w prasie i telewizji wypowiedź jakiegoś członka KC, który opowiedział o tych wystąpieniach z organizacji. Podobno Wałęsa nadal odmawia rozmów z rządem.

„Der Spiegel” cytuje wypowiedź Rakowskiego: Wprowadzenie stanu wojennego było ostatnią kartą przetargową w ręku rządu PRL, dla ochrony suwerenności kraju w łonie Układu warszawskiego. Francja potwierdziła, że będzie dalej wysyłać pomoc dla Polski. Stanisław Opałko (PZPR) wezwał w Tarnowie do przeprowadzenia czystki w partii. ZSRR i Polska podpisały umowę handlową i Rosjanie udzielą nam kredytu w wysokości 2,7 miliona rubli. Korespondent PAP w Bukareszcie uciekł do Austrii i poprosił o azyl polityczny. Japonia skrytykowała postępowanie ZSRR w Polsce.

Tym razem dzwonił Musiał i domagał się zwrotu albumu Daliego. Jeszcze raz powiedziałem, że dawno mu go zwróciłem i pewnie leży gdzieś pod stertą papierów w jego pokoju. W końcu jakoś to przyjął, a potem zapraszał mnie wylewnie na spotkanie z przyjaciółmi w mieszkaniu jakiegoś Piotra, który mieszka nieopodal szpitala i cmentarza pomordowanych, na górnej skarpie miasta. Zachwalał mi nieziemski widok z okien kawalerki tego kolegi. Mama spytała, co ten Musiał tak do ciebie wydzwania, więc powiedziałem jej, że to bydgoski poeta i lekarz. Swoją drogą mam już go dosyć, bo jestem człowiekiem konkretów, a on jest chybotliwy jak witka na wietrze.

BIBLIOTEKA (9)

1

Jeszcze jedno spotkanie po latach z książką, która niegdyś rozpaliła moją wyobraźnię i popchnęła mnie do przeczytania ogromnego zestawu opisów przygód morskich. Wziąłem udział nawet w kursie sternika jachtowego i prawie bym go ukończył, gdyby na drodze nie pojawiła się żarliwa miłość. Początki mojej fascynacji żeglarstwem i przygodami takich kultowych postaci jak Thor Heyerdal, Alain Bombard, Francis Chichester czy Krzysztof Baranowski, związane były z powieścią Juliusza Verne’a z 1901 roku pt. Wąż morski (tytuł oryginału francuskiego: Les Histoires de Jean-Marie Cabidoulin). Na początku dwudziestego wieku pióro tego pisarza było już lżejsze i tworzone przez niego książki dobrze się czytało, a nawet pochłaniało się je jednym tchem, żałując, że lektura trwała tak krótko. Cała fabuła została oparta na tajemniczych pogłoskach o monstrualnym wężu morskim, pojawiającym się co jakiś czas u wybrzeży różnych kontynentów, albo widywanym na otwartym morzu przez marynarz wielu bander. Po latach powstała nawet kryptozoologia, czyli dziedzina wiedzy zajmująca się tego rodzaju stworzeniami, analizująca relacje i ustawiające je w ciągu historycznym. Oficjalna nauka nigdy nie potwierdziła, że istnieją takie zwierzęta, ale opowieści o nich karmiły wyobraźnię ludzi morza od XVI wieku. Oczywiście takie stworzenia pojawiły się najpierw w mitologiach, spośród których wymienić trzeba nordyckiego Jormunganda czy bytującego w przestworzach Quetzalcoatla, albo chińskiego smoka z czasów dynastii Han. To istoty rozciągające swoje panowanie na obszar kosmiczny i współuczestniczące w pierwszych kosmogoniach. Zanim Verne wziął się za napisanie swojej powieści, węże morskie pojawiały się w relacjach żeglarzy, a nawet w publikacjach „naukowych”, zaczęto też prezentować ryciny i pierwsze fotografie, podważane potem przez specjalistów. Francuz miał w tym względzie wielu poprzedników, którzy tworzyli narracje o monstrualnych ośmiornicach, kałamarnicach, krabach, rekinach, orkach, albo – jak Hermann Melville, w powieści Moby Dick – o ponadnaturalnych wielorybach. Najczęściej wyobrażano sobie węże morskie jako istoty pokryte łuskami, posiadające rogate głowy z ogromnymi oczyma i paszczami, mogącymi połknąć wielotonowe statki. Nie brakowało też historii, w których mowa była o tym, że wielki wąż wypłynął z głębin i jednym uderzeniem ogona pogruchotał jakiś solidny bryg. Nauka zna zwierzęta – jak wstęgor królewski (Regalecus glesne) – które mogły być pierwowzorem fantastycznych opowieści i pobudzać wyobraźnię pisarzy, autorów dzienników z podróży i naukowców. Raz po raz morza i oceany wyrzucają też na brzeg ich szczątki, z których można wnioskować, że osiągają wielkość kilkunastu metrów.

2

Powieść Juliusza Verne’a to historia wyprawy statku wielorybniczego „Saint-Enoch”, dowodzonego przez pięćdziesięcioletniego kapitana Ewarysta-Szymona Bourcarta. Jednostka wypływa 7 listopada 1863 roku z Hawru i kieruje się na południe, by po opłynięciu Przylądka Dobrej Nadziei, skierować się na Ocean Indyjski i dotrzeć do Pacyfiku, w okolice Nowej Zelandii. Tam zaczyna się polowanie na wieloryby, a po ich zabiciu i przyholowaniu do statku, wytapianie tłuszczu i umieszczanie go w specjalnie do tego celu przygotowanych beczkach. Z narracji Verne’a dowiadujemy się, że Statek kapitana Bourcarta, o wyporności około pięciuset ton, był wyposażony we wszelkie urządzenia potrzebne do trudnego polowania na wieloryby w odległych akwenach Pacyfiku. Chociaż zbudowany był jakieś dziesięć lat temu, miał dobrą skuteczność i świetnie sprawował się w morzu. Załoga zawsze starała się, żeby stan jego był bez zarzutu, zarówno jeśli chodzi o omasztowanie, jak i kadłub, a w dodatku jego część podwodna została niedawno całkowicie oczyszczona i pomalowana. Załoga składa się z trzydziestu czterech zaprawionych w trudach ludzi, marynarzy, harpunników, cieśli, kowali, lekarza i bednarza. Spośród nich postacią wyjątkową jest ten ostatni – Jan-Maria Cabidoulin – dbający o jakość beczek do stopionego tłuszczu i stale snujący opowieści o czekających załogę nieoczekiwanych zdarzeniach. Spośród nich największą grozę budzi bajda o wężu morskim, który potrafi pożerać wielkie statki i pojawia się w różnych częściach oceanu. Nic wszakże nie wskazuje na to, że wydarzy się coś strasznego, a załoga sprawnie poluje na kolejne wieloryby i szybko zapełnia ładownie nowymi beczkami z olejem, fiszbinami i ambrą. Lektura sprzed lat nie generowała żadnych refleksji natury etycznej, a opisy kolejnych polowań ekscytowały mnie i zaciekawiały. Wielorybnicy szybko zapełniają przestrzenie pod pokładem swoimi zdobyczami i udają się ku wybrzeżom Kalifornii, a potem płyną wzdłuż wschodniego wybrzeża Ameryki północnej, by z ogromnym zyskiem sprzedać beczki z olejem w kanadyjskim Vancouver. Sukcesy podczas polowań na wieloryby i zyskowna sprzedaż powodują, że kapitan podejmuje decyzje o dalszym pozostawaniu na Pacyfiku i skierowaniu się ku jego północnym rubieżom. Po minięciu Aleutów i Wysp Kurylskich, nowe polowanie ma zacząć się na Morzu Ochockim, gdzie jednak szczęście opuszcza wielorybników i zaczyna się ciąg nieprzewidzianych okoliczności. Coraz częściej bednarz Cabidoulin opowiada o potworze morskim, czyhającym w głębinach, a jego aktywność wzrasta po relacji rybaków, którzy uciekają do jednego z portów, po rzekomym spotkaniu z taką bestią. Załoga nie napotyka wielorybów, co zdaniem bednarza jest znakiem tego, że coś je przestraszyło i skłoniło do opuszczenia akwenu w pobliżu Kamczatki. Wkrótce jakiś tajemniczy prąd albo tsunami zawiedzie statek na Morze Beringa, gdzie dojdzie do dziwnego zdarzenia, kiedy to bryg osiądzie na jakieś skale lub mieliźnie, będącej efektem tektonicznego wyniesienia dna morskiego. Załoga zaczyna wierzyć, że jest to efekt obecności w pobliżu węża morskiego, a gdy zostaje roztrzaskany płynący w pobliżu statek angielski wydarzenia przybierają dramatyczny przebieg. Koniec końców okręt kapitana Bourcarta także zostaje roztrzaskany, a załoga musi ratować się ucieczką w łodziach i wędrówką po polu lodowym. Wszystko kończy się jednak happy endem, bo marynarze zostają odnalezieni przez przepływający okręt „World” i na jego pokładzie dostają się do Nowej Zelandii, a potem wracają do Francji.

3

Powrót do powieści Verne’a po latach, pełen był refleksji, innej natury, niż wcześniej, kiedy to rozsmakowałem się w jej przygodowym charakterze. Teraz przede wszystkim zwróciłem uwagę na sprawność narracyjną pisarza i rezygnację z rozwlekłych opisów, znanych z wcześniejszych jego dzieł, choć może tutaj przydałoby się więcej plastyczności przy szkicach przestrzeni Pacyfiku i odwiedzanych portów, północnych wysp i pola lodowego. Oczywiście bardzo dyskusyjne jest zbyt nachalne podążanie do finału i zakończenie opowieści nieprawdopodobnym – choć możliwym – szczęśliwym trafem. Tutaj najbardziej rażąca była łatwość, z jaką rozbitkowie budują sobie sanie i przy niewyobrażalnym mrozie wędrują przez lody, a potem nagle zauważają na morzu statek, który wysyła do nich łodzie i przyjmuje ich na pokład. Powieść pt. Wąż morski wchodzi w skład długiego cyklu opowieści podróżniczych i fantastycznych francuskiego pisarza i adresowana jest do szerokiego kręgu odbiorców, od młodzieży do osób w średnim wieku i nieco starszych. Tylko wyrobieni czytelnicy zauważą w niej szereg niekonsekwencji autorskich i nieporadność przy końcowym rozwiązywaniu wątku węża z głębin. Choć w oceanach zdarzają się wybuchy wulkanów i nagłe wypiętrzenia dna, to jakoś nieprawdopodobna jest taka historia z Morza Ochockiego, na którym od dawien dawna łowi się wielkie ławice ryb i poluje na wieloryby. Z drugiej strony, jeśli by przyjąć, że statek osiadł na głowie czy innej partii ciała węża morskiego, to gad ów okazałby się wyjątkowo nieroztropny, wręcz głupkowaty, znajdujący upodobanie w rozbiciu statku Anglików, a potem nie decydujący się na podobną akcję w stosunku do Francuzów. Czytelnik do końca nie dowiaduje się, co też właściwie się stało, chociaż bednarz Cabidoulin do końca utrzymywał, że podczas tej jego ostatniej wyprawy w życiu, widział na własne oczy ogromnego węża morskiego i to za jego przyczyną wielorybnicy znaleźli się w tak wielkich opałach. Verne’a usprawiedliwia tutaj to, że pragnął przede wszystkim ukazać polowania na wieloryby, a wątek bestii z głębin oceanu uczynił tylko pobocznym, ubarwiającym kolejne opisy wypraw łodzi w kierunku waleni i kaszalotów. To wydawcy, chcący zarobić na książce, zmieniali tytuł na Wąż morski i sugerowali czytelnikom, że jest to opowieść o straszliwym potworze, jednym kłapnięciem szczęk połykającym okręty. Przy takim nastawieniu czytelnicy mogą czuć u końca lektury pewien niedosyt, a happy end, może im się wydać bzdurny i solidnie naciągany.

4a

Warto wspomnieć tutaj o jeszcze jednej sprawie, która pojawiła się podczas drugiej lektury powieści Verne’a. Chodzi o aspekty etyczne, związane z moimi poglądami na temat polowań na zwierzęta i zabijania ich dla mięsa, skór, kości itp. W jednym z rozdziałów mamy przecież do czynienia z prawdziwym bestialstwem wielorybniczym, kiedy to Anglicy ze statku „Repton”, rywalizującym z „Saint-Enochem”, bezlitośnie mordują młodego wieloryba, nie bacząc na towarzyszącą mu matkę. Opis ich postępowania jest doprawdy przerażający: Dochodziło pół do trzeciej, gdy harpunnik z pierwszej łodzi znalazł się w odpowiedniej pozycji do rzutu. Samica baraszkując z dzieckiem jeszcze nie zauważyła wrogów, kiedy harpun przeciął powietrze. Na pewno Anglicy zdawali sobie sprawę, jak niebezpieczne jest zaatakowanie wielorybiątka. A właśnie ono, przepływając obok łodzi, zostało trafione w wargę. Cios był śmiertelny i po paru konwulsyjnych ruchach mały wieloryb został nieruchomy na powierzchni wody. Ponieważ rękojeść harpuna sterczała do góry, według słów marynarzy wyglądał tak, jakby palił fajkę, gdyż pył wodny wydobywający się z jego paszczy do złudzenia imitował dym. Wtedy samica wpadła w istny szał. Ogonem waląc po wodzie rzuciła się na łódź. Kiedyś nie raziły mnie takie opisy i odbierałem je jako coś oczywistego, związanego z hartem ducha i siłą fizyczną bohaterów powieści przygodowych, ale późniejsze doświadczenia, lektury, filmy uświadomiły mi jak okrutny bywa człowiek w stosunku do zwierząt. Czarę goryczy przepełniła moja wizyta w rzeźni, widok bestialsko zabijanych świń i krów, a potem zawieszania ich na hakach i kawałkowania jeszcze drgających w konwulsjach ciał. Nie zapomnę też opowieści znajomego myśliwego, który relacjonował mi polowanie na sarny – po podejściu do jednej zranionej łani, zauważył, że jeszcze dycha, no to przyłożył sztucer do jej głowy i – jak to określił – „zgasił światło”. Wielorybnicy należeli do najokrutniejszych łowców, nie zwracających uwagi na bestialstwo polowań przy pomocy harpunów, a potem kawałkowania ogromnych części wielorybów na pokładach, obficie zroszonych krwią. Chęć zysku i zdobycia nowych środków na wystawne życie, powodowały, że mordowano tysiące tych zwierząt, doprowadzając do znaczącego spadku populacji, dopiero w ostatnich latach się powiększających. A choć stale poluje się na te ssaki i są miejsca na ziemi, gdzie odbywają się prawdziwe festiwale zbrodni, spadło zapotrzebowanie na olej uzyskiwany z ich tłuszczu i nieprzydatne stały się fiszbiny, zastępowane przez plastik i nowe stopy lekkich metali. Podczas nowej lektury skorzystałem z Internetu i znalazłem ciekawe ilustracje autorstwa Georgesa Rouxa (1855–1929), francuskiego malarza i ilustratora powieści przygodowych i awanturniczych.

5

BIBLIOTEKA (8)

okl1-horz

Obszerną, dwutomową powieść Juliusza Verne’a pt. Tajemnicza wyspa czytałem w młodości dwukrotnie i za każdym razem czułem jakiś niedosyt, coś nie pozwalało mi spokojnie dokończyć lektury. Pierwsze spotkanie było zdecydowanie przedwczesne i spowodowane podszeptem szkolnej bibliotekarki, której się wydawało, że w piątej klasie szkoły podstawowej, będę w stanie przełknąć ją bez trudu. Tak się jednak nie stało, bo po lżejszych powieściach przygodowych, nie mogłem zaakceptować rozwlekłych opisów francuskiego fantasty. Zdaje się, że oddałem oba tomy do biblioteki po przeczytaniu jednej trzeciej całości i dopiero w ósmej klasie wróciłem do tego utworu. Byłem wtedy już po lekturze Dzieci kapitana Granta i Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi, więc zapragnąłem raz jeszcze zmierzyć się z trzecim tomem tzw. dużej trylogii Verne’a, wchodzącej w obręb dzieła życia, czyli wielotomowych Niezwykłych podróży. Ta druga lektura też obfitowała w momenty zwątpienia i wiele razy miałem chęć zamknąć książkę i nigdy do niej nie wracać, a to przede wszystkim za sprawą ciągłych spowolnień akcji przez wskazane wyżej opisy zaradności wyspiarzy. To, co zapowiadało się znakomicie na początku i mocno przykuwało uwagę, zostało w dalszej części monstrualnie rozciągnięte, zagmatwane i naciągnięte zarazem. To jest historia z czasów wojny secesyjnej w Ameryce Północnej (1861–1865), kiedy to grupka uciekinierów z miasta Richmond, obleganego przez generała Ulissesa Granta, uprowadziła balon i znalazła się siedem tysięcy kilometrów od Wirginii, głównej twierdzy separatystów. Gdy huragan uszkodził poszycie i powłokę balonu, a aeronauci wyrzucili już wszystko, co mogli usunąć z kosza, gdy wreszcie pozostali tylko na linach i spadł do wody jeden z nich, dotarli do nieznanej wyspy na Pacyfiku, którą potem ochrzcili imieniem Abrahama Lincolna. Ucieczkę podjęli: inżynier Cyrus Smith, dziennikarz Gedeon Spilett, marynarz Bonawentura Pencroff, chłopiec Harbert Brown oraz służący Nab (Nabuchodonozor), a potem do tego grona dołączył jeszcze, znany z powieści Dzieci kapitana Granta Tom Ayrton – złoczyńca, który przeszedł przemianę na bezludnej wyspie Tabor. Koloniści mają też psa Topa i oswajają orangutana, którego nazwą Jup i uczynią z niego przydatnego kelnera oraz tragarza. Trzeba przyznać, że pisarstwo Verne’a kreuje typ szlachetnego bohatera, kochającego wolność i walczącego o sprawiedliwość. W tym względzie może on jeszcze wiele lat być cenną pomocą w edukacji młodych pokoleń, a jego postacie mogą stawać się wzorami postaw obywatelskich i działań dla dobra ogółu.

1

To, co zapowiadało się sensacyjnie i przykuwało moją uwagę na początku, niestety zaczęło się rozmywać przez naciągane opisy niezwykłych umiejętności Cyrusa Smitha, cudownie ocalonego podczas upadku do oceanu i potem odnalezionego na plaży przez służącego Naba. Koloniści zaczynają zaprowadzać swoje porządki na wyspie i jakoś dziwnie łatwo im to idzie, a problemu nie stanowi nawet wyprodukowanie kwasu azotowego czy siarkowego, bez trudu tworzą dymarki i wytapiają żelazo, a potem kształtują z niego niezbędne narzędzia i instrumenty. Odbywając wędrówki po wyspie, nazywają jej kolejne partie, tworzą też powoli mapę, na której pojawiają się określenia związane z historią Stanów Zjednoczonych, jak i charakterystycznymi cechami danych miejsc. Ich determinacja jest ogromna, a w skrajnych momentach pomaga im jakiś nieznajomy dobroczyńca, który urasta w ich wyobrażeniach niemal do wymiarów boskich. Po zbudowaniu łodzi, kilku kolonistów udaje się do pobliskiej wyspy Tabor, skąd przywozi nieomal zdziczałego mężczyznę. Okazuje się on skazanym na zesłanie dawnym złoczyńcą i piratem Tomem Ayrtonem, który po przyjeździe na wyspę Lincolna, powoli wraca do społeczności i zostaje całkowicie zresocjalizowany, a potem oddaje nieocenione usługi całej grupie. Najbardziej spektakularną interwencją nieznajomego pomocnika jest wysadzenie miną statku piratów, którzy pewnego dnia pojawiają się na wyspie i chcą ją zagarnąć. Gdy sytuacja była już tragiczna, ogromny wybuch wstrząsnął ich jednostką i wyleciała ona w powietrze, natychmiast osiadając na dnie wraz z załogą. Na wyspie pozostało zaledwie kilku złoczyńców, z którymi koloniści prowadzili walkę, póki nie znaleźli ich na brzegu strumienia martwych, jakby porażonych prądem. I tym razem dopomógł im ktoś, kogo nie znali, a kto ujawnił się na końcu powieści. Okazało się, że był to znany z wcześniejszych utworów Verne’a Kapitan Nemo, którego Nautilus zaklinował się w wielkiej grocie i nie mógł wypłynąć w morze. Koloniści docierają do niego w momencie, gdy gaśnie już w nim życie i stają się mimowolnymi świadkami jego umierania. Okazuje się, że to on pomagał im przez cały czas i on podrzucił im butelkę z informacją, że na pobliskiej wyspie Tabor znajduje się człowiek potrzebujący pomocy. Niestety, bogate w wydarzenia życie kapitana Nemo dobiega końca i koloniści stają się wykonawcami jego ostatniej woli, czyli zatopienia go w odmętach oceanu, razem ze statkiem podwodnym, który stworzył. To istotne dopowiedzenie do powieści pt. Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi, która nie wyjaśnia czy Nemo poniósł śmierć w odmętach Atlantyku, czy uszedł z życiem z sytuacji nieomal bez wyjścia.

2

Przed śmiercią kapitan Nemo powierzył Cyrusowi Smithowi smutną tajemnicę, związaną ze zbliżającą się wielką katastrofą wulkaniczną. Według niego, wyspa miała zapaść się pod wodę podczas wielkiego wybuchu, spowodowanego wtargnięciem oceanu do głównej niecki lawy. Przerażeni koloniści próbują jak najszybciej ukończyć budowę nowego statku, ale widzą, że katastrofa zbliża się wielkimi krokami, a strumienie lawy niszczą całą roślinność i zabijają przerażone zwierzęta. W końcu następuje przewidywany wybuch i z wielkiej wyspy zostaje tylko niewielka skała, ledwo wystająca ponad poziom wody. Mężczyźni chronią się na niej, ale z powodu braku żywności i słodkiej wody, siły ich coraz bardziej słabną i nie widzą już żadnych szans na ratunek. Ten jednak nadchodzi niespodzianie, gdy na wyspę Tabor przypływa po skazańca statek parowy, a nie znalazłszy go tam – po przeczytaniu wiadomości umieszczonej na wyspie przez kapitana Nemo – kieruje się wprost ku samotnej skale i ratuje skazanych na szybką śmierć kolonistów. Opisy wybuchu wulkanu i jego skutków należą do najlepszych w powieści i warto tutaj zacytować choćby niewielki fragment: W pierwszym tygodniu marca Góra Franklina nabrała znów groźnego wyglądu. Tysiące szklanych niteczek zastygłej w powietrzu lawy spadały jak deszcz na ziemię. Krater znów wypełnił się po brzegi. Lawa przelewała się przez wszystkie zbocza wulkanu. Jej strumienie popełzły po skamieniałych tufach i do reszty zniszczyły nędzne kikuty drzew, które oparły się pierwszemu wybuchowi. Tym razem posunęła się ona południowo-zachodnim brzegiem Jeziora Granta poza Glicerynowy Potok i ogarnęła Płaskowzgórze Rozległego Widoku. Ten ostatni cios, zadany dziełu kolonistów, był zaiste straszliwy. Z młyna, zabudowań ptaszarni i stajen nie pozostało ani śladu. Przerażone ptaki rozleciały się na wszystkie strony. Top i Jup okazywały najwyższe przerażenie, gdyż instynkt ostrzegał je przed bliską katastrofą. Dużo zwierząt zginęło w czasie pierwszego wybuchu wulkanu. Z tych, co ocalały, część znalazła schronienie na Bagnie Podgorzałek, niektóre zaś uciekły na Płaskowzgórze Rozległego Widoku. Jednakże to ostatnie schronienie zostało niebawem odcięte i strumienie lawy, wylewając się poza występ granitowej ściany, runęły na wybrzeże jak ogniste wodospady. Żadne słowa nie potrafią opisać niesłychanej grozy tego widoku. W nocy wyglądało to jak Niagara płynnej surówki hutniczej z unoszącymi się nad nią kłębami rozżarzonych gazów i wrzącymi wirami u dołu. (Przeł. Jadwiga Kaczmarewicz-Fedorowska) Po wielu stronach leniwej narracji, po rozdziałach opisujących wdrażanie skomplikowanych technologii na wyspie, nagle wszystko przyspiesza i staje się prawdziwą literaturą przygodową.

4

Moja trzecia i zapewne ostatnia lektura Tajemniczej wyspy, miała już inny charakter, bo przede wszystkim przyglądałem się warsztatowi pisarskiemu Juliusza Verne’a i łapałem go na niekonsekwencjach autorskich. Nie zgadzają się przede wszystkim daty, jakby trzy tomy trylogii były całkowicie od siebie niezależne, a zazębiające się dzieje nie miały ze sobą wiele wspólnego. Jako chłopak nie zwracałem uwagi na rozdęte opisy wdrażania nowych wynalazków na wyspie, choć wiele z nich pojawiało się w życiu kolonistów zbyt łatwo. To tak, jakby Cyrus Smith był cudownym czarodziejem i dostarczał przyjaciołom wszystkiego, co niezbędne – ot „pstryk” i już jest żelazo, „pstryk” i są odczynniki chemiczne, niezbędne do produkcji środków wybuchowych, a potem „pstryk” i tworzy już wyciągarkę do drutu i rozwiesza na wyspie sieć telegraficzną. Zastanawia też mała inwencja grupy w zakresie wydostania się z wyspy i budowanie łodzi, potem statku i wiązanie przyszłych losów z podróżą oceaniczną, gdy w posiadaniu grupy znalazła się powłoka balonu i wystarczyło ją załatać, skonstruować urządzenie do ogrzewania powietrza, a potem przelecieć niewielką odległość, dzieląca ich od Nowej Zelandii. Skoro umieli wytapiać żelazo i budować różnorakie sprzęty, niezrozumiałe jest to, że nie odtworzyli balonu i nie polecieli na północny-zachód. Trochę raził mnie też ten równy podział dawek narracyjnych, jakby Verne codziennie tworzył jeden lub dwa rozdziały, a potem umieszczał je w ciągu opowieści. Aż prosiło się, by po drodze pojawił się jakiś specjalny wstrząs, a prace kolonistów zostały zakłócone. Dopiero pojawienie się piratów wprowadziło do powieści nieco wigoru i akcja przyspieszyła, chociaż po tym wydarzeniu znowu wiele stron miało charakter usypiający i tworzyło wrażenie, że powieść na końcu rozmyje się w nijakości. Oczywiście wybuch wulkanu wszystko zmienił, ale pojawiły się tez nowe dziwności, jak opisy linii telegraficznej kapitana Nemo, który musiałby chyba być nadczłowiekiem by na tak długiej trasie rozwiesić na drzewach swą sieć. Elementem komediowym w powieści jest postać orangutana Jupa, który zostaje niemal myślącym członkiem całego towarzystwa i bierze nawet udział w walkach ze złoczyńcami. Choć małpy te są bardzo inteligentne, trudno byłoby znaleźć taką, która wykonywałaby czynności opisane przez Verne’a. Podczas dwóch pierwszych lektur nie zadawałem sobie pytań o sens tej powieści, a teraz przez cały czas poddawałem w wątpliwość strategię pisarską autora. Miała to być przecież powieść przygodowa, a zmieniła się w opis pobytu na wyspie i ciągów wdrażania kolejnych udogodnień. W tym względzie przypominała opisy działań Robinsona Cruzoe ze ze słynnego dzieła Daniela Defoe’a i nie wnosiła nic nowego do wykreowanej przez tego pisarza postaci rozbitka. Papierową postacią jest też kapitan Nemo, który potrafi taszczyć na brzeg oceanu wielka skrzynię, odbywa samotną wyprawę łodzią na wyspę Tabor i dokonuje wielu innych cudów, spośród których najbardziej wątpliwy jest stały monitoring tego, co robią koloniści. Jakby dysponował kamerami i z pokładu Nautilusa obserwował kolejne kroki Smitha i jego kolegów. Trzecia lektura niewątpliwie była najbardziej efektywna i nie męczyłem się już tak, jak podczas wcześniejszych spotkań z przestrzenią i bohaterami wyspy Lincolna. A choć wiedziałem jaki będzie rozwój wypadków, narracja i opisy zaciekawiały mnie lub budziły sprzeciw, co – koniec końców – też miało swoją wartość intelektualną.

7

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (2)

f8dd081c280487d3d2f8f11dff3480b4,21,1

18 grudnia 1981 roku

Dzisiaj prawie cały dzień siedziałem w domu, ale przez okno widziałem, że po Błoniu chodziło dzisiaj wielu zomowców. Pośród nich spostrzegłem jednego chłopaka z naszego osiedla, który przychodził do sąsiedniego bloku i odwiedzał syna milicjanta. W szkole kopaliśmy go po tyłku, bo był wyjątkowym platfusem. Teraz ubrany w mundur, z białą pałka u boku i spluwą przy pasie wygląda bardzo groźnie. Ośmiu zomowców stało przez jakiś czas przy Gałczyńskiego 10, ale po jakimś czasie poszli do komisariatu na Broniewskiego. Pamiętam jak budowali ten budynek i biegaliśmy jako chłopcy po budowie, wchodziliśmy do piwnic, które później uczynili celami więziennymi.

Podobno dzisiaj w autobusach ludzie mieli czarne opaski na rękawach, na znak żałoby i zdarzało się zobaczyć osoby płaczące na ulicach.

Cynizm speakerów telewizyjnych nie ma granic. Po tym, co się wczoraj stało, nie widać w sposobie ich mówienia ani krzty pokory.

Słuchałem dzisiaj Wolnej Europy i BBC, ale odbiór był fatalny. Oto, co mi się udało wyłowić z szumu i zakłóceń: Kanclerz Austrii Bruno Kreisky powiedział, że sytuacja w Polsce, w połączeniu z wojną na Wyżynie Irańskiej, okupacją Afganistanu przez Rosjan i aneksją Wzgórz Golan przez Izrael – to najbardziej niebezpieczny kryzys, z jakim ma do czynienia świat od chwili zakończenia II wojny światowej. Dodał też, że interwencja obcych wojsk w naszym kraju spowoduje całkowity zanik procesów odprężenia.

W Toronto miała miejsce demonstracja, a w Monachium odbył się wiec pod hasłem: Solidarność z Solidarnością. Żądano uwolnienia zatrzymanych, zniesienia stanu wojennego, dotrzymania danych obietnic. Niesiono atrapę szubienicy z powieszonym na sznurze emblematem PZPR.

Potwierdzono, że wczoraj w Warszawie doszło do starcia ogromnej grupy młodzieży z milicją. Użyto dużych sił ZOMO, gazów łzawiących i petard. Milicjanci uzbrojeni w pałki i tarcze z pleksi wywlekali demonstrantów z kościoła św. Krzyża. Tłum śpiewał hymn narodowy i skandował „Solidarność!” „Solidarność!”, a w stosunku do milicjantów „Gestapo!!!”.

Giscard d’Estaing, Mauroy i Mitterrand potępili to, co dzieje się w Polsce, a kanclerz Schmidt wezwał władze do zaprzestania przemocy – stwierdził też, że całym sercem jest po stronie robotników polskich. (to jego schorowane serce, które ledwo bije, bije dla nich…).

Trwają strajki w kilku kopalniach, a górnicy grożą sabotażem. W Stoczni im. Lenina część robotników z Anną Walentynowicz, zamknęła się w tlenowni. Stocznia została zmilitaryzowana i w bramie stoją czołgi.

Jugosławia skrytykowała wprowadzanie stanu wojennego, twierdząc, ze jest to dowód nieudolności PZPR. Jasne – komuniści z rodowodem partyzanckim, uczniowie Josipa Broza Tito, waliliby do robotników z karabinów maszynowych i szybko zaprowadziliby porządek…

Olszowski stwierdził, że władze wojskowe mają pełne poparcie PZPR-u. To wyjątkowy zatwardzialec, zacietrzewiony jak komuniści ścigający w lasach AK-owców po wojnie. Tacy jak on nie wypuścili z Polski, udającego się do Rzymu wysłannika Episkopatu bpa Dąbrowskiego. Ambasador Polski w Lizbonie zdradził zachodnim mediom, że sytuacja w kraju uległa pogorszeniu i nic nie dały rozmowy dowódców wojskowych z Wałęsą. Polskie okręty patrolują Bałtyk by chwytać ewentualnych uciekinierów, chociaż to jest mało prawdopodobne, ze względu na siarczyste mrozy.

Wolna Europa ogłosiła część listy zatrzymanych – mam nadzieję, że nie przekręcę żadnego nazwiska, odtwarzając je ze słuchu i przedzierając się przez zakłócenia: Andrzej Bogusławski (dziennikarz), Marek Bejning (socjolog), Teresa Bogucka, Marek Barański, Krzysztof Bzdyl (KPN), Benedykt Czuma (prawnik), Jan Chmielewski, Andrzej Celiński z żoną, Jan Chomicki (działacz katolicki),Ludwik Dorn, Bronisław Geremek (historyk), Krzysztof i Andrzej Gołowscy (KPN), Bogdan Grzesiak (Nova), Seweryn Jaworski (Huta Warszawa), Stefan Kawalec (matematyk), Marek karpiński (twórca Ściany Wschodniej w Warszawie), Jacek Kuroń i jego syn Maciej, Waldemar Kuczyński (ekonomista, redaktor tygodnika „Solidarność”), Michał Komar (pisarz), prof. Karnicki-Grotginger, Jan Lityński (matematyk), Irena Lewandowska (tłumaczka literatury rosyjskiej), Adam Michnik, Jacek Merkel, Helena Łuczywo (tłumaczka literatury angielskiej). Małgorzata Łukasiewicz, Emil Morgiewicz, Jerzy Markuszewski STS, KOR), Julian Kornhauser, Aleksander Małachowski, prof. Jerzy Holzer, Jan Józef Lipski (historyk literatury), Janusz Majewski (reżyser), Tadeusz Mazowiecki, Janusz Onyszkiewicz, Grzegorz Palka (ekonomista), Antoni Pietkiewicz, Andrzej Piesiak (inżynier) Henryk Pietrowicz (KPN), Maciej Rayzacher (aktor), Zdzisław Rusinek (PAX)

19 grudnia 1981 roku

Byłem na Jaskółczej u Marka K. Siwca i dość długo rozmawialiśmy, choć zawsze wyczuwam w nim jakieś drugie dno, jakiś fałsz i nieustanną, protekcjonalną ocenę moich słów. Dwa dni temu był w Gdańsku i opowiadał, że spotkał jakiegoś stoczniowca, który relacjonował mu jak tam było. W drugą bramę wjechał czołg i wywalił ją bez palby, a przez wyrwę weszli zomowcy, ubrani w jakieś japońskie, plastikowe pancerze, zginające się w łokciach i kolanach. Jeśli ktoś chciałby uderzyć takiego milicjanta, to on niczego nie odczuje. Oprócz nich mieli na sobie kamizelki kuloodporne i kaski z osłonami z pleksi. Stoczniowcy nie stawiali oporu na terenie ich zakładu, a tylko w tlenowni zamknęła się pewna grupa, i potwierdzają się pogłoski, że jest tam też Anna Walentynowicz. Zagrozili, że wysadzą w powietrze siebie i całą stocznię, jeśli milicja nie ustąpi. Inne wiadomości, które usłyszał Siwiec, dotyczyły jakiegoś desantu z powietrza, który miał opanować tę tlenownię. Powiedział, że jak tylko wysiadł na dworcu w Gdańsku, uderzył go zapach łzawiącego gazu i dostał się w ogromną bijatykę. Ludzie bili się zaciekle z zomowcami, a gdy ktoś wpadł im w łapy, tłukli go długo pałami i ściągali buty. Z tej całej rozmowy najbardziej podobała mi się uwaga końcowa Siwca: Jak się jedzie pociągiem, to widać mury stoczni, wielkie napisy TELEWIZJA KŁAMIE, transportery opancerzone i czołgi, a obok, o kilkadziesiąt metrów od nich, na lodowisku, jakby nigdy nic… chłopaki grają w hokeja.

Alina przysłała mi kartkę z czerwoną różą na moje imieniny – czy to jest znak, że wszystko wróci do normy i znowu zaczniemy się spotykać? Czy tylko wyraz przyzwoitości w stosunku do chłopaka, z którym była przez pięć lat…?

Wiadomości, które udało mi się usłyszeć w radiu: Brytyjska Partia Komunistyczna potępiła wprowadzenie stanu wojennego. Jaruzelski i Jabłoński (jak widzę tego dziadka, to zawsze kojarzy mi się z takim marudnym emerytem, którego poznałem w kolejce u rzeźnika, na Jarach) wystosowali życzenia z okazji siedemdziesiątej piątej rocznicy urodzin Breżniewa. Mają one charakter wiernopoddańczego hołdu, który momentami, w odniesieniu do sytuacji w Polsce, brzmi jak ponura drwina. Ja codziennie budzę się z nadzieją, że to będzie ostatni dzień życia Breżniewa, chociaż kiedyś zaskoczył mnie ten ruski bydlak, gdy popłakał się podczas słuchania ballady Okudżawy pt. Десятый наш десантный батальон. Z racji tego, że wiele razy pojawiły się łzy w moich oczach podczas odtwarzania tej pieśni z płyty, poczułem się dziwnie, ale pewnie o inną walkę chodzi i jemu i mnie.

Włoski dziennik komunistyczny „L’Unita” potępił wprowadzenie stanu wojennego, a „New York Times” stwierdził, że Jaruzelski zastosował terror wobec swojego narodu. Prymas Józef Glemp ponownie zaapelował o zachowanie spokoju. Powiedział, ze Kościół i ludzie są bezsilni wobec przemocy i zła. To już trzeci jego apel o zachowanie spokoju. Do Polski jedzie arcybiskup Luigi Poggi, wysłannik papieża i ks. prałat Janusz Bolonek. Przylecieli oni samolotem do Wiednia, skąd udadzą się pociągiem do Warszawy. Papież Jan Paweł II wyraził najwyższe zaniepokojenie sytuacją w kraju, po tym jak Agostino Casaroli zrelacjonował mu swoją rozmowę z Reaganem. Podobno Wałęsa wystosował apel o jedność związkową i stosowanie biernego oporu – w Warszawie ma krążyć jego odezwa, w której nawołuje do strajków.

Demonstracje i protesty miały miejsce w Berlinie Zachodnim, Bernie i Bremie, Kopenhadze i Tokio. Wielu polskich marynarzy prosi o azyl w obcych portach, bojąc się wracać do ojczyzny. Wolna Europa podaje, że nadal trwają strajki w rejonie Gdańska i Katowic. Skrócono godzinę milicyjną (od 23.00 do 5.00), ale w niektórych województwach ją utrzymano. W Gdańsku wydłużono ją od 20.00 do 6.00. Zachodni Czerwony Krzyż informuje, że nadal polskie szpitale cierpią na braki leków i materiałów opatrunkowych. Prawdopodobnie strajkuje dwieście zakładów w dziewięciu, z czterdziestu dziewięciu województw. Rozgłośnia z Monachium podaje jak łamie się strajki – najpierw teren zakładów otacza wojsko, a potem do akcji wkracza milicja. W Warszawie i Bydgoszczy krążą pogłoski o buntach żołnierzy, którzy opuścili czołgi i samobójstwach zomowców, którzy nie wytrzymali psychicznie bicia i zabijania ludzi. W hutach „Warszawa” i „Katowice” pozwolono wygasnąć wielkim piecom. Pracownicy Stoczni Szczecińskiej mogą w poniedziałek nie przychodzić do pracy, ich obowiązki przejmie wojsko i milicja. W Stoczni im. Lenina będą sporządzone nowe listy przyjętych do pracy, bo obecnie wszyscy są zwolnieni. Wolna Europa twierdzi, że pucz był od dawna przygotowywany, może od momentu, kiedy Jaruzelski został premierem.

Wracając z miasta czerwonym autobusem (symbolika polskich barw…), stanąłem znowu nagle twarzą w twarz z Siwcem, którego lubię za fantazję i zarazem nie cierpię za nieustający protekcjonizm. Namawiał mnie, bym studiował uważnie Karola Marksa, bo w jego pismach są rzeczy, o których mi się nie śniło. Tak się składa, że czytałem ostatnio tekst tego szwabskiego ideologa o pruskiej cenzurze i lekko podpuściłem Siwca – podpuszczanie to jego (Siwca) i moja ulubiona zabawa – piejąc zachwyty nad Marksem jako liberalnym komentatorem wolności wypowiedzi. Ach, jak mój kolega rozgadał się, jak zachwalał Marksa, jak tłumaczył mi jego zawiłości. Pomyślałem, że Siwiec, który wykłada przedmiot pt. Filozofia marksistowska w wyższej uczelni, został w niewidoczny sposób ukąszony przez brodaczy i nie zdaje sobie z tego sprawy. Lubię pić piwo z nim, ale nie lubię jego pewności siebie i ciągłej potrzeby edukowania otoczenia, czy to będzie Cielesz, czy ja, czy nawet najbliższy mu Krzysztof Derdowski. A propos Derdowski – to jest najprawdziwszy gość w moim otoczeniu, z tych Stachurów, Brunów, Wojaczków, tylko dlaczego zawsze po pijaku chce się ze mną trzaskać po ryju…? Wyraźnie coś go we mnie uwiera…

PAMIĘĆ I HARMONIA

w 001Wrażliwość dziecka jest darem od życia i próbą sprostania jego wyzwaniom, pojawiającym się lawinowo pierwiastkowym zdarzeniom. Młody umysł musi je weryfikować i porządkować na określonym poziomie doświadczeń, musi odtwarzać świat zewnętrzny i konstruować integralną intymność wnętrza. To jest bardzo ważny moment w życiu człowieka, często najważniejszy, mający wpływ na przyszłe decyzje i wybory dróg, na zawiązywanie się unii i interakcje z najbliższymi osobami. Niemowlę rodzi się z czystym, chłonnym umysłem i każdy dzień przynosi coś nowego, każda chwila odciska się w pamięci, każde doświadczenie – czy to dobre, czy złe – staje się elementem nowej osobowości. Pierwsze zabawy stają się poligonem doświadczalnym przyszłych lat i uczulają na zdarzenia nieoczekiwane, kształtują refleks, niezbędny w szkole i w domu, podczas rówieśniczych spotkań i uczuciowych zawirowań. W tym momencie zaczynają się też tworzyć opozycje pomiędzy chłopcami i dziewczynkami, zróżnicowanie mentalne i podążanie świadomości w inne strony – chłopców ku sile, popisom sprawności i dziewcząt – ku delikatności, subtelności i tworzeniu w sobie światów lustrzanych, przypominających miniaturowe domki i pokoiki do zabawy. Chłopcy zaczynają grać w piłkę, w palanta, w hokeja, a dziewczynki skaczą przez skakankę, bawią się lalkami, czasem wkraczając na terytoria zarezerwowane dla płci przeciwnej. Niezmienne pozostaje dążenie do zamykania się w obrębie własnych przestrzeni wewnętrznych, tworzenie opowieści, które mają tyleż objaśniać świat, co przydawać mu magicznego charakteru. Pierwsze lektury – na czele z kolejnymi tomami opowieści o Ani z Zielonego Wzgórza – wzmacniają chęć dorównania literackim bohaterkom, posiadania równie tajemniczego zakątka świata, przemierzania niezwykłych szlaków i spotykania podobnych, wspaniałych ludzi. Dziecko zawsze łaknie dobroci, czystości i pełni, ale popełnia błędy i czasami – szczególnie, gdy rodzice są zbyt rygorystyczni – bywa karane, doświadczane fizycznie i psychicznie, co może mieć daleko idące konsekwencje w wieku dorosłym. Wiele książek napisano o wpływie doświadczeń dziecinnych na dalsze losy znanych osób i wielokrotnie wskazywano, że w pierwszych latach ich życia miały miejsce zdarzenia, które odcisnęły się bolesnym piętnem na przyszłości. Historie dzieciństwa tyranów, straszliwych przestępców, ale też wielkich filozofów, uczonych, artystów i pisarzy pełne są zdarzeń, które moglibyśmy zaklasyfikować jako nadużycia, albo nigdy nie gojące się rany.

Wanda Wasik podjęła odważną próbę rekonstrukcji świadomości małej dziewczynki i oczywisty jest tutaj autobiograficzny charakter tej ulotnej prozy, pulsującej licznymi tonami i odcieniami, subtelnej i zarazem niezwykle konsekwentnej w formułowaniu prawd pierwiastkowych. To opowieść o Wandzi – nazywanej przez rodziców Kasią albo Marchewką – która budzi się do życia w określonej rzeczywistości, pośród szarzyzny i biedy początku dwudziestego wieku i od samego początku próbuje inaczej kształtować głębie swojego „ja”. Należy do rodziny średniozamożnej i nie może pojąć dlaczego na świecie są takie ogromne dysproporcje, a kobiety w czarnych spódnicach i kraciastych chustach toczą nieustanną walkę o przetrwanie. Jej jest dobrze, choć rodzice nie dają zbyt wielu łakoci, czuje się bezpieczna i w jakiś tajemny sposób oddzielona od zła świata. Jej pierwsze doświadczenia układają się w ciąg uwrażliwiających doświadczeń, które – jak występ w wielkiej sali remizy strażackiej – dają poczucie własnej wartości i wpływają na kolejne podejmowane decyzje. Jakże wyraziste jest dążenie tej małej istoty do tego, by zamykać przestrzeń i czas w osobnych przedziałach, nizać je jak korale na sznur istnienia, a potem cieszyć się z nich jak z wielkich życiowych sukcesów. Kolejne rozdziały tej opowieści, napisanej lekkim piórem i dookreślone elementami krajobrazu okolic Kobylnicy i Wierzenicy, dworu Cieszkowskich i drewnianego kościółka, szerokich pól poprzecinanych piaszczystymi drogami, stają się cząstkami egzystencji podążającej w zawrotnym tempie od narodzin do starości, od pierwszych łyków powietrza do ostatniego tchnienia. Zaletą tego pisarstwa jest refleksyjność i dociekliwość, nieomal śledcze dochodzenie do istoty zdarzeń, do elementarnych faktów kolejnych dni, miesięcy i lat. Człowiek istnieje naprawdę tylko w swoich myślach, tylko w próbach porządkowania tego, co się zdarzyło i tego, co ma zaistnieć – każda istota ma przecież potrzebę ciągłości, musi wiązać ze sobą dni i noce, poranki i zmierzchy, każdy byt musi wciąż potwierdzać swoją obecność w czasie i przestrzeni.

Autorka komponuje swoją książkę jakby kompletowała album ze starymi fotografiami (zresztą znajdują się w niej liczne zdjęcia, wydrukowane w sepii), które są wspomnieniem rzeczywistej chwili, a zarazem stają się podstawą do snucia niezwykłych refleksji. Dziewczynka dorasta i poznaje coraz więcej ludzi, zaprzyjaźnia się z kolegami ze szkoły, którzy pokazują jej tajemne uroczyska – w lesie, pośród pól i łąk, na pastwiskach i w rustykalnych ogrodach. Opisy natury i zwierząt są w tej prozie niezwykle sensualne i urodziwe, czy to będzie daleki bór, srebrzyste jeziora, pszczoła pokazywana Wandzi przez ojca, czy traszka złowiona dla niej przez kolegę, czy wreszcie dzika kaczka na gnieździe w szuwarach. To jest jej intymny świat, do którego trafiają czasami wysłannicy innej, dalekiej rzeczywistości: artyści cyrkowi, tabory cygańskie, dziwna kobieta siedząca na przydrożnym słupku, pracownicy transportujący trumny, barwni i krzykliwi letnicy. Żyjąc pośród natury i bacznie się jej przyglądając, dziewczynka obcuje z największymi jej sekretami i zaczyna kojarzyć zdarzenia, łączyć fakty, zdawać by się mogło, przeciwstawne elementy wizualne. Staje się komentatorką świata i swojego wchodzenia w jego tajnie, a przy tym nie traci niczego ze swej subtelności, lekkości i bystrości. Ta odtwarzana po latach psychika mieni się licznymi odcieniami, połyskuje pośród mroków świata i staje się potwierdzeniem, że ludzka egzystencja jest wspaniała, pełna obietnic ostatecznych spełnień. Na powierzchni tej prozy są realne przestrzenie, konkretne miejscowości i miejsca, jak Kobylnica, Wierzenica, Żnin, Gąsawa, ale wewnętrzne dale odsyłają wyobraźnię czytelnika do krain idealnych. Okazuje się wtedy, że opisywane przez dziewczynkę światy są rodzajem raju, w którym egzystują anielskie duchy opiekuńcze, w osobach rodziców, babci i dziadka, ciotek i dalszych krewnych. Tylko w takim towarzystwie, tylko z taką nieustającą opieką, Wandzia i jej siostry mogą czuć się bezpieczne i komponować własne wnętrza na wzór harmonijnych łąk i pół, lasów i jezior. Ale nagle do tych rewirów realnych i do głębi idealnych wdzierają się mroczne zjawy w hitlerowskich hełmach, wjeżdżają opancerzone monstra i śmierć – tak długo trzymająca się z dala od dzieci – pojawia się w całej swej grozie, okrucieństwie i bólu.

W drugiej części tomu pisarka przedstawia wprost dzieje swojej rodziny, zagmatwane i chwalebne, pełne nieoczekiwanych zdarzeń, jakby rodem z dziewiętnastowiecznych sag powieściowych. Historyczna opowieść o matce i ojcu jest zwieńczeniem beletrystycznych relacji małej dziewczynki i jej poszukiwań istoty świata. To także dopełnienie kontekstów jej świadomości, rosnącej i potężniejącej w relacjach z otoczeniem, podążającej od zabawy do rytuałów dorosłości. Między łąką a ogrodem to pierwsza część cyklu powieści i opowiadań rekonstruujących życie wrażliwej istoty, żyjącej w dwudziestym wieku, zaznającej sielskiego dzieciństwa, a potem wchodzącej w świat wojen i politycznych zależności, nieustannego zagrożenia życia i walki o godny kształt egzystencji powojennej. Ta książka – pisze Mieczysław Kuczyński – każe zastanowić się nam dorosłym nad światem doznań dziecka i odnieść się do niego z szacunkiem. Małych czytelników, rówieśników Wandzi, wciąga w piękny świat, jakże różny od dzisiejszego, w którym świat wirtualny przysłania nam często obcowanie z żywą przyrodą, z kwiatami, lasami i zwierzętami. Proza Wandy Wasik jest autentycznym osiągnięciem pisarskim, ważnym dziełem w dorobku autorskim, a zarazem niezwykle cennym dokumentem historycznym dla dziejów Wielkopolski, ze szczególnym uwzględnieniem terenów uznawanych od dawien dawna za samo serce naszego kraju. Niewiele mamy w zasobie literackim regionu tak wrażliwych i plastycznych opisów tego, co działo się w mniejszych miejscowościach, a absolutną rzadkością są próby odtworzenia świadomości dziewczynki, wzrastającej i dojrzewającej w czasie, poznającej świat i próbującej znaleźć w nim swoje miejsce. Lektura opowiastek i przybliżeń („epizodów”) Wandy Wasik jest pasjonującym odkrywaniem tego, co miało na zawsze przepaść wraz ze śmiercią starszych członków rodu. Ocalone dzięki plastycznej wyobraźni i wiedzy autorki, stało się wartością bezsprzeczną dla szeroko pojmowanego, polskiego dziedzictwa kulturowego.
————
Wanda Wasik, Między łąką a ogrodem, Bonami, Poznań 2011, s.136.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (8)

by Photos8.com

Nie wiem kiedy po raz pierwszy usłyszałem Scarborough Fair, tradycyjną angielską balladę, której rodowód sięga czasów średniowiecza. Już wtedy organizowano czterdziestopięciodniowy targ w północno-wschodniej Anglii, w mieście Scarborough, leżącym nad Morzem Północnym. W moim życiu pieśń ta pojawiła się, gdy gdzieś usłyszałem piosenkę, powstałą na jej bazie i śpiewaną przez Paula Simona i Arta Garfunkela. Była taka krucha, delikatna i tak pięknie amerykański duet ją interpretował. Choć moja znajomość z tymi chłopakami związana była przede wszystkim z puszczanymi stale w radiu El Condor Pasa i Sound of Silence, to dopiero zetknięcie się z balladą Scarborough Fair spowodowało, że bliżej zainteresowałem się dwiema skrajnie różnymi postaciami o anielskich głosach. Pierwszy zespół założyli w 1957 roku, ale od roku 1964 zaczęli występować jako Simon & Garfunkel, zdobywając wielką sławę i w ciągu zaledwie sześciu lat tworząc wiele przebojów, na czele z piosenkami z filmu Absolwent. Komponował je przede wszystkim Paul, ale bez wysokiego, czystego głosu Arta nie miałyby swego charakteru. Lubiłem dynamiczną piosenkę Mrs. Robinson, monumentalną Bridge Over Troubled Water i pełną siły The Boxer, ale najwięcej wzruszeń wiązało się zawsze z nagłym wybrzmieniem Scarborough Fair, najczęściej z radia, w jakimś samochodzie, w autobusie albo niespodziewanie, na stateczku pływającym po jeziorach mazurskich. To był czas intensywnej nauki języka angielskiego i nagłego odsłaniania się znaczeń licznych utworów, ballad i songów, które wcześniej miały ledwie walor muzyczny, brzmieniowy.

Paul i Art śpiewali tę folkową pieśń, wzbogacając ją o przesłania antywojenne, co znakomicie komponowało się z moją fascynacją ruchem hipisowskim i przeżywaną miłością do ciemnowłosej, zakręconej dziewczyny. Słuchałem w skupieniu dziwnych słów i ciepło rozlewało się w moim sercu: Are you goin’ to Scarborough Fair?/ Parsley, sage, rosemary, and thyme./ Remember me to one who lives there,/ she once was a true love of mine. Nie chciałem odwiedzać żadnego targu, a tym bardziej w dalekim angielskim mieście, ale cieszyło mnie owo połączenie słów: pietruszka, szałwia, rozmaryn i tymianek, jakby to było jakieś magiczne zaklęcie i klucz do wielkiej tajemnicy miłości. Wiele się działo w tamtym czasie i już, po rozstaniu z ukochaną, zawędrowałem z grupą teatralną na wschód kraju. Jednego dnia, gdy słońce było w zenicie, ubrany tylko w czerwoną, bawełniana koszulkę z wizerunkiem Che Guevary i wytarte dżinsy Rifle, przysiadłem na brzegu rzeki i przyglądałem się rybitwom śmigającym nad tonią. Nagle zza moich pleców doleciały słowa: Tell her to make me a cambric shirt/ Parsley, sage, rosemary, and thyme/ Without no seams nor needlework/ Then she’ll be a true love of mine. Bałem się obejrzeć, tak cudowny był ten żeński głos i po cichu dopowiadałem zdania, będące w zamyśle pieśniarzy pogłosem głównego tekstu: On the side of a hill in the deep forest green./ Tracing a sparrow on snow-crested ground./ Blankets and bedclothes the child of the mountain./ Sleeps unaware of the clarion call. Przy ostatnim zdaniu, mówiącym o śnie przy trąbce wzywającej do boju, podniosłem głos i odwróciłem się za siebie. Nieco wyżej siedziała piękna blondynka o długich, słomianych włosach i uśmiechała się do mnie. Miała na zgrabnych nogach pończochy w kolorowe plamy i krótką spódniczkę z dżinsu firmy Lee, jej seledynowa koszulka bez ramion opinała spore piersi, a na szyi nosiła wiele sznurów małych koralików. Jak błyskawica przeleciały przez moją głowę słowa prośby o uszycie koszuli z muślinu nicią, która nie tknie haftu i szwu, a potem znaczenie zdań, które dopiero co wyszeptałem i zaśpiewałem o dziewczynie, śledzącej wróbla i śpiącej na zboczu.

Podszedłem kilka kroków wyżej i usiadłem przy niej, czując, że serca bije mi coraz mocniej i mocniej. Poczułem zapach jej sypkich włosów i zauważyłem, że ma niebieskie oczy, wydęte usta i mały, piegowaty nosek. Kości policzkowe wydatnie wznosiły się, co powodowało, że bardzo przypominała Brigitte Bardot. Uśmiechnęła się lekko, gdy przy niej usiadłem ale nie przestała śpiewać znakomitą angielszczyzną: Tell her to find me an acre of land/ Parsley, sage, rosemary, and thyme/ Between salt water and the sea strands/ Then she’ll be a true love of mine. Nie miałem dobrego głosu, więc dopowiadałem tylko moje kwestie: On the side of a hill, a sprinkling of leaves./ Washes the grave with silvery tears./ A soldier cleans and polishes a gun. Nagle odłożyła gitarę, podała mi prawą dłoń I powiedziała:

             – Jestem Jenny, czy to ciebie zawsze szukałam…?

Nie wiedziałem co mam powiedzieć, ale ona nie czekała na to, przybliżyła się do mnie, objęła mnie za szyję i zaczęła czule całować. Nie pogodziłem się jeszcze z stratą mojej dziewczyny, ale jej usta były ciepłe i zmysłowe, a piersi napierały tak mocno, że w jednej chwili oszalałem na jej punkcie. Całowaliśmy się przez godzinę, zaczepiani przez przechodzących hipisów, aż wreszcie podnieśliśmy się z ziemi i poszliśmy w kierunku hotelu. Mieszkałem z dwoma kolegami w jednym pokoju, ale ona została zakwaterowana w „jedynce”, więc udaliśmy się do niej. Byłem oszołomiony jej bezpośredniością i cały drżałem, nie dowierzając w to, co się wydarzało. Po wejściu do pokoju usiadła na łóżku, wzięła do ręki gitarę i zaśpiewała: Tell her to reap it in a sickle of leather/ Parsley, sage, rosemary, and thyme/ And gather it all in a bunch of heather/ Then she’ll be a true love of mine… usadowiłem się przy niej, objąłem ją ramieniem, a ona powoli odłożyła instrument i wyciągnęła się na łóżku. Przestraszony, ale chciwy ciepła i dotyku, zacząłem zdejmować z niej skąpe ubranie, a gdy zsuwałem z gładkich nóg barwne pończochy czułem w sobie taki żar, jakbym zaraz miał spłonąć. Kochaliśmy się całą noc, pijąc w przerwach piwo z zielonych butelek i nucąc cicho, ze smutkiem, końcowe słowa pieśni Simona i Garfunkela: War bellows, blazing in scarlet battalions./ Generals order their soldiers to kill./ And to fight for a cause they’ve long ago forgotten.

– Nienawidzę wojny – powiedziała.
– Ja też nie cierpię zabijania – odparłem.
– Nie wierzę ci… – zaskoczyła mnie nagle.
– Dlaczego Jenny?
– Bo nosisz na piersiach portret Che Guevary…

Zrozumiałem jej zwątpienie, a choć fascynowałem się wtedy tym bydlakiem, to zrozumiałem, że Jenny jest totalną pacyfistką i nie zgadza się na rozwiązywanie konfliktów przy pomocy siły, nie godzi się na zabijanie niewinnych ludzi, czy to cywilów, czy żołnierzy. Pokiwałem głową i szepnąłem jej do ucha: Are you going to Scarborough Fair?/ Parsley, sage, rosemary, and thyme./ Remember me to one who lives there,/ she once was a true love of mine… Gdy obudziłem się rano Jenny już nie było w pokoju, nie było też jej rzeczy, a na stoliku leżała kartka pocztowa z fotografią Central Parku. Odwróciłem ją i przeczytałem: Don’t search me, don’t ask me… było mi przykro, ale pomyślałem, że może tak powinno to się skończyć, bo nie zapomniałem całkowicie ciemnowłosej. Grupa teatralna Jenny ruszyła rano niewielkim busem, pomalowanym w kolorowe kwiaty, do innego miasta, a ja poszedłem nad brzeg rzeki i długo wpatrywałem się w połyskującą wodę. Gdzieś daleko, z jakiegoś radia, rozlegał się śpiew Simona i Garfunkela, a  moje usta bezwiednie powtarzały: she once was a true love of mine… Parsley, sage, rosemary, and thyme…

BIBLIOTEKA (7)

1

Nasze życie jest bardzo krótkie, ale stale coś odkładamy na potem, wciąż kieruje nami przekonanie, że mamy nieograniczony kredyt dni i nocy. Często myślimy, że warto byłoby coś zrobić, ale jakoś odkładamy to na nie wiadomo kiedy. W przypadku humanistów widać to znakomicie na przykładzie przeczytanych książek – wszakże prawdziwy pisarz, poeta, dziennikarz, mistrz słowa powinien obcować z wielkimi dziełami, znać szeroki kanon arcydzieł i książek pomniejszych, swobodnie poruszać się w rewirach nawiązań i odniesień do fikcyjnych postaci albo życiorysów twórców. Często śmierć zaskakuje takich ludzi i odłożona na potem lektura dramatów Sofoklesa, Szekspira, Moliera, powieści Dickensa, Dostojewskiego, Kafki, Bułhakowa, nigdy nie dochodzi do skutku. Owszem, w życiu zaskoczonych przez śmierć ludzi pojawiały się nawiązania do Davida Copperfielda i Samuela Pickwicka, Raskolnikowa i braci Karamazow, Józefa K i Karla Rossmana, potrafili nawet czynić aluzje do nich, ale posługiwali się wiedzą ogólną, encyklopedyczną albo – ostatnio – internetową. Nie zasiedli w wygodnym fotelu i nie poświęcili wielu godzin na lekturę tych ważnych książek, tak jak nie przestudiowali powieści Hemingwaya i Faulknera, Marqueza i Llosy, Coetzee’ego i Hrabala. Wierzyli, że kiedyś nadejdzie czas spełnienia nadziei, a tymczasem nagły zawał serca, niespodziewana apopleksja, tragiczny wypadek drogowy, niweczyły wszystko. Od czasów dziecinnych czytałem wiele książek, z różnych dziedzin, beletrystycznych i gromadzących wiedzę, a wszystko zaczęło się oczywiście od literatury podróżniczej i przygodowej. Naczelne miejsce zajmuje tutaj Jules Verne i jego powieści, które taszczyłem do domu w płóciennych siatkach (nie było jeszcze wtedy reklamówek) z pobliskiej biblioteki, ulokowanej najpierw w piwnicy jednego z wieżowców, a potem w okazałym, nowym budynku. Z przebogatego dorobku francuskiego pisarza czytałem najpierw powieść pt. Z Ziemi na Księżyc (1865), potem Podróż do wnętrza Ziemi (1864), Pięć tygodni w balonie (1863) i W osiemdziesiąt dni dookoła świata (1872). Następnie przyszła kolej na trylogię: Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi (1869-1870), Dzieci kapitana Granta (1868), Tajemnicza wyspa (1874), a całość moich spotkań czytelniczych z płodnym pisarsko Francuzem, zakończyłem lekturą Piętnastoletniego kapitana (1878) i Węża morskiego (1901). Z tamtego czasu zapamiętałem niezwykłą ekscytację niektórymi tomami i prawdziwą męczarnię podczas przewracania kartek innych dzieł – lekko przełknąłem opowieść o podróży balonem nad Afryką, a przygody Samuela Fergussona, Dicka Kennedy’ego i służącego Joe’a były wstępem do trzykrotnej lektury W Pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza. Podobnie łatwo czytało mi się relację o osiemdziesięciodniowej podróży dookoła świata Phileasa Fogga, tym bardziej, że w powieści pojawił się też wątek sensacyjny.

2

Niestety sporo było spotkań trudnych, szczególnie z powieściami przeładowanymi wiedzą specjalistyczną i zbyt daleko idącą fantastyką. Z niedowierzaniem zatem przeczytałem powieść o podróży na Księżyc lunonautów wystrzelonych w wielkim pocisku z monstrualnej armaty, a także relację z wyprawy do wnętrza ziemi – prawdziwie jednak męczyłem się czytając Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Nie wiem dlaczego ta historia sprawiła mi tyle kłopotu, ale jakoś dobrnąłem do końca, co i rusz buntując się przeciw pomysłom pisarza. Pamiętam też z tamtego czasu postanowienie, że przeczytam tę książkę raz jeszcze, bo uznałem, że moja lektura była zbyt powierzchowna. Musiało jednak minąć ponad trzydzieści lat, zanim po raz drugi wziąłem do ręki powieść Verne’a i zacząłem konfrontować ją ze spotkaniem z przeszłości. Często mówiłem moim studentom polonistyki o tym, że nosimy w naszej pamięci tylko szczątki książek, a im dalej od procesu czytelniczego, tym mniej zostaje w nas z autentycznego kształtu dzieła. Dlatego – o ile to jest możliwe – trzeba odnawiać lektury i wracać do książek, z którymi kiedyś się już zapoznaliśmy. Czytając po kilka razy dzieła Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego za każdym razem znajdowałem coś nowego, albo byłem zdumiony, że tyle przeoczyłem – dopiero słynne zdanie Norwida uświadomiło mi, że arcydzieła czyta się w coraz głębszych głębiach, tak, że lektura takich utworów jest praktycznie nieskończona. To odnosi się do wielkich dzieł, jak Dziady, Król-Duch albo Nie Boska-komedia, ale przecież warto też wracać do innych utworów, także do tych, które miały nam kiedyś dostarczyć rozrywki. Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi to historia spotkania naukowca Pierre’a Aronnax, jego służącego – Conseila i harpunnika Neda Landa z tajemniczym Kapitanem Nemo i jego fantastyczną łodzią podwodną Nautilus. Osoby te zostały uratowane i wspaniałomyślnie podjęte z oceanu przez dowódcę, choć brały udział w wyprawie statku Abraham Lincoln, mającej doprowadzić do jego schwytania i wyjaśnienia zagadki tajemniczych świateł, pojawiających się pod wodą. Ich udziałem stało się następnie polowanie w podwodnych „lasach” wyspy Crespo (skały na północnym Pacyfiku), obserwacje ichtiologiczne w Cieśninie Torresa, udział w pogrzebie w głębinach, na koralowym cmentarzu, łowienie pereł u brzegów Cejlonu, podróż hipotetycznym Tunelem Arabskim z Morza Czerwonego na Morze Śródziemne, podpłynięcie do podwodnego wulkanu przy wyspie Santorini, zbieranie złota z zatopionego galeonu w zatoce Vigo, odkrywanie Atlantydy, a nawet podróż na biegun północny.

4

Lektura po latach odsłoniła sporo nieścisłości i dowolności francuskiego pisarza, choć oczywiście trzeba podziwiać jego wyobraźnię i odwagę w formułowaniu wizji przyszłości. Powieści fantastyczne bardzo szybko się starzeją i przy dynamicznym rozwoju techniki, rewolucyjnych rozwiązań naukowych, zaczynają śmieszyć. Tak jest w przypadku opowieści o dalekich podróżach we wszechświecie, gdy w pierwszych książkach z gatunku space opera statki kosmiczne uruchamia się przez wciśnięcie guzika i nie ma żadnych komputerów. Tutaj mamy do czynienia z prawdziwym cudem techniki dziewiętnastego wieku, okrętem podwodnym Nautilus, który swobodnie pływa pod morzami i oceanami, bez trudu zmienia głębokość zanurzenia i penetruje dno. Niektóre rozwiązania Verne’a rzeczywiście wykorzystano w przyszłości (śluzy powietrzne i grodzie wodoszczelne, elektryczność jako źródło zasilania), ale sporo też pojawiło się fanaberii futurystycznych. Okręt tego typu, z tak cienkim poszyciem nie mógłby zanurzać się tak głęboko i pływać tak szybko, a w tym kontekście bardzo wątpliwe jest też przebijanie się przez czapę lodową Antarktydy. Sporo kontrowersji budzi wędrowanie w mosiężnych hełmach i prymitywnych skafandrach po dnie morskim i schodzenie zboczami podwodnymi do głębokości trzystu metrów. Także opisy świata podwodnego nie wykraczają poza zdawkowość stanu wiedzy dziewiętnastowiecznej, a fantastyczne wizje wielkich ośmiornic, oplatających okręt też dzisiaj budzą zdziwienie. Sama konstrukcja powieści jest bardzo prosta, żeby nie powiedzieć archaiczna, za mało jest w niej elementów popychających narrację do przodu, za dużo encyklopedycznych wstawek, tym bardziej, że wiele z nich zostało bezlitośnie zweryfikowanych przez naukę. Czytając po raz drugi Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi brałem pod uwagę stan wiedzy w latach 1867–1868, ale i tak często miałem wrażenie, że autor pozwolił sobie na zbyt daleko idące fantazje i modyfikacje. Najbardziej jednak raziła mnie kostyczność postaci, brak szerszych opisów kontrastowych osobowości i powielanie tych samych kalek, nie wnoszących niczego nowego do charakterystyk. Powieść zatem jest mało plastyczna, a nawet przy opisach morskich głębin i żyjących w nich zwierząt brakuje giętkości narracyjnej, szerszej palety barw i odcieni. Także zakończenie narracji, owa nagła śmierć kapitana Nemo – zresztą zakwestionowana w powieści pt. Tajemnicza wyspa – budzą zdziwienie i niedowierzanie. Przy tym stanie wiedzy i możliwości technicznych, jakimi dysponowała załoga Nautilusa, łatwo przecież wyszłaby z opresji. Niektórzy badacze sugerują, że Nemo miał być polskim powstańcem, który mścił się na Rosjanach, ale zabiegi dyplomatyczne doprowadziły do wymuszenia na pisarzu zmiany jego narodowości. Cieszyć się jednak możemy tym, że w salonie tego futurysty wisi portret Tadeusza Kościuszki, a jego poglądy często zbieżne są z jego hasłami wolnościowymi i uniwersalistycznymi. Czytanie książek po latach jest bardzo intrygujące, bo odnawiając wiedzę o jakimś dziele, obcując na nowo z pisarzem i jego światem, wracamy też ku sobie z dawnych lat. Widzimy w takiej książce, jak w lustrze to, co nas kiedyś zajmowało, co intrygowało i fascynowało, a teraz zastanawia, rodzi niezgodę, każe weryfikować poglądy i wyobrażenia. No i to, co miało charakter szczątkowy w naszej pamięci, przybiera na nowo kształty, staje się wyrazistym śladem w świadomości i może mieć wpływ na dalsze rozumienie i poznawanie literatury.

5

PTAKI W ŻÓŁTYCH RAMACH

Przy okazji pisania o moich młodzieńczych fascynacjach  i studiowaniu periodyków geograficznych raz jeszcze sprawdziłem jaka jest potęga Internetu. Znalazłem stronę, na której umieszczono prawie wszystkie okładki „National Geographic”, a potem – skoro blog jest dziennikiem ornitologa – łatwe było wyodrębnienie najlepszych przedstawień ptaków, pogrupowanie ich i połączenie w poczwórne obrazki i wstawienie tutaj.

1

2

3

4

BIBLIOTEKA (6)

National-Geographic-Magazine-1977-03-March

Jakież to były przeżycia, gdy interesując się żarliwie geografią, wertowałem w tę i z powrotem numery dwóch miesięczników – „Poznaj Świat” i „Kontynentów”. Co miesiąc czekałem w napięciu na pojawienie się nowych woluminów, wypytywałem panie w kioskach, czy już je dostarczono, a gdy to miało miejsce, natychmiast je kupowałem i pędziłem do domu, by przeczytać od deski do deski. Szybko uzbierało się w moim pokoju bardzo dużo tych periodyków i często wracałem do starych numerów, czytałem artykuły i przyglądałem się mapom. Jakaż była moja radość, gdy mój nieco starszy kolega zaczął pracować w składzie makulatury i dostarczać mi egzemplarze archiwalne. Pewnego dnia zawołał mnie na klatkę schodową, gdzie zwykle handlowaliśmy znaczkami i innymi numizmatami i pokazał mi prawdziwy skarb, chyba ze sto starych numerów pisma „Poznaj świat” i kilkanaście „Kontynentów”. Niektóre były trochę sfatygowane, ale większość wyglądała jakby dopiero została wydrukowana. Widocznie ktoś właściwie je przechowywał, w jakieś szczelnej szafie i nie spłowiały, nie zżółkły, aż w końcu trafiły do składu makulatury, gdzie miały być przemielone i wysłane do papierni. Tadziu, bo tak miał na imię mój kolega, zaproponował mi oddanie tego znaleziska za mój album znaczków pocztowych z różnych krajów. Bardzo to było bolesne, ale od jakiegoś czasu zbierałem przede wszystkim znaczki z Afryki, które gromadziłem w dwóch innych klaserach, więc z ciężkim sercem oddałem walory, które towarzyszyły mi od lat i zostałem właścicielem ogromnego zbioru pism geograficznych. Odtąd były już stałym elementem wystroju mojego malutkiego pokoju (charakterystycznej dla budownictwa peerelowskiego wnęki), który dodatkowo dzieliłem z moim bratem. Jakoś jednak wychowaliśmy się razem w tej klitce i wywodząc się ze zwykłej, standardowej rodziny umieliśmy wytworzyć w sobie ogromne pasje – u mnie związaną z literaturą, geografią i przyrodą, a u brata z fotografią, ornitologią i szybownictwem.

1

Myślałem poważnie o studiowaniu geografii i jeśli chodzi o ten przedmiot, byłem najlepszym uczniem w klasie. Miało to swoje dobre strony, ale też generowało zagrożenia, bo zawalałem inne lekcje, czekając z utęsknieniem na moje ulubione godziny. W „Poznaj świecie” było sporo artykułów opisujących dalekie wyprawy, zagubione gdzieś zakątki ziemi, gdzie docierali reporterzy i podróżnicy. Dzięki tym lekturom dobrze poznałem oblicza świata, od amazońskiej i afrykańskiej dżungli, poprzez lodowate pustki półkuli południowej, syberyjskiej tajgi i tundry – czytywałem o pustyniach Australii, Atakamie i Saharze, wznosiłem się ku najwyższym szczytom Himalajów i Andów, albo podejmowałem wyprawy na McKinley, Górę Kościuszki lub znacznie niższe, ale jakże ciekawe szczyty alpejskie. „Kontynenty” były większym pismem, wydawanym na lepszym papierze i miały także interesujący, lekko kulturowy profil. Pojawiały się w nim artykuły o rzeźbach i maskach, o dziwnych totemach i pięknej biżuterii, a przy tym nie brakowało też opisów ekstremalnych krain, zdumiewających narodów, elementów dalekiej rzeczywistości, pełnej zagrożeń, ale będącej też wspaniałym wyzwaniem. Oczyma wyobraźni widziałem siebie w tamtych przestrzeniach i w czasach szkolnych zadawalałem się uczestnictwem czytelniczym. Gdy dzisiaj przyglądam się w Internecie okładkom starych numerów tych pism, przypominają mi się one wizualnie, ale też wraca aura tamtego zauroczenia, pasji, która potem powtórzyła się, gdy zacząłem wchodzić do świata literatury i sztuki. Nie wiem co stało się z tymi periodykami, ale jeszcze dość długo po moim wyjściu z domu leżały w piwnicy i chyba po jakimś czasie mój ojciec wyrzucił je do śmietnika albo oddał do składnicy makulatury. Teraz czasami kupuję nowe numery i staram się porównywać je z tymi, które kiedyś wertowałem, a choć wydawane są na znakomitym, kredowym papierze, lepsza jest jakość fotografii i opracowania typograficznego, to z łezką w oku wracam do wcześniejszych doświadczeń lekturowych. Niby niczego nie mogę zarzuć współczesnym odmianom tych pism, niby kontynuują one wypracowane kształty, ale czegoś mi w nich brakuje. No i wiem czego – tamtej pasji, tamtego zauroczenia, krótko mówiąc młodości i chęci zdobywania świata, może nieco naiwnego przekonania, że stoi on przed nami otworem i starczy tylko wejść w jakąś koleinę, by doprowadziła nas ona ku bezdrożom okolic Uluru Rock, Wodospadów Wiktorii albo ciągu uliczek Hongkongu, Szanghaju, Marakeszu.

169507121_1_1000x700_kontynenty-miesiecznik-czasopismo-lodz

Gdy byłem już studentem polonistyki nie rezygnowałem z moich pasji geograficznych, odbywając pierwsze podróże zagraniczne, a nade wszystko studiując po angielsku periodyk, który był moją wielką tęsknotą, choć dość długo był niedostępny. Dopiero, gdy zauważyłem, że „National Geographic” pojawia się w bydgoskim antykwariacie naukowym, zacząłem go kupować za dość duże pieniądze. To były prawdziwe uczty geograficzne, a wertowanie stron i czytanie artykułów miało w sobie coś z wchodzenia do zakazanej rzeczywistości kultury zachodniej. Wspaniały, kredowy papier i najlepsze na świecie fotografie, a przy tym świadomość, że ma się w ręku coś, co przez długie lata znane mi było tylko z opowieści i prezentacji telewizyjnych. Szybko zaczęły rosnąć u mnie sterty pism, w charakterystycznej żółtej ramce i wracałem do nich w każdej wolnej chwili, stale znajdując coś nowego, wciąż docierając do informacji, które mnie zdumiewały. Wielką wartością były tutaj bogato ilustrowane, specjalne bloki tematyczne i do dzisiaj pamiętam lekturę numerów poświęconą gorylom z masywu wulkanicznego Wirunga, na pograniczu Konga, Ugandy i Rwandy, wielkim postaciom historycznym, takim jak Czyngis-chan, Tutenchamon czy Timur, piramidom w Gizie, miastu Inków w Peru albo Wielkiemu Murowi Chińskiemu. Oprócz wartości poznawczych, szlifowałem także język angielski, planowałem nowe wyprawy, a podziwiając zdjęcia Niagary, gór Kurdystanu, wielkiej rzeki Jangcy i Huang Ho, stając wirtualnie na brzegu Morza Północnego, wędrując ulicami Barcelony, Fryburga, Gandawy, Nankinu, Nowego Jorku, nie mogłem nawet przypuszczać, że kiedyś wejdę w tę rzeczywistość. Zawsze wierzyłem w siłę marzeń i moje wielkie monografie, poświęcone poetom romantycznym, powstały dzięki takiemu zachwytowi i dążeniu do zrealizowania ambitnych planów. „National Geographic”, tak jak „Poznaj Świat”, „Kontynenty”, a także „Poznaj Swój Kraj”, odegrały wielką rolę w kształtowaniu się mojej świadomości i wywarły znaczący wpływ na osobowość. Teraz wciąż jeszcze mam na półce sporo starych numerów pisma Narodowego Towarzystwa Geograficznego i czasami przed snem, przed ostatecznym zamknięciem dnia, biorę je do ręki, wertuję i poczytuję. Dzięki tym periodykom uwierzyłem, że życie może być wielką przygodą, a chociaż jesteśmy śmiertelnymi bytami, stale podlegającymi prawom licznych zagrożeń, czających się chorób i ludzkich bestii, to możemy osiągać cele, które zdawać by się mogło są niedosiężne, dalekie i nierealne. A jednak…

featured-animals

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: