WŚRÓD NOCNEJ CISZY

Kolędy

Pod koniec zeszłego roku, do tomu kolęd, pięknie wydanego przez Konsulat RP w Monachium napisałem Posłowie. Książka dotarła do mnie nieco później, ale teraz jest dobry moment by ten tekst opublikować także w sieci, z dedykacją dla moich wszystkich przyjaciół. 

Każdego roku, podczas świąt Bożego Narodzenia rodziny gromadzą się w domach wokół specjalnie udekorowanej choinki i śpiewają kolędy. Podniosły nastrój i atmosfera radości, wyjątkowego święta, celebracji narodzin Bożej Dzieciny, powodują, że babcie i dziadkowie, matki i ojcowie, dzieci i wnuki czekają z utęsknieniem na tę chwilę. To jakby potwierdzenie bliskości i łączności więzów krwi, to spotkanie w gronie najbliższych ze świętością i wiarą w inny wymiar naszego bytowania. Już podczas uroczystej kolacji, a także po jej spożyciu, rozbrzmiewać zaczynają pieśni, które skomponowali w dawnych wiekach wielcy kompozytorzy (Feliks Nowowiejski, Zygmunt Noskowski), a teksty napisali tak znaczący twórcy jak Piotr Skarga, Franciszek Karpiński, Mikołaj Sęp-Szarzyński i Andrzej Morsztyn. Za zwieńczenie tych prac uznać należy zacytowanie przez Fryderyka Chopina w scherzu h-moll fragmentu kolędy Lulajże, Jezuniu i współczesne modyfikacje brzmieniowe Witolda Lutosławskiego. Szczególnie lud polski upodobał sobie kolędy i ich prostszą formę, jaką jest pastorałka, łącząc je z charakterystycznymi zwyczajami czasu bożonarodzeniowego – także Kościół zaakceptował w pełni te pieśni, czyniąc z nich podłoże dla wspaniałych spotkań wiernych, podczas dorocznych Pasterek. To, co początkowo było radosnym hymnem noworocznym, stało się religijnym potwierdzeniem uczestnictwa w celebrze bożonarodzeniowej, przywiązania do tradycji narodowej i wiary w nadprzyrodzony charakter naszego istnienia. Kolęda jest jednym z nieodzownych elementów tych świąt, tak samo ważnym jak specjalnie przygotowana kolacja, bogate dekorowanie choinki, modlitwa i wyrażanie radości z powodu narodzin Syna Bożego. Pieśni tego typu łączą pokolenia, bo śpiewają je najmłodsi i najstarsi członkowie rodzin, a pozostając w pamięci dzieci, stają się rodzajem wzorca intymności i wspólnoty ludzi powiązanych ze sobą więzami krwi.

Sam termin kolęda pochodzi od łacińskiego określenia calendae, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy „pierwszy dzień miesiąca”. Z czasem słowo to zaczęło oznaczać wizytę księdza w domu, pieśń bożonarodzeniową i obrzęd ludowy związany z odwiedzaniem się w zagrodach. Ogromną rolę w kształtowaniu się zwyczajów kolędowych odegrała niemiecka pieśń O, Tannenbam i angielskie Jingle Bells i White Christmas, nawiązujące bezpośrednio do zamysłu św. Franciszka z Asyżu, którego uważa się za twórcę pierwszej kolędy, śpiewanej w zorganizowanej przez niego szopce. Najstarsza polska kolęda to Zdrów bądź Królu Anielski z 1424 roku, a najsłynniejszą pieśnią tego typu jest Cicha noc, którą przetłumaczono na ponad trzysta języków i dialektów. Powstała w roku 1818 w małym austriackim miasteczku Oberndorf bei Salzburg w Alpach i jej autorami byli, wikary miejscowego kościoła ks. Józef Mohr oraz jego organista Franz Xaver Gruber. I choć sakralny charakter tego dnia ma swoje korzenie w czasach rzymskich – Kalendy styczniowe, kiedy to zaczynał się rok administracyjny, w Cesarstwie, to dopiero w chrześcijaństwie kolęda stała się noworoczną pieśnią powitalną, a potem pochwalną na cześć gospodarzy domu, z życzeniami wszelkiej pomyślności. Obecnie podkreśla ona tkliwość jaką rodzice otaczają dziecko, z wyrazistym odniesieniem do świętości pierwszych chwil Bożego Syna. Obecność dziecka – zarówno Boskiego jak żywego, pary domowników, nadaje szczególny charakter wspólnemu śpiewaniu, cementuje więzi rodzinne, pozostawia też w świadomości malca niezatarty ślad, który potem wracać będzie we wspomnieniach i stanie się paradygmatem szczęścia i jedności.

W krajach europejskich, a szczególnie w Polsce, w Niemczech, na wyspach brytyjskich przykłada się wielką wagę do wspólnego kolędowania i czyni się z takich chwil rodzaj wyjątkowego święta. Domownicy ubierają się w specjalnie na tę okazję przygotowane (niegdyś na wsiach –ludowe) stroje, dba się o wystrój wnętrz i specjalnie dobiera się potrawy, które znajdą się na stole podczas kolacji wigilijnej. Rodziny dzielą się opłatkiem i śpiewają razem, często z akompaniamentem gitar lub akordeonów, a w bogatszych domach – pianin i fortepianów. Wspólny śpiew jest jedną z form współistnienia w tym samym czasie i tym samym miejscu, z podkreśleniem ulotności ludzkiego bytu i niepowtarzalności takich chwil. Kolędy są zarazem rozpamiętywaniem chwalebnego zdarzenia z Betlejem, kiedy to w skromnej stajence przyszedł na świat Zbawiciel całej ludzkości. Często pieśni takie są rodzajem streszczenia wiedzy ewangelicznej na ten temat i zachętą do modlitwy, udziału w Mszach świętych – to także domowe przygotowanie do pasterki w świątyni, w gronie wielu innych ludzi. Jak Europa długa i szeroka, od Rzymu do Krakowa, od Monachium do Londynu rozbrzmiewają o północy te same dźwięki i ludzie śpiewają najsłynniejsze kolędy. Warto tutaj podkreślić, że literatury wielu krajów zawsze interesowały się kolędami i znajdowały w nich inspirację dla wartościowych dzieł. W opracowaniu poetyckim taki utwór może stać się rodzajem artystycznego credo, może też ukazać możliwości twórcze poszczególnych poetów. Wychodząc od tekstów dobrze znanych i śpiewanych podczas wigilii i pasterek, potrafią oni wskazywać nowe aspekty świętości, kierować uwagę ku Bogu i całemu stworzeniu. Zawsze jednak takie działania wywodzą się z tradycji i w niej szukają potwierdzenia dla poetyckiego języka i symbolicznej treści. Śpiewając pośród chłodnej nocy Lulajże Jezuniu… pamiętajmy, o wskazanej wyżej tradycji i obecności kolędy w kulturze Europy i świata – ciesząc się prostą formą pieśni, pamiętajmy, że mają one drugie dno i otwierają się na ogromy niewyobrażalne, pośród których Bóg jest Alfą i Omegą, początkiem i końcem, pierwszym słowem i ostatnim tchnieniem.

Reklamy

BEZBRZEŻNY PRZESTWÓR

1

Świat dziecka odsłania swoje tajnie dopiero w późniejszym wieku, gdy człowiek przebrnie już pierwsze dziesięć lat, a potem zacznie podążać ku chwilom młodzieńczym, latom dojrzałym i zweryfikuje w umyśle to, co przeżył. Najwrażliwsi twórcy, wirtuozi muzyczni, wielcy rzeźbiarze, architekci czy geniusze malarstwa relacjonują, że w czasach dzieciństwa działo się w nich coś niezwykłego, miały miejsce groźne wydarzenia, jakieś przerażające tragedie, wojny, wypadki, albo miała miejsce przesadna dominacja matki lub ojca, częstokroć przeradzającą się w terror psychiczny. Taki młody umysł bywa trwale szlifowany przez kolejne lata i jeśli wychodzi z nich ukształtowany, pełen witalności, prędzej czy później zrodzi coś, co go pozytywnie oszołomi i popchnie ku dalszym działaniom. Dziecko posiada wrodzoną mądrość, nie wiadomo skąd się biorącą, kieruje się też dziwną logiką, która częstokroć prowadzi je ku tragicznym rozwiązaniom, a wtedy zdarza się, że taki mały chłopiec lub dziewczynka nie umieją sprostać naporowi świata i odbierają sobie życie, w makabryczny sposób oddzielają się od bliskości rodziców i pełni życia. Zdumiewająco mądre bywa spojrzenie dwulatka, trzylatka, pięciolatka, jakby istoty te żyły jeszcze w tajemniczym świecie przed narodzinami, jakby niosły w sobie zanikającą szybko wiedzę o metempsychicznej podróży. Stąd zapewne biorą się opowieści o poprzednich bytach, licznych wcieleniach, reinkarnacjach i tak rodzi się przekonanie o ponadnaturalnym charakterze naszej egzystencji. Dziecko ma dobrą naturę, ale potrafi też być okrutne, eksperymentować na owadach i ptakach, dręczyć koty i psy, a nade wszystko terroryzować dorosłych płaczem i histerią, rzucaniem się na podłogę, nagłą ucieczką. Gdy jednak uspokaja się patrzy jasnymi oczyma na kolorowe klocki i białe chmury, tonące w błękicie nieba, patrzy na świat przez zielone szkiełko i obdarza czułością strzeliste kształty drzew za oknem swojego domu. Jean-Marie Gustave Le Clézio w zbiorze opowiadań pt. Mondo i inne historie próbuje zrozumieć psychikę dziecka i odważnie eksperymentuje z nią, tworząc zdumiewające fabuły (historie), które stają się też rodzajem poetyckich diagnoz, chwilowych wyodrębnień i ustaleń. To jest odkrywanie zakamarków myśli i nieustanne wpatrywanie się w lśniące źrenice, odbijające świat i będące zagadką samą w sobie – to analiza ruchów i gestów stale rosnącego ciała, dopiero, co wydostającego się z matni niemowlęctwa, a już wyraźnie podążającego ku chwilom ostatnim i zaczynającego decydować o samym sobie.

Mondo z adaptacji filmowej opowiadania

Mondo z adaptacji filmowej opowiadania

Mondo jest cygańskim dzieckiem i ma około dziesięciu lat. Nikt nie wie skąd się wziął, nikt nie potrafi powiedzieć, kiedy po raz pierwszy pojawił się w mieście nad ciepłym morzem. Jego niezwykła wrażliwość każe mu czekać na świt, jak na centralne kosmiczne wydarzenie, pośród którego jego rozwibrowana świadomość odgrywa bardzo ważną rolę: Mondo bardzo to lubił: siedział na plaży, objął rękami kolana i patrzył, jak wschodzi słońce. O czwartej pięćdziesiąt niebo było czyste i szare, nad morzem unosiło się tylko kilka lekkich chmurek. Słońce nie pojawiło się od razu, ale Mondo czuł, że nadchodzi z drugiej strony widnokręgu, wyłania się powoli jak rozniecony płomień. Najpierw blada aureola rozlała się plamą w powietrzu i dało się odczuć dziwną wibrację, od której drżał horyzont, jakby ktoś wprawiał go w ruch. Wtedy nad wodą pojawiła się tarcza, rzuciła snop światła prosto w oczy, a morze i ziemia nabrały tej samej barwy. Zaraz potem wyszły pierwsze kolory i pierwsze cienie. Ale lampy uliczne paliły się nadal mętnym, zmęczonym światłem, bo nie było jeszcze wiadomo na pewno, czy dzień się rozpoczął. Mondo to młodociany włóczęga, pytający ludzi czy chcieliby go adoptować, przystający przy charakterystycznych osobach, spotykanych na plaży albo w mieście. Próbując rozmawiać z nimi, wpatruje się w ich twarze szeroko otwartymi oczyma – czy to będzie wędkarz Giordan, wielbiciel ptaków Dadi, udawany Kozak, grajek Cygan, wyplatacz krzeseł, sklepikarka Ida lub sprzedawcy ze straganów. Po skwarnym dniu wchodzi powoli do morza i wpatruje się w dal, zanurza się w wodzie i wygrzewa w promieniach, a często też zasypia na plaży, pod rozgwieżdżonym niebem. Jest czuły dla ludzi i dla przyjaciół-sprzętów, przyjaciół-urządzeń, pośród których jest wielka łódź. Czasem marzy, że zabierze go na morze, gdzieś daleko, za horyzont błękitu i rozpłynie się w nim niczym poranna mgiełka. Le Clézio zbudował narrację tej opowieści na zasadzie częstego powtarzania imienia Mondo i dorzucania nowych zdarzeń. Nie złamał przy tym wielkiej tajemnicy tego chłopca, który na początku i na końcu czytania jest tak samo niedookreślony, zwiewny, jakby zbudowany z kolorowych cząstek i fantomów człowieczeństwa. Pisarzowi udało się ukazać byt ludzki, przez chwilę egzystujący w jakimś miejscu na ziemi, a potem nagle znikający, jak miliony innych bytów, jak rośliny, ryby, kraby, ptaki i większe zwierzęta. To istnienie wpatruje się z uwagą w inne istnienia, czasem im towarzyszy, czasem czegoś się od nich uczy, ale przez cały czas głęboko czuje swoją odrębność, bolesną inność i wyrzucenie poza nawias społeczeństwa. Nieco stabilizacji pojawia się w jego życiu za sprawą spotkanej Wietnamki Thi Chin, ale Mondo nie rozumie, że kobieta go pokochała i może nawet chciałaby w przyszłości widzieć w nim towarzysza na resztę życia. Chłopiec traktuje ją tak samo jak przyjaciółki-salamandry i przyjaciół-świerszczy, jak morskie ptaki i kamienie, nie dostrzegając jej wielkiego zaangażowania w jego losy. Gdy Mondo zniknie, zabrany z ulicy przez Pomoc Społeczną, tylko ona będzie go szukała na komisariacie policji. Historia tego niezwykłego romskiego chłopca, to opowieść o ludzkiej samotności, o godnym jej przeżywaniu, w zamian za niczym nieograniczoną swobodę, za powiew wolności w obliczu ziemskich żywiołów i jakże dziwnych, tajemniczych, dobrych i złych innych ludzi.

 2741891169210095079

Lullaby jest małą dziewczynką, która pewnego dnia postanawia nie chodzić już do szkoły, włóczy się po klifie, odwiedza stary, opuszczony grecki dom, przygląda się roślinom, owadom i morzu. Żyje w jakimś wyobcowanym, trudnym do zrozumienia świecie i kluczem do niego może być tragedia, którą kiedyś przeżyła, nagłe odejście matki i oddalenie ojca, który stale podróżuje do wielu krajów świata. Lullaby próbuje pisać do niego listy, zamyśla się nad ptakami unoszącymi się nad wodą i kontempluje samą siebie w różnych miejscach. Nieco wytchnienia dają jej spotkania z małym chłopcem, który chodzi na ryby i czasem rozmawia z nią. Te dziwne wagary są rodzajem wyprawy w głąb siebie, chociaż umysł dziecka nie jest do tego przygotowany, a zewsząd czyhają zagrożenia, które w końcu materializują się w postaci zboczeńca, próbującego seksualnie wykorzystać dziecko. Na szczęście udaje się jej uciec i na chwilę wraca do świata, choć był już taki moment, kiedy myślała, że umiera. To było jednak tylko zaśnięcie, a może letarg spowodowany głodem, smutkiem, rozpaczą, czającą się pośród dziwnych chwil. Ucieczka od świata jest jej sposobem na obłaskawienie traumy, jaką przeżyła, utraty nie do wyobrażenia i bólu, który zaczął się w niej krzewić. Le Clézio pokazuje jak delikatność dziewczynki zderza się z groźną materią świata i często balansuje na granicy życia i śmierci, jak choćby w chwili zsuwania się Lullaby wraz z kamieniami z klifu, albo desperackiego pływania w morzu. Jej dobre serce każe przyglądać się istnieniu z czułością, ale ból w całym ciele rozsadza trzewia i powoduje, że staje się kimś, kim nie chciałaby być. To jest eksperyment na samej sobie, w którym wszystko zostało wypaczone, a sam jego instrument jest rozregulowany, nienadający się do tego rodzaju przedsięwzięć. Świat dorosłych, reprezentowany tutaj przez ojca, mężczyznę ścigającego ją pośród skał, czy dyrektorkę szkoły, jest przeciwieństwem jej wewnętrznego rozedrgania i odrzuca ją raz po raz. Dlatego stroni od niego i ucieka od samej siebie, pragnie oddalić tragedię, którą przeżyła i zbudować nową przestrzeń dla egzystencji: Na niebie żarzyło się słońce. Lśniły białe skały, piana oślepiała jak śnieg. Człowiek był szczęśliwy, jak na końcu świata. Już na nic nie czekał, nikogo nie potrzebował. Jej dziecinna naiwność i brak wiedzy powodują jednak, że wszystko przybiera formę rojeń, staje się ułudą, fantasmagorią, która prawie przeobraża się w rzeczywiste umieranie w greckim domu. Nie wiemy jakie będą dalsze dzieje Lullaby, ale możemy przypuszczać, że skrajne doświadczenia wywrą ogromny wpływ na jej losy i albo doprowadzą do kreacji artystycznych, powstania jakichś dzieł, obudzenia się zdolności ponadnaturalnych, albo – niestety – do szaleństwa i zaprzepaszczenia wszystkich ludzkich szans i wzniosłych potencjalności. Pisarz pokazuje jakie głębokie przepaście otwierają się w umyśle dziecka nadwrażliwego i nagle straszliwie doświadczonego przez los, uciekającego pozornie ze szkoły, ale tak naprawdę próbującego poskładać kawałki rozbitego lustra, w którym zastygły szczątki obrazów z czasu ciepła i szczęśliwości, poczucia bezpieczeństwa i rodzicielskiej bliskości, nieustającej czułej opieki.

 maxresdefault

Kolejne nadwrażliwe dziecko Le Clézio umieścił pośród mrocznych i groźnych krajobrazów Islandii, w okolicach góry Reydarbarmur, co dowolnie przetłumaczyć można jako Wielorybia Krawędź. Akcja rozgrywa się dwudziestego pierwszego czerwca bliżej nieokreślonego roku w krainie wąwozów, lodowców i chmur kłębiących się wokół wyniosłych szczytów. Chłopiec imieniem Jon zostawia rower u podnóża góry i zaczyna wspinaczkę po kamieniach, skalnych półkach, krawędziach rozpadlin i wielkich, zastygłych bloków lawy. W jego oczach i w rozpłomienionej świadomości świat jawi się jako rewir krystalicznej czystości i harmonii: W pięknym czerwcowym świetle góra była dobrze widoczna. W miarę jak się zbliżał, Jon dostrzegał, że jest mniej regularna, niż się wydawała z daleka; jej jednolita bryła wystawała z bazaltowej płaszczyzny niczym wielki zrujnowany dom. Niektóre ściany sięgały szczytu, inne urywały się w połowie wysokości, czarne wyrwy żłobiły mury jak ślady uderzeń. U podnóża góry płynął strumień. Jon nigdy takiego nie widział. Strumień był przejrzysty, koloru nieba, sunął powoli, wijąc się przez zielony mech. Jon zbliżył się ostrożnie, macając ziemię końcem stopy, żeby nie zapaść się w wodę. Przykląkł na brzegu strumienia. Błękitna woda płynęła, szemrząc, gładka i czysta jak szkło. Na dnie strumienia leżały małe kamyczki i Jon wyciągnął rękę po jeden z nich. Woda była lodowata i głębsza, niż myślał, musiał zanurzyć rękę po pachę. Chwycił palcami biały półprzezroczysty kamyk w kształcie serca. W zachowaniu chłopca jest coś dziwnego, jakby niósł w sobie wielką tajemnicę, a to, co robi, miało zakończyć się jakimś tajemnym rytuałem. Czytelnik może być na początku zdezorientowany, ale szybko zauważy, że wyprawa Jona ma charakter poszukiwawczy, choć cel nie należy do normalnych destynacji przy tego typu zachowaniach. Przez cały czas mamy wrażenie, że dojdzie do tragedii a upadek drobnego ciała z wysokości lub czyn samobójczy są na wyciągnięcie ręki. Tymczasem Jon szuka samego siebie w coraz wyższych partiach góry, próbuje odpowiedzieć sobie na podstawowe pytania egzystencji: skąd się wziął, ku czemu podąża, i jaki będzie finał jego życia. W pewnym momencie pogrąża się we śnie, a gdy się budzi (jeśli rzeczywiście ma to miejsce) zauważa małego chłopca, który przygląda mu się uważnie i jest otoczony sakralną jasnością. Nawiązuje z nim rozmowę i mówi, że wszedł na górę, bo chciał spojrzeć na świat z takiej wysokości, z jakiej patrzą na siego ptaki. Pomiędzy dziećmi zawiązuje się nić porozumienia, choć ich rozmowy nie mają głębszego sensu i są prostym dialogiem o wszystkim i niczym. Spotkany towarzysz jest fantomem, może poczętym z wyobraźni Jona, a może tylko oniryczną zjawą, która pojawiła się w umyśle zmęczone i zmorzonego snem dziecka. Nie można też wykluczyć, że islandzka natura, chłód i lęk spowodowały, że jego mózg wygenerował wizję na jawie, taką samą, jak w pismach Swedenborga. Kimkolwiek ów chłopiec, spotkany u szczytu by nie był, staje się on alter ego Jona i uczy go prostoty, odnalezionej w smaku wody deszczowej, w kształcie kamienia czy blasku światła, a nawet wprowadza go w przestrzeń kosmiczną: Jon podał rękę chłopcu i poszli razem na szczyt góry. Chłopiec szedł lekko, nieco go wyprzedzając, nagimi stopami ledwo dotykał ziemi. Doszli tak do końca pokrytej lawą równiny, tam, gdzie góra królowała nad ziemią wysuniętą niczym cypel. Jon spojrzał na otwierające się przed nim niebo. Słońce zupełnie już znikło za horyzontem, ale blask wciąż oświetlał chmury. W oddali nisko nad doliną kładł się lekki cień maskujący ukształtowanie terenu. Nie było widać ani jeziora, ani wzgórz i Jon nie poznawał znajomych miejsc. Bezbrzeżny przestwór wypełniało jednak światło, więc widział wszystkie chmury, podłużne jak smugi dymu rozciągnięte w żółtym i różowym powietrzu. Wyżej zaczynał się głęboki błękit, również rozwibrowany słońcem, i Jon dostrzegł biały punkt Wenus błyszczący samotnie jak latarnia morska. Ich spotkanie, tak proste jak gra na drumli, tak ostateczne jak pojawienie się gwiazd na wieczornym niebie, przeradza się w unię nie do wyrażenia i może ratuje bohatera opowiadania przed podjęciem jakichś karkołomnych decyzji. Następnego dnia zauważywszy, że nie ma już jego kompana, a nawoływanie nic nie daje, schodzi powoli z góry Reydarbarmur, wsiada na rower i pędzi do domu, w którym rodzice śpią i nie mają pojęcia o tym, co stało się wieczorem i w nocy, co wydarzyło się w umyśle małego Jona i jak gwałtownie zderzył się z ostatecznością, otarł się o wieczność i ponurą nieuchronność.

 berbers02

Juba to berberyjski chłopiec, który czuwa przy kole wodnym, umieszcza w jarzmach ogromne woły, a po pracy odprowadza je ku domostwom. To spadkobierca starożytnych wojowników, branych często w niewolę przez Rzymian, nieustannie marzący i zatopiony w rozpalonej słońcem krainie czerwonej ziemi, stalowej rzeki i dalekich białych brył cmentarza. Jego życie jest jak sen na jawie i jawa pośród snu, gdy przygląda się ludziom, słyszy dalekie odgłosy, szybuje w przestworzach na wielkim sępie, albo wspina się po schodach opuszczonej świątyni Diany i wyobraża sobie, że jest królem, prowadzącym w górę swoją piękną królową Kleopatrę Selenę. Wszystko tutaj rozmywa się w marzeniu i lekko drży jak dalekie obrazy pośród rozgrzanego powietrza, jak fatamorgana – wszystko rodzi się i umyka w jednej chwili jak oddech, jak sen, jak piękny kształt w źrenicy: Juba odchyla głowę i patrzy w niebo. Widzi powolny kolisty ruch pozostawiający fosforyzujące bruzdy, widzi przezroczyste sfery, widzi światła zazębiające się w przestworzach. Hałas wodnego koła wypełnia przestrzeń, obraca się bez końca wraz ze słońcem. Tak wodne koło staje się analogonem tarczy zegara, a woły chodzące w kółko są jak wskazówki, stale odmierzające czas, bezlitosne dla żywych i umarłych. Tajemniczym bytem jest też Daniel, bohater opowiadania pt. Ten, który nigdy nie widział morza, pragnący mieć na imię Sindbad i nieustannie podróżować po dalekich akwenach. To chłopiec o czarnych oczach, chodzący do liceum i mający tylko jedno, wielkie marzenie – zobaczyć morze i poczuć na plaży jego wspaniały oddech. Pewnego dnia ścieli elegancko swoje łóżko w internacie i ucieka ku falom i bryzom, a gdy dociera na brzeg, biega po nim jak upojony jakimś narkotycznym napojem: Morze było daleko, na skraju piaszczystej równiny. Lśniło w słońcu, migotało, zmieniało barwy – bezmiar błękitu robił się szary, zielony, prawie czarny, piaszczysta ławica przybierała kolor ochry, bielały grzywy fal. Daniel nie wiedział, że morze jest tak daleko. Ciągle biegł, ręce zgiął w łokciach, serce waliło mu w piersi. Teraz piasek pod jego stopami zrobił się twardy jak asfalt, wilgotny i zimny. W miarę jak zbliżał się do morza, hałas fal potężniał, wypełniał przestrzeń jakby światłem pary. Dźwięk na początku łagodny i powolny, stawał się niepokojący i nagły jak pociągi na żelaznych mostach lub też cofał się pośpiesznie niczym wody rzeki. Ale Daniel się nie bał. Wciąż biegł co tchu, prosto przed siebie w chłodnym powietrzu, nie patrząc na boki. Kilka metrów przed frędzlą piany zatrzymał się, uderzony zapachem głębiny. Czuł palący ból w pachwinie, ostry zapach słonej wody tamował mu oddech. Tak chłopiec zaczyna życie pośród alg i ukwiałów, zaprzyjaźnia się z polipem Wiattem, łowi ryby i skorupiaki, a potem przyrządza je na ogniu w starej puszce. Narażając życie, wchodzi głęboko w odkrytą podczas odpływu przestrzeń, a potem, gdy wody zaczyna przybywać, rusza szybko ku piaskom nadbrzeżnym. Jest szczęśliwy, dostrzega piękno morza, widzi cudowne rośliny i zwierzęta, zatrzymuje się przy skałach i kontempluje linię horyzontu. Choć szuka go policja i nauczyciele ze szkoły, choć rodzice z trudem godzą się na jego utratę, nikomu nie udaje się go znaleźć, a narrator opowiadania, jego kolega z klasy, mówi, że młodzież przyjmuje za pewnik, że Daniel podróżuje po świecie. Nie można wykluczyć, że pewnego dnia ruszył brzegiem morza i dotarł nie wiadomo gdzie, tak jak nie można założyć, że nie utopił się podczas jakiegoś przypływu. Czując się wyobcowanym w świecie samochodów i sklepów, rozgwaru miejskich ulic i szkoły, porzucił wszystko jak Lullaby i ruszył na spotkanie swojemu przeznaczeniu, rozpłynął się najdoskonalej w sinej przestrzeni, w jego mistycznej chwili pierwszej i ostatniej: Kiedy morze było całkiem nisko, następowało coś w rodzaju iluminacji. Daniel szedł wśród skał po dywanie z alg, a słońce lśniło w wodzie i na kamieniach, zalewając wszystko blaskiem. Wiatr zamierał. Nad podmorską równiną rozciągało się przepastne błękitne niebo objęte dziwną jasnością. Daniel czuł żar w głowie i na ramionach, zamykał oczy przed oślepiającym migotaniem. Wszystko przestawało istnieć, było tylko niebo, słońce i sól tańcząca po skałach. Czy Daniel rozmył się lekko pośród mgieł i oparów, czy zniknął tak samo nagle, jak się pojawił? Nie wiadomo, gdy wszelki słuch o nim zaginał, powoli, bezpowrotnie ludzie przestali go wspominać i zajmować się jego losem.

portrety-indyjskie-dziewczynka-z-mandawy-portrety-indyjskie-dziewczynka-z-mandawy-4-364796-large

Alia mieszka w osadzie biedaków nazywanej Groblą Francuzów, codziennie chodzi z wiadrem po wodę do pompy i przygląda się spotykanym ludziom. Któregoś dnia zobaczyła Martina, mężczyznę o ogorzałej skórze, który miał niezwykle wyraziste, lśniące oczy. Zachwyciła się nimi i zaczęła interesować się tym co robi, przyglądała się jak się poruszał i wybudował sobie dziwaczny dom z desek i papy na samym końcu Grobli, tuż przy bagnach. Szybko zaprzyjaźniła się z nim, a on zaczął opowiadać jej dziwne historie o krainie szczęśliwości, z której przybył i w której nie mógł żyć, bo dostrzegał wielkie kontrasty, nie godził się na sąsiedztwo bogactwa i biedy, przesytu i cierpienia. Wraz z Alią zaczęły przychodzić do domu Martina inne dzieci, a ten opowiadał im różnorakie dydaktyczne historie, baśnie z przeszłości i współczesności. Najbardziej spodobała się im opowieść o krainie Hazaran i małej dziewczynce nazywanej Koniczynką, która miała w sobie piękno i dobroć nie do opisania. Tak jak do św. Franciszka z Asyżu przychodziły do niej zwierzęta, a ona: Żyła sama w pasterskim szałasie na pustkowiu, wśród zarośli i skał i nikt się nią nie opiekował. Była tak samotna i smutna, że zaprzyjaźniły się z nią polne zwierzątka. Często do niej przychodziły, rano lub wieczorem, rozmawiały z nią, żeby ją rozerwać, kręciły się dokoła i opowiadały różne historie, bo Koniczynka rozumiała ich język. Była wśród nich mrówka imieniem Zoe i rozmaite motyle, żółte, czerwone, brązowe i niebieskie. Był też uczony skarabeusz imieniem Kepr i wielki zielony pasikonik, wygrzewający się w słońcu na liściach. Przerażająca bieda Koniczynki budzi litość w zwierzętach i pasikonik namawia ją, by odmieniła swoje życie i weszła do krainy Hazaran, gdzie wszyscy są szczęśliwi, wszystko rozumieją i nieustannie coś nowego tworzą. Nauczycielami staje się tutaj skarabeusz i pasikonik, bo wejście możliwe jest tylko po rozwiązaniu zagadek, które zada bogato ubrany minister. Dziewczynka rozstrzyga filozoficzne kwestie, a wtedy przybywają ptaki, które zabierają ją do krainy Hazaran, mającej wszelkie cechy dziecinnego raju, w którym: wszystko było wielkie i piękne, były tam ogrody pełne kwiatów i motyli, rzeki tak jasne, jakby były ze srebra, bardzo wysokie drzewa, pokryte wszelkiego rodzaju owocami. Mieszkały tam wszystkie ptaki świata. Przelatywały z gałęzi na gałąź, nie przestając śpiewać, a kiedy Koniczynka się zjawiła, otoczyły ją i serdecznie powitały. Były strojne w różnokolorowe pióra i tańczyły przed Koniczynką, bardzo zadowolone, że mają taką księżniczkę jak ona. Królem tej krainy był słowik, a Koniczynka została jego ulubioną księżniczką, która mieszkała w pałacu i umilała mu czas śpiewem. Martin snuje przed dziećmi opowieści o radości i dobru jakby chciał oddalić od nich całe zło świata i przeczuwaną tragedię, nieuchronne zdarzenia, które kiedyś nadejdą. Okazuje się, że dramat rozegra się szybciej niż się spodziewał i nawet post, jego tajemna broń, niczego nie zmieni – przyjadą studenci architektury, robotnicy i inżynierowie i każą wynieść się wszystkim mieszkańcom osady. Wtedy Martin, niczym Mojżesz, ruszy ze swoim „ludem”, w kierunku rzeki i przeprowadzi przez bród wszystkich – wskaże drogę ku nowym czasom, ku nieuchronności, którą przeczuwał i którą chciał oddalić od słuchających go z uwielbieniem dzieci. Podobną naturę do Koniczynki ma Petite Croix, niewidoma dziewczynka, która chodzi na kraniec swojego miasteczka i chłonie słuchem i dotykiem świat. Swojego przyjaciela, starego Bahtiego pyta o chmury i błękit, o piaski i rośliny, a przy tym rozmawia z pszczołami, jaszczurkami i wężami, przeczuwa kołującego w górze krogulca. Ma niezwykłą wyobraźnię i tworzy w niej rozległe wizje, rekompensując w ten sposób tragizm swojej sytuacji życiowej. Choć jest mała, potrafi tworzyć imitowane dialogi z otoczeniem, wykorzystując swoją wiedzę i wiadomości zasłyszane lub nabyte w szkole. Tak pszczoły „mówią” jej o odwiedzinach roślin i pojawia się tu prawdziwy atlas botaniczny: Co widziałyście? – pyta Petite Croix – Widziałyśmy żółty kwiat słonecznika, czerwony kwiat ostu, kwiat ocotillo podobny do węża z czerwoną głową. Widziałyśmy wielki płowy kwiat kaktusa Pitaya, koronkowy kwiat dzikiej marchwi, blady kwiat wawrzynu. Widziałyśmy trujący kwiat senecio, poskręcany kwiat indygo, lekki kwiat czerwonej szałwii. I co jeszcze? Doleciałyśmy bardzo daleko, do kwiatu, który się świeci na dzikim floksie i pożera pszczoły, widziałyśmy czerwoną gwiazdę meksykańskiej lepnicy, ogniste koło, kwiat mlecza. Fruwałyśmy nad agaritą, długo piłyśmy nektar stokrotki i wodę cytrynowej mięty. Byłyśmy też na najpiękniejszym kwiecie, jaki istnieje, na tym, co wyrasta bardzo wysoko na ostrych jak szable liściach juki, a jest tak biały jak śnieg. Wszystkie te kwiaty są dla ciebie, przynosimy ci je w podzięce. Dziewczynka nie może tego zobaczyć, ale jej wyobraźnia jest dynamiczna jak płomień i rodzą się w niej stale wyraziste kształty. Żyje w czasach wojny koreańskiej, słyszy odgłosy wojskowych samolotów lecących z bombami na wschód i zastanawia się dlaczego w ludzkim świecie jest tyle zła. Rozmawia z żołnierzem, który pojawia się przy niej realnie albo jest ułudą, zrodzoną z potrzeby obcowania z drugim człowiekiem. Potrafi wyczuć ogromy kosmiczne, pojawienie się gwiazd nad horyzontem i poddaje się tej mocy, czuje więcej i lepiej od dzieci, które widzą i coraz bardziej rozprzestrzenia w sobie własny, koherentny świat skrajnych wyobrażeń i obrazów bez utwierdzonych w barwie kształtów.

 tn_F1530009

Głównym bohaterem opowiadania pt. Pasterze jest kilkunastoletni chłopiec Gaspar, który ucieka z domu i włócząc się po pustkowiach natrafia na grupkę dzieci, pasących kozy w dolinie Genny, tuż przy rozległych wzgórzach. Autor nie precyzuje dokładnie miejsca akcji, rozmywając wszystko w niedopowiedzeniach i poetyckich ubarwieniach, ale możemy przyjąć, że zdarzenia rozgrywają się gdzieś w Afryce, na co wskazuje pojawiająca się szarańcza, piękny biały ibis na mokradłach, czerwone piaski, liczne termitiery i grzechotnik, zsuwający się podstępnie z gałęzi drzew. Pasterzom przewodzi buńczuczny Abel, a w grupie rówieśniczej znaczenie ma też Augustyn i Antoine, choć Gaspar szczególnie zaprzyjaźnia się z małą dziewczynką Kaf. Dni mijają im na przemierzaniu stepu, polowaniu na zające, przepiórki i kuropatwy, na pilnowaniu stada kóz, którym przewodzi stary kozioł Hatrous. Dzieci muszą odganiać na pół zdziczałe psy, przygotowywać sobie posiłki, a przy tym porozumiewają się dziwnymi cząstkami słownymi, jakby ledwie morfemami, które rozumieją hasłowo. Ich egzystencja pełna jest naturalnego piękna, widoków doliny i wzgórz, ogromnego księżyca i mgieł unoszących się rano nad ziemią. Ale nic nie da się porównać z widokiem nocnego nieba i gwiazd rozpostartych szeroko nad równiną i odbijających się w sensualnej świadomości i wyobraźni dzieci: Światła przypominały flotyllę u brzegu horyzontu. Łączyły się ze sobą, niezwykłymi figurami porywając niebo. Na ziemi nie było już nic, prawie nic. Piaskowe wydmy osnuł cień, trawy wchłonął mrok. Stado kóz i owiec, skupionych wokół czarnego kozła, postępowało w milczeniu w górę doliny. Gaspar i Augustin szeroko otwartymi oczami wpatrywali się w niebo. Tam w górze zapalały się ludy, ptaki, węże, drogi wijące się między oświetlonymi miastami, rzeki, mosty; wychodziły nieznane zwierzęta, byki, psy o roziskrzonych oczach, konie – Enif… kruki o rozpostartych skrzydłach i lśniącym upierzeniu, giganci w koronach z diamentów stali bez ruchu, wpatrzeni w ziemię – Alnilam, Jouyera… noże, lance i szpady z obsydianu, płomienny latawiec zawieszony w podmuchu pustki. Rzeczywistość astralna staje się dla dzieci lustrzanym odbiciem świata ziemskiego, licznych opowieści i mitów, zasłyszanych bajek i legend, a przy tym ma w sobie coś z tajemnicy pierwszej kosmogonii, reprezentowanej przez przedwiecznych tytanów. Choć mają po kilka, kilkanaście lat, nie stają się rodziną, bo więzi seksualne jeszcze nie zostały zawiązane – ledwie postawili pierwszy krok w młodzieńczość, stale tkwiąc w swoich pierwszych latach i analizując świat obrazowo, idyllicznie, z nieodzownymi chwilami okrucieństwa i przemocy. Gaspar uczestniczy wraz z nimi we wznoszeniu domu z trzcin i gliny, bierze udział w polowaniach z Ablem i ma szansę stać się najważniejszą osobą w grupie, jednak skłóca się z przywódcą, gdy ten chce zabić pięknego, śnieżnobiałego ibisa. Zanim jednak dojdzie do konfliktu pomiędzy chłopcami, ramię w ramię przemierzają dolinę, wchodzą na wzgórza i zaczajają się nocą na grzechotnika, zabijając go ostrymi kijami. Niestety z nadejściem pory suchej i utratą codziennych zdobyczy, z głodem nie do wytrzymania, dochodzi do starcia pomiędzy chłopcami. Gaspar nie może pojąć jak można chcieć zabić ptaka, który jest w jego myślach wyobrażeniem bóstwa mokradeł, kształtem tak czystym i pięknym jak blask dalekich konstelacji. Zdarzenie na bagnach przeważa szalę i broniąc się przed uderzeniami kamieni, miotanych w jego kierunku przez Abla, Gaspar umyka ku dalekiemu miastu, gdzie zgłosi się na komisariat i powie, że po prostu zabłądził. Jego ucieczka od cywilizacji miała w sobie coś ze snu, dziwnego marzenia o wolności totalnej, a przy tym wzbogaciła jego wnętrze, przydała nowych dekoracji życiu, no i pozwoliła mu poznać cudowną Kaf. Odprowadzając dawnych towarzyszy myślą, skonstruuje w wyobraźni dalsze ich dzieje i zobaczy jak: Przeszli przez czerwone wydmy i szli na północ lub na wschód w poszukiwaniu nowej wody. Może dalej, po przebyciu muru z wyschniętych kamieni, znaleźli inną dolinę, podobną do Genny, z lśniącym okiem stawu wśród trawy. Wysokie palmy kołysały się na wietrze i można było zbudować dom z gałęzi i gliny. Na równinach i w wąwozach będą żyły pustynne zające, na polankach przed świtem usiądą ptaki. Może nawet nad mokradłem pojawi się wielki biały ptak i uniesie nad ziemią jak wielki kołujący samolot. Ostatecznie ibis stanie się powodem zerwania Gaspara z grupką pasterskich dzieci, ale ocali jego ludzka godność i może da impuls do zmiany życia i wejścia w nową, symboliczną i mityczną przestrzeń. W takim kontekście opowiadanie pt. Pasterze, staje się relacja na temat drogi przeznaczenia, a nade wszystko jest opowieścią o próbie naruszenia sfery świętości, której strzeże strażnik obszarów tajemnicy, chłopiec imieniem Gaspar.

 44.-Mozambik.-Vilankulo-dzieci-na-plazy

Zbiór pt. Mondo i inne historie zalicza się niezmiennie do arcydzieł współczesnej literatury francuskiej, a po roku 2008, kiedy to przyznano Le Clézio Nagrodę Nobla, tom ten zyskuje coraz więcej entuzjastów w świecie. Można go ustawić w jednym szeregu z takimi arcydziełami literatury światowej, których bohaterami są dzieci, jak Mały Książę, Antoine’a de Saint-Exupéry’ego, Władca Much Williama Goldinga czy Koniokrady Williama Faulknera, a ciąg ten można by znacznie wydłużyć. Czytelny jest zamysł autorski pisarza, który chciał pokazać tę samą wrażliwość i głębię przeżyć, tę samą migotliwość wyobraźni i sensualny wymiar zdarzeń małych istot, opisywanych na tle czterech ziemskich żywiołów, pod różnymi szerokościami geograficznymi. To czytelne przesłanie na temat dobra i piękna ludzkiego wnętrza, dopiero się kształtującego, zapisującego literami dni i morfemami miesięcy, zdaniami pierwszych lat białą tablicę, czystą w chwili urodzin. Dorośli często zapominają co przeżywali jako malcy, jakie burze rozgrywały się w ich umysłach i jakie, często karkołomne, plany miewali. Stąd się biorą te częste ucieczki dzieci z domu, te wyprawy za horyzont i ku ciepłym morzom – tak rodzą się marzenia o wielkiej przygodzie, byciu kapitanem klipra lub hersztem bandy piratów. Szczególnie interesujące są tutaj rekonstrukcje wnętrz i osobowości dziewczynek, tym bardziej, że dokonane przez dorosłego mężczyznę, niosącego w sobie wspomnienia dzieciństwa, ale przecież mogącego się tylko domyślać, co dzieje się w dorastającej Lullaby, małej Kaf, czy nieco starszej Petit Croix lub Alii. W takim ujęciu proza Le Clézio, z tego zbioru, ma wymiar eksperymentalny i orbituje ku jego pierwszym książkom, takim jak choćby debiutancki Protokół. Tak jak Adam Pollo, bohater tej powieści chciał otworzyć świat w swojej świadomości, tak wskazani wyżej bohaterowie ośmiu odrębnych historii próbują świat w sobie skonstruować, a pisarz staje się jakby drugim dnem i moderatorem ich działań. Jakże prawdziwe są te portrety i jak chwytają za serce, a przy tym nie przestają być wspaniałą kreacją pisarską, która ma liczne zakamarki i głębie, potrafi zaskakiwać i krzepić, syntetyzować i generować analizy, adekwatne do konkretnych typów osobowych, rozsianych po świecie, stale rodzących się i znikających nie wiadomo gdzie. J. M.G. Le Clézio jest pisarzem globalnym, który z równą lekkością opisuje krainy afrykańskie, jak i tropikalne wyspy Oceanu Spokojnego czy Indyjskiego, Paryż z lat międzywojennych, brzegi Morza Śródziemnego, albo meksykańskie bezdroża u stóp wielkich wulkanów. Ale jego globalność zasadza się też w uniwersalnym języku prozy, którego stał się prawdziwym mistrzem, spożytkował doświadczenia setek lat literatury francuskiej i z każdego z wielkich mistrzów wziął cząstkę, element, który po przetworzeniu zalśnił pełnym światłem na kartach jego powieści, opowiadań i książek eseistycznych. Jakże niezwykłą przygodą czytelniczą jest śledzenie losów, myśli i wyborów dzieci sportretowanych w zbiorze pt. Mondo i inne historie, jak wspaniałe efekty daje takie studiowanie świadomości dziecka w odmiennych przestrzeniach i różnym czasie rozgrywania się, gdzieś w świecie i gdzieś we wszechświecie.

_____________

J.M.G. Le Clézio, Mondo i inne historie, przeł. Hanna Igalson-Tygielska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011, s. 288.

ORNITOLOGIA ULICZNA (4)

I jeszcze trochę „ptaków ulicznych”…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

WYSPA ZASTYGŁA W TRWODZE

 1

Wyspa Pentecôte, w archipelagu Vanuatu, noszącego wcześniej nazwę Nowe Hybrydy, ma podłużny kształt i jest prawie w całości pokryta tropikalną roślinnością. W języku krajowców określana jest jako Raga i taki też tytuł nosi książka Jeana-Marie Gustava Le Clézio, literackiego laureata Nagrody Nobla z 2008 roku. Cała twórczość tego Francuza to wielki hymn kulturowy i wydobywanie z przeszłości takich elementów, które zyskują rangę symbolu i zaczynają żyć integralnie w obrębie światowego dziedzictwa. Choć wyspy i atole Vanuatu słyną ze zjawiskowych widoków, jako żywo przypominających tropikalny raj, na Wyspie Pięćdziesiątnicy (Raga, Wyspa Zielonoświątkowa) pojawia się tajemnicza aura posępności i zaprzepaszczenia. Zauważyli to już odkrywcy i kolonizatorzy – jak pisze Le Clézio: Pierwsi europejscy podróżnicy, którzy dotarli do tych brzegów, Portugalczyk Quirós, Francuz Bougainville i Anglik Cook, odnieśli podobne wrażenie; wyspy wyglądały, jakby od wieków były zastygłe w trwodze. Szczyty wulkanicznych gór sięgają tutaj prawie tysiąca metrów, a oba brzegi mają odmienną wilgotność, co spowodowało przede wszystkim osiedlanie się ludności na zachodniej stronie wyspy, gdzie też sporo jest niewielkich równin przybrzeżnych. Przecinają je strumyki, dając dostęp do słodkiej wody i stwarzając dogodne warunki do uprawy taro, kavy, pochrzynów, słodkich bananów, manioku, liczi i różnorakich owoców cytrusowych. Raga uważana jest za miejsce narodzin skoków na bungee, bo właśnie tutaj od dawien dawna krajowcy popisywali się w taki sposób przed kobietami, używając specjalnie dobranych, elastycznych lian. Skakano z drewnianych wież o wysokości nawet trzydziestu metrów, wierząc, że taka aktywność zapewni dobre zbiory i specjalnie zaakcentuje męskość ryzykantów. Le Clézio wyruszył do Oceanii by znaleźć odpowiedź na podstawowe pytania, które pojawiły się niemal we wszystkich jego wcześniej opublikowanych książkach, a także w tytule obrazu Paula Gauguina: Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?

RAGA-horz

Książka francuskiego noblisty nie jest powieścią sensu stricte, to raczej rodzaj mozaiki kulturowej, w której na plan pierwszy wysuwają się podania i legendy ludów oceanicznych, bliskie ujęciom słynnego nowozelandzkiego antropologa Petera H. Bucka, ale też nieustannie konfrontowane z etosem człowieczeństwa. Dzieła Le Clézio charakteryzuje niezwykła czujność na wszelkie sytuacje graniczne – szukając miejsc przecięcia zwykłej egzystencji i magii, codziennej walki o życie i legendy, opowiada dzieje ludzkości w wielu odsłonach i na kilku kontynentach. To taka postawa pozwala mu zauważać coś, co inni wzięliby za zwykłość, element krajobrazu, cechę nie domagającą się komentarza. On jednak głęboko wnika w przestrzeń i czas i formułuje prawdy uniwersalne, syntetyzuje to, co zdołał wyodrębnić, tworzy prawdziwy ekstrakt kulturowy: Na Radze na każdym kroku wyczuwa się obecność tajemnicy. W wąwozach, grotach na zboczach gór, w nagromadzonych liściach, w gałęziach i lianach tarasujących przejście. W banianach nad brzegiem morza, w ich wydrążonych pniach oraz gałęziach, które wrastają w ziemię i stają się korzeniami. Jest w tym morze coś z prastarej trwogi leżącej u podstaw wszystkich legend świata. To właśnie owa trwoga stała się fundamentem dawnej mądrości. Ale Le Clézio pisze też o innej trwodze, która pojawiała się na tej wyspie przez dziesięciolecia, a związanej z blackbirdingiem, czyli uprowadzaniem krajowców do ciężkich prac w australijskim Queenslandzie, w kopalniach niklu na Nowej Kaledonii czy nawet w Południowej Afryce i Europie. Te haniebne zdarzenia miały miejsce za sprawą kolonizatorów, którzy stale potrzebowali taniej siły roboczej i traktowali Melanezyjczyków jak rodzaj podludzi, istot gorszej kategorii. Dopiero dekret królowej Wiktorii (Kidnapping Act) i późniejszy australijski Pacific Island Labourers Act z 1901 roku zakończył te praktyki, ale ofiary chciwości Europejczyków liczyć można w setki tysięcy istnień

Trzech

Od lewej: J. M. G. Le Clézio, Peter H. Buck i Bronisław Malinowski

Czytając książkę Le Clézio, odświeżyłem dawne lektury i przekartkowałem na nowo Argonautów zachodniego Pacyfiku i Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji Bronisława Malinowskiego, a także Wikingów Pacyfiku, wspomnianego wyżej na poły maoryskiego antropologa Petera H. Bucka. Z dzieła tego ostatniego warto tutaj zacytować fragment wstępnego rozdziału, uświadamiający Europejczykom, rozległość przestrzeni oceanicznych, a także ich zagubienie w czasie, izolację kulturową i ciągnące się przez tysiące lat osamotnienie: Przez stulecia od zasiedlenia obrzeży Pacyfiku przez człowieka wyspy te pozostawały izolowane i nie zajęte, dając schronienie małżom, owadom, gadom i ptakom. Nawet miejscowa flora była skromna jako potencjalne pożywienie człowieka. Palma kokosowa, drzewo bananowe i chlebowe – teraz tak charakterystyczne dla oceanicznej flory – miały być dopiero przez człowieka przywiezione. Zachodnie wiatry i regularne pasaty wiały ponad pustymi morzami, żaden bowiem prymitywny nawigator nie ośmielił się rozwinąć żagla z maty, by pomknąć ku oczekującym wyspom. Mijały niezliczone lata, Plejady wznosiły się ponad wschodnim horyzontem, a żaden człowiek nie obwieszczał swego przybycia tańcem i pieśnią na znak nastania nowej ery. Gwiazdy wędrowały po niebie, lecz żadna łódź nie kierowała się nimi po nieznanych wodach. Przybywało i ubywało księżyca, ale nikt nie badał jego faz. Ryby składały ikrę, rozmnażały się i wędrowały swobodnie przez kanały w rafach do zacisznych i nie oświetlonych lagun. Dziewiczy Ocean w burzliwym nastroju wyładowywał swój gniew na martwych skałach i rafach, nie pojawił się jeszcze żaden zdobywca, który zaznaczyłby ślad żeglującej łodzi na jego wzburzonym łonie (…). Życiorys Bucka w pewien sposób przypomina biografię Le Clézio, bo takie same są u tych intelektualistów poszukiwania istoty oceaniczności, próby przeniknięcia do czasów pierwszych kosmogonii, gdy wszystko się zaczynało i dopiero wolno ruszało w kierunku naszych czasów. Jakże czysty i klarowny był to wtedy świat i jak bardzo zaczął się zmieniać, gdy europejskie statki jeden po drugim przybijały do samotnych wysp, burząc ustalony od wieków rytuał monotonnej egzystencji Melanezyjczyków, Polinezyjczyków, Aborygenów i Maorysów. Francuskiemu prozaikowi udało się oddać w słowach coś z zagubienia i tajemnicy Vanuatu i wybór jednej z najbardziej zaskakujących wysp jakże był celny, tym bardziej, że w Europie jest ona obecnie prawie nieznana, powoli i raz jeszcze osuwając się w nicość i senność, ginąc pośród mgieł i oparów pacyficznych.

Erakor_Beach_Vanuatu_612200791106PM731

Le Clézio kilkakrotnie podkreśla wagę studiów i monografii Bronisława Malinowskiego, a mnie przypomina się udział Witkacego w jednej z wypraw polskiego antropologa. Jakaż przerażająca musiała to być podróż dla tego wielkiego artysty i jeszcze większego histeryka i dziwaka, jakież myśli musiały się rodzić w jego głowie. Pisarz przeciwstawia antropologom ludzi, którzy zyskali światową sławę, ale cynicznie wykorzystywali swoją przewagę nad krajowcami. Należy do nich uwielbiany przez kulturę światową Gauguin – perwersyjny autor dziennika „Noa Noa”, który wykorzystał podbój wysp do zaspokojenia swoich pragnień i na zawsze zostawił obraz polinezyjskiej kobiety sprowadzonej do zwykłego przedmiotu, gładkiego, łagodnego, uległego. Le Clézio może sobie pozwolić na wielką desakralizację twórcy, uważanego za skarb narodowy Francji i mówić prawdę o jego pedofilskich skłonnościach, zresztą odsłania też podobne zachowania Jamesa Flechera, autora słynnego dzieła Isles of Illusions, gwałciciela ledwo dojrzałej dziewczynki, z którą spłodził dwoje dzieci, a potem porzucił ją jak przedmiot i podarował jednemu ze swych służących. Cierpienie przedstawicieli starożytnej cywilizacji oceanicznej w konfrontacji z okrutnymi Europejczykami, to stały motyw w Radze, powieści otwartej, dzienniku z podróży, a zarazem wspaniałej mozaice kulturowej. To wiele cennych diagnoz, dopowiedzeń, ustaleń na przełomie dwudziestego i dwudziestego pierwszego stulecia: „Zwierciadło morza”, o którym pisał Joseph Conrad, to świadomość ludów z wysp. Nie odbija ono indywidualnego obrazu ani w szalejących zawieruchach, ani w spokoju lagun. Ocean jest miejscem, gdzie w każdej chwili może pojawić się wszystko. Wszystko może napłynąć od strony horyzontu. Śmiertelne zagrożenie, czarne statki wiozące najemników i misjonarzy, zdobywców, fanatycznych dobroczyńców pragnących nagiąć świat do swych idei, bezwzględnych grabieżców zagarniających, jak niegdyś, ziemie, dzieci, obraz tych ludów. Smutne, bolesne są te konstatacje, ale prawdziwe i oddające sprawiedliwość czasom kolonialnym i absurdalnym, rozdętym do granic, postkolonialnym teoriom.

Gauguin_-_D'ou_venons-nous_Que_sommes-nous_Ou_allons-nous

Książka Le Clézio o Wyspie Zielonoświątkowej może na początku budzić zdziwienie, stawiać opór czytelnikowi, szukającemu przede wszystkim żywiołowych bohaterów i dynamicznych fabuł, z wyrazistym zakończeniem. Tutaj wszystko jest ruchome jak mgły, wszystko przypomina rozleniwienie Melanezyjczyków po wypiciu napoju kava, powstającego ze zmielonego pieprzu metystynowego. Ma on lekkie działanie relaksujące, powodując rozluźnienie mięśni i stan beztroski, przy jednoczesnej jasności umysłu. Wywód francuskiego pisarza jest przejrzysty, choć stale przeplatają się w nim mroczne mity i podania z rzeczywistością epoki nowoczesnej, a wielka hiperbola ogromnej łodzi, przemierzającej ocean i podążającej ku nowej wyspie, graniczy z opisami partii politycznych i ruchów rewolucyjnych w świecie wyspiarskim. Ale jak można inaczej opisać kontynent, który jest i którego nie ma? Niewątpliwie Le Clézio ma rację, iż wyobraźnię Europejczyków przerósł bezmiar oceanu, owe miriady wysp, wysepek, atoli pokrywających przestrzeń stanowiącą dwie trzecie planety, od Hawajów na zwrotniku Raka po cypel Nowej Zelandii niedaleko bieguna południowego, od Wyspy Wielkanocnej na wschodzie po Indonezję na zachodzie i Madagaskar w południowej części Oceanu Indyjskiego. Kontynent stworzony bardziej z morza niż lądu, z archipelagów, raf koralowych, wyłaniających się z głębin wulkanów, zamieszkany przez ludzi przybyłych tu podczas najśmielszej morskiej odysei wszech czasów. Kontynent, który pierwsi europejscy podróżnicy przemierzyli, nie widząc go. Kontynent marzeń. To takie książki jak Raga ugruntowały pozycję francuskiego prozaika i zapewne w dużym stopniu przyczyniły się do przyznania mu Literackiej Nagrody Nobla. Choć znalazło się sporo oponentów tego werdyktu, ich porażającą niewiedzę na temat osiągnięć i odkryć pisarskich Le Clézio porównać można z niewiedzą Europejczyków, którzy po raz pierwszy stanęli na wyspach atolu Vanuatu, wysiedli z okrętów na biały piasek wyspy Mauritius, Seszeli, atoli Polinezji czy Mikronezji. Takie intelektualne podróżowanie i taka dogłębna analiza światów alternatywnych dla Europy czy Ameryki, mogą stać się celem samym w sobie, albo sensem prawdziwie przeżytego, nie danego nam na kredyt czasu.

Vanuatu-humans-of-vanuatu-2

WALC NUMER DWA

Główny plac Stepanakertu

Główny plac Stepanakertu

Właśnie ukazuje się mój kolejny zbiór wierszy pt. Ormiańska tancerka, w którym znalazły się wiersze napisane w Górskim Karabachu i w Armenii w 2014 roku, a wyszlifowane i przygotowane do druku w Polsce. Zamieszczam tutaj słowo odautorskie, które umieściłem na końcu zbioru, dołączam też Walc nr 2 Dymitra Szostakowicza, od którego wziąłem tytuł Posłowia.

Jechałem do Armenii z wiarą, że zobaczę wspaniałe zabytki, odwiedzę dalekie miejsca i spotkam ludzi innego kręgu kulturowego, a przy tym spróbuję znaleźć swoje odbicie w tym różnobarwnym zwierciadle dziejów. Kraj od dawien dawna najeżdżany przez Turków, Arabów, w końcu trafił pod jurysdykcję rosyjską, a potem sowiecką, by ostatecznie uzyskać niepodległość w dwudziestym wieku. Przestrzeń jest tam zjawiskowa, wieńczona górami, pośród których błyszczą dwie piramidy mniejszego i większego Araratu. Kto jednak zapozna się z historią kraju dowie się, że pośród tych cudnych krajobrazów wciąż rozgrywały się tragedie przerastające ludzkie rozumienie, wybuchały konflikty i boje, a krew niewinnych istot przelewano strumieniami. Moja podróż zaczęła się na lotnisku Okęcie, skąd rejsowym samolotem przeleciałem do Erywania, mijając kilka krajów i wielkie pasma górskie, szerokie rzeki i Morze Czarne. Kontrola paszportowa i przejście przez odprawę celną były sprawne, więc szybko znalazłem się poza strefą graniczną i zostałem przywitany przez oczekujących na pisarzy Ormian. Kilkunastoosobowym busem ruszyliśmy w kierunku Stepanakertu, stolicy Górskiego Karabachu, mającego status niezależności, ale pozostającego w unii z Armenią i w orbicie Wspólnoty Niezależnych Państw. To była dość wyczerpująca droga przez góry, wijącymi się serpentynami, odsłaniająca zjawiskowe widoki hal i zboczy pokrytych drzewami w jesiennych barwach, a także majestatycznych, ośnieżonych szczytów, wyrazistych na tle błękitnego nieba. Mijaliśmy wsie, miasteczka i większe osady, stale pokonując niebezpieczne zakręty, prawie ocierając się o samochody podążające w przeciwnym kierunku, to zjeżdżając w doliny, to wspinając się na wielkie zbocza. Październik ozłocił roślinność, a pierwsze chłody spowodowały, że liście stały się żółte, czerwone, zachowując w wielu miejscach sporo jaskrawej zieleni. W końcu, po czterech godzinach minęliśmy znaną z wojny z Azerbejdżanem Szuszę i zaczęliśmy zjeżdżać ku stolicy kraju, położonej w rozległym wąwozie, rozgałęziającym się na mniejsze obniżenia i skarpy. Szybko przemknęliśmy przez kilka ulic i znaleźliśmy się na głównym placu miasta, przy którym jest pałac prezydencki i nieco reprezentacyjnych budynków państwowych, a także reprezentacyjny hotel Armenia, a którym zostaliśmy zakwaterowani. Oprócz Polaków na drugi festiwal literacki w Górskim Karabachu przyjechali twórcy z Libanu, Włoch, Niemiec, Rumunii, Serbii, Rosji i oczywiście wielu pisarzy z Armenii. Trafiliśmy akurat na dżdżysty moment, ale prognozy zapowiadały słońce w następnych dniach i tak też się stało.

Cerkiew w Gandzasarze

Cerkiew w Gandzasarze

Już pierwszy wieczór miał niezwykły charakter – najpierw stałem dość długo przy otwartym oknie hotelowym i patrzyłem na pobliskie wzgórza, na domy usadowione na zboczach i ciepłe światła w dali, przyglądałem się ludziom przechodzącym przez plac, a potem wziąłem udział w imprezie powitalnej, zakończonej wspólną kolacją. Na talerzach pojawiły się nieznane potrawy, wiele warzyw i owoców, a do tego znakomite koniaki i wina, spośród których najbardziej przypadły mi do gustu wytrawne białe trunki, typu Bagratuni lub Narine. Od samego początku zauważyłem niezwykłą otwartość ludzi Zakaukazia, ich przyjazne podejście do obcokrajowców i chęć wspólnego celebrowania literatury, sztuki, historii. To był ciąg rozmów o dawnych czasach i wydarzeniach ostatnich dwóch dziesięcioleci, kiedy to rozgorzał konflikt z Azerbejdżanem i zginęły tysiące ludzi, czego ślady miałem potem zobaczyć na kilku cmentarzach i w zburzonym Agdamie. Stepanakert jest miastem wtopionym w górski krajobraz i zdaje się enklawą spokoju, ciszy, monotonnego życia, ale przecież wyczuwalne jest napięcie i widuje się wciąż wielu wojskowych w charakterystycznych wielkich czapkach, w mundurach polowych, jakby stale w gotowości do odparcia napaści. Następnego dnia już się wypogodziło, a przebudziwszy się wcześnie rano, poszedłem na pierwszy spacer, zataczając kręgi wokół centralnego placu, przemierzając nieznane ulice, niewielkie parki, przystając na wzniesieniach i patrząc na odsłaniające się na horyzoncie wysokie góry. Zawsze, gdy jestem tak daleko nachodzą mnie myśli o moim losie, o tym jak to się stało, że chłopak z bydgoskiego osiedla, pochodzący ze skromnej rodziny, zawędrował tak daleko, zobaczył tyle oryginalnych miejsc na świecie i zrealizował młodzieńcze marzenia o podróżach? Myślę, że kluczem do tych przeżyć była zawsze literatura – czy to jeździłem na konferencje naukowe, spotkania autorskie, czy na wielkie festiwale literackie, zawsze moje pisanie było tłem dla tych eskapad, a dodatkowo pomagała też moja niepohamowana energia. Na spotkaniu powitalnym otrzymałem pióro i dwa notatniki od przyjaciół z Górskiego Karabachu i pojawiła się zachęta by jak najwięcej napisać podczas pobytu w ich ojczyźnie. Zawsze buntowałem się przeciw takim dyrektywom, ale tym razem wiersze zaczęły mi się sypać jak z rękawa i każdego dnia pojawiały się tematy, zdarzenia, sytuacje, które zapragnąłem utrwalić w słowie. Od czasu mojej niezwykłej wyprawy na Florydę zaczęły powstawać zbiory wierszy, w których starałem się odzwierciedlić fenomen wypraw do innych światów, spotkań z niezwykłymi ludźmi i ich dziejami. Tak było też dwukrotnie w Chinach, tak pisałem wiersze w Kurdystanie i centralnym Iraku, tak wreszcie zacząłem zapełniać karty dwóch notatników w Górskim Karabachu i Armenii.

Górski Karabach

Górski Karabach

Program festiwalu w Arcachu został tak skomponowany, że zobaczyliśmy sporo miejsc, które są chlubą tej ziemi i znakiem wielowiekowej tradycji chrześcijańskiej. Pokazano nam cerkwie w Suszy i Gandzasarze, gdzie znajdują się relikwie św. Zachariasza, zawieziono nas do historycznej stolicy dawnej Armenii – Tigranakertu, spotkaliśmy się z Prezydentem kraju, z wieloma osobami ze środowiska literackiego i artystycznego, a nade wszystko mieliśmy sporo wolnego czasu na podziwianie dalekich widoków i kontemplowanie piękna jesieni na Zakaukaziu. W miarę możliwości odłączałem się nieznacznie od głównej grupy i przyglądałem się starożytnym płytom nagrobnym, charakterystycznym krzyżom, starałem się utrwalić w pamięci bryły małych cerkwi i domów. Ale przez cały czas wpatrywałem się też w siebie i szukałem odpowiedzi na pytania mojego życia, sięgałem z daleka ku centralnym punktom, ku zdarzeniom chwalebnym i nieustannym atakom wrogów. Będąc tak daleko od Polski i sięgając myślą ku demonom mojego życia, zauważałem bezsens ich istnienia, ale też ich ważną rolę, jako zagrożeń, wciąż motywujących mnie do działania. W jakiś sposób podobnie żyją ludzie w Arcachu, gotowi na agresję ze strony sąsiadów, a przy tym nieustannie zmotywowani do rozwoju i walki o samych siebie. Tutaj, tak daleko od domu mogłem patrzeć na moje życie jak na coś skończonego do chwili wyjazdu z Polski, coś co miało swoje punkty graniczne i nieustannie się kształtowało, aż doszedłem do chwili w Stepanakercie, Szuszy, Gandasarze, Erywaniu, aż spojrzałem po raz pierwszy na Ararat. Gdybym nie wrócił – wszak podróż samolotem to zawsze rodzaj rosyjskiej ruletki – mógłbym powiedzieć, że dobrze przeżyłem swój czas, syna spłodziłem, dom zbudowałem, zasadziłem wiele drzew i zawsze przyglądałem się z uwagą ptakom i owadom, szmaragdowym toniom jezior i mórz, odbijałem się w oczach wielu kobiet i ściskałem dłoń mnogim przyjaciołom. W takim spojrzeniu z miejsca, w którym nigdy miałem się nie znaleźć, a tylko przypadkowo w nim się pojawiłem, zło traci swoją wagę, a na plan pierwszy wysuwają się dobre cząstki mojego istnienia – miłości i narodziny syna i córki, kolejne publikacje książek i artykułów, namalowane obrazy, liczne rysunki i szkice, a nade wszystko chwile, które odcisnęły się w pamięci jako czas szczęścia i spełnienia. O tym myślałem, gdy stałem na murach zamku w Tigranakercie i patrzyłem na pobliskie ruiny miasta Agdam, zrównanego z ziemia podczas ostatniej wojny o Górski Karabach – o tym dumałem, gdy chodziłem wokół cerkwi w Gandasarze i na górskim cmentarzu przy niej. Takie były moje myśli, kiedy zapalałem świece w cerkwi w Szuszy i schodziłem w dolinę w Stepanakercie i tak podróżowałem wewnętrznie, gdy już jechaliśmy z powrotem do Erywania, gdzie miałem raz jeszcze doświadczyć wzruszeń nie do opisania.

Fontanny na placu w Erywaniu

Fontanny na placu w Erywaniu

Erywań przywitał nas widokiem Araratu, połyskującego w dali jak wielka piramida nieskończoności, jak znak pierwszej kosmogonii i kształtowania się globu w czasach tak odległych, że aż niewyobrażalnych. Wielkie miasto tętniło życiem, a ja jeszcze podczas jazdy samochodem wyławiałem charakterystyczne męskie twarze, piękne buzie czarnookich i czarnowłosych Ormianek, zauważałem miejsca niezwykłe, zapraszające do odwiedzenia. Po przyjeździe do hotelu Shirak okazało się , że z okna na piątym piętrze rozpościera się wspaniały widok na świętą górę tego narodu, leżącą teraz po stronie tureckiej i zawłaszczoną podczas zawirowań wojennych na początku dwudziestego wieku. Wiele godzin spędziłem tam przy otwartym oknie i patrzyłem na ośnieżone czapy wyższego ze szczytów, rozmyślałem o historii, o książkach Orhana Pamuka, który miał odwagę mówić prawdę o Rzezi Ormian, torując w ten sposób drogę do autentycznych, prawdziwych studiów naukowych. Wychodząc z hotelu, wchodziłem do dużego parku, w którym znajduje się pomnik pilota Nelsona Stepanyana, bohatera narodowego Armenii, który trafiony przez Niemców, skierował swój samolot we wrogi statek i zakończył życie jak kamikadze. Chodząc alejkami tego skweru wyodrębniałem dziwne rośliny, przyglądałem się ptakom, a nade wszystko tonąłem w myślach o tym, co zobaczyłem i przeżyłem w Arcachu. Choć był to już koniec października, słońce wspaniale przygrzewało i można było chodzić po ulicach w letniej koszulce lub w cienkim swetrze, więc korzystałem z tej możliwości. W pewnym momencie, na głównym placu Erywania, pośród barwnych kwiatów na klombie, zauważyłem dziwnego owada, który początkowo wydał mi się kolibrem, gdyż miał rodzaj cienkiego dziobu-ssawki, którym spijał kwiaty. Po powrocie do Polski odnalazłem to stworzenie w atlasie i okazało się, że jest to fruczak gołąbek, dziwna ćma, jakby rodem z krain egzotycznych, zawisająca nad barwnymi kielichami i płatkami. Nieopodal znajdowało się Armeńskie Muzeum Narodowe, w którym przeżyłem niezapomniane chwile przy obrazach Martirosa Sariana, kultowego malarza armeńskiego, podziwiałem wielkie płótna Iwana Ajwazowskiego, a przy tym zobaczyłem dzieła tak znanych malarzy jak Pieter Claesz, Claude-Joseph Vernet, Wasyl Kandinsky czy Marc Chagall. Dopełnieniem tego dnia był wieczór przy bogato iluminowanych fontannach, na reprezentacyjnym placu Erywania, otoczonym słynnymi czerwonymi budynkami. Barwy tryskającej wody zmieniały się co chwilę kalejdoskopowo, a w przestrzeni rozbrzmiała muzyka, która chwytała mnie za serce. Oprócz słynnych dzieł filharmonicznych Vivaldiego, Mozarta, Bacha, Beethovena, wybrzmiał nieśmiertelny kanon D-dur Johanna Pachelbela i walc numer dwa Dymitra Szostakowicza. Jak barwy tryskających w górę strug, mój nastrój nieustannie się zmieniał, od feeryjnej radości do głębokiego smutku, przy dźwiękach kanonu i słynnej części suity jazzowej. To było moje pożegnanie z Armenią i starożytnym Arcachem, a przy tym jedne z piękniejszych chwil w życiu. Z wyprawy na Zakaukazie przywiozłem dwa notatniki pełne skończonych wierszy, notatek, pomysłów do zrealizowania na papierze, ale prawdziwy skarb, dany mi w tamtych dniach, na zawsze pozostał w moim sercu i pamięci. I na kartach tej książki…

ORNITOLOGIA ULICZNA (2)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

BRZOZY

Szybki skok rowerem do lasu i zachwyt nad brzozami połyskującymi w porannym słońcu… Drzewa te układają się w ciągi graficzne i są trudne do sfotografowania, bo biel i czerń to barwy kontrastowe, wzajemnie się znoszące pośród milionów pikseli. Dopiero błękit nieba w tle ustala proporcje i pozwala odwzorować to, co nieuchwytne, ulotne, zwiewne. No ale zachwyt zachwytem, ale czas wracać do pracy, bo stale coś czeka na biurku, wciąż pojawiają się nowe wyzwania, a i opracowanie archiwum z wielu lat wymaga ogromnego nakładu pracy i długich ciągów godzinowych. Jednak takie chwile na łonie natury są niepowtarzalne i bezcenne…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

PTASI PUCH

800px-Ha_long_bay

Nowoczesna poezja wietnamska, powstająca w latach 1932–1941, jest jak ożywczy, świeży powiew, ciągnący się od niebieskich gór i przynoszący ulgę podczas upału. Delikatność i plastyczna obrazowość tych liryków generuje ruchome wizje zwiewnych motyli, ptaków, zielonych tarasów ryżowych, bujających się w przestrzeni kolorowych lampionów i buddyjskich dzwonków modlitewnych. Ale chyba najwspanialszym doznaniem podczas lektury jest dotarcie do migotliwej świadomości ludzi żyjących pośród zjawiskowej przyrody, tęskniących za czystością i pięknem i pragnących nieustannie doświadczać więzi z drugim człowiekiem, ze światem i kosmosem. To jakby uważne wpatrywanie się w otwarty przestwór, pośród którego lekko unoszą się elementy rzeczywistości, ale też pojęcia i doznania podstawowe – miłość i śmierć, kolory i zapachy, twarze i gesty, bambusowe bramy, mosty i łodzie na rzece. A wszystko odbijające się w źrenicach zakochanej dziewczyny i młodzieńca wodzącego za nią tęsknym wzrokiem, a wszystko powiększone i rzucone siłą natchnienia ku światłom Mlecznej Drogi i samotnym gwiazdom, wiszącym nad horyzontem. Czyż nie jest paradoksem, że tak pokojowo nastawieni ludzie musieli się przez wieki zmagać z różnorakimi najeźdźcami i okupantami, którzy przychodzili z Chin, krajów sąsiednich, albo przylatywali z Europy, Japonii, Ameryki. Otwarcie Wietnamczyków na świat było ich wielką siłą i słabością, którą wykorzystywano na przestrzeni lat. Żyjąc w takiej sytuacji, wytworzyli oni kulturę, w której ogromną rolę odgrywa przywiązanie do ziemi i rodziny, sławienie własnego kraju w poezji i pieśni, a nade wszystko radość z istnienia w scenerii brzoskwiniowych sadów, rozkwitających barwnie kwiatów i ptaków wyśpiewujących słowo quoc, co znaczy po wietnamsku ojczyzna. Liryka ta ma też w sobie wiele mądrości, aforystycznej filozofii, która dociera do samego centrum ludzkiej ontologii. Byt został w niej zawieszony w przestrzeni, ale też twardo utwierdzony w krajobrazie leniwie płynącej rzeki Mekong, ruchliwych miast i architektury postkolonialnej. Wędrując po drogach i wzgórzach tego kraju, ów byt, przegląda się w milionach istnień, osobnych i zjednoczonych więzami krwi, szukających sensu życia i potwierdzenia, że to, co widzą czarne oczy jest realne.

Black_hmong_women_sapa_vietnam_1999

Natura dla Wietnamczyków jest ich cudownym ogrodem, z kolorowymi kwiatami, skrzydlatymi stworzeniami i zwierzętami kryjącymi się w tajemniczej dżungli. W dzień wieńczy ją pyszny błękit nieba, a nocą otwiera się nad nią ogromna czasza wszechświata, opalizująca milionami gwiazd, ze srebrną latarnią księżyca, z głosem cykad i innych istot, ożywiających się po zachodzie słońca. Wietnam jest krajem deszczów i mgieł, chłodnych powiewów od morza, ale też wielkiego gorąca i światła solarnego. Taka ekspozycja natury sama w sobie jest bardzo poetycka i multiplikuje wciąż świadomości zatopione w liryce, kontemplujące piękno otoczenia i ulotne umiejscowienie bytu w kosmosie. Dlatego wietnamska nowa poezja jest taka opisowa, malownicza i zjawiskowa, odwzorowująca fenomeny świata i ukazująca ludzi w otoczeniu odwiecznych tajemnic istnienia. Bystrość i wyobraźnia tych ludzi jest zdumiewająca, ale jeszcze ciekawsza jest ich umiejętność zauważania kontekstowości egzystencji, wagi tego, co jest dookoła niej – siły natury, mającej swoją duchowość i nieustannie wpływającej na poszczególne życiorysy. Czytanie tej poezji przypomina egzotyczną podróż, a odsłaniające się szerokie krajobrazy i sielskie zakamarki, ukazują prawdziwy wymiar bytowania w Wietnamie. Widzimy zatem wielkie zatoki morskie i skały porośnięte gęstą roślinnością tropikalną, drogi i bezdroża, tarasowe uprawy, ale też domostwa i mostki z bambusa, bramy podwórek i przede wszystkim ludzi – kobiety niosące wodę ze strumienia, starych mężczyzn, podążających w procesji weselnej, matki wypatrujące synów wracających z daleka. Wszystko zatopione w melancholii i senności, rozmywające się w przestrzeni i świadomości, ginące w dali i w mrokach pamięci.

Ðàn_Tranh

Stale też wraca w nowej poezji motyw miłości, szukania partnera na całe życie, czułego kochanka i pięknej żony, najlepiej z tego samego regionu, z tego samego klanu ludzi wrażliwych i szukających odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencji. Od nieśmiałości sąsiada, który spogląda ciekawie na sąsiadkę, po subtelność dziewic, ubranych na czerwono i przeznaczonych do zamążpójścia, rozgrywa się niezwykły spektakl uczuć pierwszych i zarazem ostatnich, miłości żarliwej i pełnej oddania, rozumiejącej i wychodzącej naprzeciw pragnieniom. Zarówno poetki, jak i mężczyźni piszący wiersze miłosne, starają się oddać w swych utworach wyjątkowość i niepowtarzalność uczuć, ale też stawiają sobie konkretne wymagania, pragną przeżyć życie spokojnie, bezpiecznie, z poczuciem jedyności wyboru dokonanego raz na całą wieczność. Nie znajdziemy tutaj rozpaczliwych liryków opisujących zdradę, a autorzy jeśli wyrzucają sobie cokolwiek, to czynią to najczęściej z nadzieją na poprawę sytuacji, na powrót kochanka, na ponowne pojawienie się pięknej dziewczyny, która nie wiedzieć dlaczego odeszła. Widać wyraźnie, że nowa poezja, wyzwolona ze sztywnych kanonów, naśladujących lirykę chińską i skupiających się na metrum i rymie, osiągnęła niezwykłą lekkość i siłę wyrazu. Te wiersze można porównać do ptasiego puchu, który przy wzlatywaniu ptaka z gałęzi oderwał się od jego ciała i swobodnie zaczął spływać ku ziemi, a podrzucany przez porywy wiatru, zaczął bujać w powietrzu, zawisać w locie i znowu się unosić. Podkreślić też trzeba niezwykłą śpiewność tej poezji, która często w Wietnamie wykonywana jest jako pieśni, dodatkowo intonowane i wzmacniane przez interpretację samego autora. Ogromna praca tłumaczy, Lama Quan My i Pawła Kubiaka dała zdumiewające efekty i prawdziwie wzbogaciła kulturę polską o te znakomite przekłady. Dzięki temu egzotyczna liryka wietnamska wchodzi do naszego obiegu kulturowego i ukazuje wrażliwość, piękno i pełnię ludzi Południa, żyjących na zjawiskowym, barwnym półwyspie, ludzi szukających stale własnego miejsca w świecie i pragnących towarzyszyć innym istnieniom w drodze od narodzin do rozpadu w pył.

Fotografie z Wikipedii

POCZĄTEK ROKU

Błękitne niebo kusiło mnie dzisiaj i zapraszało by wyjść na spacer z aparatem fotograficznym… Było mroźnie, ale ubrałem się ciepło, pozwalając sobie tylko na nonszalanckie odsłonięcie głowy. Jak zwykle udało mi się zrobić kilka wspaniałych fotografii, o czym przekonałem się oglądając je na laptopie. Niestety styczniowa ornitologia jest dość uboga i na obrzeżu miasta natknąłem się tylko na gawrony, kilka dużych wron, mazurki, sikorki, do tego kilkanaście mew, szukających odpadków przy blokach, wszędobylskie sroki, synogarlice, kawki. Jedynym ciekawszym zdarzeniem było nagłe zerwanie się do krótkiego lotu dwóch znakomicie wyeksponowanych bażantów, które wzniosły się ponad pole i zniknęły pośród zeschłych wrotyczy, nawłoci i trzcin. Rozmyślałem o wszystkim, co zdarzyło się w ubiegłym roku, o moich decyzjach, o błędach i radościach, o chwilach jasnych i mrocznych. Czuję, że rok 2015 będzie bardzo ważny dla mojego życia, a to przede wszystkim za sprawą ekscytujących projektów, które mam zamiar zrealizować. Ważne też będą rozliczenia i wymierzenie sprawiedliwości tym, którym się wydawało, że bezkarnie będą mogli niszczyć mnie na przestrzeni lat. Czytałem ostatnio wywiad z Krzysztofem Pendereckim, który wskazuje „gnojenie” w Polsce tych, którzy się wybijają i coś konstruktywnego tworzą – najczęściej robią karierę za granicą, z dala od polskiego piekła. Zaznałem tego wiele razy, czego ślady są też we moim dzienniku, ale nie mam zamiaru poddać się, wiem też, że krzywda zawsze dopada tych, którzy ją sprowokowali. Tak rozmyślałem sobie chodząc w mroźne południe na skraju miasta, w północnej części Europy, na północnej półkuli planety Ziemia, ogrzewanej promieniami niewielkiego Słońca, w średniej wielkości galaktyce spiralnej Mleczna Droga.

      ??????????????????????

??????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

??????????????????????

??????????????????????

??????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

ZIKKURAT W BORSIPPIE

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

1.

Idę powoli pod górę aż do samego nieba
skąd Nimrod chciał strzelać z łuku
do bogów dwurzecza

przystaję przy zdruzgotanych murach
dotykam bolesnych pęknięć biorę
do ręki miał tysiącleci

podnoszę dłonie ku chmurom
a niewidzialny Nabu daje
mi glinianą tabliczkę

piszę na niej pierwszy wiersz
w historii ludzkości

dopełniam treścią opowieść
o synu Morduka i Sarapanitu

pośród ruin światyni E-zida patrzę
w głębiny czasu

2.

widzę maszerujące armie i płonące
pałace palmy naginane przez wiatr

i czarne rybitwy wzbijające się nad
tonie Tygrysa i Eufratu

rylec zagłębia się lekko w miękkiej glinie
obrazy suną szybko w świadomości
jak mijane głazy i cegły

dowódca straży ścina głowę
największego wroga żmija
kąsa stopę księżniczki

a zakrzywiony nóż
przecina aortę
zdrajcy

3.

płyną chmury nad strzaskanymi
wiekami i moje życie w tajemny

sposób dotyka nagle ruiny
zikkuratu

tak spotykają się chwile
z wiecznością

tak mija bezpowrotnie to co
dawno temu zapisano w

księdze przeznaczenia

Borsippa 2013

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: