POKORA NATURY

Pozostałość po gwieździe supernowej

Pozostałość po gwieździe supernowej

Obcując z naturą, przemierzając jej szlaki i fotografując ją, uczę się od niej pokory i zgody na bezpowrotne przemijanie. Widząc latem wspaniałe, barwne kwiaty, noszę w pamięci też ich więdnięcie, utratę kolorów i zgodę na suchość, przyzwolenie na kruchość. Ciesząc się wiosennymi, soczyście zielonymi liśćmi klonów i platanów, utrwalam też ich barwy jesienne, jakże piękne i kontrastowe, ale szepczące też bezgłośnie: śmierć, śmierć, śmierć… Widząc majestatycznego bielika, bujającego pośród chmur, noszę w myślach jego pióra, leżące pośród traw, pojawiające się na wodzie, będące emblematem nicości. Tę pokorę natury przeciwstawiam zachowaniom ludzkim, jakże butnym i pragnącym zaprzeczyć, że wszystkie organizmy podlegają entropii, rodzą się, rosną i rozpadają, wracając do kosmicznej materii pierwotnej, jako pierwiastki składowe. Buta człowieka bywa przeogromna, ale też i upadki przez to są tragiczne, bezsensowne, dalekie od szlachetnego przemijania całej przyrody. Akceptując zmienność i nietrwałość, zyskujemy mądrość wszechświata, który rozgrywa się w czasie i przestrzeni, ma swoją historię i mieć będzie swój koniec. Nasze lata to obroty i obiegi planet, nasze zachowania i gesty, to ledwie tło dla tego, co rozgrywa się gdzieś daleko i ma przeogromny wymiar. Patrzę na małego motyla na barwnym kwiecie, zauważam pszczołę na fioletowym żmijowcu, przystaję przy gąsienicy na gałązce czeremchy – ich ruchy, ich zawieszenie w powietrzu są tak samo mało istotne dla zjawisk zachodzących na Jowiszu czy Saturnie, jak ludzkie wybory i gesty, nagrody i razy, a nawet najtragiczniejsze dramaty. Kosmos to wszystko zna, w jednej chwili anihiluje planety i całe układy, gwiazdy i galaktyki, jednocześnie stale tworzy nowe ciała niebieskie i alternatywne przestrzenie, zastępuje jedne systemy innymi. Rośliny, ryby, gady i ptaki zdają się to rozumieć i poddają się bez buntu odwiecznym prawom natury, tylko człowiek, jakże zarozumiały, krzykliwy i przekonany o swojej niezniszczalności, nie słyszy szeptu wydobywające się z ciemności: nicość, nicość, nicość… Tylko człowiek myśli, że czas jest rodzajem abstrakcji, która go nie dotyczy, tylko on doświadcza też tak wielkiego bólu przemijania, gdy w późnym wieku lub w chwili gwałtownej śmierci, wreszcie pojmie, czym było jego kruche i wyjątkowe życie.

ISKRY ASTRALNE

z11981894V,Mglawica-Tarantula--czesc-widocznej-golym-okiem-z

Na przełomie lutego i marca, podczas wieczornych powrotów do domu, często obserwowałem dobrze wyeksponowane gwiazdozbiory. Jak zwykle szczególnie długo przyglądałem się Orionowi, jakimś pojedynczym gwiazdom, ale też Wielki Wóz, zwrócony dyszlem ku dołowi, przykuwał moją uwagę. Któregoś dnia przypomniałem sobie podobne zapatrzenia z dzieciństwa i młodości, szczególnie z wypraw na Mazury i z wieczorów na obrzeżu bydgoskiego lasu i na osiedlu Błonie. Doskonale pamiętam ten moment, gdy spojrzałem na Wielką Niedźwiedzicę, która jaśniała pomiędzy dwoma blokami, jakby w bramie prowadzącej do głębin wszechświata. To wtedy rodziła się moja poezja i przekonanie, że nasze ziemskie sprawy mają związek z tym, co rozgrywa się na niebie. To był rodzaj nagłego skrótu myślowego, to była filozofia istnienia pod gwiazdami i wielka fascynacja astronomią, wiedzą o galaktykach i gwiazdozbiorach. Później, gdy pisałem coraz więcej wierszy generacyjnych, często zatrzymywałem się na osiedlu i patrzyłem na nikłe światełka nad moją głową. Samobójstwa i tragiczne śmierci moich kolegów i koleżanek już wtedy były dla mnie ciągiem zdarzeń wpisanych w wielkie wydarzenia kosmiczne. Teraz, gdy mam znacznie większą wiedzę na ten temat, patrzę na Oriona i zastanawiam się jak Słowacki mógł dostrzec w nim kształt skrzypek, rozważam dlaczego Chińczycy widzieli rondel w Wielkim Wozie? Od dawien dawna ludzkość wpatrywała się w czarną otchłań wszechświata i zawieszała swój wzrok na rozświetlających ją punktach – układających się w konstelacje i określanych różnie, w zależności od strony świata i lokalnych mitologii. Tak na przykład nazwa okołobiegunowego gwiazdozbioru nieba północnego Wielka Niedźwiedzica (Ursa Maior), ma swój związek z greckim mitem o uwiedzeniu nimfy Kallisto przez Zeusa. Ta piękna postać została po śmierci przemieniona przez Artemidę w niedźwiedzicę, natomiast zazdrosna Hera uprosiła bogów by nie mogła się ona kąpać w oceanie i przez cały czas wędrowała po niebie. Tak wygląda europejski kontekst kulturowy tej konstelacji, ale w niektórych krajach nazywana ona jest Wielki Rondel, a w wierzeniach chińskich siedem gwiazd Wielkiej Niedźwiedzicy (Północnej Chochli) to dom Cesarza Bogów – Shangdi. Znajdziemy też w tej kulturze opowieść o niebiańskich wieprzach, które ciągną powóz Bogini Świtu – Zhunti. Według Słowian jest to wóz, rzadziej wół, wilk lub niedźwiedź – w wierzeniach dawnych mieszkańców Syberii cały ten gwiazdozbiór ma przedstawiać konia lub łosia, chodzącego w chomącie wokół osi świata (Axis mundi). Cztery iskry astralne to koła wozu, trzy to jego dyszel, który jest złamany i skierowany w stronę wschodnią, natomiast tylne koła wozu wskazują zachód. Wracając wieczorami, przystając pod otwartym niebem, zastanawiałem się jak to wszystko jest możliwe, kto stworzył takie niewyobrażalne ogromy i jaka tajemnica tkwi w tych pierwiastkowych obrazach. Nasze istnienie, w zawieszeniu i magnetyzmie planety, nasza myśl i wszystko, co zdarzyło się i co się jeszcze wydarzy, ma astralny, intergalaktyczny kontekst, jest czymś tak wspaniałym jak dźwięk trąbki, jęk harfy, śpiew ptaka i nostalgiczne brzmienie ciszy.

PLANETY CZERWONYCH KARŁÓW

8fe57992-49f2-11e1-8a88-0025b511226e

Nasze magnetyczne zawieszenie w kosmosie jest czymś cudownym, nie dającym się z niczym porównać i do niczego odnieść. Przeczytałem na jednym z portali  internetowych, że najbliższa planeta przypominająca Ziemię może znajdować się zaledwie 13 lat świetlnych od tego miejsca, w którym jesteśmy. Do tej pory myślano, że tylko duże gwiazdy, przypominające Słońce, mogą mieć takie planety, a tymczasem okazuje się, że także czerwone karły mogą mieć podobne towarzystwo. Uczeni z Harvard-Smithsonian Center for Astrophysics podali na konferencji prasowej, że za pomocą kosmicznego teleskopu Keplera wyodrębnili sześć procent takich gwiazd, co zważywszy na to, że w Drodze Mlecznej jest co najmniej siedemdziesiąt pięć milionów czerwonych karłów, daje sumę olbrzymią. Patrząc na fotografie Niebieskiej Planety z kosmosu zastanawiam się czy także te odległe światy mają swoich tyranów i oprawców, a zło krzewi się na nich tak jak na ziemi? Trudno przykładać ludzką miarę do rzeczywistości, o których nie mamy nawet najmniejszych informacji, ale obserwacja innych stworzeń ziemskich może być tutaj pewną przesłanką. Gdyby nie uderzenie asteroidy w Zatokę Meksykańską 65,5 milionów lat temu, prawdopodobny byłby u nas rozwój cywilizacji dinozaurów, spośród których walkę wygrałyby te najlepiej wyspecjalizowane, co nie znaczy, że byłyby to stwory największe i najbardziej drapieżne. Dla żyjących zwierząt też najczęściej podstawowym pragnieniem jest zdobycie pożywienia i zabijanie nie wywołuje u nich takich odczuć jak u ludzi. Do tego potrzebna jest kultura, a tej nie znajdzie u dzikich kotów, rekinów, orek, wielkich węży, jaszczurów czy modliszek, które polują na swoje ofiary dla przetrwania. O wszystkim decyduje instynkt i głód, a mordowana piękna impala jest takim samym mięsem i obietnicą zaspokojenia elementarnych potrzeb, jak zabijany barwny ptak czy tęczowo ubarwiona ryba. Oglądając filmy przyrodnicze, buntujemy się, gdy krokodyle mordują stada gnu czy malowniczo ubarwionych zebr, ale przecież jest to element ich życia, takie samo zajęcie jak nasze codzienne przygotowywanie śniadania czy obiadu. Myśląc o dalekich światach nie możemy być pewni, że obowiązują tam takie same prawa jak na Ziemi, bo walkę o przetrwanie wygrać mogły istoty drapieżne, w bestialski sposób mordujące inne twory, a nawet takie, które stworzyły całe systemy przygotowywania potencjalnych ofiar do pozbawienia życia. W ludzkiej historii wielokrotnie dochodziło do podobnych sytuacji, a zachowania kanibalskie też nie były rzadkością, nie mówiąc już o takich wynaturzeniach jak morderstwa Stalina, Hitlera, Mao, Pol Pota czy wielu tyranów czasów starożytnych. Może zatem zaistnieć taka sytuacja, że gdy pierwszy ludzki statek kosmiczny dotrze do innego świata, napotka tam opór istot organizujących się na prawach walki o przetrwanie, zabijających i nie widzących w tym nic szczególnego. Co wtedy uczynią nasi potomkowie, czy będą starali się zmienić zabójców, czy pozwolą sobie na ingerencję, a może pozostawią wszystko swojemu biegowi, obserwując z ukrycia to, co tam się będzie działo. Wiele powieści i opowiadań science fiction wykorzystuje motyw wielkiej, pradawnej cywilizacji (najczęściej z planet Syriusza), która wpłynęła na bieg historii ziemskiej, nauczyła Majów i Egipcjan budować piramidy, przyczyniła się do rozwoju cywilizacji chińskiej i Mezopotamii. Według takich fantastów jak Erich von Däniken byliby zatem przyszli Ziemianie modyfikatorami, moderatorami rozwoju, choć nie możemy wykluczyć, że gdzieś tam, daleko w kosmosie, jest społeczność żyjąca spokojnie, kierująca się dobrem, odżywiająca się tylko tlenem lub światłem słonecznym, a jeszcze do tego pracująca wspólnie nad tym, by wszystkim było dobrze, a chwile składały się w ciąg dziejów chwalebnych. Na Ziemi na zawsze pozostaną w podręcznikach historii opisy krwawych walk plemiennych i wielkich wojen światowych, a w książkach na temat zoologii przeczytamy o tym jak waran z Komodo rani jelenia w nogę, czeka aż bakterie osłabią zwierzę, a potem powoli, jeszcze żyjącego, pożera nieszczęśnika.

* * *

Cypr

Dzisiaj mam znakomity humor i nie wiem skąd to się wzięło, częściej przecież noszę w sobie jakieś smutki, rozważania, dalekie oddalenia. Wyszedłem na długi spacer i wdychałem głęboko ciepłe powietrze. Gdyby to była wiosna, wydawałoby się jeszcze dosyć lodowate, ale po ostatnich mrozach odbiera się je jako rodzaj lżejszego powiewu. Ogromny, złoty księżyc w pełni, wiszący nad horyzontem, a potem coraz mniejszy na wysokim niebie, i już zamglony, ledwie widoczny. Czuję, że coś nadchodzi, coś niezwykłego się zbliża, jakiś wewnętrzny głos mówi mi, że będzie się działo… A zresztą u mnie zawsze coś się dzieje, a rozpoczęte projekty rozpalają moją wyobraźnię i przydają mi ogromnej energii. Zawsze mam co robić, tym bardziej, że pracuję według podjętych postanowień, wytyczonych szlaków, którymi podążam dość konsekwentnie. Niestety wdziera się też do mojego życia polskie barbarzyństwo, z jego nieodłącznymi atrybutami, zawiścią i chamstwem, poczuciem bezkarności i oszustwem. Jakkolwiek by nie było, będę dążył do szczytnych celów, zrobię co jest do zrobienia i pociągnę za sobą tych, którzy będą chcieli uczestniczyć w tajemnym rytuale naszego czasu.

NEIL ARMSTRONG 1930-2012

Dwudziestego lipca 1969 roku miałem jedenaście lat i w chwili zbliżania się lądownika Apolla 11 do Księżyca spałem już w najlepsze. Rodzice obudzili jednak mnie i pięcioletniego brata, bo uznali, że powinniśmy to zobaczyć. Na ekranie czarno-białego telewizora niewiele można było dostrzec, a jednak zapamiętałem dobrze moment zejścia Neila Armstronga z drabinki na grunt naszego jedynego satelity. Pamiętam też słowa o małym kroku człowieka i wielkim skoku ludzkości, a potem z zapartym tchem śledziłem powrót lunonautów na ziemię i ich bezpieczne lądowanie 24 lipca na Oceanie Spokojnym. Jak trudna i niebezpieczna była to misja świadczy, odnalezione w archiwach narodowych, orędzie prezydenta Richarda Nixona, przygotowane na wypadek, gdyby kosmonauci pozostali na księżycu na zawsze: Zrządzeniem losu ludzie, którzy wyruszyli na Księżyc, by w pokoju go badać, pozostaną na nim, by spocząć w pokoju. Ci dzielni ludzie, Neil Armstrong i Edwin Aldrin, wiedzą, że nie ma już dla nich nadziei na ratunek. Ale wiedzą też, że z ich ofiary płynie nadzieja dla całej ludzkości. Ta dwójka składa swoje życie na drodze do osiągnięcia najszczytniejszego celu ludzkości: poszukiwania prawdy i wiedzy. Będą opłakiwani przez rodziny i przyjaciół; będą opłakiwani przez swój naród; będą opłakiwani przez wszystkich ludzi ich świata; będą opłakiwani przez Matkę Ziemię, która odważyła się wysłać dwóch swoich synów w podróż w nieznane. Ich misja sprawiła, że wszyscy ludzie tego świata poczuli się jednością; ich ofiara umocni braterstwo ludzkości. Starożytni spoglądali w gwiazdy i widzieli w ich konstelacjach swoich bohaterów. Dziś czynimy to samo, lecz nasi bohaterowie to dzielni ludzie z krwi i kości. Inni pójdą w ich ślady i odnajdą drogę do domu. Poszukiwania ludzkości nie zostaną przerwane. Ale ci ludzie byli pierwszymi, i pozostaną pierwszymi w naszych sercach. Bo każdy człowiek, który w przyszłości zwróci nocą wzrok na Księżyc, będzie wiedzieć, że jest zakątek innego świata, który na zawsze pozostanie świadectwem ludzkości. Na szczęście ten scenariusz się nie sprawdził, ale już rok później, podczas misji Apolla 13 nieomal doszło do tragedii, gdy eksplodował zbiornik z tlenem w module serwisowym. Po sporządzeniu prowizorycznego pochłaniacza dwutlenku węgla, NASA udało się sprowadzić astronautów na ziemię, ale dowódca misji James A. Lovell i John L. „Jack” Swigert oraz Fred W. Haise nie dolecieli do Księżyca i nigdy na nim nie stanęli, choć przez jakiś czas pracowali jeszcze w agencji kosmicznej i wchodzili w skład rezerwowych załóg. Z całej, rozbudowanej i chwalebne misji Apollo najbardziej rozpoznawalną postacią, owianą sławą pierwszego człowieka na ziemskim satelicie, pozostał Neil Armstrong. Wczoraj lotem błyskawicy świat obiegła wiadomość, że ten zasłużony kosmonauta zmarł w wieku osiemdziesięciu dwóch lat, po komplikacjach związanych ze wszczepieniem bajpasów. Wszystko przemija, ludzie starzeją się i umierają, ale nie zaniknie wieczna chwała największych bohaterów. Gdyby ludzkość przeznaczyła tylko  część środków, które marnotrawi na zbrojenia i wojny, dawno na Księżycu powstałyby osiedla, teleskopy i placówki badawcze, a zapewne odwiedzilibyśmy też Marsa. Armstrong mówił o tym wielokrotnie, gdy jako ambasador dobrej woli przemierzał świat i relacjonował odkrywczą wyprawę Apolla 11 na srebrny glob. Pozostanie pamięć niezwykłego życia i wspaniałego człowieka, którego mądrość i odwaga daleko wykraczały poza zwykłe ludzkie ramy.

SŁOŃCE

Foto NASA

W Internecie pojawiła się seria zachwycających fotografii Słońca, które satelita NASA wykonał pod koniec stycznia 2012 roku. Widać na nich monstrualne tornada rozżarzonej plazmy, strumienie, wiry i erupcje elementarnych cząstek. To zapewne początek nowych, uważnych obserwacji naszej gwiazdy przez coraz lepsze narzędzia, coraz bardziej wyspecjalizowane statki kosmiczne. To one pozwalają przyjrzeć się z bliska ciemnym plamom i rozbłyskom, po których uwalniane są ogromne ilości energii. Dzięki niej żyjemy i większość organizmów na ziemi może funkcjonować dzięki temu, co rozgrywa się w każdej chwili w tym astronomicznym gigancie. W skali wszechświata jest to średniej wielkości gwiazda, jakich wiele we wszystkich konstelacjach – to obiekt w połowie swojego istnienia, który z czasem przekształci się w czerwonego karła i pochłonie cały układ planetarny, od Merurego i Wenus, aż po dwa olbrzymy planetarne i Obłok Oorta, leżący na zewnątrz naszej struktury magnetycznej, w jednej czwartej odległości do Proxima Centauri. Rozbłyski wielkości kilku kul ziemskich, dziwne wstęgi i smugi widać na tych zdjęciach bardzo wyraźnie i żaden z teleskopów, łącznie z kosmicznym okiem Hubble’a, nigdy nie dostarczyły tego rodzaju obrazów. Daleko nam jeszcze od odkrycia prawdziwych mechanizmów powodujących, że tak masywny obiekt nie rusza w podróż, tylko stoi stale w tym samym miejscu. Oczywiście uczestniczy w powszechnym biegu galaktyk, ale w obrębie Drogi Mlecznej zajmuje przez miliony lat określone miejsce, dając swoją mocą magnetyczną stabilność pozostałym elementom układu. To jeden z cudów lodowatego wszechświata, wypełnionego ciemną energią i materią, których na razie nie udało nam się zaobserwować. To zjawisko daleko wykraczające poza ludzkie rozumienie pierwotnej kosmogonii, owego ożywczego błysku, który zapoczątkował wszystko, łącznie z kondensacją pyłów gwiezdnych i interakcjami magnetycznymi, powodującymi ekstremalne wybuchy nowych gwiazd. Ale nie byłoby Układu Słonecznego, gdyby nie wcześniejsza eksplozja gwiazdy supernowej sprzed czterech i pół miliarda lat, rozprzestrzeniającej w kosmosie pierwiastki ciężkie.  Wapń naszych kości i żelazo w hemoglobinie, a także inne cięższe od tlenu pierwiastki zostały wyrzucone w dal przez wybuch gwiazdy supernowej. To jakby kosmiczny siew życia, powodujący, że mogło pojawić się Słońce i złożona struktura planetarna, a potem na jednym z globów wykiełkowało pierwsze istnienie organiczne.

Foto NASA

Przez miliony lat Słońce było tylko ożywczym, najjaśniejszym obiektem na niebie, dającym poczucie bezpieczeństwa i uruchamiającym cykl corocznej wegetacji roślin, narodzin zwierząt i zdrowej egzystencji ludzi. Religie wszystkich regionów świata próbowały tłumaczyć jego fenomen w różnoraki sposób, aż do uczynienia Słońca bogiem – między innymi – przez Egipcjan, Greków, Persów, Azteków i Słowian. Kult solarny, czyli heliolatria umieszczał zawsze naszą gwiazdę w centrum kosmogonii i uznawał ją za praprzyczynę stwórczą wszechrzeczy. Utożsamiana z pierwiastkiem męskim, stawała się symbolem nieskończoności, siły, walki i zwycięstwa. Szczególnie w krajach chłodnych, ale też i w tropikalnych przestrzeniach pojawiały się personifikowane bóstwa solarne, żeby wymienić tylko egipskiego Ra, wielokulturowego Mitrę, skandynawskiego Sola czy słowiańskiego Swarożyca. Także chrześcijaństwo zapożyczało nimb świetlny i przedstawiało Chrystusa z krzyżem słonecznym za głową, określając go jako lux aeterna, czyli światłość wiekuistą. Ostatecznie, rozbudowane ponad miarę, rzymskie wierzenia związane ze Słońcem, nie zostały zaanektowane przez nową religię i zostały zepchnięte na margines rozległego imperium. Ludzkość obserwowała przez wieki, że pory roku i dnia związane są z fazami obiegu planety wokół słońca (wcześniej określano to tylko jako rodzaj pojawień się Słońca w określonych miejscach nieba) i obrotów naszego globu wokół własnej osi. Przyjmowano z wielką radością wydłużanie się dnia i dłuższą operację promieni słonecznych, a co za tym szło ożywanie roślin, rozrost pąków i liści na drzewach, przylot ptaków z dalekich krain i narodziny nowych istnień w wodzie i na ziemi. Dlatego też tworzono ceremoniały kulturowe, mające na celu podkreślenie wagi światła na wiosnę, palono wyobrażenia zimy i nocy, odnawiano chaty, orano pola, planowano wyprawy do niedostępnych miejsc. Słońce wydobywało głębię z barw, wzbogacało organizmy o witaminę D, a nade wszystko czyniło życie łatwiejszym i pięknym. Zanurzano zatem ciała w turkusowych wodach oceanu, a potem cieszono się z operacji promieni, które osuszały skórę i przydawały jej brązową barwę – szybko też zaczęto zdawać sobie sprawę z tego jak zabójcze może być bezkarne wystawianie się na działanie pierwotnej energii.

Foto NASA

Dzisiaj, gdy widzimy tak spektakularne zdjęcia, udostępnione ludzkości początku dwudziestego pierwszego wieku przez NASA, możemy czuć się oszołomieni skalą i intensywnością zjawisk na Słońcu. Ta nieustannie eksplodująca kula zachowuje swoją masywność i nie rozpada się na części, a jej gigantyczny magnetyzm utrzymuje jeszcze, w jakże niegościnnym kosmosie, wielką strukturę planetarną, z takimi monstrualnymi tworami jak Jowisz, Saturn czy Obłok Oorta. W konfrontacji z tymi obrazami mogą pojawić się też refleksje natury ogólnej, wszak owa elementarna energia, która pojawiła się w określonym miejscu Drogi Mlecznej była zapowiedzią tego, co miało się wydarzyć na trzeciej planecie od Słońca. Na tym najbardziej skalistym globie, piątym co do wielkości w naszej strukturze, na tej niebieskiej kuli, w siedemdziesięciu procentach wypełnionej wodą oceaniczną, miały się rozegrać tragedie zwierząt i wojny ludzkie, miały wybuchać wulkany, oceany miały zalewać lądy, trzęsienia ziemi miały dziesiątkować populacje. Szczególnie w początkowej fazie istnienia Ziemia była miejscem przypominającym piekło z wczesnochrześcijańskich wyobrażeń – wszędzie potoki lawy, skały osuwające się w głębie wód, raz po raz uderzające w powierzchnię komety, meteory i inne okruchy materii. Po prawdopodobnym zderzeniu z inna ogromną kulą, wyodrębnił się nasz satelita, który zaczął stabilizować procesy zachodzące na Ziemi. Potem zaczął się ciąg wydarzeń, które trudne są do pojęcia – pojawienie się coraz bardziej skomplikowanych organizmów, które w końcu przybrały formę wynaturzonych gadów, zabijających się bez litości, rwących wielkie połacie mięsa żywych ofiar i kolonizujących coraz szersze przestrzenie. Ale nagle w Ziemię uderza planetoida lub kometa o wielkości powyżej dziesięciu kilometrów średnicy – zresztą uważa się obecnie, że mogły to być trzy obiekty, bo wielkie kratery znaleziono na dnie Zatoki Meksykańskiej przy półwyspie Jukatan, na dnie Oceanu Indyjskiego i na Ukrainie. Tak wymarły przedwieczne smoki, pojawiające się potem w wielu mitologiach świata, tak skończyła się dominacja wielkich gadów, a na scenę weszły znacznie mniejsze ssaki, które powoli przekształcając się i modyfikując zmysły, stały się istotami ludzkimi. Ten moment także był zapisany w historii Słońca, którego energia docierała do planety w czasach cesarzy chińskich i faraonów, w dniach wielkich wojen, wywoływanych przez tyranów i psychopatów, w czasach pokoju i chwilowego zawieszenia broni. Gdy wybuchało Słońce było ono zapowiedzią harmonii utworów muzycznych Bacha i Haendla, wzniosłych tonów Beethovena i Mahlera, obrazów van Eycka i Memlinga, fresków Rafaella i Giotta, rzeźb Michała Anioła i Berniniego, ale też wielkich mordów historii, ścinania głów i wieszania ludzi na szubienicach, gilotyny pracującej nieprzerwanie podczas rewolucji francuskiej i ciał rozrywanych przez bomby i pociski Hitlera, Stalina, torturowanych przez hunwejbinów, Czerwonych Khmerów i Talibów. Na przedwieczne słońce patrzyły oczy morderców i wielkich filozofów, katów i malarzy sielskich widoków, lekarzy ratujących życie i bandytów, odbierających je nieustannie pod wszystkimi szerokościami geograficznymi. Zawsze stabilne, wyrzucające ogromy energii, trwające w swoim monumentalizmie i gigantyzmie, będące obietnicą dalszego ciągu rozwoju ludzkości i stanowiące kosmiczną zagadkę, mogące w jednej chwili zamknąć bieg historii. Nasze słońce… tak wspaniale, po raz pierwszy tak wyraziste, przybliżone przez obiektywy sondy kosmicznej, wystrzelonej dwa lata temu przez NASA.

PAS ORIONA

Dwa dni temu wracałem późnym wieczorem do domu i urzekł mnie krystaliczny, świeży powiew lodowatego powietrza. Gęste zwałowiska chmur nagle rozsunęły się i zniknęły, a na granatowym niebie pojawiły się wyraziste gwiazdy. Ostatnie tygodnie były bardzo ciepłe, wręcz wiosenne i podmuchy ostrego wiatru, czystość kopuły niebieskiej i podnoszące się ciśnienie, zwiastowały nadejście mrozów i opadów śniegu. Tak się stało i następnego dnia wreszcie świat pokryły charakterystyczne dla tej pory roku biele, pojawił się lód na ziemi i natychmiast powiększyły się stada gawronów i kawek, podążających za zimową aurą. Przystanąłem na otwartym polu i skierowałem wzrok na wielką konstelację Oriona, której w dziewiętnastym wieku, na półwyspie Synaj przyglądał się z wielkim zainteresowaniem Juliusz Słowacki. Czy myślał wtedy o łowach myśliwego, zakochanego w Plejadach i dumnego ze swej nieśmiertelności, a potem jakże groteskowo tragicznego, ukąszonego przez skorpiona i umierającego w mękach? To jeden z najbardziej widowiskowych gwiazdozbiorów zimowego nieba, łatwy do zauważenia i wyodrębnienia, bo w jego obrębie znajdziemy prawdziwe kosmiczne olbrzymy, o wiele większe od naszego Słońca. Są to trzy gwiazdy: Rigel, Betelgeuse i Bellatrix, a całość widoku uzupełniają inne astronomiczne monstra, znajdujące się już poza konstelacją: Syriusz na południowych wschodzie i Aldebaran na północnym zachodzie. To drugie jasne światło jest w rzeczywistości strukturą dwóch gwiazd ze skupiska Byka, czternastą pod względem jasności na całym nieboskłonie. To dość bliskie obiekty, bo leżące zaledwie sześćdziesiąt pięć lat świetlnych od nas, będące znakiem dokonanej tragedii i powolnego zamierania niegdyś jasnej gwiazdy, a obecnie czerwonego olbrzyma i karła typu widmowego. Przesuwam wzrok z Aldebarana na pas Oriona, który służył Egipcjanom za model dla ustawienia trzech wielkich piramid w Gizie – wydają się wyraziste i pojedyncze, ale przecież kryją wielką kosmiczną tajemnicę. Te trzy obiekty – ζ Ori (Alnitak), ε Ori (Alnilam) i δ Ori (Mintaka) – są w gruncie rzeczy wielokrotnymi nadmasywnymi olbrzymami. Alnitak jest gwiazdą potrójną odległą od Ziemi o około osiemset siedemnaście lat świetlnych, Alnilam jest błękitnym nadolbrzymem, odległym od Ziemi o około tysiąc trzysta czterdzieści dwa lata świetlne, a Mintaka jest gwiazdą wielokrotną, składającą się z czterech składników, położoną w odległości około dziewięćset szesnastu lat świetlnych od nas. Jeśli dodamy do tego kosmicznego spektaklu Wielką Mgławicę Oriona i leżącą tuż pod pasem mgławicę Koński Łeb, wspaniale sfotografowaną przez teleskop Hubble’a, to mówić możemy o prawdziwym astralnym szoku. Czując rześkie, lodowate powiewy, stojąc tuż przy czarnym lesie i mając przed sobą wielką przestrzeń nieba, rozmyślałem o Orionie i o największych gwiazdach z jego otoczenia, ale najsilniej podążałem myślą do fenomenu czasu, pośród którego rozgrywa się życie każdego z nas, rodzą się i zamierają świetlne olbrzymy, mgławice kręcą się wokół własnej osi, gdzieś, nie wiadomo gdzie czai się czarna materia i czarna energia, wszystko ma swoje miejsce i nic nie jest pewne, nic nie przetrwa, wszystko stale się zmienia w rytmie kosmicznej metamorfozy…

CIEMNA MATERIA – CIEMNA ENERGIA

Wczoraj późną nocą, na jednym z kanałów edukacyjnych, obejrzałem niezwykle interesujący film o przewidywanej „śmierci” wszechświata. U początku drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku uczeni mają znacznie więcej wiedzy na ten temat, niż kilka dziesięcioleci temu. Na naszych oczach sprawdzają się kolejne przypuszczenia Alberta Einsteina, który matematycznie dowiódł istnienia czarnych dziur i stworzył podwaliny nowoczesnej astrofizyki. Mamy też coraz więcej danych potwierdzających odkrycie Edwina Powella Hubble’a z przełomu 1923 i 1924 roku, że wszechświat się stale rozszerza. Te obserwacje doprowadziły do powstania teorii Wielkiego Wybuchu i zarazem przyczyniły się do wysunięcia odważnych wniosków na temat ciemnej materii i ciemnej energii, niewidocznych, ale z całą pewnością wypełniających wszechświat i spajających go. Pytanie postawione w filmie dotyczyło hipotetycznego końca wszechświata, który nastąpi w dalekiej przyszłości. Dzięki najnowszym sputnikom, potrafimy „zajrzeć” czternaście miliardów w przeszłość i odtworzyć wygląd oraz stan skupienia pierwotnego kosmosu, tuż po inicjującej go eksplozji i w ciągu dalszych przekształceń. Ale wielką niewiadomą pozostaje finał, który logicznie wynika z rozkładu sił – jeśli jakaś energia spowodowała wybuch, ucieczkę galaktyk i nieustanne rozszerzanie się przestrzeni, to możemy przypuszczać, że ten impet kiedyś się skończy. Rakieta wystrzelona w niebo, mknie do pewnego momentu, aż zatrzymuje się i spada na ziemię i tak samo zapewne zachowa się wszechświat. Ale czy wtedy zapadnie się w sobie – pytają uczeni – czy może eksploduje i cała materia, aż do struktur atomowych, zostanie rozerwana? A może zatrzyma się w pędzie i będzie stygnąć, stając się coraz bardziej lodowaty i martwy? Wszelkie rozszerzanie narażone jest na pęknięcie i eksplozję, a porównanie z balonem, do którego bez opamiętania wtłaczamy powietrze, jest tutaj bardzo obrazowe i inspirujące. Sęk w tym, że do naszych rozważań przykładamy ludzkie miary i jednostki czasowe, a przecież kosmiczne miliardy lat, w skali astronomicznej, są tak samo krótkie, jak dla nas miesiące czy jeden rok. Nie znamy też wszystkich tajemnic wszechświata i nadchodzące dekady będą zapewne czasem fascynującym, dostarczającym coraz bardziej zaskakujących danych. Już teraz ciemna materia i takaż energia wprawiły w osłupienie uczonych, wpatrujących się w niebo. To że one istnieją, potwierdzają tylko wywierane przez nie efekty grawitacyjne, ale czym są i z czego się składają – nie wiadomo. Jest to obecnie jedna z największych zagadek w kosmologii i fizyce cząstek elementarnych i zarazem największe wyzwanie dla nauki w nadchodzących stuleciach. Dopiero teraz zaczynamy rozumieć dlaczego Einstein, w ostatnich latach życia, zajął się teorią pola i grawitacją, choć wiedział, że nie doprowadzi swoich badań do końca. Już w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku zauważono, że całkowita masa Wszechświata nie odpowiada wykładni ogromnych sił grawitacyjnych i przestworze musi być coś jeszcze. Choć pojawiło się też wielu sceptyków, obecnie nauka przyjmuje, że ciemna materia i takaż energia występują w całym wszechświecie, nie świecą i nie wywierają ciśnienia, a mają wpływ na powstawanie galaktyk i ewolucję całego Wszechświata. Tylko ciemna energia wywiera ujemne ciśnienie na przestrzeń i wywołuje jego rozszerzanie się. Pomysłodawcą terminu jest Michael Turner, który szacuje udział ciemnej energii w strukturze Wszechświata na ponad siedemdziesiąt dwa procent całości masy, a ciemnej materii na blisko dwadzieścia trzy procent całości. Tylko cztery i pół procent to międzygalaktyczne gazy i gwiazdy oraz ich systemy planetarne. Te teorie, które będą zapewne jeszcze modyfikowane w przyszłości, tłumaczą niepohamowana ekspansję Wszechświata i jego nieustanny pęd ku niewiadomej. Ale tylko naszej niewiadomej, bo kosmos jest „przemyślnie” skonstruowana strukturą, w której wszystko ma sens i logicznie z siebie wynika.

DRAPERIE PRZESTRZENI (XI)

 

Lodowy księżyc Jowisza - Europa

Lód jest formą wody, powszechnie występującą na naszej planecie, a także w wielu innych miejscach Układu Słonecznego. Ta szybka zamiana wodnistości i miękkości w twardość jest jednym z cudów naszej egzystencji i szczególnie w dzieciństwie nas zachwyca. Przypomina mi się doroczne zalewanie lodowiska na boisku szkolnym, a potem liczne mecze hokejowe, zabawy i ślizganie się na wyznaczonych odcinkach. Nie zapomnę też tych chwil spędzonych na lodowisku miejskim, gdy brałem udział w kilku treningach Polonii Bydgoszcz i dotykałem palcami perfekcyjnie przygotowanej, gładkiej tafli. Było też w moim życiu trochę nieroztropnego chodzenia po zamarzniętych jeziorach, stawach i rzekach, były chwile nad zamarzającym morzem i zabawy z wielkimi kawałkami lodu. Podnosiło się je do góry i patrzyło się przez nie na słońce, albo rzucało się je daleko na gładzie, tak by sunęły do przodu jak pociski. Trochę było też gwałtownych kontaktów z kamiennością tej struktury, szczególnie podczas meczów hokeja. Upadki pozostawiały krwawe i sine ślady, otarcia naskórka i czasem większe rany, a chyba najgorszym doświadczeniem było uderzanie głową o zamarzniętą powierzchnię, które zawsze miało moc bokserskiego nokautu. Ale to wszystko warte było doznań, jakie się miało, gdy śmigało się w hokejówkach, czuło się wyzwolonym i walczyło się z przeciwnikami o krążek. Urządzaliśmy też często wyścigi łyżwiarskie i znakomicie opanowałem jazdę tzw. „przekładanką” na zakrętach, a na prostych rozwijałem ogromne szybkości. Trudne do opanowania było hamowanie, ale w końcu nauczyłem się to robić i podczas takiego gwałtownego zwalniania ścinałem gładź lodową i tworzyłem prawdziwe fontanny śniegu i twardych kryształków. Lodowisko przyciągało wiele dzieci z bloków i po południu, po zapadnięciu zmroku, przy świetle elektrycznym, gwar był wielki w takim miejscu, sporo śmiechu i nawoływania. Zawiązywały się przyjaźnie i kwitły miłości (ach to jeżdżenie w parze z dziewczynami i trzymanie je za ręce lub pod boki…), ale też wybuchało sporo konfliktów, gwałtownych bójek, niczym w kanadyjskiej zawodowej lidze hokejowej NHL. Ale chyba najpiękniejszym momentem było samo wylewanie wody i kształtowanie się tafli, a potem cudowne twardnienie, będące obietnicą szaleństw zimowych.

Lód to dla mnie także ślizgawki w dzielnicy Jary, sąsiadującej z moim osiedlem albo na skarpach wiaduktu, prowadzącego za miasto. Chodziło się tam i dokonywało się cudów, mknąc na butach lub jakichś kawałkach plastiku, blachy lub płyt pilśniowych. Przygotowywaliśmy też tzw. „kańki”, czyli przybijaliśmy stare łyżwy do kawałków desek i zjeżdżaliśmy na nich z ogromną szybkością, jak na bobslejach. Najodważniejsi kładli się na nich na brzuchu i z głową nieomal przy lodzie, mknęli w dół jak straceńcy. Przy tych zabawach kontuzje były znacznie poważniejsze i zdarzało się, że ktoś łamał nogę lub rękę, wybijał stawy, albo doznawał urazów głowy, nie wyłączając wstrząśnień mózgu. Ale co tam, brawurowe zjazdy warte były tego poświęcenia, a mnie jakoś ominęły poważniejsze zranienia. Nie oszczędzałem się na tych zboczach, a jak przychodziły jakieś osiedlowe piękności, popisywałem się przed nimi sprawnością i wykonywałem ewolucje na granicy ryzyka. To pewnie tak zaprawiło mnie i dało dobre przygotowanie do jazdy na nartach. W tym względzie w mojej pamięci pozostał szczególnie wyjazd z drużyną lekkoatletyczna mojej uczelni na obóz sportowy w Pieniny, do Sromowców Niżnych. Tam wiele było lodu na drogach, po których biegaliśmy, sporo przejrzystych skamielin pomiędzy skałami i nad Dunajcem, ale najpiękniejsze były wodospady strumieni, które częściowo zamarzały i tworzyły fantastyczne kształty. Wspomnieć jeszcze wypada młodzieńcze zabawy ze strącaniem sopli, zwisających z rynien dachów i gałęzi drzew, które także było dość niebezpieczne, ale jakże nas cieszyło. Rzucaliśmy w nie kamieniami lub bryłami lodu, a czasem sięgaliśmy po nie jakimś kijem, drągiem podpierającym pranie lub znalezionym prętem. Spadały na ziemię i rozpadały się natychmiast, a tylko największe z nich pozostawały w dużym kawałku, który też bywał wykorzystywany do jakiejś zabawy. Niektórzy koledzy ssali mniejsze sople i mnie to się też kilka razy zdarzyło, ale kto wtedy myślał o konsekwencjach i o potencjalnych chorobach…

Gdy snuję te refleksje o lodzie i lodowatości, słuchając kojarzącej się jakoś z nimi VIII Symfonii „Niedokończonej” Franciszka Schuberta, widzę opisane wyżej zdarzenia, różne miłe i groźne sytuacje, ale moja myśl natychmiast biegnie też ku wieloletniej fascynacji, jaką jest dla mnie czwarty co do wielkości księżyc Jowisza – Europa. Planeta ta, cała pokryta jest lodem i uczeni podejrzewają, że pod twardą skorupą może znajdować się wielki ocean, w którym mogłoby rozwinąć się życie (potwierdziły to dane uzyskane z sondy Galileo). Odkrycie Europy przypisuje się Galileuszowi, a dzisiaj obserwacje są już możliwe przy wykorzystaniu silnych lornetek i nieprofesjonalnych teleskopów. Nazwa pochodzi od Simona Mariusa, a odnosi się do mitologii greckiej, a nie jak powszechnie się sądzi, do chłodów pojawiających się na naszym kontynencie. Charakterystyczna dla tego satelity jest dość gładka powierzchnia i liczne spękania, które przypominają przeogromną sieć, a powstają w wyniku uwalniania się soli i kwasu siarkowego. Gdy to piszę, przypominają mi się natychmiast sceny z filmu Imperium kontratakuje, gdy Luke Skywalker trafia na planetę Hoth, pokrytą lodem i śniegiem. Ale na powierzchni Europy trudno byłoby przetrwać, bo występują tam ekstremalne temperatury, a magnetyczne oddziaływanie Jowisza jest wręcz miażdżące. Nie można wszakże wykluczyć, że pod ochronną warstwą lodu, w kwasowym i zasadowym środowisku wodnym, rozwinęła się jakaś ewoluująca egzystencja, tym bardziej, że w planetę wielokrotnie uderzały komety, które uważa się za rozsadniki życia w kosmosie. Planowano wysłanie sond, które przebiłyby się przez dziewiętnastokilometrową, zmrożoną skorupę i przesłałyby na ziemię obrazy tego, co pod nią się znajduje, ale finalnie zabrakło ogromnych funduszy. Z powodu tych hipotez ten tajemniczy satelita Jowisza jest obiektem licznych obserwacji i domysłów, staje się też wyzwaniem dla następnych pokoleń astronomów, astrofizyków i kosmonautów. My mamy co roku przedsmak tego, co charakteryzuje krajobraz Europy, a szczególnie doświadczają tego uczestnicy wypraw ku kołom podbiegunowym. Z powodu ocieplenia klimatu, także w Polsce zimy stają się bardzo mroźne i dzieci mają frajdę, choć nie widać przy blokach tylu lodowisk, co niegdyś.

DRAPERIE PRZESTRZENI (VII)

Kamień z Góry Bony w Krzemieńcu

Kamienistość i kamienność wkracza do naszego świata bardzo wcześnie i bywa najpierw bolesnym doświadczeniem. Otarcia naskórka na kolanach i łokciach są zwykle śladem takich nagłych, nieprzewidzianych zetknięć z nią, choć ciało dziecka jest na tyle sprężyste, iż z wielu podobnych sytuacji wychodzi bez szwanku. Jedynym znakiem są wtedy sińce na skórze, czyli podskórne wylewy, z którymi organizm szybko sobie poradzi. Potem przychodzi czas zaprzyjaźnienia się z kamieniem, kiedy to obraca się go w dłoniach, gładzi zaokrąglone krawędzie, przygląda się ubarwieniu i rysunkowi plam, linii, wgłębień i kropek. Jeśli jest on owalny, przypomina spłaszczone jajo, albo kiedy ma kształt włoskiego orzecha, wspaniale nadaje się do rzucania. W miarę rośnięcia organizmu, z biegiem lat i dni, te rzutu są coraz dalsze i coraz dłużej trwa powietrzny lot. Jeśli dziecko stoi nad zbiornikiem wodnym, tak rzuca płaskim kamieniem, by odbijał się on od powierzchni i podskakiwał na niej. To tak zwane puszczanie „kaczek”, które często staje się konkursem, w którym wygrywają najlepsi i najsilniejsi chłopcy, choć zdarza się, że i dziewczęta biorą w nich udział i potrafią elegancko rzucać kamykami o taflę. Widzę siebie, jak dziesiątki, setki, a może tysiące razy rzucam okruchami skał, obtoczonymi przez czas, wodę i wiatr, wydobytymi na powierzchnię planety przez ruchy tektoniczne lub działanie człowieka. Przyglądam się ich lotom i lekko pochylam głowę, jakbym chciał dopomóc im w powietrzu i w trakcie gwałtownego lądowania. W zależności od pory roku, brałem w dłonie gorące, rozpalone słońcem, albo lodowate, smagane mrozem i wiatrem kamyki – jedne chłodziłem w kieszeni, inne ogrzewałem w palcach, przykładałem do policzków lub piersi. Innym razem zmagałem się z wielkimi głazami, a szczególnie w czasach, gdy trenowałem kulturystykę lub, gdy nakładałem sobie młodzieńcze zadania „ponad siły”. To było pchanie, jak kulą, kilkukilowych otoczaków i dźwiganie wielokilowych „kamlotów”, spuszczanie ich z góry lub rzucanie w jakąś przepaść. Nie zapomnę też tych chwil, gdy stawałem przy wielkich głazach narzutowych, wspinałem się na nie lub gładziłem je dłonią, zapoznawałem się z ciekawą fakturą, z ich chropowatą draperią. W przestrzeniach Bretanii takie wielkie głazy nazywa się kromlech i podkreśla się ich znaczenie w celtyckich ceremoniach religijnych, szczególnie w obrzędowości druidów. W innych częściach Europy kromlechy to ustawione pionowo kamienie, najczęściej wokół jakiegoś grobowca lub miejsca kultu (np. Stonhenge). W takim rozumieniu stają się one pierwowzorem kolumnad, w późniejszych pałacach, zamkach i w różnorakich budowlach sakralnych.

Plaża Kleopatry - Turcja

Moje najboleśniejsze zetknięcie z kamieniem miało miejsce, gdy wybuchła wojna blokowa z inną ulicą. W pewnym momencie, na moim osiedlu wykopano ogromną nieckę, w której z czasem wylano fundamenty dużego centrum handlowego. Przez rok, a może nawet i dłużej, świeciła jednak tylko wielka wyrwa w ziemi, która stała się miejscem zabaw dla okolicznej młodzieży. W zimie jej krawędzie i boki wspaniale nadawały się do zjeżdżania po lodzie i śniegu, a latem można było tam kopać w piasku, budować „bunkry” z pustaków, palić niewielkie ogniska. Ta dziura stała się też przestrzenią graniczną, gdzie ścierały się wpływy chłopaków z dwóch zgrupowań blokowych – z jednej strony byli przeciwnicy z ulicy Korczaka i Morcinka, a ze strony drugiej my, to znaczy bandy z żółtych bloków, stojących przy Gałczyńskiego. Naszych wrogów wspierały czasami hordy ze Szwederowa, a nam dopomagali rzutcy wojownicy z Jarów. Miałem może z dziesięć, a może dwanaście lat, kiedy wybuchła największa wojna na kije i kamienie, która dla wielu skończyła się bardzo krwawo. Dzieci często nie zdają sobie sprawy z konsekwencji takich „zabaw”, szybko rzucają czymś w kierunku przeciwnika, a skutki mogą okazać się opłakane. Tak też było i w tym przypadku, gdy wiele kamieni trafiło w głowy, otarło się o ramiona lub uderzyło w piersi, lała się wtedy młoda krew, pojawiały się nowe sińce, słychać było przekleństwa, okrzyki bólu i płacze. Bo przecież ci bojownicy często tylko udawali mężnych i dorosłych, a w głębi duszy byli dziećmi, które reagowały gwałtownie na pojawienie się bólu. Wtedy właśnie, gdy wziąłem udział w tej wojnie i odniosłem wiele sukcesów, trafiając kamieniami w przeciwników, też zostałem namierzony i „poczęstowany” okruchem „planetarnej twardości”. Tego dnia od samego rana rozgorzała zażarta walka, więc w niewielkiej torbie płóciennej zgromadziłem „amunicję” i pobiegłem z kilkoma kolegami na linię frontu. Tam, rzuciłem wiele kamieni w stronę przeciwników i zająłem miejsce w ziemnym zagłębieniu. Było ono dość płytkie i tylko częściowo mnie chroniło. Zauważył to jakiś chłopak po drugiej stronie wojennej niecki i rzucił we mnie dużym „okazem”, który lecąc lobem, uderzył mnie prosto w lewy bok pleców, tuż nad nerką. Skoczyłem natychmiast z miejsca, bo ból był straszliwy, odbierający oddech i natychmiast wyciskający łzy z oczu. Po drugiej stronie rozległy się okrzyki zachwytu, a ja odprowadzany przez kolegów i koleżanki, dotarłem do domu, gdzie jeszcze dostałem burę za to, że brałem udział w takim zdarzeniu. Podczas następnych dni pokazywałem wszystkim na podwórku moje szczególne odznaczenie wojenne – wylew był wielkości dłoni i zniknął dopiero po miesiącu, pozostawiając wszakże uczucie bólu na znacznie dłużej.

Kamienie z Lemanu - Szwajcaria

Nie wiem kiedy pojawiła się u mnie szczególna wrażliwość na kształt, barwę i urodę kamieni, ale chyba było to w dzieciństwie, podczas różnych błahych i dziwnych sytuacji. Może w osiedlowych wykopach lub na podwórku, a może nad brzegiem jeziora lub rzek, nie wykluczone też, że mogło to być podczas pierwszych wyjazdów nad Bałtyk. Wiem na pewno, że gdy pojawiły się ekskursje zagraniczne, naturalną rzeczą stało się dla mnie zbieranie najpiękniejszych kamyków i przywożenie ich do domu, a potem ustawianie ich w szklanych wazach, kulach i cylindrach na szafach i pośród książek. Chyba pierwsze takie okruchy skalne przywiozłem ze Szwajcarii, wyjmując je z wody osławionego jeziora Leman. Zaskoczyła mnie ich marmurowa biel i niezwykłe rysunki żył, linii i cieni na nich, zacząłem zatem chować je do kieszeni płaszcza i wróciłem do hotelu we Fryburgu ze sporym obciążeniem. Zajmując się wiele lat romantyzmem, prowadząc wykłady w uniwersytecie i interesując się w sposób szczególny tą epoką, zawsze fascynowałem się tym miejscem. Stając zatem w Lozannie na brzegu tej wielkiej wodnej przestrzeni, miałem przed oczyma Słowackiego i Krasińskiego, pływających łódkami przy księżycu, ale też wędrujących po winnicach nadbrzeżnych: Byrona, Goethego, Dickensa, Hugo, Tołstoja, Hemingwaya i Miłosza, nie wspominając o wielu gwiazdach kina i estrady, o naukowcach i zatopionych w swoich myślach, pielgrzymach nieskończoności. Potem przywoziłem kamienie z wielu miejsc na świecie i mam teraz w domu spory zbiór mineralogiczny, który jedna osoba skwitowała takim powiedzeniem: kamienie w domu, to życie jak z kamienia. Nie za bardzo się tym przejąłem, choć pojawiły się jakieś trudności w mojej egzystencji, a ludzka głupota i zawiść zrobiła swoje, to nie wiążę tego z moim kamiennym zbiorem. W myślach pojawiają mi się za to czasem święte chwile, gdy chodziłem pierwszy raz w nowojorskim Central Parku i pochylałem się by sięgnąć z ziemi co piękniejsze kamyki. Napisałem potem o nich wiersz, który zrobił dość dużą karierę, był wielokrotnie publikowany i tłumaczony na języki obce, między innymi przez moich żydowskich przyjaciół z Nowego Jorku. Teraz marzy mi się napisanie obszernego szkicu o mineralogii Mickiewicza, która jest bardzo rozbudowana w poszczególnych dziełach, momentami wręcz fascynująca. Mam zatem nadzieję, że uda mi się kiedyś zrealizować ten zamysł, choć polskie życie naukowe odstręcza obecnie od ambitnych przedsięwzięć. Brakuje w nim czystych reguł, za wiele jest koteryjności, nienawiści i feudalnych układów, które burzą spokój i nie pozwalają długoplanowo działać. Lepszy w tym względzie jest system amerykański, gdzie konkursy na stanowiska profesorskie w uniwersytetach i sprawiedliwa ocena dorobku, eliminuje „układowość”, „uznaniowość”  i jednostronność ocen. Biorę zatem do reki kamienie znad Lemanu i te przywiezione z innych miejsc świata, wierzę, że przetrwam wszystko. Czuję, że została w nich zapisana historia świata i mojego życia.

Wyżyna Tybetańska - Chiny

Wielkim doświadczeniem było dla mnie obcowanie z kamiennością w Chinach, podczas moich dwóch wyjazdów w zeszłym roku. Przede wszystkim wizyta nad malowniczym jeziorem Qinghai dostarczyła wielu obserwacji i powiększyła moje zbiory minerałów. Jadąc do dwóch szmaragdowych zbiorników wodnych w Leśnym Parku Narodowym Kanbula, zatrzymaliśmy się przy wielkiej hydroelektrowni, gdzie leżało sporo rumowisk skalnych. W jednym miejscu były też sterty kamieni i chodząc po nich, wybrałem najciekawsze „okazy”, które potem poleciały ze mną do Polski. Dzięki temu mam u siebie malutki kawałek Chin – kraju, którego kultura w szczególny sposób ostatnio mnie interesuje i generuje nowe pomysły pisarskie oraz artystyczne. Kimkolwiek bym nie był i cokolwiek by się nie stało, Chiny na zawsze już pozostaną głęboko w mojej świadomości, pośród marzeń najczystszych i najpiękniejszych, w linii rozwojowej różnorakich działań i przedsięwzięć. Chodziłem zatem po tym zwałowisku i podnosiłem czasem większe kamienie, żałując, że nie mogę ich zabrać do domu. Były tak naturalnie piękne i kształtne, czasem jak wielkie jaja strusie, innym razem jak kule do kręgli, ale ważyły po kilka kilogramów i znacznie przeważyłyby mój bagaż, z konieczności niewielki  z powodu przelotów samolotowych. Te kamyki, które jednak wziąłem też mają swój urok i szczególnie podoba mi się niebieskawy otoczak, z wyraźnymi sinymi liniami żył przerostowych. Dotykam go czasami i wspominam wszystko, co zdarzyło się w zeszłym roku, podczas wypraw do Kraju Środka. Kamienność ukazała mi tam też swój majestat, gdy patrzyłem na ośnieżone szczyty potężnych gór, na wielkie bloki skalne, wiszące nad autostradami, na drobne kamienie, zabezpieczone siatkami, by nie spadały na drogi. Wystarczyło wyjść w hotelu w mieście Xining, leżącym na Wyżynie Tybetańskiej, by zetknąć się z kamienną pierwotnością w pobliskim parku, a także na okolicznych wzgórzach i widzieć ją w odległych planach, ograniczonych kształtem łańcuchów górskich. Wspomnieć jeszcze muszę o innej kamienności, z którą zetknąłem się podczas wyprawy na Chiński Mur. Pogoda była wtedy niezwykle wietrzna, temperatura bliska zera, więc zarówno pradziejowa budowla, jak i okoliczne góry, zionęły chłodem, porażały mroźnym dotykiem. Stanąłem jednak na jednej z wież i delikatnie gładziłem dłonią fragment muru, radując się, że życie doprowadziło mnie do tego miejsca i do tej chwili, jakże naznaczonej tellurycznością i pierwotnością.

Costa Brava - Hiszpania

Zawsze fascynowała mnie też wpisana w kamienie kosmiczność, jakby zakodowane przesłanie z początków istnienia wszechświata. Wszak twarda materia składa się tych samych cząstek, co elementy organiczne, znajdziemy w niej te same pierwiastki budulcowe, podobne połączenia atomów, tylko układ jest inny, tylko kombinacje bywają bardziej złożone. Żelazo i krzem, cynk i miedź, kobalt i sód, a do tego tlen i wodór, czasem gazy szlachetne, tworzą to, co w naszej dłoni jawi się jako twardy kawałek świata. To jest też wielka tajemnica, zaklęta w skale i w okruchu asteroidy, w ogromnej planecie i w niewielkim satelicie – to tajemnica siły spajającej wszystko. Nie wiemy co powoduje, że atomy się nie rozbiegają i przez jakiś czas trwają w określonych uniach, a dopiero po wielu milionach lat poddają się równie powszechnej entropii. To jest ta sama siła, która powoduje, że wszechświat jest stabilny, i mimo swojego niewyobrażalnego ogromu i nieustannego rozszerzania się, nie rozpada się na mniejsze cząstki. Czasami, za sprawą meteorytów i komet, docierają do ziemi fragmenty skał spoza świata ziemskiego i uczeni poddają je różnorakim badaniom. Okazuje się wtedy, że wiele takich okruchów ma jednorodną strukturę, z przewagą żelaza i niklu (syderyty) lub krzemianów oraz kobaltu (aerolity). Nie możemy wszakże wykluczyć, że gdzieś w kosmosie są ciała niebieskie, gdzie w nadmiarze występuje złoto, srebro lub platyna, tak cenione przez ludzi – nie możemy mieć pewności, że gdzieś w przestworze kosmicznym nie krążą planetoidy, na których walają się ogromne rubiny, szmaragdy lub diamenty. Skały przywiezione z księżyca są bardzo stare, bo ich wiek szacuje się od 3, 16 miliarda lat (bazalty tworzące księżycowe morza) do nawet 4,5 mld lat (skały budulcowe wyżyn), ale brakuje w nich licznych pierwiastków, występujących na ziemi. Ciekawostką jest to, że nasz satelita jest bardzo zasobny w żelazo (w anortytach) i w tytan (w ilmenitach). Przed miliardami lat, kiedy kształtowała się ostateczna struktura naszej planety, gdy powoli gasła jej ogromna aktywność wulkaniczna, stygły też skały, z których potem, w określonych środowiskach geologicznych, powstawały kamienie, które bierzemy do rąk. Najczęściej fascynuje nas ich kształt, gładkość lub porowatość, a czasem nawet magiczne działanie. Szczególnie w przypadku kamieni szlachetnych mówi się o ich ukrytej energii i oddziaływaniu na ludzki organizm. Istnieje nawet pogląd, że obcowanie z wielkimi kamieniami ma zbawczy wpływ na zdrowie i przekazuje nam energię z dawnych wieków. Biorąc do ręki kamień, czuje pokorę wobec jego pierwotności i sił go współtworzących, obcuję z tajemnicą istnienia. Pośród ziemskich draperii przestrzeni, kamienność jest bardzo rozpowszechniona, nie w tak wielkim stopniu jak wodnistość, ale w równie zjawiskowy sposób. Podoba mi się bardzo żydowski zwyczaj kładzenia małych kamieni na nagrobkach i manifestowania w ten sposób obecności ludzi żywych przy nich. Kamienność i twardość, kosmos i energia, chwile pierwsze i chwile ostatnie… a to wszystko w niewielkim i w ogromnym kamieniu.

« Older entries Newer entries »

%d blogerów lubi to: