ŚWIAT STAROŻYTNY (IV)

Aristoteles

Arystoteles

Już w czasach starożytnych pojawił się konflikt pomiędzy postawą myśliciela, a człowieka wyzwolonego od kłopotów finansowych. Już wtedy upowszechniło się przekonanie, że nie można pogodzić postawy filozoficznej z gromadzeniem dóbr i łatwym zarabianiem pieniędzy. Arystoteles w dziele pt. Polityka przeciwstawia się temu przekonaniu i przywołuje przykład Talesa. Ten wizjoner, który pozostawił ludzkości wizję bezkresu jako przestrzeni, w której bytuje człowiek – jak mówi Arystoteles – przewidując na podstawie swych wiadomości astrologicznych, że zbiór oliwek będzie obfity, z niewielkich pieniędzy, jakie miał do rozporządzenia, dał zadatek jeszcze w zimie na wszystkie prasy do oliwek w Milecie i Chios, a ponieważ nikt nie dawał więcej, za niską cenę je wynajął. Kiedy zaś nadeszła właściwa pora i nagle wielu ludzi naraz poczęło ich poszukiwać, wynajmował je za cenę, jaką zechciał, a zebrawszy w ten sposób wielkie pieniądze, wykazał, że dla filozofów łatwą jest rzeczą zgromadzenie bogactwa, jeśli tylko zechcą, tylko, że nie to jest celem, do którego ich wysiłki zdążają. (s. 31) To przekonanie, że intelektualista nie potrafi zarobić dużych pieniędzy przetrwało do naszych czasów, a potwierdzały je biografie wielkich artystów, malarzy, myślicieli, którzy całe życie klepali biedę i zmarli w ubóstwie. Byli też i tacy – jak Tales – którzy potrafili zadbać o swoje interesy, gromadzić dobra, cieszyć się życiem i mieć zawsze hojnych sponsorów. Nie ulega jednak wątpliwości, że powszechniejsze było ubóstwo, które też traktuje się jako rodzaj wtajemniczenia, prowadzący do prawdziwych osiągnięć w różnych sferach ludzkiej aktywności. Niektórzy wręcz zalecają by poeta, naukowiec czy artysta byli biedni, bo to przydaje blasku ich sztuce, pozwala poznać życie we wszystkich wymiarach i odcieniach. Zresztą ludzie niechętnie podchodzą do osób ambitnych i umiejących zakręcić się wokół własnych spraw, szukają natychmiast jakichś nieuczciwych elementów biznesu, donoszą i obmawiają, nie mogą pogodzić się z szybką poprawą statusu finansowego dawnego biedaka. Arystoteles przywołuje też w swojej książce o polityce historię innego spryciarza: Tak i na Sycylii raz pewien człowiek za złożone u niego pieniądze wykupił w hutach żelaznych wszelkie zapasy żelaza, a następnie kiedy z różnych miast handlowych zjawiali się kupcy, sam jeden je sprzedawał z niewielką nawet podwyżką ceny; mimo to przecież na pięćdziesięciu talentach zarobił aż sto. Gdy się o tym dowiedział Dionizjusz, pozwolił mu wprawdzie wywieźć z Syrakuz pieniądze, ale zabronił mu dalszego pobytu, zarzucając mu, iż otwiera sobie źródła dochodu, które się z jego interesami nie godzą. Zarówno w pierwszym przypadku, jak i w drugim mamy chodzi o konfrontację sprytu i inteligencji z monopolem państwowym, który broni się różnymi obwarowaniami. Dobry interes robi się omijając te zasieki, a zarazem tak inwestując, by włożone nakłady przyniosły znaczny zysk. Czy takie nastawienie do życia kłóci się z profesją pisarską, z zawodem artysty lub z postawą myśliciela. I tak i nie – wszystko wszakże zależy od indywidualnych cech charakteru danego człowieka, od jego potrzeb i umiejętności odmawiania sobie różnych wygód. Pomiędzy Mozartem, którego ciało po śmierci trafia do wspólnego dołu dla biedaków, a Bachem czy Haendlem, którzy otrzymywali spore pieniądze za swoje kompozycje i umieli je dobrze spożytkować, jest prawdziwa przepaść społeczna. Choć ostatecznie i wszyscy trzej znaleźli się w panteonie muzyki światowej i dokonali tyle, że teraz na plan dalszy odsuwają się ich życiowe problemy, kłopoty codzienności, nawyki i niepokoje – pozostała pewna idealność, która jakże daleka jest od merkantylizmu.

W życiu ludzkim, obok spraw majątkowych, najwięcej kłopotów wiąże się z niewielkimi sporami, które często – zdaniem Arystotelesa – przekształcają się w ogromne awantury w miastach i całych społecznościach. Najczęściej zaczyna się od spraw rodzinnych: Tak było np. w Hestiai po wojnach perskich, kiedy to dwóch braci pokłóciło się przy podziale ojcowizny. Uboższy bowiem głosząc, że brat zataił stan majątku i skarb znaleziony przez ojca, pozyskał sobie lud, drugi zaś, mając wielki majątek do rozporządzenia, zjednał sobie możnych. To tak zwane pranie brudów rodzinnych na forum lokalnej społeczności, a zarazem chytra postawa, mająca prowadzić do przejęcia fortuny. Czytając Politykę wiemy, że opisywane sprawy są odległe, przedzielone wiekami historii, ale też jakoś bardzo nam bliskie – znane ze współczesności. Arystoteles opowiada, że także i w Delfach spór, jaki się wywiązał na tle spraw małżeńskich, stał się przyczyną wielkich zaburzeń późniejszych. Jeden narzeczony mianowicie przybywszy do swej oblubienicy dopatrzył się w pewnym znaku jakiejś złej wróżby, wobec czego odstąpił od zawarcia związku małżeńskiego. Krewni porzuconej uczuli się z tego powodu tak obrażeni, że kiedy ten składał ofiary, podrzucili mu pewne kosztowności ze świątyni, a następnie ubili go jako świętokradcę.(s. 215) To zdarzyło się w Grecji, w czasach starożytnych, a przypomina awantury ze współczesnych europejskich prowincji. Stale pojawiają się takie konflikty i wciąż jakieś rodziny polują na niedoszłego małżonka, który wzgardził wcześniej wybraną kobietą. Nauczyciel Aleksandra Wielkiego przywołuje jeszcze jedno podobne zdarzenie, które wymknęło się spod kontroli i z wymiaru rodzinnego przeniknęło do szerszych kręgów: Również w Mytylenie wybuchła kłótnia o córki dziedziczki i stała się przyczyną wielu nieszczęść tudzież wojny z Ateńczykami, w czasie której Paches zajął miasto. Jeden z zamożnych obywateli mianowicie, Timofanes pozostawił dwie córki, o które starał się dla swych synów niejaki Deksander. Spotkawszy się z odmową, począł wichrzyć i podburzał Ateńczyków przeciw swemu miastu, w którym był zastępcą ich interesów. (s. 215-216) Także współcześnie możemy wskazać takich przywódców, posłów, senatorów, którzy zaczynali od jakiejś małej awantury, od niewielkiego nagłośnienia, czasem nawet na granicy prawa, a potem korzystali bezwzględnie z rosnącej famy, z aury skandalu i z zainteresowania gawiedzi. Arystoteles miał ogromną wiedzę i patrzył na ustrój społeczny zarówno na dole, jak i na wyżynach władzy. Jego książka powinna się znaleźć w wielu bibliotekach domowych, a szczególnie  tych osób, które pchają się do władzy, szukają swojego miejsca w elitach rządzących, albo po prostu chcą szybko zrobić karierę w jakiejś dziedzinie.

Niezwykle interesujące są też rozważania greckiego filozofa na temat tyranii. Mamy z nią do czynienia również na przełomie dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku i nic nie zmieniło się w zakresie strategii człowieka próbującego niszczyć innych ludzi: Należy do sposobów rządzenia tyranów, że się ludzi pobudza do wzajemnego oczerniania i do starć przyjaciół przeciw przyjaciołom, lud przeciw możnym, a bogatych jednych przeciw drugim; że się poddanych zuboża aby zdobyć środki na utrzymanie straży; a nadto by ludzie pochłonięci dzień w dzień zajęciami nie mieli czasu na knowania. Jako przykład można tu przytoczyć i piramidy w Egipcie, i dary wotywne Kapselidów, i budowę świątyni Zeusa olimpijskiego przez Pizystratydów i budowy Polikratesa na Samos, bo wszystko to do tego samego celu zmierza: nieustannego zatrudnienia i zubożenia poddanych. (s. 255) Tak, wszystko się zgadza, jakby nie minęły tysiące lat, wciąż ta sama strategia sprawdza się w wielu instytucjach, pośród różnych grup społecznych, a także w obrębie całych państw. To wcześniejsza wersja rzymskiego divide et impera, którą stosowano na wszystkich kontynentach, od cesarskich Chin do kolonialnej Afryki i od Argentyny po Anglię i Stany Zjednoczone. Koniec tyranów bywał często krwawy, ale też wielu spośród nich dożywało sędziwego wieku i pozostawiając za sobą krwawe ślady, tysiące, a nawet miliony trupów i sławę bezwzględnego łotra i oprawcy. Arystoteles wskazuje, że tyran chętnie też podejmuje wojny, aby obywatele byli zatrudnieni i nieustannie potrzebowali wodza. Podczas gdy królestwo podtrzymują przyjaciele władcy, to tyrana cechuje w pierwszym rzędzie nieufność w stosunku do przyjaciół, ponieważ wie, że wszyscy pragnęliby go obalić, a ci przede wszystkim mieliby siły do tego. (s. 255-256) Właśnie ludzie są najsłabszym punktem w konstruowanej przez tyrana machinie i zawsze może znaleźć się ktoś, kto będzie próbował go zamordować – ktoś, kto zgromadzi frakcję, by przeprowadzić zamach stanu. Pragnąc władzy, bezwzględny władca musi nieustannie intrygować i niszczyć swoich przeciwników – obserwujemy takie zachowania od czasów Peryklesa, poprzez rzymskich cesarzy, aż do współczesnych oprawców – Lenina, Stalina, Hitlera, Pol Pota czy Fidela Castro. Każdy z nich budował jakąś strukturę zbrodni i poniżenia i każdy posługiwał się metodami opisanymi przez Arystotelesa i skądinąd jego uczeń – Aleksander Wielki – też tak postępował. Przyglądając się dziejom ludzkości, wciąż napotykamy kraje i ludy, gdzie tyrania odcisnęła lub wciąż jeszcze odciska swoje piętno. Jest też cechą tyranów – pisze greckich filozof – że nie znajdują upodobania w ludziach dostojnych i niezależnych. Bo tyran chciałby te cechy u siebie jedynie widzieć, więc kto z godnością i niezależnością się im przeciwstawia, uszczupla przewagę i despotyzm tyranii i skutkiem tego jest znienawidzony jako podkopujący ich władzę. (s. 256) Tak jest w rzeczywistości i ludzie tacy kończą najczęściej na szubienicy lub szafocie, a ulubioną rozrywką takich władców są tortury i działania skrytobójcze. Udają wtedy najmniej poinformowanych i nawet  markują troskę o zaginionych przeciwników. Przypomina mi się tutaj rozmowa Stalina i gen. Sikorskiego, który pytał o los polskich oficerów w Rosji. Generalisimus, choć podpisał wyrok śmierci na nich i wiedział, że zostali bestialsko zabici, a potem zakopani we wspólnych dołach, udawał zaskoczenie i w końcu wypalił: pewnie uciekli do Mandżurii… Szkoda, że jego tam nie wygnano, niedługo cieszyłby się wolnością i pewnie szybko zawisłby na jakimś drzewie.

Reklamy

PIĄTA GÓRA

Eliasz był prorokiem, żyjącym w królestwie Izraela w czasach rządów Achaba, czyli w IX wieku przed Chrystusem. Jak podaje Michael Grant, w znakomitej rozprawie pt. Dzieje dawnego Izraela, był on jahwistą i otwarcie występował przeciwko szerzącemu się kultowi Baala. Jego wyznawcą był też wskazany wyżej władca i jego fenicka żona Jezabel, która ścigała i zabijała przeciwników praktyk kananejskich. Eliasz wypływa nagle z mroków antycznej historii i udaje się do Achaba, by poinformować go, że Jahwe przekazał mu ważką wiadomość: nie spadnie kropla deszczu, póki król nie zaprzestanie oddawać czci Baalowi i innym bóstwom fenickim. Następnie, w obawie przed konsekwencjami i przeczuwając zemstę panującej pary, Eliasz udaje się na wschodnią stronę Jordanu, nad niewielki potok Kerit, gdzie pożywienie przynoszą mu kruki. Potem, dalej uciekając przed gniewem monarchini, osiedlił się w fenickiej Sarepcie, nazywanej też Akbarem, gdzie pod swój dach przyjęła go pewna wdowa. Jej skromne zapasy jadła, w cudowny sposób rozmnażały się, a sławę Eliasza ugruntowało pewne zdarzenie. Oto nagle zmarł synek wdowy i Eliasz, modląc się do Jahwe, przywrócił go do życia. Dopiero w trzecim roku suszy zawezwano tego proroka na dwór królewski i zgodzono się na jego konfrontację z ośmiuset pięćdziesięciu kapłanami Baala i Aszery. Użył podstępu i wszystkich wytracił nad potokiem Kiszon, w miejscu zwanym el-Muhraqa (po arabsku: ofiara),czym ściągnął na siebie gniew Jezabel. Wciąż uciekając przed nią, schronił się na pustyni, a potem znowu wrócił w glorii proroka, namaścił królów Damaszku i Izraela, instruował jak mają postępować rządzący i interpretował słowa Jahwe. W końcu ponownie powędrował na wschodni brzeg Jordanu, skąd na wozie ognistym został uniesiony do nieba. Miał wielkie zasługi w zakresie szerzenia monoteizmu, a pamięć o jego czynach zachowała się w licznych legendach i księgach biblijnych Starego Testamentu. Trudno dzisiaj oddzielić je od prawdy i stworzyć jakąś czytelną, wolną od mitologizowania, biografię tego proroka. Są jednak tacy, którzy próbują…

Paulo Coelho, w niezwykłej powieści o czasach panowania Achaba i Jezabel, kreśli barwny obraz dziejów i działalności proroka Eliasza. Charakterystyczną dla siebie metodą rozmywania i kumulowania wydarzeń, opowiada o człowieku, który rzucił wyzwanie władcom, asyryjskim najeźdźcom i ludowi, który najpierw chciał go zabić, a potem zaakceptował i wielbił jako proroka, cudotwórcę i znamienitego męża. W słowie Od autora, nawiązuje też brazylijski pisarz do wcześniejszej powieści – Alchemik – w której pojawiła się wykładnia zdarzeń, prowadząca ludzi do osiągnięcia celu: Choć nasz los jest ciągiem etapów, których sensu nie potrafimy zrozumieć, to wiodą nas one ku naszej Własnej Legendzie i pozwalają nauczyć się tego, co jest konieczne do wypełnienia własnego przeznaczenia. Prorok Eliasz został powołany do głoszenia prawdy o jedynym Bogu Jahwe i na swej drodze spotkał ludzi, którzy mu w tym przeszkadzali i innych, którzy mu dopomogli. Jedni i drudzy byli etapem, a zdarzenia z nimi związane też stanowiły wyznaczniki kolejnych okresów, przedziałów, cząstek biograficznych. Prorok nie wahał się powiedzieć królowi, że źle postępuje, a gdy wydano na niego wyrok śmierci, szybko oddalił się i oddał się pokornym medytacjom. Potem ruszył na szlak, który ostatecznie zawiódł go do Sarepty, nieopodal Sydonu. Wznosiła się tam Piąta Góra, na szczycie której miały bytować bóstwa kananejskie, z Baalem na czele. Dochodząc do miasta padał ze zmęczenia i tylko opiece napotkanej wdowy zawdzięczał życie. Dała mu wody i podzieliła się pokarmem, którego odtąd w jej domu nie brakowało. Eliasz to wszystko widział w wizjach lub snach, a poza tym wierzył, że kroczy drogą swojej Legendy. Do tego momentu Coelho wierny jest przekazowi ksiąg biblijnych, ale dalej zaczyna modyfikować opowieść, a może wykorzystuje któreś z wielu przekazów ustnych. Jego bohater raz jest akceptowany, a za chwilę skazuje się go na śmierć, pojawiają się też wrogowie i fałszywi przyjaciele. Namiestnik miasta, Przywódca Straży, kapłan Baala, stanowią elitę obywateli Akbaru i nie zamierzają oddać Eliaszowi władzy, zazdrośnie patrzą na jego sukcesy i coraz większy podziw ludu. Śmierć syna wdowy zostaje powiązana z jego obecnością w jej domu i zostaje skazany na zagładę. Wyjednuje jednak pozwolenie na udanie się na Piątą Górę, gdzie – jak myślą jego przeciwnicy– sam Baal go uśmierci. Tam objawia się prorokowi anioł i instruuje go, co ma zrobić po powrocie do miasta. Mówi mu też o sytuacji ludzkiej: Każdy człowiek ma prawo wątpić w swoje powołanie i czasem zbłądzić. Nie wolno mu tylko o nim zapomnieć. Kto nie wątpi w siebie, jest niegodzien, bo ślepo wierzy w swą moc i popełnia grzech pychy. Błogosławiony niech będzie ten, kto doświadcza chwil zwątpienia. Te słowa mógłby wypowiedzieć sam Eliasz, a potem Jezus i wielu świętych chrześcijańskich, to wszakże jedno z głównych przesłań religijnych. Błogosławieni cisi i pokornego serca; to oni dojdą do celu, bo wierzą w siebie i pamiętają o kierunku, ale jednocześnie schylają głowę przed ludzkim i Boskim brzemieniem. Wracając do miasteczka, Eliasz staje do konfrontacji z wieloma groźnymi siłami, ale wierzy w przepowiednie anioła. Udaje mu się przywrócić do życia syna wdowy i zyskuje powszechny szacunek. Rozstrzyga spory, uzdrawia i łagodzi gniew, co w przyszłości zaowocuje w niezwykły sposób i uratuje mu po raz kolejny życie.

Powieści Coelho należy czytać z natężoną uwagą i wiedzą o tym, że często u niego dana sytuacja ma charakter modelowy i stanowi rodzaj szerszego przesłania. Tutaj wszystko zostało ubrane w kostium antyczny, wszystko rozgrywa się pośród starożytnych ruin, piasku pustyni i szczytów górskich. Ale przesłanie odnosi się do każdego czasu i do tego, kto sięgnie po książkę. Tutaj, w tej powieści, jest ono niezwykle czytelne: walcz o siebie i nie bój się trudów. Mów zawsze prawdę, nawet jeśli odmieni ona Twoje życie i spiętrzy kłopoty. Szukaj ludzi, którzy dopomogą ci w drodze i wierz w to, że prowadzi ona do celu. Pamiętaj o siłach kosmicznych, o tym, że jeśli czegoś bardzo pragniesz, to cały wszechświat pracuje, by to się spełniło (słynne zdanie z Alchemika przywołał autor we wprowadzeniu). I jeszcze jedno – szukaj prawdziwej miłości, bo tylko ona może rozświetlić mrok. I zmierz się z nią, nawet jeśli będziesz miał wątpliwości – choćby takie jak Eliasz, którego serce zaczęło wyrywać się do wdowy: Miłość mogła się okazać doświadczeniem bardziej zatrważającym niż tamta chwila, gdy stał naprzeciw żołnierza Achaba mierzącego z łuku w jego serce. Gdyby dosięgła go strzała, już byłby martwy, a reszta należałaby do Boga. Jeśli jednak dosięgnie go miłość, on sam będzie musiał zmierzyć się z jej następstwami. Wielu ludzi dochodzi do tej prawdy i wielu decyduje się na porzucenie dotychczasowego życia. Choć mają swoje domy i rodziny, choć wszystko zostało uporządkowane, wygładzone i polukrowane, dla prawdziwego uczucia skaczą w przepaść. Jedni giną w niej bezpowrotnie, ale są też tacy, którzy lądują bezpiecznie na półce skalnej albo pośród głębin morskich i dopływają do nowego brzegu. Eliasz nie zaryzykował, do końca wahał się czy przyjąć żar miłości i został za to ukarany. Jego kobieta zginęła podczas napaści Asyryjczyków i została mu już tylko miłość duchowa. Postanowił odbudować zburzone miasto, bo ona tego chciała i ona nim była. Stawiając zatem od nowa kolumny i odbudowując domy, poczynał ją od nowa, unieśmiertelniał w tworzonym dziele. To także działanie, które wielu ludzi może skopiować, to jeszcze jedno pisarskie zwrócenie uwagi na inne rewiry doznań. Tragedia może się wydarzyć w naszym życiu, ale nie może nas pociągnąć za sobą w otchłań. Jeśli kogoś tracimy, możemy go zrekonstruować w jakimś życiowym dziele. U prostych ludzi przejawia się to we wznoszeniu pomników, ustawianiu nagrobków i pielęgnowaniu grobów. U jednostek twórczych może to być takie dzieło, jak Eliaszowa rekonstrukcja Akbaru, jak pisanie powieści, opowiadań i wierszy, jak czytanie i wydawanie książek. Wszakże – co raz jeszcze bohaterowi uświadomił anioł – Bóg wysłuchuje tych, którzy błagają o łaskę zapomnienia dla nienawiści, lecz głuchy jest na głos tych, którzy chcą uciec przed miłością. Prorok nie znienawidził najeźdźców, powoli odbudował miasto i scalił wspólnotę, a przy okazji wzniósł wielki monument swojego prawdziwego uczucia. Miłość, to zdaniem pisarza fundament całego kosmosu – gdy jego wybranka dała mu glinianą tabliczkę z zapisanym tym jednym słowem, wiedział, że te kilka znaków na tym kawałku gliny kryło w sobie powód, dla którego gwiazdy świecą na niebie, a ludzie przemierzają ziemię wzdłuż i wszerz. To słowo głęboko wryło mu się w pamięć i prowadziło go przez następne lata. Nie uchronił ukochanej od nieuniknionego, ale zachował ją w swoim dziele, unieśmiertelnił w autentycznej twórczości.

Działalność proroka Eliasza w dawnej Fenicji (dzisiejszy Liban) miała wszelkie znamiona pracy natchnionej, odsłaniającej kolejne etapy życia i prowadzącej do Własnej Legendy. Nie wiemy ile prawdy o nim zachowały starożytne podania, nie wiem jak wyglądał, jaki miał kolor oczu i jakie włosy. Czy był rosłym mężczyzną, czy może cherlawym, jakie stroje nosił i co lubił jeść. Coelho delikatnie rekonstruuje tę postać, ale jednocześnie nie wprowadza za wiele wyrazistych dopowiedzeń. Czytelnik sam musi uruchomić swoja wyobraźnię i stworzyć wiarygodną postać na potrzeby lektury i własnej pamięci. Tutaj ważne jest coś innego, wskazanie w czasach antycznych takiego bohatera, który rozumie, że należy przewartościować wszystko i samego siebie stworzyć od nowa. Wszakże – Każdy z nas ma imię od kołyski, ale musi być zdolny wybrać dla swojego życia nowe imię, aby nadać mu sens. Jego kobieta powiedziała: Ja jestem Akbarem… i Eliasz zrozumiał przesłanie. Stracił jej ciało i jej obecność, ale odbudował ją w kształtach wzniesionego na nowo miasta. Mało tego, zrozumiał jeszcze głębszą prawdę: Akbar musiał zostać zniszczony, aby jego mieszkańcy zdołali obudzić drzemiące w nich siły. Parafrazując – jego ukochana musiała stracić życie, musiała odejść, by pokochał ją naprawdę. Coś w tym jest, bo ludzie często zrozumieją, że kogoś kochali naprawdę, gdy go już stracili bezpowrotnie. To także sytuacja ludzka i nasza przypadłość, nie potrafimy wyodrębnić chwili i nie umiemy cieszyć się nią. Szukamy czegoś daleko, za Piątą Górą, bujamy w obłokach, a szczęście jest na wyciagnięcie ręki. Jeśli nie zerwiemy więzów, jeśli nie pozrywamy sieci utrudnień i niemożności, które oplotły nas przez lata, nie wypłyniemy na głębię i nie zaznamy miłości. W końcu tylko ona daje szczęście i tylko ona się liczy… Tutaj, w przypadku starotestamentowego proroka – zdawać by się mogło martwej postaci sprzed wieków – objawia się wielka dążność do tego by zmieniać świat i odbudowywać to, co zostało zburzone. Kapłani bóstw fenickich urośli w siłę i opanowali niemal cały obszar dawnego Izraela, ale może doświadczenia z Akbaru wzmocniły Eliasza. Wrócił na dwór królewski i doprowadził do spotkania z nimi. Potem sam stanął do konfrontacji z setkami przeciwników. Zwołał ich na stokach Góry Karmel i tam ukazał im moc Jahwe, a potem wszystkich wytracił. Dzisiaj będziemy się buntować przeciwko takiemu okrucieństwu, ale dziewięć wieków przed Chrystusem była to naturalna konsekwencja wygranej. Ogień z nieba, przywołany przez Eliasza, spalił cielca i tym samym ustanowił na wieki monoteistyczna formułę zawierzenia. Gdy prorok wkraczał do nieba ognistym rydwanem wiedział, że odnalazł Własną Legendę i osiągnął wiele ponad to, co może zrobić w życiu jeden człowiek.

O DEMONACH

Jeśli istnieją zjawy, diabły i demony, to ich siedliskiem są przede wszystkim ludzkie myśli. To w nich mogą się zrodzić najstraszniejsze bestie i najokrutniejsi mordercy. Każda zbrodnia i każde ciężkie przewinienie zaczyna się w głębiach mózgu człowieka. To on podejmuje decyzję, że coś zrobi, kogoś pozbawi życia, na coś się zgodzi, z czegoś zrezygnuje. Mało jest potwierdzonych wizji upiorów, a może nie ma ich wcale, mamy za to wielką bibliotekę relacji osób, z różnych okresów historycznych, o tym co zobaczyli. Za każdym razem pojawia się jednak pytanie o naturę ich wizji, czy miała miejsce transgresja i zjawa przekroczyła przestrzeń umysłu, czy pojawiła się w świecie materialnym? Jak pisze Alfonso M. di Nola: Demon jako duch nieczysty może owładnąć człowiekiem i mówić przez niego, jak w epizodzie z synagogi w Kafarnaum, gdzie Jezus spotyka człowieka opętanego przez demona, który atakuje go gwałtownie (A. M. di Nola, Diabeł, Kraków 2001, s.168) – zawsze jednak zapytamy jaka jest natura tego głosu, czy wydobywa się on z nicości, czy może z przepaści ludzkiej jaźni. Żaden sen i żadne marzenie nie może się równać z plastycznością i realnością jawy, nawet najstraszniejsze majaki lub rozkosze oniryczne, nie mogą konkurować z tym, co przeżywany po przebudzeniu. Pytanie o realność demonów ma w sobie pewną trudność natury teologicznej i filozoficznej, bo jeśli coś istnieje, to jest żywe, egzystuje dzięki przepływowi krwi w żyłach i tlenowi, nieustannie wsączanemu do organizmu. Demon z natury rzeczy jest martwy i rozszerza swoje panowanie, poprzez powiększanie śmiertelnego obszaru, mnożenie nieistnienia. Sam jest brakiem dobra, nicością materialną, elementem rozkładu. Jakże więc może być, skoro jego pragnieniem jest niebyt i niwelowanie istnień, wpychanie ich do Hadesu, Tartaru, piekła, jak byśmy tych obszarów nie nazwali. Zło jest amputacją – pisze René Laurentin w książce Szatan. Mit czy rzeczywistość?, Warszawa 1998, s. 110 – która zostawia po sobie bolesną ranę. Jeśli zatem ludzie mówią o złych duchach i przytaczają najprzeróżniejsze podania o nich, to znaczy, że jednak w jakiś sposób one istnieją. Burzy to ich filozofię egzystencji, bo największym marzeniem diabła jest działanie w tajemnicy i utwierdzanie bytów w przekonaniu, że nie istnieje, a całe zło świata jest samoistne.

Powieść Paolo Coelho pt. Demon i panna Prym oparta jest na prostym pomyśle. Do małego miasteczka Viscos, we francuskich Pirenejach, przyjeżdża nieznajomy. Zatrzymuje się w małym hoteliku, skąd wyrusza każdego dnia w góry. Podczas pierwszej wyprawy zakopuje w ziemi sztabę złota, a nieco dalej dziesięć następnych sztab. Potem ujawnia swój skarb pięknej dziewczynie – Chantal Prym, pracującej w hotelu, prosi też o przekazanie społeczności osady, że pragnie, by ktoś spośród nich został zabity. Wtedy przekaże złoto na rozwój miasta, a sam ulotni się bez śladu. Ten kusiciel chce obserwować zachowanie ludzi i odpowiedzieć sobie na kilka ważkich pytań. Przede wszystkim pragnie zobaczyć jak postępują przygotowania do zbrodni i jak do niej dochodzi. Ma gorzkie doświadczenia, bo był przemysłowcem produkującym broń, a potem stracił żonę i dwie córki podczas nieudanej akcji policyjnej. Prawdopodobnie terroryści, którzy porwali jego bliskie osoby, posługiwali się karabinami przez niego wyprodukowanymi. Podobne mieli też policjanci i za ich pomocą zabili przestępców – ci jednak przed śmiercią zdołali pozbawić życia kobiety nieznajomego. Coelho ukazuje wahania i zachowanie dziewczyny, która bije się z myślami i raz to chce ukraść sztaby, raz opowiedzieć o wszystkim mieszkańcom lub złożyć doniesienie na policję. W końcu społeczność zostaje powiadomiona o planie obcego i po licznych dyskusjach godzi się zabić starą Bertę. Po kilku spotkaniach u proboszcza i burmistrza, po rozmowach w gronie ważnych kobiet, mieszkańcy Viscos postanawiają złożyć staruszkę na ołtarzu miasta. Tak rodzi się legenda, czy może mitologia zbrodni, w taki rozumieniu jak u znanego psychologa Kena Wilbera:The power–and violence–of mythology is due in large measure to the fact that it is making claims that cannot be expose to deeper evidence… without destroying the authority of the claim itself. That is the definition of ideology: hidden interests, hidden power claims, parading as truth, a truth that cannot be exposed to evidence without robbing it of its power. (K. Wilber, Sex, Ecology, Spirytuality. The Spirit of Evolution, Boston – London 1995, s. 435.) Dzięki takim ukrytym interesom, dzięki takiej przemocy i śmierci staruszki, nastąpi rozwój mieściny, możliwe będą inwestycje i pojawią się tak wyczekiwani turyści. Ogromna grupa rusza na obrzeża Viscos z uśpioną Bertą, którą mają rozstrzelać młodzi mężczyźni, nie wiedzący w czyich karabinach są naboje ostre, a w czyich ślepe. Nieznajomy idzie razem z nimi i tuż przed egzekucją, rzuca przy skale sztaby ze złotem. Wydarzenia zmierzają jednak ku nieoczekiwanemu finałowi – oto z tłumu wychodzi Chantal i przemawia do sumień zebranych. Wskazuje miałkość ich planu i kłopoty, jakie mogą się pojawić po zbrodni. Wszyscy rozchodzą się i zostawiają dziewczynę z nieznajomym i uśpiona staruszką. Okazuje się, że próbie została poddana przede wszystkim urodziwa panna Prym i to ona otrzymuje cały złoty skarb.

Czytając tę powieść, a może powiastkę, jak zwykle w przypadku Coelho, zastanawiamy się czy fabuła nie jest zbyt prosta, czy nie ociera się o banał, czy ma jakieś ukryte dno. Wszak wszyscy wybieramy każdego dnia między dobrem a złem i wszyscy toczymy w sobie walkę, coś bierzemy i coś odrzucamy. Najczęściej dzieje się tak w sytuacji, gdy nie potrafimy dostrzec tego co mamy, co udało nam się zgromadzić, wydobyć z nicości i dookreślić własnym ego. To centralny punkt przemowy Chantal, podczas konfrontacji z tłumem – uświadamia ona księdzu proboszczowi, a zarazem każdemu z osobna: Byłeś w raju i go nie rozpoznałeś. Zresztą zdarza się to większości ludzi na tym świecie. Szukają cierpienia tam, gdzie znaleźliby największą radość, bo wydaje im się, że nie zasługują na szczęście. Dobro zatem potrzebuje mądrej świadomości, potrafiącej je dostrzec i cieszyć się nim. Najważniejsze jest życie w zgodzie ze samym sobą i otoczeniem i akceptacja niewielkiego przedziału, małej enklawy, wycinka przeznaczonego nam czasu. Nie znaczy to, że jesteśmy skazani na bezruch, że mamy się poddawać lub znosić różne życiowe upokorzenia. Przesłanie Coelho jest czytelne – możesz osiągnąć wiele, ale nie schodź na drogę zła, wędruj swoim traktem i weź sprawy w swoje ręce. I słuchaj dobrych rad tych, którzy nigdy nie zboczyli ze szlaku – w końcowym rozrachunku, to niedoszła ofiara, stara Berta wypowiada zamykającą powieść sekwencję: Jedno ci mówię z całą pewnością: życie może być krótkie albo długie, lecz ważne jest, w jaki sposób je przeżywamy. To jest podstawowe przesłanie całej twórczości tego Brazylijczyka i na przykładzie jego życia widzimy, ze może się sprawdzić, może stać się faktem. To przecież jedna z najbardziej spektakularnych karier literackich ostatnich lat, na którą składa się ponad sto milionów sprzedanych książek, przetłumaczonych na ponad sto pięćdziesiąt języków, obecność w mediach i periodykach całego niemal świata, a także sukces finansowy, przemiana zła w złoto, zejście z ścieżek grup satanistycznych, szpitali psychiatrycznych, na drogę Wojownika Światła. Wszakże – zacytujmy na koniec Pascala – Gdyby nie było ciemności, człowiek nie czułby swego skażenia, gdyby nie istniało światło, człowiek nie spodziewałby się lekarstwa. (Myśli, 586)

STAMBUŁ

skanuj0003Orhan Pamuk urodził się w 1952 roku w Stambule i w mieście tym spędził prawie wszystkie lata swojego życia. Pisarz pochodzi z zamożnej rodziny mieszczańskiej, która z czasem zubożała i z dużego rodowego domu przeprowadziła się do biedniejszych dzielnic. W dawnej stolicy Imperium Otomańskiego chodził do szkół, przeżywał pierwsze miłosne rozterki i uczył się dziwnego alfabetu tureckiej metropolii. W młodości malował wiele obrazów i pragnął być artystą, portretować ludzi i miejsca. Ukończył American Robert College w Stambule a następnie studiował architekturę na tamtejszej politechnice, jednak po trzech latach porzucił ją i zrezygnował z ambicji zostania malarzem lub architektem. Później studiował również dziennikarstwo na Uniwersytecie w Stambule, lecz nigdy nie pracował jako dziennikarz. Od dwudziestego trzeciego roku życia zajmował się wyłącznie pisarstwem. Jako autor kilku znaczących powieści, należy do najwybitniejszych epików europejskich. Sławę jego ugruntowały przede wszystkim takie obszerne dzieła jak: Nazywam się czerwień, Nowe życie i Śnieg. W Turcji widzi się w nim komentatora społecznego, choć on uznaje się za twórcę fikcji literackiej, bez wyraźnych skłonności politycznych. Daleki jest od ortodoksji muzułmańskiej i podejmuje w swoich książkach trudne tematy z historii swojego kraju. Był wielokrotnie celem ataków ekstremistów islamskich, którzy nie mogą mu darować tego, że opisał krwawą rzeź Ormian, w której prawdopodobnie zginęło milion ludzi. Był też pierwszym pisarzem ze świata muzułmańskiego, który publicznie potępił fatwę, nałożoną na Salmana Rusdiego. Książki Orhana Pamuka zostały przetłumaczone na ponad pięćdziesiąt języków świata, a w 2006 roku autor nagrodzony został Nagrodą Nobla. Obecnie polscy czytelnicy otrzymali kolejne znaczące dzieło pisarza, tym razem książkę wspomnieniowo-eseistyczną, wielowątkowo i na wielu płaszczyznach prezentującą dzieje i magię Stambułu. Ta narracja jest ogromnym freskiem pisarskim, na którym pojawia się kilka centralnych planów: po pierwsze, dzieciństwo i życie rodziny pisarza, młodzieńcze bójki z bratem, zniknięcia i kochanki ojca, matriarchat w wielkiej kamienicy rodowej; dalej przybliżenia dzielnic i panoramiczne przedstawienia Bosforu, po którym stale pływają dymiące statki i motorówki, nad którym ogniskuje się życie miasta. Z kolei nawiązania do historii opisywanego miejsca i odwiedzin w Stambule znanych twórców, wybitnych postaci dziewiętnastowiecznej i dwudziestowiecznej kultury europejskiej, a także próba określenia i wydobycia z mroków charakterystycznego stambulskiego smutku, depresyjnego żalu, nieustającego rozpamiętywania ulotności życia. Dodajmy do tego jeszcze nawiązania do egzotycznych dla Europejczyka pisarzy tureckich i liczne portrety osób z otoczenia pisarza. Czytelnik szukający egzotyki i pragnący oderwać się od realiów kultury europejskiej, znajdzie w tym dziele wiele elementów, które uzna za zaspakajające jego ciekawość. Jest to rzeczywiście – jak pisał „Publishers Weekly” – Zapierający dech w piersiach portret miasta, elegia po stracie cywilizacji, która umarła, i medytacja nad zawiłymi splotami ludzkich losów. Pamuk snuje swoją opowieść z lekkością, łatwo zmienia tematykę, przeskakuje z miejsca na miejsce, potrafi tak kumulować opisy dzielnic i ludzi, że powstaje szeroka panorama, z niezwykłą głębią i dbałością o szczegół. To opowieść o cyprysach i ciemnych dolinach – podsumowuje autor – o opuszczonych i zaniedbanych nadmorskich domach, starych, przeżartych rdzą statkach i Bóg jeden wie jakich towarach, o poezji bosforskich łodzi i dworów, zrozumiałej wyłącznie dla ludzi, których życie upłynęło na tym brzegu, o odkrywaniu smaku życia pośród ruin cywilizacji – jakże potężnej, prężnej i wyjątkowej; o radości, zabawie i zwyczajnej chęci zrozumienia tego świata, odczuwanej przez dziecko, które nic sobie nie robi z historii i dawnej potęgi. To opowieść o niepewności i bólu pięćdziesięcioletniego pisarza, o jego przyjemnościach i doświadczeniach, które nazywa życiem. I choć rzeczywiście książka ta wciąga, potrafi oczarować czytelnika, dopowiedzieć wiele istotnych treści do prób zrozumienia kultury świata islamu, to jednak pewnym nadużyciem jest komentarz, jaki Wydawnictwo Literackie zamieściło na okładce: wspomnienie o tym niezwykłym i tajemniczym miejscu jest być może najbardziej wzruszającą z książek, jakie do tej pory napisano o jakimkolwiek mieście. Te komercyjne zachwyty wyrządzają krzywdę Pamukowi, bo przecież jego książka broni się sama, nie potrzebuje nadętego patosu, ma swój powab i czar, a nade wszystko jest czytelnym przesłaniem dla ludzi innej wiary i innych miast.

Głównego bohatera, czyli samego Orhana (to imię po jednym z pozytywnych sułtanów), poznajemy, gdy ma kilka lat i z iście dziecinną wrażliwością odkrywa świat wokół siebie. W jego kamienicy drzwi są pootwierane, bo wszyscy należą do rodziny, a zdecydowanie najważniejszymi osobami są rodzice i babcia, a także wujkowie i młodzież z innych gałęzi rodu. Dla europejskiego czytelnika, który przyzwyczajony jest do roztrząsania muzułmańskiej biedy, interesujące mogą być opisy pokoi i korytarzy w kamienicy bogatych Turków. Tutaj wszystko przypomina, bądź ma przypominać, mieszczańskie przyzwyczajenia mieszkańców Paryża, Berlina czy Genewy – tutaj znajdziemy serwantki jak z powieści Zoli i Balzaka, stylowe krzesła, lustra i ogromną ilość niewielkich figurek, wazoników, talerzy i tac, japońskich parawanów, jakby przeniesionych z salonów słynnych dziewiętnastowiecznych dam. W tym domu spokojnie rozmawia się o wydarzeniach ostatnich dni i miesięcy, wspólnie jada się posiłki, babcia popija piwo, a dzieci przepychają się i gonią po całym domu. Ani słowa o religijnych zakazach i nakazach, o nieustającym schylaniu głowy przed Allachem, nie ma też żadnych restrykcji związanych z rytmem dnia czy nocy, liturgią świąt. Narrator jeśli zacznie pościć podczas ramazanu, to uczyni to z wyboru, w średnim wieku. Tymczasem bawi się z bratem, kolekcjonuje – jak wiele dzieci w innych krajach Europy i Azji – kolorowe samochodziki, jeździ z matką i ojcem nad Bosfor, cieszy się z bliskości ukochanych osób i z radością idzie do szkoły, która jest jak obietnica nowej przygody. Powoli jednak zaczyna się w nim rodzić jakieś tragiczne pęknięcie, a melancholia zastępuje radość. Pamuk sporo stron swojej książki poświęcił czemuś, co w Stambule nazywa się hüzün i jest dziwnym, dojmującym smutkiem, nieokreślonym bólem, jakby mrokiem pojawiającym się w duszy ludzi. Choć wyciska piętno na ludzkich życiorysach i niektórych prowadzi na most bosforski i każe skakać w otchłań, to jednak jest też określoną wartością, jakimś szlachetnym rodzajem zamyślenia, wglądu w głębie ludzkiej jaźni. Dlatego, choć bywa przekleństwem, dla artysty jest rodzajem narzędzia poznania, jakby momentem zatrzymania w kadrze i ustalenia właściwej monochromii obrazów. Pamuk przyznaje zatem: Lubię ten przejmujący smutek, jaki ogarnia mnie na widok starych kamienic, i ciemność wypełniającą opuszczone, obracające się w ruinę rezydencje, które przybierają charakterystyczną „stambulską” fakturę. Gdy patrzę na przesuwające się czarne cienie ludzi w zbyt wcześnie zapadłych ciemnościach zimowego wieczoru, silniej odczuwam swoją przynależność do tego miejsca. Kiedy ciemność nocy okrywa miękkim kocem nasze życie, nasze ulice oraz należące do nas przedmioty, a my jesteśmy bezpieczni w swoich domach, sypialniach i łóżkach, możemy wrócić w snach do minionej świetności i dawnych legend. Lubię tę ciemność, która, nie poddając się wątłym światłom latarni, tak poetycznie opada na biedne przedmieścia Stambułu. Lubię ją, bo wtedy my, mieszkańcy tego miasta, zasłaniamy się przed obcymi spojrzeniami ludzi Zachodu, osłania ona nasze ubóstwo, które tak bardzo pragniemy ukryć. Jest w tym jakiś kompleks i poczucie wyobcowania ze społeczności świata, ale też jest duma z powodu tego, iż autor należy do stambulskiego tłumu, jest taką samą jego cząstką, jak biedacy snujący się po ulicach, kobiety w chustach zmierzające do meczetu czy siedzący w kawiarniach i restauracjach mężczyźni, rozprawiający o wszystkim i o niczym.

Niezwykłą wartość mają tutaj opisy Bosforu, z jego dwoma wielkimi mostami i z nieustającym ruchem statków, motorówek i łodzi rybackich. Ta cieśnina dookreśla miasto i przydaje tła strzelistym minaretom kościoła Hagia Sophia, licznym pałacom sułtańskim, wieżom, latarniom morskim zbudowanym w stylu orientalnym i wielkim dzielnicom, łagodnie schodzącym ze wzgórz ku morzu. Pisarz dostrzega piękno tego miejsca w wieku dziecinnym, młodzieńczym i w czasach coraz poważniejszej dorosłości. Kontempluje zatem wielkie liniowce i masowce, sowieckie statki wojenne i tankowce, uczy się na pamięć kształtów tureckich stateczków wycieczkowych i niewielkich kryp rybackich. Owo przesuwanie się okrętów jest dla niego rodzajem zegara, nieustannie gnającego do przodu czasu, odchodzących dni i lat, pojawiających się i znikających zdarzeń, ludzi, kształtów. Patrząc na te głębokie wody z okien swojej pracowni malarskiej, z różnych punktów miasta, a wreszcie z pokładu statku pływającego po Złotym Rogu, dostrzega Pamuk ciągłość doświadczeń i nieustający przepływ dziejów. Dlatego wraca myślą do czasów świetności Stambułu i analizuje ryciny Antoine’a-Ignace’a Mellinga, który z niezwykłą starannością o szczegóły, utrwalił dla przyszłych pokoleń dziewiętnastowieczny obraz miasta i ludzi, mieszkających wtedy w nim. Wielką wartością książki tureckiego noblisty jest jej strona ilustracyjna, a więc dziesiątki czarno-białych fotografii oraz dawne ryciny, obrazy i rysunki. Dzięki temu możemy natychmiast przenieść się do opisywanych przestrzeni i sprawdzić czy narracja, analiza, pointa Pamuka mieści się w naszym widzeniu tego świata. Niezwykle inspirujące są też nawiązania do wysłanników naszej kultury, którzy odwiedzali Stambuł i przekazali przyszłym pokoleniom swoje opisy, refleksje i uogólnienia. Czasem były one znakomicie skonstruowane i zaciekawiały z powodu barwności opisu, ale czasem – jak w przypadku Flauberta przepowiadającego, że za sto lat Stambuł będzie stolicą świata – były przesadne i egzaltowane. Te relacje są tutaj przedmiotem, napisanych z lekkością, syntez, analiz i przywołań. Podróżujemy zatem na Wschód z francuskim melancholikiem Gérardem de Nervalem i czytamy rozdział poświęcony dawnej stolicy imperium wielkich sułtanów. Klimat tych opowiastek – konstatuje Pamuk – bardziej przypomina baśnie Szeherezady niż prawdziwy nastrój Stambułu. Nerval jest dla tureckiego pisarza ciekawy, bo pojawiła się u niego pewna skłonność do opisywania spraw drastycznych, morderstw, przelewu krwi, wielkich pożarów. Ten Francuz pojechał na Wschód by uciec od smutku i myśli samobójczych, ale w końcu jednak powiesił się na latarni ulicznej. Czytając jego relacje, przyglądając się miejscom, które wyodrębnił i koordynując jego opisy, Pamuk – jakby pod powierzchnią słów – zastanawia się czy hüzün miał jakiś wpływ na ostateczną decyzję Nervala. Także relacja Théophile’a Gautiera, który przyjechał do Turcji dziewięć lat po podróży Nervala, staje się pretekstem do snucia refleksji o mieście. Tym razem osąd jest łagodniejszy: dziennikarski talent autora sprawia, że jego książka, jeśli nie liczyć kilku stereotypowych tematów i obserwacji dotyczących sułtana, kobiet czy cmentarzy, jest wybitnym reportażem z życia Stambułu. Dla autora Śniegu Gautier jest łącznikiem pomiędzy dziewiętnastym, a dwudziestym wiekiem, bo jego opisy tamtego miasta można zastosować przy narracji dwudziestowiecznej: autor chodzi po tych samych uliczkach i kontempluje: miałem wrażenie, że z wyjątkiem kocich łbów, nic się w Stambule nie zmieniło. Tak lektura francuskich pisarzy i podróżników staje się pretekstem do wędrówki starymi zaułkami i później niezwykle plastycznych opisów bosforskiej biedy, odrapanych drewnianych domów, zapadających się dachów kamienic, wszędobylskich straganów, sznurów prania i ludzi snujących się pośród tej szarzyzny i beznadziei. Pamuk wskazuje też opisy nie przystające do jego wyobrażeń o mieście, a więc refleksje André Gide’a z wyprawy odbytej w 1914 roku, dalej Lamartine’a, Pierra Lotiego czy w bliższych nam czasach – Josifa Brodskiego. Największą przykrość – pisze Pamuk – podczas lektury wspomnień obcych podróżników sprawia mi jednak świadomość, że wiele z tych rzeczy, o których z zachwytem się rozpisywali, zaraz potem zniknęło na zawsze, co było wynikiem okrutnej zależności. Przybysze bowiem uwielbiali opowiadać o egzotyce tego miasta, dla dążących do Europy stambulczyków zaś, była ona przeszkodą, którą należało jak najszybciej usunąć. Także wizyta Gustava Flauberta w mieście nad Bosforem obciążona była jego stanem zdrowia i dziwnym nastawieniem, które kazało mu przede wszystkim szukać w krainach Orientu jakichś okropności. Zaraziwszy się syfilisem w Bejrucie, Flaubert odwiedza domy publiczne w Stambule i opisuje „cmentarne kurwy”, uliczne tłumy, puste gniazda bocianie i kruszejące nagrobki. Dla Pamuka te opisy Stambułu i różne obsesje europejskich pisarzy i podróżników są równie egzotyczne jak strach przed jego światem.

Książkę tureckiego pisarza można czytać jednym tchem, ale potem trzeba wracać do jej najlepszych fragmentów, do odważnych ocen i nawiązań i do klimatu stambulskiej melancholii, tak udanie tutaj wykreowanej. Odzwierciedla się ona w czarno-białych fotografiach i w przywołaniach statków przesuwających się pod mostami, a potem wypływających na Morze Śródziemne; osadza się ona też pomiędzy łuszczącą się farbą walących się domów, a pięknym tynkiem nowych rezydencji, zostaje między źrenicami Czarnej Róży (pierwszej miłości Pamuka) i na obrazach młodego artysty. Pozostaje w pamięci jako aura czegoś ulotnego i gęstniejącego w przestrzeni i staje się materializacją smutku, zamyślenia nad odchodzeniem naszego świata i miejsc, z którymi związał nas nieuchronnie los. Ten egzotyczny i zarazem europejski autor potrafi pięknie opowiadać i w tym jego książka przypomina trochę różne arabskie i perskie zbiory opowieści, na czele z Księgą tysiąca i jednej nocy. Można by tutaj przywołać wiele innych tytułów, ale też musielibyśmy odnieść narracje tego autora do umiejętności snucia opowieści przez Tołstoja, Dostojewskiego czy Manna. Zresztą Pamuk ich kilkakrotnie przywołuje i daje do zrozumienia, że pisania uczył się tyleż od Arabów, Turków i Persów, co od wielkich europejskich powieściopisarzy. Tak powstaje wielka panorama miasta u wrót Azji i Europy, ale jej twórca nie potrafi uwolnić się od smutku i melancholii, zwanej hüzün. Z czasem poczucie wyobcowania w mieście i zimnej obcości wielkiej metropolii przechodzi na wnętrze pisarza i obezwładnia go: Czasami moje miasto wygląda jak obce miejsce. Ulice, które sprawiają, że człowiek czuje się tutaj jak w domu, nagle zmieniają kolory. Patrzę na mijające mnie w zniecierpliwieniu tajemnicze tłumy i uświadamiam sobie, że ludzie ci byli tu od setek lat. Całe to miasto – z błotnistymi parkami i opustoszałymi przestrzeniami, placami, betonowymi monstrami upstrzonymi słupami elektrycznymi i reklamami – jak moja dusza szybko staje się pustym, b a r d z o pustym miejscem. Brud i kurz zaułków, smród wydobywający się z otwartych kubłów na śmieci, wciąż nowe dziury, wybrzuszenia i ubytki w chodnikach – cały ten nieład i zamęt, które tworzą Stambuł, sprawiają, że moja dusza i moje życie wydają mi się mierne, niewiele warte, ułomne… Jakby Stambuł był karą, na którą zasłużyłem, a ja – kolejnym odpadem na jego ulicy. Gdy Pamuk pisał te słowa nie wiedział jeszcze, że w 2006 roku zostanie laureatem najbardziej prestiżowej nagrody literackiej świata, a jego przestrzenie, jego malarsko przedstawiony Stambuł zyska akceptację milionów czytelników na całym świecie. Ciekawe czy hüzün jest nadal cząstką duszy tego wszechstronnie uzdolnionego pisarza?

NAD SCHOPENHAUEREM (2)

Schopenhauer wskazuje, że przedstawienia nasze dzielą się zasadniczo na intuicyjne i abstrakcyjne. (I, 35) Intuicja to narzędzie, które wykorzystujemy dla wyodrębniania rzeczy świata widomego. Niesiemy w sobie pamięć o możliwościach i zasadach, o sytuacjach i kształtach, przeczuwamy błyskawicznie z czym mamy do czynienia i jaki mechanizm zachodzi. To dzieje się dzięki intuicji, ale też jest widome w czasie i przestrzeni, przebiega zgodnie z wewnętrzną logiką świata. Kant wskazuje na prawidłowość zachodzących procesów, a Schopenhauer wyodrębnia z nich regułę podstawy dostatecznej, która doświadczenie określa jako prawo przyczynowości i motywacji, a myślenie jako prawo uzasadniania sądów. (I, 36) Nasza wiedza o świecie i przedmiotach, nasza mądrość w zakresie praw obowiązujących w świecie, opiera się na znajomości przyczyn przebiegających procesów i motywów wpływających na ich przebieg. Gdy wypowiadamy się na ten temat, gdy próbujemy określić jakąś sytuację lub jakiś status, uruchamiamy nasze myślenie, czyli formułujemy jakieś tezy i je uzasadniamy. To jest odpowiedź naszego umysłu na istnienie i na jego zależność od czasu i przestrzeni. To zarazem szczególna postać p o d s t a w y b y t u. (I, 36) Zrozumienie podstawy dostatecznej polega na wejrzeniu w jej najgłębszą istotę i poznanie najprostszej z jej postaci, czyli c z a s u. (I, 36) Istniejemy w nim, godząc się na nieustanne zastępowanie chwil, przez następne momenty – odejście ojca, równoważne jest i możliwe tylko w sytuacji szybkiego odejścia syna, śmierć motyla jest zapowiedzią i warunkiem pojawienia się jego następcy. Tak czas staje się zasadą umierania, odchodzenia, zanikania i pojawiania się nowych sytuacji, nawet jeśli są takie przedziały, gdy istnienie trwa równocześnie (żyje ojciec i syn), to w ostatecznym rozrachunku dochodzi do nieuchronnego i nieodwołalnego rozdziału chwil. Jeśli czas jest względny, to także przestrzeń może istnieć tylko jako względny byt – razem czas i przestrzeń mogą istnieć tylko dzięki czemuś i dla czegoś rodzajowo podobnego. (I, 37) Dalej Schopenhauer przywołuje korespondujące z jego wnioskami poglądy antycznych i późniejszych filozofów – mówi, że Heraklit opłakiwał wieczny przepływ rzeczy, Platon zdeprecjonował przedmiot, jako coś, co wiecznie się staje, ale nigdy nie jest. Spinoza wskazywał akcydensy jedynej substancji, która sama jedynie istnieje i stale jest. Dalej mowa jest o poglądzie Kanta, który to, co poznane, przedstawiał jako zjawisko jedynie rzeczy samej w sobie i wreszcie – zaskakujący skok kulturowy – przechodzi niemiecki filozof do mądrości hinduskiej: To Maja, zasłona ułudy, która przesłania oczy śmiertelnikom i zmusza ich, by widzieli świat, o którym nie można rzec ani, że jest, ani że go nie ma, bo jest jak sen, jak odblask słońca na piasku, w którym wędrowiec z daleka dostrzega wodę, albo jak rzucona lina, w której widzi węża. (I, 37) Konkluzja filozofa po tych przywołaniach jest jednoznaczna: Wszyscy oni nic innego nie mieli na myśli i o niczym innym nie mówili, niż tylko o tym, co i my teraz rozpatrujemy: świat jako przedstawienie, podległy regule podstawy dostatecznej. (I, 37) Istnieje zatem ciągłość refleksji ludzkiej w tym zakresie i w każdym czasie pojawiały się umysły, które dostrzegały zależność obrazu świata od naszego przyzwolenia i od naszych możliwości imaginatywnych. Zawsze wszakże będzie istniał rozdźwięk pomiędzy tym, co wyodrębnione w myślach, co zaakceptowane przez naszą wolę, a realnym światem, który choćby wielorakością odcieni i świetlistością, znosić będzie nawet najwykwintniejsze myślowe onstrukcje. Nawet jeśli teraźniejszość jest chybotliwą granicą – jak wskazuje Schopenhauer – a przeszłość i przyszłość mają takie znaczenie jak byle jaki sen, to właśnie dzięki naszej woli potrafimy utrzymać ułudę teraźniejszości w określonym przedziale czasowym, godziny, dnia, roku – jednego życia. A może przywołani wyżej filozofowie mają rację i tylko nam się tak wydaje…

NAD SCHOPENHAUREM (1)

Czy świat jest moim przedstawieniem, czy może istnieje obiektywnie beze mnie? Nie mogę tego stwierdzić, bo jestem bytem odbierającym impulsy i porządkującym je według jakiegoś kodu, jakiegoś schematu i jakiejś wewnętrznej reguły. Artur Schopenhauer zakłada, że Wszystko, co należy i może należeć do świata, obarczone jest w sposób nieuchronny uwarunkowaniem przez podmiot i istnieje tylko dla podmiotu. Świat jest przedstawieniem. (I, 31) Obserwujemy trwanie świata w sytuacji śmierci osób, które go postrzegały, ale zarówno rzeczywistość, jak i owo umieranie, odnoszą się do świadomości tego, który tego dokonuje. Wtedy śmierć zewnętrznych obserwatorów i interpretatorów nie ma znaczenia – nigdy wszakże nie byliśmy w świadomości umierających ludzi i nie mogliśmy stwierdzić czy świat znika w takich chwilach, czy trwa dalej. Świat jest dla nas przedstawieniem, ale jednocześnie jest rodzajem naszego przyzwolenia, naszej akceptacji: świat bowiem, tak jak z jednej strony jest na wskroś p r z e d s t a w i e n i e m, tak z drugiej jest na wskroś w o l ą. (I, 33) Człowiek i jego myśl mogą zdecydować, czy świat ma istnieć dalej, czy może ma zgasnąć w świadomości. Mogą go znieść postanowienia samobójcze albo odgrodzenie się od niego snem, marzeniem, utratą świadomości. Tylko czy wtedy rzeczywiście wyłączamy nasze postrzeganie świata, czy nasze zmysły przestają go rejestrować, czy nasze organy wewnętrzne, a przede wszystkim mózg, przestają gromadzić i weryfikować dane, które po jakimś czasie, po powrocie do rzeczywistości, mogą zostać odtworzone, umieszczone w obrębie wspomnień, napływających obrazów? Czy istnieje tylko empiryczna realność, czy może jest tylko transcendentalna idealność?

Jaka zależność zachodzi pomiędzy poznającym podmiotem, a naszym ciałem? Czy istnieje podmiotowa obiektywność, możliwość wyłączenia się z cielesności, czy też owa cielesność odciska swoje piętno na podmiocie. Ciało istnieje w czasie i przestrzeni, rozwija się i wzrasta, choruje i starzeje się, a wszystkie te fazy mogą mieć wpływ na postrzeganie świata. Podmiot obserwujący i ujednolicający rzeczywistość, istnieje poza czasem i przestrzenią, bo nie podlega bezpośrednio ich ograniczeniom. Nie poznajemy go nigdy, bo to on właśnie poznaje, ilekroć poznanie ma miejsce.(I, 33) Jego przeciwieństwem jest przedmiot, który zawisa w czasie i przestrzeni, ma swoją historię, to znaczy inicjację, rozwój i rozpad, ale nie ma w sobie tej idealności, jaką ma podmiot, to znaczy nie może wyswobodzić się z czasu i przestrzeni. Podmiot istnieje w harmonii z przedmiotem i warunkuje jego istnienie, gdzie zaczyna się przedmiot, tam kończy się podmiot. (I, 34) Za Kantem powiemy, że w naszej świadomości są elementy rzeczywistości, które przynależą do przedmiotów, a więc czas, przestrzeń i przyczynowość – badanie zatem mechanizmów wewnętrznych postrzegania da nam taką samą wiedzę o świecie jak badanie samych przedmiotów i ich zależności. Drewniana kostka nie może istnieć w świecie bez rozumiejących mechanizmów naszego wyodrębniania przedmiotów i nazywania wewnętrznych mechanizmów, które współtworzą ową kostkę. Jej istnienie zakłada także istnienie narzędzi, które ją ukształtowały i substancji, z której powstała, określonego gatunku drewna, które kiedyś było nasieniem, potem wzrastało, zostało ścięte, pocięte na deski i z nich wyłonił się dopiero kształt klocka. Nasza świadomość wie o tym i tak postrzega świat, że za każdym razem przedmiotom przyporządkowuje konkretne mechanizmy stwórcze. Podmiot postrzegający świat nie musi wyodrębniać etapów i form pośrednich, bo jest równoważny istnieniu kostki, jako bytu samoistnego.

Newer entries »

%d blogerów lubi to: