GWIEZDNE WOJNY

Kino domowe daje niezwykłe możliwości odświeżenia w pamięci starych filmów. Ostatnio przez dwa dni oglądałem po raz któryś kolejne odcinki Gwiezdnych wojen. Choć dostrzegam komiksowy charakter tej serii, to w jakiś przedziwny sposób jestem od niej uzależniony. Pociąga mnie gatunek space opera, te wszystkie bitwy, walki, dalekie międzygalaktyczne wyprawy. Tym razem oglądałem odcinki we właściwej kolejności, to znaczy od Epizodu I, czyli od ostatnio wyprodukowanego filmu. Teraz wszystko lepiej się komponuje i może trochę za duży jest rozdźwięk pomiędzy starymi trzema odcinkami, a tymi nowymi. To wielka opowieść o dobru i złu, a przy tym niezwykłe obrazy kosmosu, wiele wspaniałych scen batalistycznych i nieomal surrealistycznych. Gdy oglądałem odcinek za odcinkiem, przypominały mi się moje częste wyprawy do kina Pomorzanin, na ulicy Gdańskiej. Teraz jest tam jakiś paskudny bazar chińskich rupieci, a przecież tyle razy stałem tam z moimi kolejnymi dziewczynami i czekałem na wejście do środkowego holu. Potem zasiadałem, najczęściej na balkonie, jadłem jakieś cukierki, chrupki, chipsy i chłonąłem obrazy. Doskonale pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie pierwszy film i potem następne części sagi. To były wspaniałe chwile i szkoda, że nie ma już tych starych kin. Te nowe molochy są jakieś obce, brakuje im aury dawnych kin. Ale nie ma już „Polonii”, „Wolności”, „Bałtyku”, nie ma „Orła”, jakoś tam jeszcze kuleje „Adria”. Przegrały konkurencję z Multikinami. Ja jednak stale siedzę na ich widowniach, trzymam za rękę Olę, Alinę, Dankę i zmierzam ku przyszłym wydarzeniom…

PAUL NEWMAN (1925-2008)

 

 

W wieku osiemdziesięciu trzech lat zmarł na raka w Stanach Zjednoczonych Paul Newman. Przez wiele lat był częścią mojego świata i należał do ulubionych aktorów. Podziwiałem jego sprawność aktorską i życiową, gdy rozwinął kulinarny biznes i co roku zarabiał ogromne pieniądze na kinie i na sosach. Gdy chodziłem do kina „Mimoza” lub „Słońce”, gdy z moją dziewczyną bywałem często na seansach w „Pomorzaninie” czy „Awangardzie” lub pobliskim „Bałtyku”, widywałem go w westernach, filmach akcji, obrazach o bogatej finansjerze i w komediach. Mógłbym tu wymień takie filmy jak: Sędzia z Teksasu (1972), Płonący wieżowiec (1974), Nieme kino (1976), Fort Apache, Bronx 1981), Werdykt (1982) i Kolor pieniędzy (1986) czy Projekt Manhattan (1989). Jednak największe wrażenie zrobił na mnie ten aktor w Żądle (1973) i w niezapomnianym westernie Butch Cassidy i Sundance Kid (1969), z piękną balladą Boba Dylana Knockin\’ On Heaven\’s Door. To z niej pochodzi zwrotka: Mama, put my guns in the ground/ I can\’t shoot them anymore./ That long black cloud is comin\’ down/ I feel like I\’m knockin\’ on heaven\’s door. Zawierała ona zakodowane przesłanie pacyfistyczne i w epoce wojny w Wietnamie i rozwoju ruchów hipisowskich, rozgrzewała młodych ludzi do czerwoności. Newman miał niezwykle wyrazistą twarz, urodę amerykańskiego oficera marynarki wojennej i jakąś prawniczą, sędziowską , dostojność ruchów, a przy tym był człowiekiem niezwykle szlachetnym, nie ulegającym naciskom lobby filmowego. Nawet plotkarskie gazety go oszczędzały, bo nie dostarczał im żadnej pożywki. Pozostawił po sobie legendę wielkiego aktora i wspaniałego człowieka, który żył i odszedł w zgodzie ze swoim sumieniem. Numerolodzy wskażą zapewne, że urodził się i umarł dwudziestego szóstego dnia miesiąca.

Newer entries »

%d blogerów lubi to: