ALEJA KLONÓW

Pada deszcz, więc dobrze mi się pisze. Wróciliśmy z boru, gdzie nie miałem dostępu do komputera i internetu. Z jednej strony dobrze, a z drugiej brakowało mi pisania i kontaktu mailowego z przyjaciółmi. Tereaz muszę szybko odrobić zaległości. Najpierw jednak nieco odległych wspomnień

Zwyczajne klony, wyniosłe i niezgrabne jak statki flagowe Krzysztofa Kolumba, rosły w równym szeregu z jednej i z drugiej strony ulicy. Nad nimi przesuwały się wolno, podświetlone przez słońce, błękitniejące, pierzaste czapy cumulusów. Lekki, wiosenny wiatr poruszał miarowo gałęziami i malutkimi, dopiero co wyrosłymi listkami. Pośród czarnych konarów migały delikatne mgiełki zieleni i czerni, a czasem, ostry promień słońca przeszywał naraz kilkanaście koron i mknąc dalej, lśnił jak złoto w czarnych, przydrożnych kałużach. Na najwyższym drzewie siedziała gruba sroka i terkotała raz po raz przeciągle. Zwinnie przeskakiwała z gałęzi na gałąź lub wierciła się niespokojnie przy kulistym gnieździe, odsłoniętym przez zimowe wiatry. Przypominało ogromny, kolczasty owoc platanu, zlepiony z chrustu, pierza i suchych źdźbeł trawy. Jej pióra opalizowały metalicznie – biel kontrastowała z czernią, a błyszczący granat z ciemną zielenią. W powietrzu czuło się jakąś niespotykaną rześkość, bo ziemia już zaczynała intensywnie pachnieć i parować. Na niektórych gałązkach pozostały jeszcze zeschłe, pożółkłe liście i stwardniałe skrzydlaki, nazywane noskami, ale większość drzew została ogołocona przez przymrozki i wichry z liści, zebrane jesienią na niewielkie wózki i wywiezione do ogrodów, a potem spalone. Pod klonami stały stare gazowe latarnie, a przy nich wydrążono równy rów, którym spływały do wlotów kanałowych nieczystości i deszczówka. Co kilkaset metrów były też pompy przyciskowe, do których stale chodzili ludzie i napełniali wiadra wodą, a potem nosili je na nosidłach do domów. Aromat wiosennych zapachów, mieszał się na ulicy klonów z dopiero co wylanymi fekaliami lub wodą z bali, użytą do prania czy kąpieli. Intensywna woń szarego mydła i moczu najsilniej działała na zmysł węchu w pobliżu bram kolejnych podwórek, ciągnących się jedno za drugim. Na sczerniałej korze drzew biegały intensywnie brązowe mrówki, u podstawy pnia pojawiały się czerwone jak krople krwi szewczyki, czyli kowale bezskrzydłe, a gdzieniegdzie gramolił się czarny owad, z chitynowym pancerzem, błyszczącym jak wyświecony trzewik. Sroka czasem zlatywała niżej, wczepiała się w korę i wisząc głową w dół, wyłapywała umykające owady. Drogą z rzadka przejeżdżały samochody, ale dość często słychać było stukot kopyt na bruku. To wozy, jeden po drugim, podążały w kierunku Placu Poznańskiego, albo dalej na Rybi Rynek, w okolice spichrzy, leżących nad rzeką. Ulica klonów biegła od obrzeży miasta aż nad skraj góry, a potem ostro schodziła w dół ku innym ulicom. Gdy stanęło się w połowie jej długości, widać było w dali dachy domów śródmiejskich, a także wyniosłą wieżę kościoła św. Piotra i św. Pawła. Został on zbudowany z porządnej, klinkierowej cegły, przed drugą wojną światową, jako świątynia ewangelicka i górował nad innymi budynkami. W jego wieży były okrągłe okienka bez szyb, które posłużyły w czasie wojny niemieckim dywersantom do ulokowania karabinów. Ciągnący się równo chodnik dochodził do skarpy, a potem znikał i dalej jakby niewidzialnie biegł w powietrzu. Dla przyjezdnych spoza miasta ta ulica wydawała się długim rozbiegiem, jakby pasem startowym dla szybowców i dwupłatowców. Rzeczywiście zaczynała się przy bramie lotniska i klon przy klonie, kierowała się w stronę śródmieścia. Pojazdy mknęły nią szybko, a potem jeszcze szaleńczo przyspieszały na zjeździe. Ileż to razy jakiś wozak, wiozący węgiel do składu, cielęce lub świńskie skóry do garbarni, zamyślił się i rozmarzył, że wzlatuje w powietrze i leci jak samolot, jak ogromny czarny ptak. Z kolei, gdy pilot nisko lecącej awionetki, spoglądał wiosną z góry na ulicę i dwa rzędy klonów, widział długie, sąsiadujące ze sobą akwedukty zieleni, nad którymi pojawiały się ptaki, pod którym i przebiegały dzieci i podążali dorośli. Z jednej strony tego roślinnego mostu przysiadły płaskie, niczym gonty, parterowe domki, a ze strony drugiej ciągnęły się, zbudowane z czerwonej cegły, budynki koszar wojskowych, wydmy, wąwozy, dróżki i pozwijane jak kłębiące się padalce, drogi wielkiego pustkowia, nazywanego Polem Ułańskim. Świadomość ludzka zaczyna się w określonym czasie i przypisana bywa konkretnej przestrzeni. Tutaj, przy alei klonów, punktami odniesienia były płaskie i lekko pochyłe dachy parterowych domków, a czasem jedno i dwupiętrowych kamieniczek. Linia drogi i szeregów drzew była równoległa do prostej chodnika, z niewielkich betonowych płyt i rowu, którym brudna woda spływała do kanałów miejskich. Gdy przekrzywiło się głowę widziało się też ciągnącą się w dal płaszczyznę różnokolorowych ścian domów, jakichś niewielkich murków przed nimi, układających się w amfilady okien i drzwi, brzegów dachów i ozdób w tynku. Niektóre domy zbudowane zostały z chropowatych czerwonych cegieł i były nie obrzucone wapnem, a inne miały tynk, który schodził całymi płatami i sprawiał, że faktura tych budowli była ciekawa, jakby przygotowana na to, że kiedyś umieści ją na swych obrazach abstrakcjonista. Ta ciągłość linii i zbieganie się kresek perspektywy, były charakterystyczne dla tych miejsc, a plastyczność klonów i podążających w dal czarnych, szarych i czerwonych dachów, przydawały rzeczywistości charakteru malowniczego. Pudełkowate domy i niewielkie podwórka, obwarowane murami, wychodzące na aleję klonów, powodowały, że miało się wrażenie, że jest to świat lilipuci, że są to jakieś atrapy dla lalek czy pajacyków – domki i place z dziecinnych opowieści o malutkich ludzikach. Każde podwórko było odrębną przestrzenią, każdy plac przed domem miał swoje rozkrzyczane dzieci, które biegały tam i z powrotem, bawiły się przy murach, albo stały przy płotach i patrzyły na przejeżdżające pojazdy, unosiły głowy ku górze i śledziły lot samolotów zawieszonych w powietrzu. Przyglądały się też żołnierzom, ćwiczącym po drugiej stronie ulicy, w koszarach albo na skraju wielkiego pola manewrowego. Jaskółki latały nisko i raz po raz przysiadały przy kałużach, by dzióbkami nabrać trochę błota. Były ich setki i czasem zrywały się do lotu całym stadem, krążyły w powietrzu, chwytały owady, a potem wlatywały pod okapy domów, zawieszały się na ścianach i lepiły nowe gniazda, albo odbudowywały stare, zniszczone podczas mroźnej zimy. Piski i trzepot lotek mieszały się ze śmiechem dziewczynek i chłopców, czasem ze szczekaniem psa, miauczeniem kota, albo rżeniem konia, ciągnącego wóz na ulicy. Na podwórkach pojawiły się już kępki trawy, rosnącej między cegłami małych chodników, wypełniającej zagłębienia w ziemi i dziury przy budynkach. Przy żelaznej bramie leżała baryłkowata butelka po piwie, a przy niej widać było niewielką mokrą plamę. W jej zielonym szkle odbijały się okna domów i gałęzie drzew klonowych, a tuż przy szyjce, promień słońca odbijał się tak intensywnie, że szkło lśniło jak drogocenny kamień. Pomiędzy dziećmi przechadzał się spokojnie czarny pies i co chwilę ziewał, przeciągał się, obniżając ciało na przednich nogach, czasem szczeknął, a czasem podbiegł do jakiegoś malca i polizał go po nodze, tuż nad podkolanówką. Miał wydatną białą plamę na prawym uchu i takież same pół lewej łapy. Także koniec zwinnego ogonka był biały i jeszcze po lewej stronie brzucha lśniła jasna plama, wielkości orzecha laskowego. Był psem, co wyraźnie było widać, gdy podnosił prawą nogę do góry i wielokrotnie drapał się nią po głowie. Jego oczy były czarne, ale czaił się w nich, niby w toni głębokiego stawu, odcień granatu z poblaskami błękitu. Białka też miały niebieskawy połysk i wyraźnie na nich było widać cieniuteńkie czerwone naczyńka krwionośne. Miał uśmiechniętą mordkę i stale merdał ogonem, ocierał si
ę o dzieci, albo ruszał biegiem w zawody z którymś z nich. Czasem stawał się głównym obiektem zainteresowań, czasem jakiś chłopiec łapał go za tylne łapy i popychał tak przed sobą wokół podwórka. Pies buntował się i próbował ugryźć delikatnie natręta, ale zwykle się to nie udawało. Często zapadający mrok kończył takie zabawy lub jakieś wołanie dorosłych zapowiadało nadejście nocy i rychłe położenie się do łóżka, pod pierzynę nagrzaną przez mamę lub babcię przy piecu kaflowym.

Reklamy

MALOWANIE

Przez cały dzień malowałem. Lubię to bardzo i dzisiaj pierwszy raz od dawna użyłem temper. Do tej pory korzystałem z akryli, które trochę mi szkodziły. Te farby są galaretowate i potrzebują specjalnych mediów do rozpuszczania. Gdy korzysta się tylko z wody, trzeba radzić sobie z mazią i szybkim wysychaniem. Tempera schnie dłużej i daje niesamowity efekt suchości, zastygania, ale też daje się świetnie „rozwalać” walorowo. Na razie namalowałem częściowo jeden obraz i muszę stworzyć jeszcze kilka by mieć porównanie. Boję się, że nie uzyskam tej jaskrawości, jaką dawały akryle. Kolor w malarstwie jest dla mnie jedną z najistotniejszych spraw i chciałbym z czasem osiągnąć taki poziom, by tworzyć barwne odwzorowania tajemnej rzeczywistości, jakichś głębi, które czasami widzimy w snach lub marzeniach. Moje cykle malarskie orbitują wokół nieba i konfiguracji kul, czasem nawiązuję do wzornictwa indiańskiego, a czasem tworzę jakby własne wersje malowideł aborygeńskich. Chciałbym kiedyś móc przyozdobić swoimi płótnami cały dom, stworzyłbym wtedy najpierw projekt, a potem po kolei namalował wszystkie obrazy. Przy ogromie prac pisarskich, jakie mam w każdym miesiącu, malowanie daje mi chwilę wytchnienia, ale też generuje wyrzuty, że nie piszę. Lipiec jednak musi być lżejszy, musi dać mi trochę więcej oddechu, bo od pierwszych dni sierpnia podążę szybko do przodu – wszystko jest już przemyślane i przygotowane. A jutro znowu kolejny wyścig Formuły jeden i jedzie Robert Kubica. mam nadzieję, że utrze nosa temu zarozumiałemu Niemcowi, który nie może znieść tego, że młody chłopak tak wystrzelił w górę. Będzie zatem kończenie obrazu temperami i oglądanie Kubicy, ale też będzie sporo pracy przy komputerze, odpowiadania na listy, maile, przeglądania stron. Internet stał się częścią naszego życia i kiedy siada sieć, czuję się jak bez ręki.

DESZCZ…

Późna noc z niedzieli na poniedziałek. Pada rzęsisty deszcz i kałuże tworzą się na podwórzu. Wczoraj zginął w wypadku samochodowym Bronisław Geremek. Oglądałem w różnych telewizjach bloki wspomnieniowe i zdjęcia z miejsca karambolu. Doszczętnie rozbity srebrzysty Mercedes, z dachem odciętym przez strażaków. Nigdy nie spotkałem się z tym człowiekiem, ale przez wiele lat był częścią mojego świata, pojawiał się w telewizyjnych relacjach, podczas dyskusji, a wcześniej był ważną postacią Solidarności. Czytałem kiedyś jego książkę o średniowiecznym Paryżu i korzystałem kilka razy z jego przekładu esejów Fernanda Braudela pt. Historia i trwanie. Biorę je teraz z jednej z półek i otwieram stronę, chybił trafił – czytam ze zdumieniem: Historia bada świat żywych, historycy nie są jedynie po stronie martwych. I dalej: Z osobistego doświadczenia wiemy przecież, że wszelkie fakty naszego własnego życia wiążą się widocznymi pasmami z przeszłością zarówno naszą własną, jak i przeszłością naszego kraju. (Historia i badanie teraźniejszości, 345) W jaki sposób fakty życia prof. Geremka wiązały się z jego tragiczną śmiercią? Jakie pasma łączyły ją z historią naszego kraju? Zapewne znajdą się tacy, którzy je wskażą, zauważą, udokumentują – wszak historia, to też umiejętność interpretacji. Czasem miewam różne przeczucia, czasem podążam myślą ku jakimś zdarzeniom, ku jakimś ludziom, ale w tym przypadku niczego nie przeczuwałem i informacja o śmierci tego człowieka spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Właśnie… błyska się za oknem i przez uchylone okno wpada sporo świeżego, nasączonego ozonem powietrza. Lubię deszcz za oknem, uwielbiam pisać, gdy po szybach spływają krople i świat nabiera tajemniczości – jak w wierszu Leopolda Staffa…

KSIĘŻYC…

Już wieczór, granatowe chmury na północnej stronie nieba, a na zachodzie wyrazisty, złoty półksiężyc. Ostatnio spotkało mnie nieco przykrości, ale mówi się trudno i żyje się dalej. Osoba, którą polubiłem i której starałem się pomagać, nagle odwróciła się ode mnie. Trudno rozstrzygnąć co przeważyło, ambicje, zazdrosny mąż, który nie może ścierpieć tego, że żona się rozwija i bywa w towarzystwie innych ludzi, a może po prostu – wybór życiowy. Tak bywa, chociaż w przypadku tej osoby jest to absolutnie niezrozumiałe. Może chodzi o konkurencję innej kobiety, która wykazuje niezwykłą aktywność twórczą, może o wzajemne relacje między paniami, ale przecież walka jest wszędzie i stale musimy toczyć jakieś boje. O, księżyc wznosi się coraz wyżej i lśni złowieszczo, napływa gęsta ciemność i pojawiają się pierwsze gwiazdy… Życzę Ci  M. wielkich doznań i artystycznych wzruszeń, ale też trochę lękam się o Ciebie…

BOLEK I LOLEK

W telewizji TVN komiczna dyskusja na temat tego czy Wałęsa był agentem Bolkiem. Prof. Zybertowicz z UMK kontra Lityński i Siemiątkowski. I do tego jeszcze fatalnie przeprowadzony wywiad z byłym przywódcą Solidarności. Nie rozumiem dlaczego ten człowiek odpowiada na takie idiotyzmy? Dostał Nagrodę Nobla, jest jednym z najbardziej znanych Polaków w historii. Zamiast siedzieć cicho, obserwować, ewentualnie publikować jakieś książki, on wdaje się tandetne pyskówki z ludźmi, którzy chcą zbić jakiś kapitał polityczny. Jeśli nawet przez jakiś czas był uwikłany w gierki esbeków, to później odegrał centralną rolę we współczesnej historii Polski. Każdy, kto żył w PRL-u wie jak skomplikowane były sytuacje zetknięcia się z organami nacisku i inwigilacji. Doświadczyłem tego w 1986 roku, gdy przygotowano prowokację i wciągnięto mnie w nią – nieomal wtedy straciłem życie. Dzisiejsi krytycy Wałęsy podchodzą do tamtej rzeczywistości jak do czasów po komunizmie. Nawet dzisiaj stale mamy do czynienia z intrygami i oszustwami, czasem nawet groźniejszymi od tych z przeszłości. Proponuję by za agenta Bolka uznać bohatera słynnej kreskówki, a jego pomocnikiem niech będzie Lolek i jeszcze dodajmy TW Tolę. Albo ujawniamy wszystkich agentów, albo prowadzimy gierki, albo tworzymy ogólnie dostępny rejestr komputerowy, albo mnożymy coraz bardziej hermetyczne listy. Na razie to wszystko wygląda jak w tej kreskówce – tylko czarne charaktery i nieskazitelni chłopcy, tylko bieganina, świergot i idiotyczne śmiechy. A w sumie, żenujący poziom debaty publicznej…

Newer entries »

%d blogerów lubi to: