SKOK CZERWONEGO SMOKA (5)

Przed czytaniem wierszy w Librairie Avant-Garde

W wielkiej Librairie Avant-Garde czytamy wiersze i po spotkaniu dyskutujemy z publicznością, która nie może się nadziwić, że napisałem dziesiątki wierszy o Chinach i ludziach, których tu spotkałem. W drugim rzędzie siedzi dwudziestoletnia dziewczyna o niezwykłej urodzie i raz po raz zerkam na nią z przyjemnością. Jest nieco wyższa od większości Chinek ludu Han. Naród ten zamieszkuje głównie Chińską Republikę Ludową, gdzie stanowi około 92% ludności (reszta należy do oficjalnie wymienianych 55 mniejszości), a także Tajwan, gdzie również stanowi większą część populacji wyspy, prawie 20 milionów. Po lekturze wierszy podchodzę do kolejnych półek i stołów promocyjnych i przyglądam się pięknie wydanym książkom, a szczególnie interesują mnie tłumaczenia pisarzy europejskich i amerykańskich. Zaintrygowany chińską wersją powieści Williama Faulknera Sartoris z 1929 roku, nie zauważyłem, że stanęła przy mnie urodziwa dziewczyna z drugiego rzędu. Jej promienny uśmiech zaprasza mnie do rozmowy, więc pytam czy czytuje literaturę amerykańską lub europejską. Odpowiada nienaganną angielszczyzną, że jest zapaloną czytelniczką literatur światowych, ze szczególnym uwzględnieniem dzieł laureatów Nagrody Nobla. Kiwam głową ze zrozumieniem, bo zauważyłem już wcześniej, że Chińczycy mają wielkie nabożeństwo do tego szwedzkiego wyróżnienia. Okazuje się, że jej ulubionym pisarzem jest William Golding, o którym niegdyś sporo pisywałem, a niemal cały dorobek znam na wyrywki. Czarne oczy dziewczyny zaczynają płonąć jakimś dziwnym blaskiem, a do tego wszystko w niej jest takie świeże, piękne, młodzieńcze, apetyczne. Niestety rozmowa o Władcy much i Wieży nie trwa długo, bo czujna Zhao już staje przy nas i mówi, że musimy ruszać na obiad. Piękność z drugiego rzędu odsuwa się z lekko skrzywionymi ustami, a ja wzięty pod ramię, nie mam jak podać jej wizytówki. Wychodzimy na ulicę i raz jeszcze czuję magię tego miasta, z jego zamglonymi ulicami i niską zabudową, stopniowo wyburzaną i zastępowaną drapaczami chmur. Na ulicach nie ma tutaj takiego ruchu jak w Pekinie czy Szanghaju i wszędzie obecna jest aura spokoju, jakby Nankin nie otrząsnął się jeszcze z traumy japońskiej masakry z grudnia roku 1938 i stycznia roku następnego. Niby wszyscy podążają do swoich celów, niby mkną w dal skutery, motocykle, elektryczne rowery, niby pojawiają się szaro-niebieskie autobusy, ale wszystko nacechowane jest też dziwną łagodnością, ciszą, wystudiowanym lenistwem. Moje wrażenie znika, gdy zjeżdżamy ruchomymi schodami do metra i po chwili wciskamy się do białego wagonu podziemnej kolejki. Tutaj jakby wszystko wraca do normy, a gęsty tłum ludzi wpatruje się w telefony komórkowe lub rozmawia z kimś ściszonym głosem. Po kilkunastu minutach wychodzimy z podziemi i kierujemy się na obiad do stylowo urządzonej restauracji, imitującej świątynię buddyjską.

Z Librairie Avant-Garde wziąłem folder reklamowy zatytułowany dumnie Najning: A City of Literature. Teraz w przerwie pomiędzy kolejnymi daniami, popatruję na niego na bocznym, wolnym krześle i na początku zrażam się mottem z Mao Zedonga, pompatycznym i komicznym, porównującym miasto do smoka i tygrysa, w którego antycznej chwale łączą się żywioły ziemi i nieba. Przez ułamek sekundy pojawia się w mojej głowie myśl o Czesławie Miłoszu, który tłumaczył poezję tego typa i opublikował w „Twórczości”. Na szczęście na następnych stronach pojawiają się informacje i zdjęcia, które budzą moją ciekawość. Okazuje się, że Nankin ma pięćdziesiąt trzy uniwersytety i kolegia pedagogiczne, w których uczy się bagatela 800 000 studentów, a pośród nich 20 000 gości z osiemdziesięciu obcych krajów. W tak wielkiej strukturze odnajdziemy też około tysiąc bibliotek, spośród których największa jest Biblioteka Narodowa z dwunastoma milionami woluminów. Jak piszą twórcy katalogu, ambicją Nankinu jest zachowanie i odwzorowanie światowego dziedzictwa kulturowego, w którym akcentuje się dokonania Chin. Już w piątym wieku (438 r.), w czasach panowania cesarza Wena założono pierwszą instytucję edukacyjną, w której nauczano konfucjanizmu, taoizmu, historii i literatury. Trudno się zatem dziwić, że w Nankinie poeta Zhong Rong z piątego wieku, napisał pierwszą książkę teoretycznoliteracką, zatytułowaną Styl poetycki, a przecież z dumą wskazuje się jeszcze innych nankińskich poetów, teoretyków i prozaików: Xie Lingyuna, Xie Tiao, Liu Xie, Zhou Xingsiego, Xiao Tonga. Na sąsiedniej stronie umieszczono wizerunki słynnych poetów i poetek chińskich, którzy poświęcili swoje strofy miastu nad Jangcy. Czytam zatem fragmenty wierszy Li Baia, Du Mu, Li Yu i najsłynniejszej chińskiej poetki Li Qingzhao. Autorzy wskazują, że w czasach dynastii Ming (1368–1683) i Qing (1683–1911) Nankin stał się ważnym centrum kulturowym w Chinach, czego przypieczętowaniem było powstanie w mieście Encyklopedii Yongle w sześćdziesięciu tomach, zawierającej 370 milionów słów, określanej do dzisiaj jako największa encyklopedia w dziejach ludzkości. Na kolejnych stronach umieszczono nawiązania do dzieł słynnych współczesnych pisarzy chińskich: Zhu Ziqinga, Yu Pingbo, Lu Xuna i Ba Jina, a także amerykańskiej pisarki i laureatki Nagrody Nobla Pearl S. Buck. Znajdziemy tam też dział prezentujący 24 arcydzieła współczesnej sztuki edytorskiej – między innymi kompendium Materia medica Ge Honga, Sen czerwonej izby Cao Xueqini, Historia późnej dynastii Han Fan Ye, Historię kultury chińskiej Liu Yihui, Poezję dynastii Song Tanga Guizhanga. Dwie kolejne karty poświęcone zostały regionalnym pisarzom nankińskim, takim jak Gao Xiaosheng, Su Tong, Han Dong, Zhao Benfu, Lu Wenfu i lekko zezowaty Ye Zhaoyan, którego miałem okazję kilkakrotnie spotkać w Chinach. Liczne wydawnictwa w tym mieście publikują sporo klasyki chińskiej i światowej, a serie wydawnicze promują noblistów i laureatów innych wielkich nagród literackich: między innymi J.M. Coetzee’ego, V. S. Naipula, D. Lessing, J-M. G. Le Clézio. Ogromną rolę odgrywa tutaj też wymiana międzynarodowa i organizacja licznych imprez literackich i festiwali – Chiny to może ostatnie miejsce na ziemi, gdzie w księgarniach są tłumy, a spotkania z pisarzami przyciągają ogromne rzesze uczestników.

Obfitość chińskiego stołu

Obiad jemy w osobnym pokoju, przygotowanym specjalnie dla nas i raz jeszcze oddaję się przyjemnościom pochłaniania ogromnych ilości warzyw i owoców. Są też półmiski z rybami, ale pochodzą one ze zbiorników słodkowodnych i mają bardzo dużo ości. Zhao umiejętnie wydobywa skrawki mięsa spomiędzy nich, ale ja wolę specjalnie przygotowane grzyby mun, kiełki i gotowane na parze młode liście kapusty pak choi. Ilekroć wybieram się do Chin znajomi pytają mnie o różne obrzydlistwa żywieniowe, o których czytali w Internecie lub widzieli je podczas projekcji filmowych. Najwięcej wątpliwości budzą specjalnie preparowane kostki krwi, tłuste larwy owadów, koniki morskie i skorpiony pieczone na patykach w oleju, wędzone pisklaki i węże, nieodmiennie pojawia się też zawsze pytanie o mięso psów i kotów, o cuchnące stuletnie jaja, o zupy z żab, karaluchów i ślimaków morskich. Najczęściej dania te pojawiają się na specjalnych straganach, przy niewielkich restauracjach, gdzie przewalają się tłumy ludzi, a w luksusowych restauracjach raczej trudno je dostrzec w menu. Tutaj widzę tylko wieprzowe żołądki i ośmiornice w panierce, są też rozgwiazdy i śmierdzące tofu, które zdążyłem już polubić. Bezpiecznie jem tylko warzywa i najwięcej nakładam sobie talarków korzenia lotosu, który jest ważnym komponentem posiłków w krajach Dalekiego Wschodu. Przyglądam się poszczególnym okręgom, ścinanym z grubych bulw i liczę okrągłe otwory. W każdym jest co najmniej dziesięć takich kółeczek, którymi żywa roślina transportuje płyny na powierzchnię, do liści i przepięknych kwiatów. Korzeń smakuje dziwnie, jakby natura połączyła w jednym dziele kalarepę i brukiew, a do tego dodała nieco słodkości owocowych. Danie jest lekko mdłe więc dodaję do niego sporo papryczek chili, małych cebulek i młodych marchewek. Widzę, że moi towarzysze też pałaszują co się da i wszystko przetykają ryżem z sosem sojowym. Siedząca obok mnie Zhao co chwilę podrzuca mi też na talerzyk białe kawałeczki ryby, zachęca też bym jadł słynne chińskie bułeczki, przygotowywane na parze w piętowych pojemnikach z wikliny. Mam na nie ogromną ochotę, ale trochę boję się ich farszu, w którym mogą być zmielone owady, żaby lub bliżej nieokreślone podroby. Przyjaciółka zapewnia mnie, że w środku są tylko warzywa, ale nie dowierzam i dalej pałaszuję grzyby z lotosem. Po mojej prawej stronie siedzi Jalal, zarozumiały poeta z Maroka, który na wszystkich festiwalach czyta wiersz o Al Pacino i na końcu lektury obwieszcza, że jest równie jak on przystojny. Dalej siedzi profesor uniwersytetu w Nankinie Huang Fan, żywo opowiadający o mieście i ludziach, których można w nim spotkać, a także o dawnej literaturze chińskiej. Za nim siedzi nieustannie kłócąca się para przybyła z Paryża: poetka z Rumunii prowadząca w Internecie mały portal poetycki i jej facet, grubaśny i zarozumiały Denis. Przy nich usadowił się Mister Liu, jak każe się nazywać, niegdysiejszy dyplomata we francuskojęzycznych krajach afrykańskich, a obecnie zapewne tajny agent, strzygący uszami i starający się zapamiętać nasze wypowiedzi. Zhao będzie z nim współpracowała przy przekładach jeszcze przez rok, a potem pozna się na jego intrygach i podziękuje mu za towarzystwo.

Świątynia Jiming w Nankinie

Po obiedzie ruszamy metrem do kompleksu świątynnego w Nankinie z górującą nad nim strzelistą pagodą Jiming (雞鳴寺). Jego obiekty znajdują się na wzgórzu Jilong, tuż przy jeziorze Xuanwu, w samym centrum miasta, przy ośrodku olimpijskim. Budowę świątyni zainicjował cesarz Liang Wudi i pierwotnie nosiła ona nazwę Tongtai, ale niewiele się zachowało z tamtych czasów, bo trzęsienia ziemi i pożogi wojenne zrobiły swoje. Obecny kształt – z roku 1387 – Jiming zawdzięcza przedstawionemu już wyżej cesarzowi Hongwu, choć nie wiadomo ile oryginalnych detali odtworzono po wielkim pożarze w 1973 roku. Legenda głosi, że w jednej ze studni świątynnych, wraz z dwiema konkubinami, ukrywał się słynny generał Chen Shubao. Wchodzimy na dziedziniec i rozdzielamy się, więc zaczynam samotnie zwiedzać wąskie uliczki i kolejne budynki, w których widzę wiele figur bóstw i słynnych postaci z dziejów Chin. Patrzę na ludzi klęczących i bijących pokłony przed jakimś wąsatym demonem z wykrzywioną twarzą, odzianym w złote szaty i przyozdobionym wieńcami z kwiatów. Jak zwykle w takich momentach rodzi się we mnie refleksja o naturze wierzeń i przekonaniu ludzi, że jakiś wojskowy z dawnych czasów, cesarz lub postać fantastyczna dopomogą im w życiowych trudach. Niestety nie mogę wejść do czterdziestoczterometrowej pagody, która została zamknięta dla zwiedzających, rozkoszuję się jednak jej orientalnym widokiem i rozmyślam o drogach mojego życia, które przywiodły mnie do tego miejsca. W którymś momencie z oddali podchodzi do Mnie Zhao Si i zaprasza na kolejny poczęstunek w pięknej restauracji, tym razem ze znakomitym chińskim piwem, kawą i słodkim deserem. Siedzimy przy otwartych oknach i przyglądamy się szarościom w dali, jakiejś innej odległej pagodzie, elementom reklam centrum sportowego i wieżowcom wyrastającym z mglistych oparów. Widać też fragment murów miejskich i mostu, na którym zamontowano pięć ogromnych kół olimpijskich, a pośród niskich domów stoją wysokie, budowlane żurawie, zapowiadające zmianę rodzaju zabudowy. Patrzę w dal, roztapiam się w szarościach i dopada mnie nostalgia, może spowodowana zmianą pory dobowej, wszak w Polsce jest już głęboka noc. Wielokrotnie w takich chwilach myślałem o miliardach ludzi, którzy żyli w Chinach i umierali w każdym stuleciu i nic po nich nie pozostało, oprócz budynków, umocnień obronnych, dróg i mostów. Patrzę na dwie dziewczyny siedzące przy sąsiednim stoliku, żywo sobie o czymś opowiadające, popijające zieloną herbatę i jedzące pałeczkami nieco warzyw z krewetkami. Obie należą do grupy etnicznej Han – jedna jest dość pucułowata, przez co zatraciła charakterystyczne rysy, ale druga, ubrana w czarną jedwabną sukienkę prezentuje się pięknie i ma bardzo zmysłowe usta, jakby stworzone do całowania. Widzę, że obie panie zerkają na naszą grupę od czasu do czasu i wymieniają uwagi. Wreszcie ta urodziwsza z nich podchodzi do nas i pyta pana Liu czy mogłyby zrobić sobie z nami zdjęcie. Zastanowiło mnie to, że od razu skierowały się do tego milczącego Chińczyka, jakby nauczone doświadczeniem wielu lat, wiedziały, że to nasz tajny opiekun. Wstajemy od stołów i pozwalamy dziewczynom zrobić sobie z nami zdjęcia, a w ostatniej chwili dobiegają jeszcze dwie kelnerki w bordowych fartuszkach i stają po bokach grupy. Dzień powoli zbliża się do końca i opuszczamy kompleks świątynny by metrem wrócić do hotelu, w którym czeka na nas jeszcze jedna kolacja, tym razem znowu bardzo obfita, ze słynną wódką 1573 i chińskim winem w baryłkowatych, fajansowych baryłkach.   

Pagoda w centrum świątynnym

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: