MUZYKA POWAŻNA (1)

Ludwig van Beethoven

Muzyka poważna pojawiła się w moim życiu w latach młodzieńczych, gdy byłem uczniem V Liceum w Bydgoszczy. Szkoła znajdowała się na odległym osiedlu i zdarzało się, że wracałem do domu przez centrum miasta, gdzie zachodziłem do księgarń i do sklepu muzycznego przy ulicy Dworcowej. Potem tak samo postępowałem, gdy wracałem z wykładów i ćwiczeń w Wyższej Szkole Pedagogicznej, gdzie studiowałem polonistykę. Polowałem tam na płyty zespołów rockowych i bluesowych, których słuchała moja piękna dziewczyna, a sobie zacząłem kupować na próbę symfonie, utwory fortepianowe i koncerty. Dość szybko stałem się właścicielem czarnego krążka z nagraniem piątej symfonii Ludwika van Beethovena, dokonanym przez Państwową Orkiestrę Filharmonii Łódzkiej, pod dyrekcją Henryka Czyża. Był to longplay Polskich Nagrań w charakterystycznej serii z plakatowym odzwierciedleniem Beethovena ze zmierzwionymi włosami. Od razu zakochałem się w tej muzyce, która wspaniałe harmonizowała z moimi młodzieńczymi marzeniami o tym, by być kimś silnym, sprawnym, mądrym i wielkim. Wzniosłe tony Allegro con brio zaczęły rozbrzmiewać w moim małym pokoju, a na półce pojawiła się biografia kompozytora, pióra Georga Richarda Marka, którą przyniosłem z osiedlowej biblioteki. Czytałem ją z wypiekami na twarzy i słuchałem kolejnych utworów genialnego Wiedeńczyka, a z racji tego, że kupowało się wtedy w sklepach to, co nagle „rzucili”, moje poznawanie mistrza było dość chaotyczne. Słuchałem jego sonat wiolonczelowych, III koncertu fortepianowego i kolejnych symfonii, które zdały mi się skrajnie różne od dzieła bohaterskiego. Była to IV symfonia nagrana przez Paula Kletzkiego z Czeską Orkiestrą Filharmoniczną i sprzedawana w demoludach przez Supraphon. Drugą jakże inną w formie była VI symfonia którą z Filharmonią Narodową nagrał Stanisław Wisłocki, a Polskie Nagrania umieściły ją w tej samej serii z „rozczochranym” muzykiem na okładce. Z tych dwóch nabytków zdecydowanie wołałem symfonię pastoralną, a pojawiające się w Andante molto mosso imitacje głosów słowika, przepiórki i kukułki wprawiały mnie w zachwyt. Poczytałem o tym dziele w biografii Marka i zaakceptowałem jej ilustracyjność, zgłębianie uroków natury i życia wiejskiego, ale w prawdziwą ekscytację wprawiła mnie symfonia trzecia, nazywana heroiczną, opublikowana w znanej mi już polskiej serii, na którą zacząłem polować w sklepie muzycznym. Tak przyniosłem do domu czarny krążek nagrany przez Witolda Rowickiego z Filharmonią Narodową i zaczęło się obsesyjne słuchanie nowego dzieła. Od razu odrzuciłem informacje o inspiracji napoleońskiej i traktowałem je jako wspaniały hymn dla hipotetycznego wielkiego człowieka, mitycznego herosa, pradziejowego bohatera kulturowego. Ekspresja części pierwszej Allegro con brio, a także części trzeciej i czwartej, powodowała moje wielkie poruszenie i była wspaniałą ilustracją dla pisanych wierszy, opowiadań i pierwszych tekstów krytycznoliterackich. Z kolei część druga Marcia funebre w tajemny sposób konweniowała z licznymi smutkami, generowanymi przez moją zjawiskowo piękną dziewczynę, z chodzeniem po cmentarzach i zaszywaniem się w lasach. Słuchanie Beethovena tak się u mnie układało, że na samym końcu natknąłem się na IX symfonię, nagraną przez Franza Konwitschnego z orkiestrą i chórem radia w Lipsku i opublikowaną we wcześniej wspomnianej serii z kompozytorem na okładce. Dopiero dzisiaj, sprawdzając dane w Internecie, odkryłem informację, że dyrygent ten był niegdyś nazistą i chciał nawet uświetnić urodziny Hitlera wprowadzeniem na scenę Fidelia sztandarów i szturmowców SA. Zapewne mu to wybaczono, jak Karajanowi, bo dyrygował licznymi orkiestrami do 1962 roku, a ja nie miałem pojęcia o jego przeszłości i na wiele lat utrwaliłem sobie to wykonanie, jako wzorcowe. Często później słuchałem IX symfonii Beethovena, gdy stawała się tłem dla pisanych moich obszernych książek naukowych o żywiołach Mickiewicza, kosmogonii Słowackiego i gigantomachii Krasińskiego. Teraz też towarzyszy mi przy tworzeniu rozdziałów monografii o Norwidzie i Miłoszu, albo przy pisaniu nowych szkiców, esejów, kolejnych części powieści. Utwór ten ma w sobie boski element mobilizacyjny i często ustawiam go w ciągu trzech symfonii bohaterskich, a archiwum komputerowe pozwala mi dobierać interpretatorów i sławnych dyrygentów, od Artura Toscaniniego i Leonarda Bernsteina, poprzez Claudia Abbado, Carlosa Kleibera, aż do Herberta von Karajana i największych polskich mistrzów batuty. Dzisiaj, gdy minęło wiele lat od moich pierwszych fascynacji muzyką Beethovena, mogę śmiało powiedzieć, że znam dość dobrze jego dorobek, od niewielkich klejnotów fortepianowych (Dla Elizy), poprzez sonaty, kantaty, kanony, symfonie, uwertury, aż do utworów oratoryjnych, Mszy C-dur i Missy Solemnis. Moje archiwum plików mp3 to już kilkadziesiąt pozycji, gdyż od pewnego czasu przechowuję muzykę tylko w takiej formie – niegdyś gromadzone winyle trafiły do syna, a płyty kompaktowe czekają cierpliwie w piwnicznych pudłach na zamianę w pliki elektroniczne i na nowego właściciela. Obecnie nie wyobrażam sobie życia bez muzyki, zdecydowanie preferując kameralne, domowe odtworzenia, choć i wizyty w filharmoniach światowych i lokalnych też bywały dla mnie wielkim przeżyciem. Szczególnie zachwyciło mnie wykonanie piątej symfonii Beethovena w Chinach, podczas jednego z festiwali literackich, choć szczerze przyznam się, że najwięcej mojej uwagi przyciągały czarnookie, piękne skrzypaczki, flecistka wyglądająca jak cesarzowa z dynastii Ming i wiolonczelistka mająca w sobie coś z tajemniczej aktorki Lucy Liu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: