SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XVI)

Oddział Yasmena sunął powoli i wszyscy byli przekonani, że dowódca ma jakiś plan i wie co robi. Tymczasem w jego myślach kłębiły się obrazy, a niepewność co i rusz skłaniała go do zmiany kierunku, dłuższego postoju, albo nawet powrotu do cudownego sadu. Nagle nie wiadomo skąd napłynął błękit, który szybko przybrał odcień seledynowy, z niewielkimi żyłkami złota. Aniołowie odczuli dziwny niepokój, który spotęgował się, gdy zobaczyli zbliżający się ku nim owalny, złocisty kształt. Yasmen obserwował go z natężoną uwagą, próbując przeniknąć lśniącą osłonę i czując, że za nią jest jakiś byt. Jego pojawienie się zmieniło fizyczną strukturę otoczenia i oddział ze zdumieniem ujrzał, że na skrajach przestrzeni suną w dół ogromne galaktyki, barwne mgławice kosmicznego pyłu i wszędzie połyskują osobne gwiazdy, z obiegającymi je planetami. Na jednej z nich strzelały w górę gejzery gorącej pary, na innej bulgotała czerwona lawa, a na największej, chmury formowały się w wielkie, mgliste wiry. Kształt wyraźnie zwolnił, a potem zatrzymał się przy szpicy drużyny, oświetlając swoim blaskiem Yasmena i wyraźnie skanując wszystkich wokół. Nagle błyskawica rozświetliła przestwór i donośne gromy wybrzmiały nad nimi jak czteronutowy motyw pierwszej części ziemskiej symfonii głuchego kompozytora z Wiednia. Dziwna forma zaczęła rozmywać się w tle i zanikać, odsłaniając niebieskiego anioła, którego ciało pulsowało leciutko niczym puch na piersi grandali. Był zwiewny, ale też wszyscy odczuli, że jest w nim coś z subtelnej twardości howlitu i jego mocy wyznaczania życiowej drogi, wspierania entuzjazmu, potęgowania koncentracji i wspinania się na wyższy poziom poznania. Anioł zbliżył się do Yasmena, rozświetlając przestrzeń i wywołując żywą radość w grupie.

– Witajcie podróżnicy w niebieskich przestrzeniach ducha, prowadzeni przez jakże zacnego dowódcę… Archaniołowie prześwietlili wasze dusze i powłoki energetyczne i pozwolili wam wniknąć w nowe głębie – powiedział śpiewnym  i melodyjnym głosem.

Yasmen spróbował przeniknąć do ziemskich lat przybysza, ale nie mógł przedostać się przez sine obłoki, różowe opary i mlecznobiałe mgły. Tajemnicą była też jego niebieska funkcja i sposób w jaki się pojawił, jako żywo przypominający lot ziemskiej rakiety. Niebieski anioł  wyczuł to, spojrzał żywiej na dowódcę i szepnął do niego bezgłośnie:

– W swoim czasie dowiesz się kim byłem w tamtym świecie, ale na razie wesprzyj się na mnie, tak jak kapitan zawierza swój los pilotowi, wprowadzającemu jego statek do portu. Nie szukaj też mojego imienia, bo nikt go tutaj nie zna, a jeśli musisz jakoś mnie określić, myśl o mnie jak o przewodniku…

– Tak się stanie – szepnął Yasmen, ale nie mógł pozbyć się przeświadczenia, że za chwilę ujrzy przeszłość niebieskiego pilota. Choć czekał na dalsze polecenia, choć pociągały go niewypowiedziane słowa, podjął jeszcze jedną próbę i zdziwiony łatwością przeniknięcia, natychmiast przeniósł się ku dalekiej rzeczywistości. Wyczuł, że była to połowa siedemnastego wieku, a miasto bez wątpienia było Lipskiem. Młoda kobieta o imieniu Katarzyna urodziła właśnie chłopca, którego natychmiast pokazano dumnemu ojcu. Dziecię jakby od samego początku wkroczyło na drogę wiedzy, bo jego rodzic był profesorem uniwersytetu i zgromadził w domu sporą bibliotekę. Malec o imieniu Gottfried dorastał w szczęśliwym stadle rodzinnym, rozpieszczany przez mamę i przytulany często przez ojca. Niestety ta sielanka nie trwała długo, bo już po sześciu latach profesor pożegnał się z ziemskim światem i spoczął pod czarnym głazem na miejskim cmentarzu. Jego syn był brzydki, ale wykazywał niezwykłe talenty poznawcze i szybko zaczął przeglądać, a potem studiować księgi z półek ojca. W tym celu musiał nauczyć się łaciny, bo większość z nich powstała w języku, który odtąd miał stać się jego ważnym narzędziem. Matka robiła co mogła, by zapewnić mu godziwe warunki życia, zaoszczędziła pieniądze i już w wieku czternastu lat wstąpił na uniwersytet i zaczął studiować filozofię. Pociągała go też matematyka i prawo,  interesował się alchemią, historiografią, etymologią, lubił żywo komentować obrazy olejne i utwory muzyczne. Szybko piął się w hierarchii naukowej i już w 1666 roku z drżeniem serca odebrał z drukarni swoją pierwszą książkę. Po jednym z ważnych egzaminów namawiano go, by rozwinął karierę akademicką, ale on inaczej widział swoją przyszłość, dążąc ku niezależności i otwarciu na wszystko, co mogłoby go zaciekawić. Yasmen chłonął kolejne obrazy i zdał sobie sprawę z tego, że migawki oddzielają długie okresy życia Gottfrieda i kierują jego uwagę ku centralnym zdarzeniom. Kolejny przeskok spowodował, że dowódca oddziału zobaczył już dojrzałego mężczyznę, w kunsztownie ufryzowanej peruce, siedzącego przy intarsjowanym biurku i piszącego list do jakiegoś paryskiego polityka, będący rodzajem streszczenia jego filozofii: cały wszechświat stworzeń składa się wyłącznie z prostych substancji, albo monad i ich zbiorów. Te proste substancje są tym, co w nas samych i wyższych bytach racjonalnych określamy jako duchy, a w zwierzętach jako dusze… Prawda jest powszechniejsza, niż się to ludziom wydaje, jednak często występuje ona pod przebraniem albo bywa zakryta, czy wręcz osłabiona, okaleczona i przeinaczona poprzez różne dodatki, które ją zanieczyszczają albo czynią mniej użyteczną. Yasmen zauważył, że obrazy zaczęły się rozmywać, a na twarzy niebieskiego anioła pojawił się lekki uśmiech. Jeszcze zobaczył zapomniany grób w kościele św. Jana w Hanowerze, a potem robotników porządkujących miejsce pochówku i wznoszących na placu pyszny pomnik z brązu. Jeszcze ujrzał złocistą maszynę liczącą i napis na kamieniu, informujący gdzie złożono kości, które po nim pozostały.

Yasmen spojrzał ciekawie na niebieskiego przewodnika, uznając bez cienia wątpliwości, że był on w poprzednim życiu filozofem, ale nagły rozbłysk przeniósł go do Brabancji i ujrzał młodego malarza mieszającego w niewielkim spodeczku ultramarynę z bielą. Coś mu nie wyszło, bo podszedł do kominka i chlusnął w ogień zawartość naczynka, a potem skierował się do stołu i zaczął przygotowywać nową farbę. Przy bocznej ścianie, na wielkiej podporze stał duży obraz przedstawiający zdjęcie Jezusa z krzyża. Tylko na łokciu słaniającej się z bólu Maryi brakowało trochę barwy i malarz po dokładnym wymieszaniu składników zaczął ją nakładać pędzlem na deskę. Robił to powoli i delikatnie, jakby muskał dłonią pukle włosów kochanki, odchodził na kilka kroków i mierzył wzrokiem efekt swoich działań, po czym wracał i coś poprawiał. Obraz miał dziwny kształt z dodatkowym prostokątem wysuniętym ku górze, tak by zmieścił się na nim cały Pański krzyż. Rogier był pewien, że Wielka Gildia Kuszników będzie zadowolona, ale dla pewności umieścił w górnych rogach dzieła stylizowane maswerki w formie kusz, z cierniami w tle. Po nałożeniu niebieskiej farby na rękę matki Mesjasza i dodatkowym zaznaczeniu światłocieni na szatach, odłożył pędzel, stanął w szerokim rozkroku i z dumą patrzył na swoje dzieło. Odwzorował na nim postaci nieomal tego samego wzrostu, co realni ludzie, dodatkowo przydając im grozy i dramaturgii. Józef z Arymatei przytrzymuje martwe ciało Pana, a Maryja pada na ziemię powalona potwornością tego zdarzenia i niemal słychać szloch innych kobiet. Maria Magdalena załamała rozpaczliwie ręce, a św. Jan Ewangelista zagłębił się w czarnym smutku i chłonął bolesne chwile, by je potem właściwie odwzorować na papirusie. Yasmen natychmiast przypomniał sobie słowa z czwartej Ewangelii: Potem Józef z Arymatei, który był uczniem Jezusa, lecz krył się z tym z obawy przed Żydami, poprosił Piłata, aby mógł zabrać ciało Jezusa. a Piłat zezwolił. Poszedł więc i zabrał Jego ciało. Przybył również i Nikodem, ten, który po raz pierwszy przyszedł do Jezusa nocą, i przyniósł około stu funtów mieszaniny mirry i aloesu. Zabrali więc ciało Jezusa i owinęli je w płótna razem z wonnościami, stosownie do żydowskiego sposobu grzebania. A w miejscu, gdzie Go ukrzyżowano, był ogród, w ogrodzie zaś nowy grób, w którym jeszcze nie złożono nikogo. Tam to więc, ze względu na żydowski dzień Przygotowania, złożono Jezusa, bo grób znajdował się w pobliżu.[1] Rogier zawierzył Janowi i umieścił na głównej tablicy także Nikodema, nie mógł też pominąć Maryi, chociaż żadna z Ewangelii nie mówi o jej obecności podczas zdjęcia ciała Jezusa z krzyża. Obrazy znowu mignęły w świadomości Yasmena i zobaczył teraz dwóch uczniów, którzy zakradli się do pracowni mistrza i z lichtarzami świec uniesionymi ku górze, przyglądali się dziełu.

– Przerażający jest ten nowy obraz naszego dobroczyńcy – powiedział wyższy z nich – wszystko w nim takie prawdziwe…

– Mnie się nie podoba, bo Chrystus wygląda na nim jak zwiędły liść, a pozostałe osoby przypominają ludzi, których spotykam na ulicach Brukseli…– komentował drugi, niższy i nieco przysadzisty.

– Może o to chodziło panu mistrzowi… – zaperzył się pierwszy z nich.

Yasmen zauważył, że młodzieńcy zaczęli zmieniać się w mężczyzn w słusznym wieku, ubranych niezwykle wykwintnie. Teraz ich dystyngowana rozmowa była pochwałą obrazu:

 – O panie… o miłościwy władco… wiele widziałem dzieł w zamkach i muzeach, ale to jest zapewne najlepszy obraz w rezydencji królowej Marii – powiedział dworzanin – Powiem więcej… może to jest najlepszy obraz na świecie… żaden nie dorównuje mu w prawdzie wobec natury i pobożności…

Towarzyszący mężczyźnie bogato odziany i obwieszony biżuterią młodzian podszedł bliżej do tablic i kiwając potakująco głową rzekł:

 – Masz rację Vicente… to arcydzieło… Musimy je zdobyć, bo jego miejsce jest w naszej katolickiej Hiszpanii…

 – Jeśli książę Filip zwiąże swoje imię z tym przedstawieniem zyska wielką sławę w Europie… – perorował dworzanin – A jeśli jako król ofiaruje go jakiemuś klasztorowi, zyska obietnicę szczęścia w wieczności…

Yasmen jeszcze zobaczył jak dzieło mistrza Rogiera podąża na wielkim wozie w stronę zachodzącego słońca i wszystko raz jeszcze się rozmyło. Niebieski anioł spojrzał na niego wymownie, uśmiechnął się szerzej i pokiwał znacząco głową, jakby chciał potwierdzić, że ostatni wizja była właściwa. Ale niemal w tej samej chwili w myślach dowódcy pojawiła się inna postać, młodego mężczyzny w białej peruce, zasiadającego do klawesynu i grającego delikatną melodię w obliczu polskiej królowej Marii Kazimiery i jej licznych dzieci. Ten obraz był jak błysk flesza, bo natychmiast zmieniła się przestrzeń, a muzyk grał teraz dla dworzan króla Portugalii. Wiele osób rytmicznie poruszało stopami i dłońmi, a sam władca zdawał się śledzić w przestrzeni niewidoczne dla innych nuty. I ten obraz szybko zgasł, a w jego miejsce pojawił się wielki zamek  w Madrycie, widoczny najpierw z zewnątrz, a potem otwierający się jak pudełko czekoladek. W wielkiej złoconej sali, pełnej dworzan w wykwintnych strojach, siedzących rzeźbionych krzesłach, w obliczu władcy na tronie i jego rodziny, grała niewielka orkiestra, a przy klawesynie siedział ten sam, wysoki mężczyzna. Yasmen wpatrzył się w jego postać i zobaczył szczęśliwy dom w Neapolu, matkę podsuwającą mu smakowite kąski i ojca zasiadającego z nim do klawesynu i uczącego go jak na nim grać. Były też wspólne wyprawy nad morze, na stoki Wezuwiusza i na wieś, a wszędzie rozbrzmiewała radosna muzyka. Malec, a potem młodzieniec wsłuchiwał się w nią bez ustanku, a jego rodzic objaśniał jakich instrumentów używali muzycy, by wydobyć fascynujące dźwięki.

–  Tak Domenico, skrzypce płaczą najrzewniej… – mówił głaskając syna po głowie – ale klawesyn przydaje im tła i wzmacnia dźwięki…

– Alessandro nie zamęczaj go tymi opowieściami… – odezwała się piękna kobieta, odziana w gustownie dobrane szaty – Sam zdecyduje, co będzie robić w życiu…

– Ależ kochana Antonio, wszyscy w naszej rodzinie są muzykami i wierzę, że nasz syn tak samo zarobi na chleb…– odpowiedział ojciec. Dźwięki klawesynu zaczęły cichnąć, w myślach Yasmena klarowny obraz stracił swoją wyrazistość i znowu bystre oczy niebieskiego anioła wyraziły coś na kształt rozbawienia. Dowódca nie próbował więcej przeniknąć przeszłości pilota, jeszcze tylko mignęła mu w myślach ogromna równina i wielkie miasto otoczone murem, jeszcze ujrzał rycerza dumnie siedzącego na koniu i dającego oddziałom znak by ruszały do boju, aż jego świadomość ogarnęła nieprzenikliwa ciemność. Gdy wrócił ku niebieskiej rzeczywistości, zauważył, że jego oddział podążał do przodu za przewodnikiem, mijając wielkie filary, barwne stalaktyty i wyraźnie kierując się w stronę monstrualnej płaskiej skały, na środku której, w złotym kole, stał biały ołtarz, a przy nim lądowały inne oddziały anielskie.   

[1] J 19, 38–42

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: