BROMBERG (25)

Było ciepłe, wrześniowe popołudnie i SS-Sturmbannführer Franz Neumann szedł sprężystym krokiem chodnikiem Adolf Hitler Strasse. Ubrany w czarny, galowy mundur, uważnie przyglądał się wysokim kamienicom, przyozdobionym secesyjnymi elementami i ludziom, których mijał. Miał wrażenie, że byli to przede wszystkim Niemcy, na co wskazywały ich aryjskie rysy i eleganckie stroje. Mężczyźni podążali w dal w dobrze skrojonych garniturach, a kobiety w gustownych pelisach, z dopiętymi kołnierzami ze srebrnych lub rudych lisów. Rzadko tylko zauważał Polaków ubranych w robocze stroje, sprzedawców i robotników, odzianych  w brudne, szare fartuchy. Co jakiś czas salutował przechodzącym patrolom, a przy dawnej willi Blumwego zatrzymał się na chwilę, podszedł do wartownika i upewnił się, że jej nowy gospodarz wyjechał już z budynku. Gdy uzyskał potwierdzenie, ruszył dalej szybszym krokiem i po kilku minutach był przy kamienicy oznaczonej numerem 84. Szybko zorientował się, że wejście do niej znajduje się od strony Stein Strasse, a wkraczając na nią spostrzegł, że dwoje robotników przykręca do ogrodzenia tabliczkę z niemieckim patronem, a na ziemi leży zdjęty element na którym z trudem odczytał polskie nazwisko: Zamoyskiego. Uśmiechnął się do siebie i żwawym krokiem skierował do malowniczego budynku, który od razu go zaciekawił, przywołując w pamięci podobne domy w Niemczech. Wszedł do środka i zameldował się wartownikowi, siedzącemu przy biurku, a ten wskazał mu drogę do dużej sali balowej, zaadaptowanej na kantynę wojskową. Zanim gość ruszył do przodu, rozejrzał się po przestronnej klatce schodowej, zajmującej przestrzeń dwóch kondygnacji. Masywna, bogato zdobiona dębowa balustrada chroniła przed upadkiem osoby wspinające się na piętra, a przy każdych drzwiach zamontowano eklektyczną boazerię i szerokie futryny. Najciekawsze były jednak witraże w oknach, powodujące, że we wnętrzu pojawiały się różne barwy, szczególnie dobrze widoczne na sztukateriach sufitowych i ściennych. Na jednym z witraży widać było kobietą i mężczyznę, a na pozostałych umieszczono elementy geometryczne, układające się w modernistyczne wzory. Neumann wkroczył do wskazanej sali i od razu zauważył przy dwóch połączonych stolikach Williego i jego szefa. Wszystko tutaj było jeszcze w trakcie modernizacji i gościa nie zdziwiły brudne ściany i zaniedbana podłoga, choć prawdę powiedziawszy, po zapoznaniu się z wnętrzami Danzinger Hof, spodziewał się zobaczyć coś innego. Stając przy połączonych stolikach obu oficerów, stuknął oficerkami i wyciągnął prawą rękę ku górze, w geście rzymskiego salutu członków Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników.

– Heil Hitler, melduje się SS-Sturmbannführer Franz Neumann, witam pana SS-Standartenführera i pana adiutanta, którego poznałem już wczoraj na lotnisku…

Willi wstał służbiście i pozdrowił gościa wysunięciem ramienia ku górze, ale łysy jak kolano Ludolf Alvensleben siedział wciąż rozparty na swoim miejscu i tylko lekko machnął dłonią jakby od razu chciał zaznaczyć niewielką rangę przybyłego oficera, po czym powiedział:

– Witamy SS-Sturmbannführera w Brombergu i postaramy się umilić panu tutaj pobyt… Na początek proponuję po sznapsie mojego ulubionego alkoholu, a na kolację zaordynowałem przygotowanie golonki w piwie, ma się rozumieć niemieckim…Proszę siadać i powiedzieć czego pan od nas oczekuje…?

Neumann zajął wolne krzesło, rozejrzał się jeszcze raz po sali, a gdy kelner przyniósł tacę z kieliszkami i z półlitrową butelką Jagermeistra, bez pośpiechu wyjął z bocznej kieszeni munduru papierośnicę, a z drugiej wydobył szklaną cygarniczkę. Dopiero, gdy umieścił w niej papierosa i zapalił go, korzystając z zapalniczki podsuniętej przez Williego, odezwał się przymilnie z dziwnym uśmiechem:

–  Jak to dobrze być w starym pruskim mieście, wracającym do Rzeszy dzięki cudownym talentom strategicznym naszego führera… A jeszcze do tego nasze spotkanie w takim ciekawym miejscu… Moje oczekiwania są bardzo skromne…

Alvensleben skinął na Williego i gdy ten napełnił kieliszki ziołowym likierem, uniósł jeden z nich, uśmiechnął się lekko, wypił i powiedział:

– Za naszego gościa i za sprawę, w imię której tutaj jesteśmy…

– Za zwycięstwo i nową przestrzeń życiową naszego wspaniałego narodu, którego korzenie sięgają tak głęboko w przeszłość – wzniośle potwierdził  przybyły oficer i także pochłonął w mig zawartość kieliszka.

– Miejsce rzeczywiście jest ciekawe i gdy tylko zapoznałem się z jego historią, zarządziłem stworzenie tutaj naszego domu żołnierskiego – odrzekł   standartenführer.

– Rozumiem, że jesteśmy w niemieckim budynku, spotykałem podobną architekturę w okolicach Drezna i Norymbergii…– ciągnął dialog Neumann.

– Tak, ma pan rację – potwierdził dowódca Selbstschutzu i wyraźnie się ożywiając zaczął referować dzieje domu – Ta otoczona ogrodem willa została zbudowana w ciągu dwóch lat według projektu Karla Bergnera dla właściciela Ostdeutsche Kork-Fabrik Carla Grosse. Budowę ukończono w 1899 roku i różne były jej dzieje, o czym dowiedziałem się od nowych właścicieli, goszcząc u moich krewnych, w ich posiadłości w Ostromecku. Te mury przesiąkły niemieckim duchem, bo posiadłość znalazła się w rękach kupca Alfreda Kolwitza i przedsiębiorcy budowlanego Eugena Krügera. Latem 1918 roku dom kupił hurtownik drewna Otto Schmitt i gruntownie go przebudował, sprowadzając z Berlina witraże zaprojektowane przez Augusta  Ungera. To dzięki temu właścicielowi willa otrzymała bogate sztukaterie i stolarkę drzwiową z supraportami, szafami, półkolumnami i boazeriami. Schmitt długo nie cieszył się posiadłością, bo już w 1920 roku stała się ona własnością kupca Erwina Wodtke, który nie wyczuł jakie mogą być skutki zawirowań po haniebnym traktacie wersalskim i po wejściu polskiej hordy do Brombergu. Dom sprzedał ze sporą stratą jakiemuś Polaczkowi, bodaj producentowi pudeł i papieru toaletowego. Tutejsi podludzie zaczęli niszczyć malowidła i rozkradać elementy wystroju, aż doprowadzili dom do takiej ruiny, w jakiej jest teraz.

– To straszne… odezwał się Neumann – na szczęście wróciliśmy tutaj i doprowadzimy tę posiadłość do dawnej świetności… Inne także…

– Zadbamy o to… wiedziałem to już wtedy, gdy z Willim organizowaliśmy naszą dywersję na Pomorzu… Często wtedy bywaliśmy w Brombergu i stworzyliśmy katalog posiadłości, które mogłyby nam się przydać po odbiciu miasta z rąk tych ohydnych podludzi… Sobie przeznaczyłem dom przy skwerku Bismarcka i tam teraz stacjonuję.

Willi pokiwał głową, potwierdzając słowa przełożonego i poczuł zapach smakowitej golonki, którą kelner właśnie wniósł na owalnych talerzach, stawiając przy niej salaterki z musztardą i koszyki z pieczywem.

–  Nasz wódz jest genialnym strategiem, ale jego najbliżsi współpracownicy to także ludzie wielkich horyzontów… powiedział standartenführer.

– Wspiera go przede wszystkim reichsmarschall Göring i reichsführer Himmler… – odezwał się Willi.

– Pan standartenführer wie o tym najlepiej, bo przecież jako adiutant reichsführera… – zwrócił się do dowódcy z uśmiechem Neumann – … mógł pan obserwować ich zażyłość.

Niech pan nie przesadza – obruszył się Alvensleben – Tak wielcy ludzie jak Adolf Hitler nie pozwalają sobie na poufałość. Może ze dwa razy słyszałem jak zwrócił się po imieniu do mojego szefa, ale nigdy nie zagadnął tak do Göringa…

Ostatnie słowa łysy oficer wypowiedział niemal syczącym tonem, w którym znać było cynizm i pewność siebie. Po ich wybrzmieniu zapadła znacząca cisza i mężczyźni wzięli się za pałaszowanie golonek. Willi wybierał tylko chude mięso, a jego towarzysze przy stoliku odcinali skórę z tłuszczem, zanurzali ją w musztardzie i szybko połykali. Dopiero, gdy uporali się z wierzchnią warstwą, zaczęli jeść chude wnętrze, uważnie oddzielając je od kości. W pewnym momencie Willi poczuł, że kolano Neumanna lekko dotknęło jego uda, ale nie odsunęło się natychmiast. Postanowił to wytrzymać i ze zdumieniem stwierdził, że pozostało ono w takiej pozycji.

– Może wydałem się panom zbyt oficjalny, ale to nawyk zawodowy, przyleciałem wszak tutaj z ramienia reichsführera, by przeprowadzić śledztwo…

– Śledztwo zostało już zakończone – raz jeszcze cynicznie syknął dowódca – Raczej zlecono panu sprawdzenie, czy przebiegło właściwie…

– To właśnie miałem na myśli… – proszę mi wybaczyć tę niezręczność w wypowiedzi… Wiem, że tylko pan standartenführer może mi w tym pomóc…

Słowa te rozluźniły nieco sytuację, co Neumann natychmiast wyczuł i postanowił skierować rozmowę na inne tory. Poruszył się na krześle i odsunął kolano od uda Williego, a potem powiedział:

– Jako doświadczeni członkowie NSDAP musieliśmy wiele razy ocierać się o siebie w Berlinie… Wczoraj ustaliliśmy z panem untersturmführerem, że spotkaliśmy się na obronie doktoratu Wernhera von Brauna… mam też wrażenie, że spotkałem gdzieś pana standartenführera… o tak, już wiem… to było podczas mszy za Piłsudskiego, w której uczestniczył nasz führer…kiedy to było…?

– 18 maja 1935 roku w katedrze św. Jadwigi w Berlinie – pośpieszył z pomocą Willi – Zapamiętałem dobrze tę datę, bo też tam byłem z moim ojcem…

– A ja redagowałem telegram führera do rządu polskiego i żony Piłsudskiego… – wreszcie odezwał się sympatyczniej Alvensleben – Nasz wódz cenił ich marszałka i gdyby on dalej żył, pewnie nie doszłoby do wojny. Zamiast układu z Rosją zawarlibyśmy pakt z Polską i razem poszlibyśmy na wschód… Niestety takie błazny jak Mościcki, Rydz-Śmigły i Beck popsuli wszystko i geniusz najwybitniejszego Niemca naszych czasów wybrał inne rozwiązanie…

– Przed wylotem z Berlina słyszałem od jednego z oficerów Abwehry, że po zdobyciu Krakowa generał Werner Kienitz udał się na Wawel i złożył wieniec u grobu tego ich  marszałka, zaś przed kryptą wystawiono naszą wartę honorową.

– Tak, nie ulega wątpliwości, że nas wódz go cenił… – powiedział szef Selbschutzu – zawieszając na chwilę widelec z kęsem mięsa przy ustach – Ale nie będziemy przecież wychwalać polskiego marszałka, który nie wiadomo jak by się zachował w obliczu naszego powrotu do ojczyzny… Byliśmy tutaj od wielu, wielu lat, o czym świadczą choćby nagrobki na pobliskim cmentarzu ewangelickim przy Hermann-Göring Strasse… a wcześniej Wilhelm Strasse…

– Słyszałem, że pochowano na nim znamienite postaci naszego życia naukowego, artystycznego i politycznego… – podchwycił temat Neumann – Jako protestanta szczególnie ciekawi mnie postać  Theodora Gottlieba von Hippela…

– A zatem jutro mój adiutant zabierze pana na ten cmentarz, pokaże groby, a potem zapraszam do mnie do domu, to ledwie dwie ulice dalej.

– Niestety panie standartenführer, jutro mam wizję lokalną w mieszkaniu pani Herthy Kiebitz, ale może pan Willi będzie tak miły i zawiezie mnie na tę nekropolię pojutrze. Będę mógł też zdać panom relację z oględzin domu tej nieszczęsnej sekretarki.

– Pojutrze ja mam inne plany, jednak po południu będę na raucie u moich krewnych w Ostromecku. Zapraszam zatem tam i pana, po tym jak untersturmführer pokaże panu cmentarz, Ostromecko jest tuż za mostem na Wiśle, doprawdy niedaleko…

– Dziękuję za zaproszenie, skorzystam z niego z radością… – powiedział z uśmiechem Neumann wydobywając niedopałek z cygarniczki  i kładąc ją przy pustym talerzu.

– Zatem ustalone… – tonem nie znoszącym sprzeciwu powiedział Alvensleben, a gestem prawej dłoni nakazał dopicie ostatnich kieliszków Jagermeistra. Gdy cała trójka to zrobiła, energicznie wstał od stołu i skierował się do wyjścia. Za nim ruszył Willi i gość z Berlina, który po uściśnięciu dłoni dowódcy i jego adiutanta, powiedział, że ruszy do hotelu piechotą. Nagle też żachnął się i powiedział:

– Ale ze mnie osioł… zapomniałem wziąć ze stołu cygarniczkę… Cofnę się po nią, bo nie mogę inaczej palić papierosów. Do zobaczenia niebawem…

Ledwie Neumann zniknął za framugą drzwi, gdy dowódca nachylił się do ucha Williego i szepnął:

– Nie jest on takim kretynem za jakiego chciałby uchodzić…Uważaj na niego chłopcze… i nie wchodź w zbyt bliską komitywę, bo moi szpiedzy z Berlina donieśli mi, że to kamuflujący się schwuchtel…

– To dlatego jego kolano dwa razy zbliżyło się pod stołem do mojego uda… – szepnął ze śmiechem adiutant i obaj panowie w dobrym humorze opuścili kantynę.

Franz Neumann dotarł do stolika, przy którym już krzątał się kelner i skrzywił się na widok trzech kieliszków znajdujących się na jego tacy. Natychmiast jednak wpadł na pomysł co ma zrobić.

– Cofnąłem się po moją cygarniczkę… – wytłumaczył się przed zdziwionym pracownikiem –  A może też użyczy mi pan tych kieliszków, bo dzisiaj jeszcze mam spotkać się z kimś w hotelu, a nie mam szkła…Oddam je jak kupię sobie jutro nowe…

– O nie musi pan sturmbannführer oddawać… zaraz przyniosę czyste…i jakiś papier do zabezpieczenia – odparł kelner.

– Nie przesadzajmy przyjacielu… rzekł Neumann, wyciągnął z kieszeni chusteczkę i sięgnął po kieliszki na tacy… Chusteczka je zabezpieczy… A tak w ogóle to jak masz na imię…? Ładny z ciebie chłopak…Masz takie klasyczne aryjskie rysy… Kelner spojrzał z przestrachem na oficera, burknął coś pod nosem i natychmiast oddalił się ku zapleczu dużej sali. Franz założył czapkę na głowę, odczekał jeszcze chwilę przy wyjściu, a gdy upewnił się, że samochód dowódcy Selbschutzu odjeżdża, wyszedł na ulicę, rozkoszując się czystym powietrzem, w którym tylko lekko czuć było dym z kominów pobliskich kamienic.  

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: