MIT – PRZEŚWIT – EKSTAZA

Jacek Strzelecki – Antygona

Sztuka Jacka Strzeleckiego rodzi się z najwyższych ambicji artystycznych, w których naczelnymi kierunkami eksploracji są filozofia, mit i antropologia. Artysta tworzy niezwykłe monumentalizacje, mające walor rzeźbiarski i jakże odkrywcze malarsko, czy rysowniczo, pełne zaskakujących rozwiązań formalnych i treściowych. To są ważkie próby dopowiedzenia nowych sensów do ludzkich kształtów i wymiarów, wskazania kontekstów istnienia, pełnego bólu i tylko na chwilę wydostającego się z mroku, z ciemnych, walorowo rozmytych teł. Ukazując ludzkie ciało, stylizowane na wzór rzeźb greckich i rzymskich, artysta tworzy apoteozę siły i walki o kształt, ale jednocześnie ukazuje kruchość bytu, chwilowość egzystencji, temporalność wszelkich rosnących i rozpadających się struktur. Ta osobowa gigantomachia została swoiście upozowana, co podkreślają laserunki szat, najczęściej rozmywających się w błękitach, ale czasem jaskrawych, jak u wielkich malarzy schyłku średniowiecza i początków renesansu. Tak poszczególne dzieła układają się w ciąg refleksowych odsłon ciała, pojawiającego się nagle w przestrzeni, dochodzącego w sile i tężyźnie do stadium finalnego, a potem powoli, bezpowrotnie osuwającego się w nicość i proch. To jest antropologia ściśle ukierunkowana, wskazująca ruch w czasie, przesuwanie się ku celom nieuchronnym, a zarazem sztuka ocalająca, odzwierciedlająca to, co się wydarzyło i znalazło swój kształt w nieustannie deformującej się rzeczywistości. Dlatego uwznioślenie sąsiaduje tutaj z rozpaczą, a kalectwo z uskrzydleniem, moment uspokojenia ze stale toczącą się wojną – to jest bolesne dokumentowanie chwili, nieuchronnie tonącej w wieczności, znajdującej swoją integralną cząstkę w czymś, co jest nie do ogarnięcia myślą, w kształtowaniu się świata podczas pierwszych kosmogonii. Ta sztuka rodzi się z głębokiego namysłu nad człowiekiem, ale nie mogłaby zaistnieć, gdyby autor nie miał rozległej wiedzy filozoficznej i historyczno-artystycznej, gdyby głęboko nie przeżył rzeczywistości w jej kontrapunktowych odsłonach – od bólu do ekstazy, od rany do uzdrowienia.       

Jacek Strzelecki – Centaur

Strzelecki przypomina, że po odrzuceniu szat jesteśmy nadzy i stajemy się w mniejszym lub większym stopniu antycznymi rzeźbami herosów, bogiń i muskularnie ukształtowanych wojowników. Przynajmniej takie ludzkie kształty są w nas potencjalne, tak nas widziała sztuka od wieków, we wszelkich jej realizacjach i odmianach, za każdym razem dopowiadając coś istotnego dla zrozumienia fenomenu ludzkości. Tutaj ciało wyłania się z materii, przypominającej rysunek żył marmuru, powierzchnię nadpalonego drewna, albo rozmycie energetycznych struktur galaktyki. Tak artysta miesza żywioły i kruchość ustawia w opozycji do twardości, ciężar po przeciwległej stronie lekkości, płynność walorów naprzeciw zastygnięcia barw podstawowych. Ciało jest fenomenem samo w sobie, a jego kształt nie zmienił się od wieków, będąc natchnieniem dla malarzy i poetów, stając się obiektem żarliwej miłości kochanków, albo mrocznym marzeniem morderców. Pełniąc swoje użyteczne funkcje, nie przestało zachwycać formą rozbudowanej muskulatury, ale też i przerażać w odmianach rozpasanych, z monstrualnymi nawisami tłuszczowymi lub na fotografiach stosów wychudzonych trupów z obozów zagłady. Widać, że przedstawienia artysty powstawały w wielkim zapamiętaniu, w efektywnym natężeniu energii twórczych, co podkreślać mają stróżki farby, pozostawione celowo na płótnach czy papierze, stające się wizualnym znakiem głębi tego, co znalazło się poza nimi. Podobną rolę pełnią jaskrawe barwy szat, jakby udrapowanych od niechcenia, jakby tworzących chwilową przestrzeń opozycyjną. Centrum jest ciało w jego gigantycznym wymiarze, nośnik erotyzmu i piękna, prawzór kształtów idealnych, zastygających w rzeźbie, między ramami obrazu, na przedstawieniu papierowym. Samo w sobie będące kosmosem, składające się z rurek i błonek, a jednocześnie otwierające się na wszechświat, którego jest integralnym tworem.             

Warto też wskazać w tym dorobku dzieła, w których pojawia się nieomal metafizyczny ból, przerażające zdruzgotanie organizmu, natychmiast przeistaczającego się w martwą materię. To śmierć za życia i zapowiedź ostatecznego rozpadu, to przypomnienie, że jesteśmy organiczni, ożywiani tylko tlenem, transportowanym w żyłach przez żelazo i żyjemy dzięki nieustannie dostarczanym dawkom cukru, minerałów, wody. Fizyczność naszego świata jest jednak taką samą ułudą jak jego duchowość, bo przecież wszystko jest energią i nawet twardość diamentu czy gładkość kamienia dadzą się na nią zamienić. Wielką zaletą przedstawień Strzeleckiego jest pojawienie się tej energii nieomal w wizualnym wymiarze, tętniącej w każdej cząstce dzieła, w dokładnie rozpracowanych elementach teł, w konstrukcji ciał, w barwie i fakturze. Filozofia człowieka sąsiaduje tutaj z liryką istnienia, a metamorfoza kształtów prowadzi do rozmyślań ontologicznych, nieuchronności naszego losu i zatopienia w przestrzeni euklidesowej i jej wariantach unitarnych. Człowiek nigdy nie przeistoczy się w najdoskonalszy kształt kuli, nigdy nie przybierze kształtów krystalicznych, nie przeobrazi się w bryłę monolityczną – wciąż bytować będzie pomiędzy komórkową martwotą a myślowym ożywieniem, stale będzie musiał dbać o podtrzymanie ogników życia, bo dookolna śmierć nie zmarnuje szansy i natychmiast obwieści światu swoje zwycięstwo. Cielesność jest wielką tragedią ludzkiego rodu, ale też uświęceniem bytu, który musi sam siebie wyodrębnić i zrozumieć, a nade wszystko uświęcić w pracy dla ludzkości i dla samego siebie. Tylko jednostki ukierunkowane na rozwój, kopiujące podążanie pięknej rośliny ku światłu, tylko prawdziwi mocarze ducha osiągnąć mogą stan równowagi z naturą i kosmosem. Głębia przesłania Jacka Strzeleckiego lokuje go wysoko w hierarchii twórców totalnych, rygorystycznie realizujących ambitny program, nieustających w wysiłkach by choć na chwilę odsłonić to, co zwykle jest zakryte, by dotrzeć do samej istoty człowieczeństwa.

Jacek Strzelecki – Żona Lota

Jak w ujęciach antycznych, a potem w romantycznych uwzniośleniach, w sztuce Jacka Strzeleckiego wyodrębnić można rozległe mitologizacje. Nawiązania do znanych podań o Prometeuszu, Andromedzie, Atenie, Pegazie, Minotaurze, Hydrze, do opowieści kosmogonicznych i eschatologicznych. Człowiek przybiera w nich jakąś legendarną postać, wchodzi w obręb przestrzeni mitycznej i zyskuje niezwykłą wielowymiarowość. Staje się symbolem siły i alegorią walki, zyskuje monumentalny kontekst kulturowy, stawiający go na równi z bóstwami olimpijskimi. Artysta potrafi tak upozować ciała, tak je przyoblec w tiule i żywe świetlne refleksy, że stają się snem na jawie i niezwykle inspirują wyobraźnię. To są ewokacje przestrzenno-antropomorficzne, w których ukryte jest filozoficzne przesłanie na temat naszej boskiej i szatańskiej natury, uwikłania w miliardowy system  cząstek organizmu, a zarazem w przeogromne struktury kosmiczne. Tak rodzi się transcendencja, a byt staje się punktem przecięcia tych immanentnych przestrzeni, tak jak czas przechodzących przez nas na przestrzał i przenikających najmniejszą drobinę atomową. Mit generuje ciągnące się w przeszłość ciągi znaczeniowe, a więc interpretacji tej sztuki może być wiele, tutaj staramy się tylko wskazać ogólne jej ramy, zakorzenienie w człowieku i w opowieści kulturowej, istnienie w pulsie krwi, w locie myśli podążającej ku multiplikacjom bohaterskim i anielskim. Twórca znalazł niezwykle pojemną formułę dla prac, w których sąsiadują ze sobą elementy antyczne i specjalnie upozowana archaiczność, rodzaj przyćmienia, sennego rozmycia i przeniesienia ku rzeczywistości nicowanej przez śmierć. Gdyby przydać tym dziełom muzykę, to trzeba by szukać pośród barokowych oratoriów, koncertów na trąbkę Telemanna i Haydna, ale znakomicie brzmiałyby tutaj też heroiczne tony symfonii Mozarta i Beethovena, Dworzaka i Czajkowskiego. To byłoby podkreślenie świętego gigantyzmu człowieka wykreowanego przez artystę i jego boskich atrybutów – istnienia niosącego w sobie potencjalność zbrodni i wykwintnej kreacji artystycznej, rozpiętego między przeciwstawnymi pierwiastkami swojej trudnej do pojęcia natury.  

Jacek Strzelecki – Z cyklu Bramy

Warto też wskazać w sztuce Strzeleckiego inne ważkie opozycje, niezwykle pociągające w aspektach interpretacyjnych. Szczególnie ważne są tutaj bramy i widoczne za nimi prześwity, wskazujące na nasze odwieczne zakorzenienie w przestrzeni zamkniętej. Żyjemy w domach, bytujemy w różnorakich utylitarnych budynkach, zamykamy się w samotniach pracowni i biur, ale zawsze tęsknimy za dalą i czystością otwartych przestrzeni. To tam możemy w pełni docenić operacje świetlne i doznać twórczego olśnienia, połączyć się w błysku z chwilą pierwszą i ostatnią. Artysta szuka właściwego miejsca w świecie i nieustannie konfrontuje swoje doświadczenia z immanentnym wzorcem mitologiczno-kulturowym. Zastanawia się na ile jest Odyseuszem, Hektorem i Achillesem i wtedy nagle zauważa ciąg monstrualnych bram, pojawiających przed człowiekiem w różnych głębiach ontologicznych, wzrastających się przy każdej mobilizacji i próbie wzniesienia się na wyższy poziom poznania. To jest owo mitologiczne wyrywanie się tytanów z uścisków śmierci, to chęć znalezienia nowego wyrazu artystycznego, mitycznego przesłania ciągnącego się przez wieki. Brama kojarzy się z zamknięciem, ale też jest obietnicą otwarcia – z jednej strony przywołuje grozę piekielną, ale może też być wejściem do otwartej przestrzeni niebieskiej, przy której stoi odwieczny strażnik i sprawdza uczynki ludzkie. Od dawien dawna obszarami tymi interesowali się malarze totalni, tacy, jak Hans Memling, Hieronim Bosch, Luka Signorelli czy William Blake, przedkładając ludziom swojego czasu własne wizje furt infernalnych i odrzwi edeńskich. Jacek Strzelecki zawsze wychodzi od człowieka, kontynuując od lat swoje cykle antropomorficzne i mitologiczne. W nim widzi ostateczne zamknięcia i nagłe otwarcia, stosując kolorystykę znaną z jego wcześniejszych dzieł, ale też modyfikując ją o kolejne tonacje, wprowadzając szokujące kontrasty różu i żółcieni, błękitu, fioletu i zieleni. Tragizm sąsiaduje tutaj z nadzieją, a pulsujące żądzami ciało z zimnym, rozsypanym prochem. Bramy wtłaczają się wielkimi plastrami barwnymi do przedstawień, a jednocześnie stają się ludzkimi, mocarnymi piersiami, jakby nagle przetransplantowanymi z przedstawień wielkich mocarzy, wtłoczonych w cykle kolejnych gigantomachii. To są obrazy, na których nieustannie toczy się walka, ktoś mocuje się by otworzyć wielkie odrzwia i ktoś zapiera się, by powstrzymać napór wroga.

Jacek Strzelecki – Z cyklu Bramy

Zdumiewające są też w malarstwie Strzeleckiego głębokie wniknięcia w materię ożywioną i odzwierciedlenia na płótnach splątań żylnych, arterii limfatycznych, rur, którymi tlen podąża do płuc, a potem do krwi. To jest rodzaj odwiecznego mesjanizmu anatomicznego, ciągłej świadomości skomplikowania ukrytych procesów, przebiegających w naszych ciałach, każdorazowego otwierania się i zamykania zastawek w sercu i żyłach, ruchu dookolnego, wciąż ożywiającego myśli i kształtującego wrażliwość malarską. Bez tych procesów nie byłoby świadomości mitologicznej i bystra myśl artysty nie szybowałaby między kontekstami kulturowymi, zataczając koło od wyżyn Olimpu, poprzez jaskinie Hadesu i głębie oceaniczne, do kruchości anatomicznej ludzkich kończyn i narządów. Jeśli sztuka może być świadectwem istnienia w określonych ramach biologicznych, to w tym przypadku mamy do czynienia ze zrozumieniem niepowtarzalnej transcendencji. Człowiek ma bardzo mało czasu, by odzwierciedlić swoją wyjątkowość i jeśli zaczyna sondować konteksty filozoficzne, zauważa ciąg pojawiających się przeszkód, bram zamykających się z jękiem i łoskotem, generujących poczucie niemożności i przegrania. Tylko prawdziwy artysta pokonuje je w kolejnych dziełach, realizując rozszerzającą się wizję kosmogoniczną, próbując objąć ramy stworzenia od błysku do zgaśnięcia barw, od słowa do zamilknięcia, od narodzin do śmierci. Bytując pośród przepaści mitologicznych Strzelecki nie przestaje być człowiekiem z krwi i kości, udręczonym bytem, dodatkowo doświadczonym przez życiowe rozstrzygnięcia, wiedzącym czym jest ból i absurdalne zamykanie się kolejnych bram. Jego obrazy pulsują bólem, takim samym jaki pojawia się w pięknej przestrzeni, gdzie cierpienie sąsiaduje z błękitem nieba i blaskiem słońca pośród morskich lazurów i turkusów. W takiej rzeczywistości żołna pożera lśniącą pszczołę, rybołów zagłębia szpony w toni by pochwycić srebrzystą doradę, a nagły piorun zabija wędrowca pośród dróg wiodących ku arkadii. To są opozycje i ambiwalencje trwania w naszym świecie, a zarazem dialektyka świadomego istnienia, moderowanego przez specyficznie sformatowaną świadomość.           

Jacek Strzelecki – Z cyklu Bramy

Jak w każdej monumentalnej sztuce, w malarstwie prof. Jacka Strzeleckiego zakodowane zostało dodatkowe przesłanie. Rodzimy się i wzrastamy, kształtujemy wiedzę, ćwiczymy i budujemy ciała, a potem osuwamy się w pył, toniemy w nieistnieniu. Ale świat i entropia nie mogą nam odebrać tego, co jest immanentną cechą każdego ambitnego istnienia – nie są w stanie spowolnić w nas dążenia do euforii, pragnienia przeżywania chwil niepowtarzalnych, konstruujących krajobrazy wewnętrzne, w których pojawia się głębia. Prześwity i jasne polany w mrocznych lasach (Lichtungen), które tak fascynowały Martina Heideggera są także istotą tego malarstwa i jak u niemieckiego filozofa wiążą się z Heraklitejskim κεραυνός – mistycznym światłem, nagle pojawiającym się w przestrzeni i opalizującym pośród mroków. Chwilowość i fragmentaryczność naszych rzeczywistości zanika w błysku ekstazy i może najbardziej ekscytujące na tych obrazach są jasne przestrzenie za bramami, za anatomicznymi zaporami, gdzie wszystko płynie i rozgrywa się nowa odsłona dramatu istnienia. Tam lokować należy tajemnicę kreatywnego malarstwa, filozofii stającej się tłem dla życiorysu i źródłem kosmicznej energii, przenikającej niewidzialnie świat. Tak zamknięcie staje się otwarciem, a brama początkiem nowej drogi – tak kolor zyskuje wymiar epistemologiczny, a kruchy kształt anatomiczny ma wartość ponadczasową.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: