O ROKU ÓW… (6)

Hotel Roosevelt

Zjeżdżamy windą do głównego hallu hotelowego i czekamy na Sonę Van i Beatę Poźniak, by razem udać się do restauracji La Fonda del Sol, gdzie nasz przyjaciel Stanley H. Barkan podejmuje uczestników wieczoru autorskiego tradycyjną kolacją. Panie pojawiają się po chwili i możemy pieszo ruszać w stronę pobliskiej Vanderbilt Avenue, gdzie znajduje się Yale Club i wspomniana wyżej restauracja. Stanleya poznałem w 2000 roku dzięki Adamowi Szyperowi, gdy poleciałem do ONZ-etu na wieczór autorski poetów polskich i amerykańskich. To pierwsze spotkanie zaowocowało bliską współpracą literacką i w oficynie Stanleya Cross Culture Communications opublikowałem trzy zbiory wierszy. Były też spotkania w Krakowie, a także następne na Manhattanie, w jego domu na Long Island, a także w Waszyngtonie, gdzie razem udaliśmy się do Ambasady Armenii w USA, by wręczyć Sonie Van Europejski Medal Poezji i Sztuki. Stanley fascynował mnie od samego początku, czemu dawałem wyraz w licznych publikacjach, szczególnie ceniąc jego wielowymiarową poezję. Twórca ten potrafi znakomicie kontrastować sytuacje kulturowe; motywy z wielkich ksiąg i podań przeciwstawiając szyderstwu i nadrealnym kształtom współczesności. Jego wiersze są erudycyjnymi syntezami sytuacji w jakich od wieków pojawiał się człowiek, a jednocześnie są wyszukaną grą z cywilizacją. Poeta orbituje ku odległym inicjacjom, ale nie potrafi porzucić czasów współczesnych. Tak powstają liryki, które obejmują doświadczenie bytu ludzkiego, od czasów biblijnych do epoki lotów kosmicznych. Z równą autentycznością pisze Barkan o zapachu kobiety na poduszce, o żegludze po Jangcy, wyprawie do synagogi, jak i o biedaku z Manhattanu. Stan w jakim poeta się znajduje, to nieustanne zdziwienie i euforyczny zachwyt nad rzeczywistością. To tacy jak on ocalają wrażliwość i piękno, odbywają stale w myślach i w wierszach wędrówki ku  istocie i pełni, a potem unieśmiertelniają w słowie włóczęgów, przechodniów, przygodnych gapiów i zarazem całą ludzkość. Jego działalność to też tysiące przygotowanych spotkań literackich, wielkie podróże i współpraca z twórcami z całego świata. To jest właśnie owa łączność międzykulturowa, która pojawia się w nazwie jego cenionej oficyny wydawniczej, komplementowanej w „New York Timesa”. Dodatkowo Stanley jest przemiłym człowiekiem szybko zaprzyjaźniającym się z wieloma artystami, a jego sława sięga daleko poza Nowy Jork. 

Restauracja La Fonda del Sol

Idziemy powoli z Soną i Beatą do restauracji i już witamy się ze Stanleyem i jego żoną Bebe, wspaniałą malarką, której dzieła zdobią ich dom na Long Island, w miasteczku Merrick. Na miejscu są już inni uczestnicy Poetry Reading w Yale Club – Peter Thabit Jones z Walii, Kristine Doll z USA, żyjący z rodziną  w Queensie Hassanal Abdullah z Bangladeszu, a także rezydujące w USA bułgarskie małżeństwo Vantzeti Vassilev i Bissera Videnova. Zamawiamy potrawy i zaczynamy ożywioną konwersację, zmierzającą ku zbliżającemu się wydarzeniu. Jeszcze raczymy się znakomitym winem, jemy obfity deser i owoce, a potem gremialnie wstajemy i ruszamy na drugą stronę ulicy. Tam w szarym wieżowcu mieści się prestiżowy Yale Club, w którym wystąpię już po raz drugi, a wraz ze mną zadebiutuje na tych światowych salonach moja żona. Przy budynku fotografujemy się i wchodzimy do środka, by windą wjechać na osiemnaste piętro i wejść do obszernej sali, w której zgromadzi się też publiczność. Poprzednim razem było jej więcej, ale przecież najważniejsze jest spotkanie poetów w tym miejscu i to pod dowództwem Stanleya H. Barkana. Po kolei czytamy po kilka wierszy, a najdłuższe wystąpienie ma poeta z USA Bill Wolak, uczący kreatywnego pisania w William Paterson University. To jest spotkanie odmiennych kultur i prezentacja różnorodnych poetyk, ale też przyjacielska dysputa poetycka i wymiana doświadczeń. Przychodzi czas na wręczanie nagród, przyjacielskie uściski, zakup nowości wydawniczych i wymianę książek przywiezionych na spotkanie. Stanley podsumowuje nasze lektury i zaprasza do kolejnych prezentacji, tym razem krótkich wierszy pożegnalnych, bo każdego dnia żegnamy się z czymś lub kimś, choć o tym nie wiemy. Jakże prorocze były to słowa w kontekście zbliżającej się pandemii koronawirusa, który zamknął granice i uniemożliwił takie spotkania, jak to w Yale Club. Nasze Poetry Reading kończy się, więc przechodzimy do wind i zjeżdżamy na dół, by jeszcze trochę porozmawiać w głównym hallu dwudziestodwupiętrowego budynku. Rozdzielamy się z Soną i Beatą i jeszcze trochę chodzimy z Anią po ulicach Nowego Jorku, zaglądając do otwartych sklepów i restauracyjek. Kupujemy sobie coś do picia i jedzenia i wracamy do hotelu Roosevelt, wjeżdżamy na górę nieco staroświecką windą, bierzemy kąpiel i szybko zasypiamy, bo następnego dnia czeka nas pięciogodzinna podróż z lotniska JFK do Los Angeles. Samolotem popularnego w USA przewoźnika Alaska Airlines, przelecimy 2475 mil, czyli prawie cztery tysiące kilometrów.     

Budynek Yale Club

          Noc mija szybko i już jesteśmy przed hotelem, gdzie bierzemy dużą żółtą taksówkę, w której mieścimy się we czworo razem z bagażami. Beata ma tylko jedną torbę, ale Sona jak zwykle transportuje ogromną walizę i jeszcze dwie mniejsze. Ruszamy z Ulicy 45 Wschodniej i kierujemy się ku mostowi Queensboro nad East River, a potem szybko przemierzamy część Brooklynu, mijamy słynny cmentarz Cypress Hills i wjeżdżamy do dzielnicy Queens. Tutaj kierujemy się ku drodze szybkiego ruchu, prowadzącej do międzynarodowego lotniska Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Wysiadamy z taksówki, ładujemy bagaże na specjalne wózki lotniskowe i kierujemy się ku hali odlotów. Po nadaniu ich i otrzymaniu biletów pokładowych wchodzi za bramki i siadamy w niewielkiej restauracji, gdzie mamy zamiar coś zjeść przed długim lotem. Sona proponuje amerykańskie hamburgery i idzie je zamówić u grubej Afroamerykanki, jakoś dziwnie się zachowującej i cmokającej wymownie na widok „białasów”. Początkowo myślałem, że przesadzam i moja obserwacja jest na wyrost, ale po otrzymaniu dań okazało się, że mięso jest nieomal spalone, a bułki stare i twarde – najlepiej zatem na tym wyszła Beata, która wzięła jakąś lekką sałatkę. Zbliża się już pora naszego odlotu, więc kierujemy się ku właściwej bramce i siadamy na fotelach, ustawionych w rzędach przy niej. Rozmawiamy o wczorajszym wydarzeniu w Yale Club, a także o naszych zamierzeniach na przyszłość. Widzę za wielkimi oknami, że już podjeżdża do nas sporych rozmiarów boeing z granatowym napisem Alaska z boku, a na korytarzu zaczyna się ustawiać kolejka podróżnych. Sprawnie wchodzimy na pokład, witani przez piękne, czarnoskóre stewardesy i zajmujemy wyznaczone miejsca w środku maszyny. Ania siedzi przy oknie, co jak się okaże nie będzie dla niej najlepsze, z powodu złego samopoczucia nad Ameryką. Na szczęście zza jej ramienia mam dobrą widoczność i podczas całego lotu będę przyglądał się magicznym przestrzeniom tego kontynentu, zmieniającym się jak w kalejdoskopie. To, co zobaczę skonfrontuję z mapą na wyświetlaczu, wmontowanym w siedzenie przede mną i dzięki temu będę wiedział nad jakim stanem lecimy. Start z Nowego Jorku był zjawiskowy, bo była ładna, majowa pogoda i doskonale widać było wieżowce Manhattanu, Central Park, obie wielkie rzeki, a potem ocean z tysiącami okrętów pełnomorskich, jachtów i żaglówek, operujących w strefie przybrzeżnej.  Potem łatwo wyodrębniam wielkie rzeki – Missouri  i Missisipi, Kansas, a przed samym lądowaniem, Colorado i część jej słynnego kanionu. Zauważę też wielkie miasta – Saint Louis, Denver, Phoenix, pustynie, lasy, pasma górskie i samotne szczyty, nawet w maju pokryte śniegiem.

Po Poetry Reading w Yale Club

Lądowanie w Los Angeles tym razem miało być o 16.15, a ja wciąż miałem w pamięci przybliżanie się do tego lotniska sprzed roku. Samolot wtedy lądował w nocy i w jego oknie mogłem podziwiać niezwykły spektakl kolorowych świateł, oświetlonych jaskrawo autostrad i budynków. Skojarzyło mi się to z bogato udekorowaną choinką świąteczną i umieściłem te chwile pośród najcudowniejszych doznań mojego życia. Do rzeczywistości przywróciło mnie wtedy dość twarde lądowanie, ale tym razem piloci delikatnie posadzili maszynę na pasie startowym i zaczęli kołować ku siódmemu terminalowi. Gdy samolot zatrzymał się, wraz z innymi pasażerami udaliśmy się do hali przylotów, gdzie czekał już na nas mąż Sony dr Noobar Janoian, właściciel wielu klinik medycznych w Kalifornii. Ormianie to ludzie wielu talentów, z niezwykłą umiejętnością przystosowania się do zagranicznych warunków, więc nie zdziwiło nas, że kierowcą  dużego samochodu doktora była kobieta. Ruszyliśmy sprzed terminala i szybko znaleźliśmy się na wielopasmowej autostradzie prowadzącej do Glendale, choć tym razem musieliśmy jeszcze zahaczyć o Beverly Hills, by tam zostawić Beatę. Zatrzymaliśmy się na chwilę przed domem zaprojektowanym w nowoczesnym stylu przez jej męża architekta i już mknęliśmy inną szeroką trasą do domu Sony i Noobara. Ania była nim oczarowana, bo to trzykondygnacyjna, obszerna willa, zbudowana  przy samej skarpie Doliny San Fernando. Najcudowniejszy tutaj jest widok obszernej niecki, nieustannie tętniącej życiem, a najlepszym punktem obserwacyjnym jest ogromny taras, na którym stoją drzewka bonsai, a przy specjalnych poidłach z sokiem pojawiają się barwne kolibry. Byłem tu już przed rokiem i teraz oprowadzam Anię po domu, objaśniając funkcjonalne urządzenia i wskazując obszerne pokoje, aneksy, a nawet małe mieszkanie ogrodnika, dozorującego wszystkie rośliny, a przede wszystkim owe japońskie mini drzewka. Stajemy przy balustradzie i długo patrzymy na dolinę, nad którą raz po raz pojawiają się samoloty schodzące ku niewielkiemu lotnisku w Burbank. Po powrocie na górę zostajemy zaproszeni do stołu i jemy pyszną kolację, złożoną z sałatek i owoców, ormiańskiego chleba lawasz i wybornego wina. Rozmawiamy o zdarzeniach ostatnich dni, a potem wsiadamy do auta i jedziemy do hotelu, zafundowanego nam przez Sonę. Znam doskonale to miejsce, bo rok temu obszedłem ogromną przestrzeń w tejże dzielnicy, przede wszystkim podglądając ptaki na podwórkach, w parkach i alejach palmowych. To rzeczywistość z niebieskawymi górami w dali, poprzetykana zielenią, kwiatami, kwitnącymi krzewami i drzewami. Ania po raz pierwszy zobaczyła drzewa jakaranda, kwitnące fioletowo i jakby przeniesione do Kalifornii z rajskiego ogrodu. Po drodze do hotelu Sona zatrzymuje się jeszcze przy niewielkiej ormiańskiej restauracji, wchodzi do niej na kilka minut, a potem wraca z papierowymi torbami, pełnymi smakołyków. Tak zostajemy wyposażeni na cały pobyt w Glendale i po wejściu do pokoju hotelowego umieszczamy te dary w lodówce. Tutaj też mamy niewielki balkon, z którego roztacza się widok na góry, zarośla kaktusowe i część dzielnicy, głównie zamieszkanej przez imigrantów z Armenii. Nalewamy sobie po kielichu białego wina, siadamy na tarasie i rozmawiamy o tym, co przeżyliśmy od momentu, gdy wsiedliśmy do samolotu Lufthansy na bydgoskim lotnisku i przelecieliśmy do Frankfurtu, a potem dalej, do Nowego Jorku.

Nowy Jork
Nowy Jork
Hotel Plaza w Nowym Jorku
Handel uliczny w Nowym Jorku
Nad Ameryką
Kolacja w domu Sony i Noobara
Charakterystyczna zabudowa Glendale
Kwitnące fioletowo drzewa jakaranda w Glendale
Glendale
Wszędzie aleje palmowe
Widok na Los Angeles z okolic domu Sony
Kolibry na tarasie Sony
Glendale i góry w tle
Nowoczesna część Glendale
Amerykański sen

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: