BROMBERG (19)

Trzynastego września tego straszliwego roku Szmul Lewi z sercem na ramieniu podążał w stronę bramy domu zaprzyjaźnionego przedsiębiorcy Dawida Arona, znajdującego się przy ulicy Orlej i już z daleka zobaczył zielonkawy furgon Fordsona z przebudowanym tyłem, nieco uniesionym i powiększonym. Silnik był z przodu okryty specjalną nakładką ze stalowych pasków, przepuszczających powietrze i umożliwiających chłodzenie. Dwa niewielkie światła umieszczono na szerokich błotnikach. Kierownica była z lewej strony, a przy niej miejsce dla pasażera i szersza ława z tyłu, mogąca pomieścić troje ludzi. Za nią znajdowała się dość duża skrzynia ładunkowa. Na dachu i na bocznych drzwiach był znak czerwonego krzyża, co wskazywało na to, że nowy właściciel nie zdążył jeszcze przemalować swojego nowego auta. Policjant przeraził się, bo zrozumiał, że nie ma mowy, by do tego samochodu zmieścił się jakiś dobytek. Otworzył bramę przy dużym domu ze spadzistym dachem i podszedł do drzwi, pukając mosiężną kołatką. Spłoszona sroka zaskrzeczała na krzewie bzu i odleciała w głąb ogrodu, ale nikt nie otwierał domu. Zapukał drugi raz i czekał podenerwowany na niewielkim podwyższeniu, ale dopiero po trzeciej próbie zachrzęścił klucz w zamku, drzwi uchyliły się i stanął w nich wysoki mężczyzna, może sześćdziesięcioletni. Ubrany w białą koszulę i czarne spodnie, miał ogorzałą twarz, długą, siwą brodę i niewielką jarmułkę na głowie.

 – Szalom Dawidzie… – powiedział policjant na powitanie.

 – Szalom… – odezwał się zdziwiony właściciel domu – a czemu to zawdzięczam pana wizytę… czyżbym coś przeskrobał…?    

 – Nie, nie… Coś znacznie gorszego… – odpowiedział policjant.

 – No to wejdź Szmulu do domu, nie będziemy rozmawiać przy progu…- odrzekł zdziwiony właściciel posesji.

Mężczyźni minęli wąski korytarz i znaleźli się w obszernym salonie, którego bogaty wystrój wskazywał, że codziennie przebywają w nim ludzie o wysokim statusie społecznym. Wielkie kryształowe lustra odbijały wszystko dokoła i powodowały, że przestrzeń wydawała się większa. Na rzeźbionych, dębowych meblach stały mosiężne rzeźby, a na wielkiej komodzie umieszczono potężną menorę z marmuru, na której były nadpalone grube świece. W specjalnych oszklonych regałach ustawiono równo wiele złoconych książek, a na ścianach wisiały obrazy olejne, przedstawiające Żydów i wieśniaków przy domach, na polach i w bożnicach. Gdy już siadali przy stoliku, z drugiego pokoju wychyliła się pięćdziesięcioletnia kobieta z wyraźnymi śladami dawnej urody. Ubrana była jak większość Europejek, a nawet miała na szyi sporej wielkości naturalne korale.

– Esterko przygotuj nam nieco kawy, a może wolisz herbatę…? – zapytał Aron.    

– Chętnie napiję się kawy…– odparł policjant.

Kobieta zniknęła za drzwiami i z kuchni zaczęły dolatywać odgłosy wody gotującej się z szumem i szczękanie filiżanek.  Po dłuższej chwili pani domu wróciła z tacą i zdjęła z niej biały, porcelanowy dzbanek i dwie filiżanki.

– Może przyniesiesz też filiżankę dla siebie, bo sprawa dotyczy również ciebie Estero… – powiedział Szmul.

Kobieta zerknęła z przestrachem na męża, ale gdy zobaczyła spokój na jego twarzy i nieznaczne kiwnięcie głową, poszła po naczynie dla siebie. Aromat kawy rozniósł się natychmiast po salonie, gdy nalała ją do ozdobnych, niewielkich filiżanek.

– Drodzy przyjaciele… – zaczął mówić przybyły – Straszne czasy nastały w naszym pięknym mieście i teraz muszę być posłańcem złej nowiny…

Aronowie spojrzeli na siebie wymownie, napili się nieco kawy, a po odstawieniu filiżanek z powrotem na stół, czekali na dalszy ciąg wywodu, tak lubianego przez nich przyjaciela. Znali się od wielu lat i był taki moment, że Dawid rywalizował w szkole ze Szmulem o wdzięki pięknej Estery, którą często mijali, gdy chodziła z siostrą do szkoły dla dziewcząt.

 – Zapewne dotarły już do was wiadomości o rozstrzelaniach Polaków przy kościele na Szwederowie i na głównym rynku miasta – zapytał Szmul.

 – Tak, znamy te straszne wieści… – odpowiedział gospodarz domu i groźnie ściągnął brwi, jakby chciał wskazać, że nie chce o tym rozmawiać.

 – Przepraszam, że muszę was zmartwić… – ciągnął policjant – Ale sytuacja jest bardzo groźna. Mój przełożony, komendant Kowalski, był na naradzie u dowódcy Selbstchutzu Alvenslebena i otrzymał instrukcje, by granatowa policja wzięła udział w kolejnych rozstrzelaniach… Chcą oczyścić Bromberg z Żydów, uwięzić nas i potem rozstrzeliwać w Fordonie i Tryszczynie.

– Jahwe przenajświętszy… Panie wszelkiego stworzenia…!!! – załamała ręce Estera i niemal z płaczem zapytała – I co teraz z nami będzie…?        

– Dajmy mówić Szmulowi – włączył się Aron, choć widać było, że i on jest bardzo poruszony – Dajmy mu mówić, bo nie przyszedł do nas bez powodu…

– Tak jest drogi Dawidzie… – potwierdził policjant i ciągnął dalej – Kowalski mówi, że musimy stąd jak najszybciej uciekać, nie ma dla nas już przyszłości w Brombergu…

– Jak to uciekać…? – lamentowała Estera – A co z naszym dobytkiem, co z rodzinami… My jesteśmy sami, ale wiele rodzin żydowskich ma dzieci, zdaje się, że pan też ma małego chłopca…?

– Tak i dlatego ja też muszę uciekać… Nie ma znaczenia to, że jestem policjantem… Oni chcą nas wszystkich wymordować…– mówił z bólem na twarzy Szmul.

–  Ile mamy czasu według twojej kalkulacji…i jaki jest twój plan? Nie przyszedłeś przecież do nas bez powodu? – zapytał i zarazem ocenił sytuację Dawid.

– Tak, przyszedłem do was z konkretną propozycją…– powiedział Szmul – To będzie bardzo niebezpieczne, ale możliwe do wykonania, a najważniejszą rolę odegra tutaj wasz furgon.

–Tak myślałem… – wtrącił się Dawid, obwieszczając to takim tonem jakby złapał jakiegoś kontrahenta na szmoncesie.

– Powiem brutalnie…– ciągnął Szmul –  Jeśli zostaniemy w Brombergu, nie przeżyjemy najbliższego miesiąca…a nasze ciała legną w głuchych dołach pośród innych żydowskich trupów…  

– Co my teraz poczniemy, co poczniemy…? – z płaczem odezwała się Estera.

– Plan jest taki… – kontynuował swoją wypowiedź przybysz – Zapakujmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, kosztowności i pieniądze do waszego furgonu i nocami przemknijmy do Białegostoku, a stamtąd zieloną granicą do Grodna, gdzie mieszkają moi bliscy krewni, ciotka i wuj oraz kuzyni i kuzynki.

– To brzmi bardzo prosto… ale przecież wszędzie jest pełno Niemców…– powątpiewał Dawid – Zgarną nas na pierwszym posterunku i wsadzą do więzienia…

– Na posterunkach mamy niewielkie szanse, ale też nie mamy wyboru – ciągnął narrację Szmul – Nasze szanse zwiększy mój mundur i papiery, które dał mi  komendant Kowalski. Wskazał mi też miejsce, nieopodal  Warszawy, gdzie nie ma Niemców i jest ukryty drewniany prom, którym pokonamy Wisłę…Mój przełożony wystawił mi dokument, świadczący o tym, że eskortuję na przesłuchanie do Białegostoku świadków w jakiejś ważnej sprawie.

– Dziękuję Ci kochany Szmulu za tę propozycję, ale nie jestem przekonany do niej – powiedział Dawid – Może jednak nas zostawią w spokoju… Może jakoś przetrwamy tutaj okupację…

Szmul zamyślił się przez chwilę, po czym sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej kilka kartek papieru. Wstał ze swojego miejsca i podał je gospodarzowi domu.

– Rzuć okiem Dawidzie na tę listę osób, które zostaną szybko aresztowane i rozstrzelane… – Mój komendant dał mi ten wykaz, z prośbą by po zapoznaniu się z nim, jak najszybciej go spalić.

Dawid sięgnął po kartki, rzucił na nie okiem i zaczął głośno wymieniać nazwiska dobrze sobie znanych Żydów z miasta nad Brdą:

– Aronsohn, Arn, Sonnenschein, Breslauer, Cohn, Eisen… Czy to może być kochana Esterko… Friedlander, Heiman, Abraham, Lewi, Jackobi, Silberstein… jest też mój wuj i twój kochanie… i niestety my też jesteśmy…

– O Jahwe, Jahwe… dlaczego tak nas doświadczasz…– załkała kobieta.

– Nie ma o czym mówić…– nagle odezwał się zasadniczym tonem Dawid – Plan Szmula daje nam jakąś szansę… i jakąś przyszłość. Tutaj czeka nas tylko upokorzenie i śmierć…

– Otoczyły nas dzikie bestie Hitlera i musimy wyrwać się stąd – podsumował jego stwierdzenie Szmul – Wracam do domu i będę na was czekał późnym wieczorem… Zajmujemy niewielką kamienicę przy rogu ulicy Jaskółczej i Kruczej… Weźcie tylko trochę ubrań, kosztowności i rodzinne archiwum…

– Jak dziwnie splatają się ludzkie losy… Wczoraj okazyjnie kupiłem beczkę benzyny i teraz może ona uratuje nam życie… – z zadumą w głosie powiedział gospodarz.

– Musimy ruszyć jeszcze dzisiaj wieczorem… Pojedziemy bocznymi drogami… Mam stosowna mapę… Najpierw jednak skierujemy się przez las w stronę jeziora Jezuickiego, by ominąć południowe posterunki niemieckie…Czerwony krzyż na waszym furgonie może nas chronić, papiery też nam pomogą, ale przede wszystkim musimy być sprytni i jechać głównie w nocy.

Po tych słowach Szmul podziękował za gościnę i podjęcie decyzji i skierował się ku drzwiom. Tam pożegnał się z Dawidem i jeszcze usłyszał przeraźliwy płacz kobiety za drzwiami. Teraz czekało go przekonanie własnej żony, że muszą opuścić dom, który tak pokochała. Wyszedł na drogę, utwardzoną żużlem i zobaczył, że na sąsiedniej ulicy Żwirki i Wigury przejeżdża niemiecki konwój złożony z wielkich ciężarówek ciągnących działa i wozów pancernych z czarnymi krzyżami na bokach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: