KSIĄŻKI ABSURDALNE (2)

Kazimierza Hoffmana poznałem na początku lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, kiedy to odwiedziłem redakcję bydgoskich „Faktów”. Tam, razem z partyjnym „dziennikarzem” Marcelim Bacciarellim, uzurpował sobie wyłączność publikowania tekstów o plastyce bydgoskiej i niepodważalność sądów. Taki młody krytyk – jakim wtedy się stawałem – nie był dla niego wiarygodny, więc kpił sarkastycznie z mojego artykułu, od samego początku popisując się swoją „wiedzą” filozoficzną i stawiając się wysoko nad naszym środowiskiem. Poszło o mój obszerny szkic na temat malarstwa i rysunku Ignacego Bulli, który koniec końców – dzięki pomocy Jana Góreca-Rosińskiego – ukazał się w „Faktach” w niezmienionej formie. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem jaka to była obelga dla dwóch gazetowych wyjadaczy, którzy oprócz własnych rankingów, reprezentowali określoną linię polityczną. Redaktor Naczelny był przychylny młodym twórcom i rozumiał, że wciąż dokonuje się zmiana pokoleniowa, dlatego publikował moje teksty, a także Derdowskiego, Cielesza i całej czeredy innych autorów, dopiero wchodzących do literatury, zdobywających pierwsze laury i szlify na łamach lokalnych i ogólnopolskich periodyków. Hoffman skojarzył mi się wtedy ze skrzeczącą sroką, która robi straszny raban na widok kota – choć nie terkotał jak ona, a swoje sądy cedził z cynicznym samozadowoleniem, to ich powtarzalność powodowała, że takie porównanie narzucało mi się z dużą mocą. Później kilka razy spotykałem go na korytarzach i w pokojach KPTK-u, gdzie miał swoje biuro, jako bibliotekarz BWA i Prezes Bydgosko-Toruńskiego Oddziału SPP. Zauważyłem wtedy, że mitologizuje – podobnie jak Grzegorz Musiał – swoje publikacje w „Twórczości”, czyniąc z tego periodyku parnas literatury polskiej. Poniekąd tak było w różnych okresach, ale czytając jego wiersze, nigdy nie mogłem zrozumieć dlaczego stawia się go tak wysoko, wszak jego maniera poetycka wielkich przestrzeni ciszy pomiędzy wersami, natrętne, instrukcyjne komentowanie największych twórców, filozofów, malarzy, nie było niczym nowym w naszej liryce. Dużą rolę w wylansowaniu Hoffmana miał Artur Sandauer, który zamieścił tekst o jego poezji w „Życiu Literackim”, a że miał wtedy ogromną siłę kreacyjną, od razu uznano bydgoskiego autora za wyjątkową osobistość. Jakoś nie przekładało się to na obecność w antologiach poezji polskiej i publikacjach kolejnych książek za granicą, ale w środowisku lokalnym rosła fama „wielkiego poety”. Ten mechanizm stale obecny jest w krytyce polskiej, gdzie często przyjmuje się na wiarę jakieś opinie, rankingi, wypowiedzi na temat sytuacji w danym obszarze i w określonej grupie generacyjnej. Nie pamiętano zatem co powiedział Sandauer, ale stale powtarzano, że chwalił Hoffmana, a nawet konsekrował go na wieszcza. A tymczasem w tekście warszawskiego krytyka pt. Samotność z dalekopisem znalazły się też takie oto zdania: zbiór złożony jest w 70 proc. z utworów niezrozumiałych – głównie dlatego, że napomyka o okolicznościach i lekturach nieznanych czytelnikowi. Przy nowej metodzie wypowiedzi lirycznej nastręcza to trudności dodatkowe, przed którymi niefachowiec ma ochotę się cofnąć. No tak – Sandauer dawał do zrozumienia, że jeśli poeta zakłada, że tworzy tylko dla „fachowców”, to zatraca istotę liryki, zabija jej otwartość, narzuca interpretację i bywa dziwaczny, a jego kolejne utwory stają się szaradami, zabawami słownymi i poszukiwaniem niemożliwej eufonii. U Hoffmana enigmatyczność tekstu potęgować miały jeszcze specjalne cytaty z wymyślonych poetów i utworów, wprowadzane na zasadzie niezbyt roztropnej i często cynicznej, gry z czytelnikiem. Nie ma sensu tutaj dłużej ciągnąć tego wątku, gdyż moje nastawienie do poezji Hoffmana nie zmieniło się przez lata i nikt nie przekona mnie do niej, a jeśli są krytycy, którzy znajdują w niej coś interesującego dla siebie, to sprawiedliwość nakazuje wysłuchać ich, przeczytać powstałe książki, szkice, recenzje, co też uczyniłem, ale w niczym to nie zmieniło moich poglądów.

Przedmiotem tego przybliżenia jest Dziennik (2000-2008), który nie waham się określić jako absurdalny i wpisujący się w chybioną manierę wydawniczą, publikowania wszystkiego, co pozostało po zmarłym pisarzu. Grzegorz Kalinowski (redaktor) i Grzegorz Dominiak (wydawca) wyrządzili ogromną krzywdę Hoffmanowi, który już nie mógł bronić się, wprowadzić korekt i usunąć kompromitujących go określeń. Autor w żadnym miejscu nie napomyka o tym, że jego zapiski mają być wydane, tym bardziej, że wielokrotnie przywołuje zdanie Rolanda Barthesa: Piszę, bo nie chcę słów, na które trafiam, piszę przez odejmowanie. To odnosi się do metody twórczej autora przy pisaniu wierszy, ale przecież w jego zapiskach też czasami widać tę tendencję, szczególnie w komentarzach do dzieł wielkich myślicieli. Hoffman był bardzo pamiętliwy, nikomu nie darował negatywnych opinii na temat jego pisania, a z drugiej strony jakże łatwo zapomniał swoje wieloletnie uzależnienie od systemu komunistycznego. Do tego dochodziła zawiść związana z sukcesami innych twórców, a szczególnie noblistów i kandydującego do tej nagrody Adama Zagajewskiego. Szczególnie zacietrzewiał się, gdy w grę wchodziły ujęcia religijne lub nawiązania do wiary – wtedy też najpełniej się odsłaniał i walił prosto z mostu: durną pewnością siebie w kwestiach „teologicznych” grzeszy raz po raz i Miłosz (ponoć i teolog). Biedne ludzkie robaki w obliczu Boga. Układ celebralny – nic więcej. Rozum – gdzie? Dodatkowo – będąc już bardzo starym człowiekiem – bezczelnie wytykał wybitnym twórcomich wiek: Cóż, ten starzec stojący nad grobem nie ma łaski wiary. Troje starców: Szymborska, Różewicz i Miłosz nie posiadają jej. Mimo komfortu uznania i zaszczytów to postaci tragiczne, biedne, bo pozbawione nadziei. Choć książki Miłosza opublikowano w wielu krajach świata, choć osiągnął szczyty w poezji, przez wiele lat będąc też czołową postacią polskiej literatury emigracyjnej, to dla Hoffmana był tylko obiektem niewyszukanych kpin: Tu się odkrył. Jeszcze raz. Żałosne. Ta pozorna „fastrygowana” – tu i tu – mądrość dziadygi na katedrze! Oto jeszcze kilka podobnych, absurdalnych cytatów, których nie warto komentować, tyle mają w sobie jadu: Moda na pojęcie „transcendencja” lub „świętość przez zaprzeczenie”. Bo okazja, bo można naurągać Bogu i obyć się bez Niego (zwłaszcza Boga osobowego). Oto ateista Różewicz, „teolog” Miłosz, Szymborska (ze swoim zawieszeniem sensów, ze swoją „wykładnią” absurdu). I to – dwoje ostatnich – nobliści. Nieszczęśni starcy na szczycie polskiej poezji współczesnej! Płakać się chce. I dalej: Miłosz, Szymborska, Różewicz – u krańca życia z taką kondycją duchową! Żałośni starcy. Niemniej na czele liryki polskiej naszego czasu. Dramat. I jeszcze: głupie w swej pozornej bezpośredniości (skromności?) babulenie Miłosza i Clare Cavanagh o „polskiej szkole poezji” dominującej w świecie i oddziałującej na poezję w USA. Oto jej „ekipa”: Miłosz, Herbert (już niegroźny w konkurencji, bo nie żyje). Zagajewski, Bronisław Maj, Świrszczyńska, z łaski – to się jakoś odczuwa – Różewicz, Wat, Lipska, przybywa Miłobędzka… Barańczak, no właśnie! Ciągle podbijanie bębenka z Zagajewskim (podobnie jak w ZL) – wyraźnie kreowanego na przyszłego kolejnego noblistę. Zagajewski – kulturalny, nie pozbawiony smaku wytwórca poetyckiej czeskiej biżuterii! Co chwila nowy zestaw kpin i sądów nie znoszące sprzeciwu: Czy Miłosz w jakimś sensie nie ironizuje, wręcz nie kpi, kiedy wywodzi: „jakie przestronne niebiańskie pokoje! (…) Nad obłokami rajskie wiszące ogrody”? Przecież stary wyjadacz nie jest aż tak głupi, aby wyobrazić sobie Drugą Przestrzeń jako zestaw wyświechtanych obrazów z ludzkiego repertuaru, choćby były najbardziej ponętne czy atrakcyjne!  (…) Wygląda na to, że noblista pozwala sobie na takie zabawy poetyckie („co mi szkodzi”). Starzec stojący nad grobem. Filut. Niech sobie nim będzie prywatnie czy dla relatywistki Szymborskiej, ale ogłaszać swój aktualny „punkt dojścia” (na fali postmodernistycznego powątpiewania) wszem i wobec w pierwszej osobie liczby mnogiej? Cóż, Myszkowski przyjął tekst z pewnością na klęczkach, jak zawsze. I w efekcie zaserwował nam reprezentacyjne (dla postawy) wiersze naszych dwóch „największych z żyjących” poetów polskich – Szymborskiej i Miłosza w jednym numerze „Kwartalnika Artystycznego” – 4(28) 2000. Choć może i dobrze: wiadomo, co jest grane u naszych noblistów. Żałosna poetycka starość! Podeszły wiek innych twórców nie kojarzy się Hoffmanowi z mądrością: Starcze gadulstwo tyczy i Miłosza. Choć trzeba przyznać: i jeden i drugi piszą często teksty głęboko poruszające. Dar świeżości na koniec, mimo zadęć i potknięć poetyckiego rozgadania (zwłaszcza u Miłosza, rezonującego znad katedry). Niemniej – przesadne kolokwializmy u Różewicza. Czytając kolejne strony tego żenującego dziennika łatwo zauważymy, że Hoffman nie potrafi dogłębnie analizować poezji Miłosza, a zamiast tego stale wytyka mu wiek: Autentyczny lament czy krygowanie się, zmrużenie oka? Jak by nie było, nie świadczy dobrze o naszym nobliście, stojącym przecież nad grobem. Najlepiej by było, gdyby Miłosz umarł, a nie trzymał się pisania „jak rzep psiego ogona”: Rozczarowanie nowym poematem Miłosza pt. „Czeladnik” w najnowszym numerze bydgoskiego „Kwartalnika Artystycznego”. Podniosła w swej powadze narracyjnej proza rozpisana na wersy i strofy. Nic więcej. Żadnych widocznych starań o eufonię – ten probierz (Gadamer) poezji. Ale takim jest Miłosz od dawna. Nic tu nie gra dźwiękowo, nie orkiestruje, jedynie składnia wykładu nadziana erudycją, mową besserwysera do maluczkich słuchających noblisty z otwartymi ustami. Więcej się dzieje w przypisach, niż w znieruchomiałych ponad nimi brzmieniowo (poetycko) strofach poematu. Wyraziste odnośniki do Swedenborga niedwuznacznie wskazują na rzeczywiste sympatie „teologiczne” autora „To”. Nie od dzisiaj zresztą. Wszakże podziwu godna jest sama krzątanina intelektualna sędziwego noblisty. Trzyma się pisania jak rzep psiego ogona. I dobrze, że Myszkowski otwiera nim stale każdorazowy numer KA. Czołobitnie, bo czołobitnie, ale ma w tym swój cel: z pismem drukującym nieustannie takiego poetę – trzeba się liczyć i fundusze na jego edycję muszą się znaleźć. A swoją drogą: czy nie etyczniej zachowuje się Szymborska, która woli poetycko milczeć (po Noblu), niż non stop pisać, byle być wciąż na topie. Przy takim braku pokory i zrozumienia, najłatwiej przeciwstawiać sobie wybitnych twórców: A są to żałosne przykłady poetyckiego głuchnięcia na poetyckie znaki ostrzegawcze: powtarzanie się. I to coraz bardziej rozdmuchane, rozgadane. Cóż, niedaleko sięgać – retoryka Miłosza; nieznośna, rozsadzająca przebłyski dawnej, zsyntetyzowanej (w obrazie), oszczędnej i niezawodnej w przedstawieniu „tego jedynego słowa” liryki – kolokwializmy, babulenia Różewicza (bo wielki, więc wszystko mu wolno? bzdura). Może uświadomienie sobie takiej kolei poetyckiego losu, Kiedy osiągnęło się w karierze wszystko, co było możliwe – jest przeciągające się milczenie Szymborskiej? Byłby to duży dla niej plus, wreszcie, bo nie lubię jej za notoryczny relatywizm. Wiedzieć, kiedy zniknąć po napisaniu wielu ważnych dla ojczystej (i nie tylko) poezji – wierszy. Kulminacja samowiedzy poety. Możliwa przez pokorę, ba! Hoffman – sam siedemdziesięciotrzyletni – wciąż wprowadza do swojego dziennika denerwujące oceny twórczości w kontekście wieku twórców: Miłosz dziś (pod dziewięćdziesiątkę): retor? Kaznodzieja? Ostatecznie jednak – poeta. Chociaż leń jednak w pracy nad językiem liryki. Stały rytm frazy to za mało. A gdzie asonans odbrzmiewa asonansowi? Rytm wewnętrzny? Nie ma go; duet czy trio współbrzmiących końcówek męskich? Ani śladu. Zanik orkiestracji na przestrzeni (w przestrzeni) wiersza. Biblijna kadencja nazbyt „nagminna” u poety tej klasy. Mędrzec nie zastąpi poety. Sam podziw dla trzeźwości i jasności umysłu człowieka w tym wieku nie może znosić niedostatków czy zaniedbań autora wierszy i poematów. Nobliście nie wszystko wolno. Po prostu – nie wypada. A powszechny nadal aplauz krytyki to krzywa dla obracającego się stylistycznie w kółko klasyka. Style to rozwój substancji, w której się pracuje, którą się posługuje. R o z w ó j.  Ruch. Jakże żenujące jest to owo zakłamanie autora dziennika, rzekomo ujawniającego wielkie tajemnice polskiej literatury: A Miłosz z rozbrajającą szczerością, urokliwie w swoim „To” ćwierka: „I ledwo mogę uwierzyć,/ Że udało mi się przeżyć życie” [„Texas”]. Ślizgając się. W komforcie niedostępnym innym. Mistrzowsko umocniony „na topie”. Wielki. Ten epitet pozwala mu w „To” przybrać pozę autodemaskatora ujawniającego nam pozór wiarygodności swojej dotychczasowej drogi poetyckiej. Na szczęście w pisaninie Hoffmana znajdziemy też łagodniejsze tony, choć i w nich są przytyki i charakterystyczne dla niego wybrzydzanie:  Nieustanny ceremoniał kanonizacyjny Miłosza w naszej klakierskiej krytyce (mimo wersyfikacyjnej – narastającej – nudy jego poezji) spowoduje nierychliwy powrót, a raczej rychliwy – poezji Przybosia. Jej ponowna dominacja byłaby przegięciem pały w drugą stronę. Niezbędne jest trzecie wyjście – wypadkowa, w jakimś sensie, obu poprzednich. Byłoby to znamię właściwej dojrzałości naszego wierszopisarstwa: dbałość o sens i żywą,  t w ó r c z ą  formę? A zatem, Miłosz i Przyboś – dwa bieguny – potrzebne, niezbędne dla nowego „być” naszej liryki? Chciałoby się rzec za Hölderlinem: „I tak się dzieje wszystko”. Podobnie po lekturze „Traktatu teologicznego”: Przywalony jestem górą przedsięwzięcia. Ogromna pewność siebie – mimo napomknienia raz po raz o swojej niepewności co do wyroków Losu i Boga. Miłoszowa retoryka w imponującym stylu; biały wiersz na usługach osobistego wywodu i wykładu. Teologiczny balans między manicheistycznymi ciągotami i naiwnej wiary dziecka w ostatnich strofach „Traktatu”. Teologicznie ryzykowna (podejrzana) teza o odpowiedzialności, nie, tożsamości Adama i Chrystusa. Przecież pierwszy jest stworzony, a drugi – zrodzony („zrodzony, a nie stworzony” mówimy w Wyznaniu wiary). Zafascynowanie mistycyzmem Böhmego i Swedenborgiem. No tak, ale to wyznanie poety, a nie teologa, którym tak bardzo Miłosz chce być. Duży plus: stała, trzymana powaga składni poematu. Ani śladu – może nie dosłyszałem? – eufonii muzycznego brzmienia frazy. Podniosła proza języka. Ale w zakresie nihilizmu poznawczego – to coś, co mówi o trudzie myśli i uczuciach w obszarze ontologii, w obszarze Centrum. To ważne. Oczywiście ten zachwyt jest udawany, ironiczny, co stanie się jasne przy kolejnym zapisie,  obniżającym wartość dzieła poety w konfrontacji z poematem papieża: Nie ma lepszej odpowiedzi na wahliwy a fragmentarycznie dwuznaczny „Traktat teologiczny” Miłosza.  

Hoffman naigrywa się nieustannie z naszych największych poetów, może tylko oszczędzając Herberta, który tworzy w innych zakresach, wkracza w przestrzenie mitu i kultury śródziemnomorskiej. Poza tym autor nie ma komu go przeciwstawić w polskiej liryce, a przecież zasada absurdalnych porównań, to jego klucz do zrozumienia odrębnych poetyk. Szczególnie w przypadku obezwładniającego go Różewicza: „Szara strefa” Różewicza. Wielka poezja robiona na tandetę, na pop art (…) Różewicz znakomicie dopasowujący się do „dzisiejszego klimatu”, ściągający tu i tam gacie i pokazujący nagi tyłek. Liryczny gracz w natarciu. Młody jak stary Staff. Różewicz to dla niego najważniejszy poeta polski, ale to określenie pojawia się przecież po steku bzdurnych ustaleń wstępnych: Różewicz. Postmodernista? Niewątpliwie. Ale jeśli jest rzeczywiście twórczy (i uczciwy) przezwycięży go. Pytanie: czy zdąży. W tej chwili traktuje w swej inżynierii poetyckiej (Drewnowski) świat, rzeczywistość zbyt jednostronnie. Przecież istnieje – druga optyka bytu: nadziei, wynikająca z wiary w Odkupienie. Siła ikonografii i moc konstrukcji „lepionych” w poematy fragmentów Różewicza fałszuje obraz świata, podporządkowuje go jednostronnej ocenie wielkiego (tak!) poety. Aż się prosi do poetyckiego (zrównoważonego jednakże) protestu. Doskonale. Różewicz „poruszył” zastygły staw konwencji lirycznej, schematyzm poezji. Pytanie: czy starczy talentu i mocy, aby „przeciwstawić się” twórczo jednostronności (poznawczej i ontologicznej) poetyce Różewicza. Bo ma jedynie częściową rację. Kaleczy rzeczywistość. Błąd w sztuce. Niemniej – najważniejszy współczesny poeta polski. I dalej: Przeświadczenie Różewicza, od którego zaczynam „Drogą” jest, co tu dużo mówić, jaskrawym wyrazem pychy rozumu i „lekkiej ręki” poety, zbyt już pewnego siebie. Jaki niedwuznaczny dowód na to, że w każdych okolicznościach ferowania sądów a priori (niewymagających dowodu) w przypadku czegoś co umyka empirii – jest głupotą. Zdanie: „Wygaśnięcie Absolutu niszczy sferę jego przejawiania się”, pojęte jako konstatacja  s p e ł n i a n i a   s i ę – jest głupie. Aczkolwiek – jak każda głupota – bywa (jest) niebezpieczna. To gruźliczy naciek groźny dla bezkrytycznych zjadaczy słowa filozoficznego i poetyckiego. To nie grozi mojemu „idącemu z psem znowu przy nodze, drogą.” O takim zarozumialstwie Hoffmana jak na końcu ostatniego cytatu, będzie mowa dalej, tutaj na razie przywołajmy kolejny przykład jego braku taktu i opanowania (Jakże często nie mogę się opanować; to jedna z moich głównych wad.): Przeciwko dwom zarozumiałym (głupim) zdaniom z Różewicza i Szymborskiej. (…) Co tu dużo mówić – kolejne żniwo pychy, obezwładniającej jednak, jak się okazuje, intelekt i wrażliwość. Ekspansja głupoty w tym obszarze. Dowód na ujemne saldo w słowie poetyckim. Oto co czyni hasło „wszystko wolno”. Świat bez Boga – świat bez zasad. Tym żałośniejsze, że czyni głupimi i starszych. Niektórych. Według Hoffmana Różewicz: Kiedy zaczyna rozprawiać o Bogu, o t a m t y m świecie – bredzi, a Szymborska tworzy „głupie” zdania: „Duszę się miewa.” Jedno z najgłupszych zdań, jakie dane mi było kiedykolwiek przeczytać. Pochodzi z tomiku „Chwila” Szymborskiej. Nie jest wyjątkiem. Autor dziennika wskazuje skąd bierze się jego „metoda” opisu, opierająca się na tandetnych, pospiesznych porównaniach: Spotkanie z Robertem w Cafe Reggio Emilia na Starym Rynku. Niemal dwugodzinna rozmowa. Temat przewodni: Szymborska, Miłosz. Ironia tej pierwszej – maska nałożona na rozpacz. Jej relatywizm (noblistki) – nie do zniesienia. Intelekt maskujący duchową ułomność. Zagubienie (pustka) Miłosza. Wykładanie z katedry. Powtarzanie się u obu, konwencja, maniera u obojga; weszli we własne klatki. Może podczas tych rozmów pojawiły się też zarysy takich opinii o poezji polskiej noblistki: Szymborska. „Widok z ziarnem piasku”. Ściana pomiędzy, pomiędzy podmiotem a przedmiotem. Pomiędzy człowiekiem a Naturą. Żadnej stycznej. Noblistko, uważaj! Patrzy na Ciebie „Oko bez powieki”. Jak by nie było, ta poetka lepsza jest jednak od Miłosza, szczególnie, gdy milczy (!): Szymborska. Jej poetyckie w czasopismach i wydawnictwach milczenie. Czy trwające nadal porażenie Noblem? Czy też odsuwająca zapis zaduma nad własnym patrzeniem na świat i egzystencję? Czy narastająca i pogłębiająca się rewizja własnej epistemologii, własnej nieufności czy wręcz negacji Centrum, widocznej w poznawczym relatywizmie poetki? To jej charakterystyczne: coś jest takie a jednocześnie nie jest takie… (…) Czy Szymborska to przemyśla? Czy rewiduje swoją estetykę (a zatem i etykę)? Cóż, wolę jej milczenie (myślę, że coś przygotowujące), niż uparte, starcze gadulstwo Miłosza. Pozującego na teologa i maga jednocześnie. Oczywiście przywoływanie wielkich poetów staje się dopuszczalne, gdy ktoś porównuje do nich autora dziennika: A swoją drogą zestaw nazwisk: Szymborska, Różewicz, Miłosz i Hoffman! I to zaczyna się powtarzać. Bogu dzięki, że przyjmuję to – o dziwo – raczej spokojnie i z dystansem, tak. To jednak za mało dla naszego eufonicznego zarozumialca, który wyławia z prasy wszelkie pochwały (Padło określenie mnie dotyczące: „Poeta pierwszego planu” – Bereza. Jak mocno powiedziane. Było tego więcej. „Porównywalny z Różewiczem”!), a jego samouwielbienie sięga aż epoki romantyzmu: Ja i Norwid…Nieodpartość wywodu Norwida – coś z tego można znaleźć w niejednym moim liryku. Choć Norwid jest zdecydowanie gorszy od niego: I oto u Norwida (!) natrafiłem na niefortunny obraz. (…) Brak rozluźnienia w składni, często. Dlatego wydaje się być „ciemny”. Dziś jeszcze. Ale bywa i rozgadany. I tu już trudniej o obronę. Tak samo mizerni są wielcy myśliciele Nietzsche i Schopenhauer (Tysiące stron bełkotu, skomlenie przy pozorach pewności siebie), Rousseau (Przesada, to jasne. Ale to cecha charakterologiczna. I ona zbliża mnie także do tego przeczulonego nerwicowca – Rousseau.), Hume (Czy wielki myśliciel bywa głupim? Bywa. W przypadku tematu: Bóg. Zadziwiające w swej ograniczoności (uproszczeniu) stwierdzenie Hume’a),  Lévinas i Barthes (A swoją drogą: radość z czytania myślicieli współczesnych! Nie wszystkich, zgoda. Z pewnością Husserla i Jaspersa tak. Z Lévinasa przyjąłem parę ujęć (w całości zniechęca egzaltacją), ale to starczy. Bzdurna konstatacja Barthes’a: „Koniec ze zdaniem. Koniec z logiczną frazą.” – wypowiedziane przecie w zdaniu!). Barthes posługuje się głupawymi, kuriozalnymi powiedzeniami, którym Hoffman mówi zdecydowane „Nie”: (Przeciwstawić godność pierwszego cytatu głupawej odzywce Barthes’a).  Może właśnie w w takich chwilach warto powrócić do prawdziwej filozofii, która wszakże też nie dorasta do pięt bydgoskiemu „myślicielowi”: (Powrócić do paru tez „Traktatu” Wittgensteina. Są sprzeczne ze sobą. Przez zarozumiałość, ślepotę, umysłu. I pomyśleć, że „Traktat” uważa się za najważniejsze dzieło filozoficzne XX wieku! Ironia – rys tak sztuki, jak i myśli naszych czasów). Wielu recenzentów wskazywało, iż wiersze Hoffmana są wspaniałymi analizami znanych tez filozoficznych, ale jakże można je traktować poważnie, skoro artykułował on wskazane wyżej opinie o największych myślicielach, a do tego mylił Kanta ze Spinozą (Kant powiada gdzieś: „wolność to uświadomiona konieczność”. I trafia w sedno.) Ten fragment przywołań absurdalnych określeń Hoffmana i jego próżnych ustaleń spointujmy dwoma cytatami, w których całkowicie się odsłonił: … nie pohamowałem się. Mimo wcześniejszych wewnętrznych postanowień wysłałem dziś list polecony do Wacława Tkaczuka z II Programu Polskiego Radia w Warszawie. Powód? Jego oświadczenie – w sobotnim przeglądzie poetyckim – że w ciągu dwunastu lat prowadzenia audycji tylko dwa razy użył w przypadku prezentowanych na antenie wierszy terminu „arcydzieło”. Pierwszy raz było to wobec Różewiczowskiego liryku bez tytułu, a zaczynającego się od słów „Wiatr dobijał się do okien…”, w drugim natomiast chodziło o wiersz Świetlickiego drukowany w „Kresach” (wyraźnie naśladowczy do majstersztyku Różewicza). Tkaczuk w swej chwalbie zapomniał, że podobnym terminem opatrzył sporo wcześniej (w 1997) i mój „Okop”. Fakt ten odnotował zresztą w swych „Zapiskach” trzy lata później Henryk Bereza, akcentując świetną analizę tego wiersza przeprowadzoną przez Tkaczuka w jednym z „Przeglądów” radiowych z 1997 roku. W końcowym zdaniu „zapisku” przytacza słowo przez Tkaczuka w przypadku „Okopu” użyte: arcydzieło. No cóż, w całej tej sprawie wziął górę u mnie brak pokory. I o tym też nadmieniłem Tkaczukowi w liście. Czy istnieje coś takiego, jak starcza próżność? Drugie przywołanie wiąże się z poglądami Hoffmana na sztukę i ciągłym prymitywizowaniem świata poza nim: Daj się zabić, jak przystało na mężczyznę – oto brzmienie wielkiego czerwonego transparentu wzdłuż całej elewacji Muzeum im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy, przy głównej ulicy, Gdańskiej. Chyba firmuje (motto) głupawemu festiwalowi plastycznemu w „obsadzie międzynarodowej” o nazwie „Konstrukcja…” i coś tam jeszcze. Ładna mi „Konstrukcja…”, skoro nawołuje do destrukcji! Głupota kierownictwa muzeum (dyrektorki) o typowym wydźwięku prowincjonalnym (za wszelką cenę błysnąć w oczach obcokrajowców!) Głupota jednak groźna, bo bezkarna, w czasie, kiedy w Polsce nie ma chyba dnia, kiedy nie popełniano by morderstwa (niewątpliwy efekt zniesienia kary śmierci). Za pieniądze głównie z kasy miejskiej, ale i zagraniczne też. Napis na transparencie nie jest w cudzysłowie, a zatem – apel na serio? Głupota, żenująca. Dobitny dowód nędzy obecnej „awangardy twórczej” w wydaniu prowincjonalnym. Choć Hoffman chciał uchodzić za szermierza postępu w poezji, choć jego wiersze miały być realizacją nieuchwytnej eufonii, w głębi duszy pozostał PAP-owcem niewiele rozumiejącym z ukrytych rzeczywistości, rozkoszującym się tym, że generał Jaruzelski spojrzał przychylnym okiem na jego propagandowe rzemiosło: 13 grudnia. Rano w radio rozmowa Olejnik z Jaruzelskim. Jej słowa kończące wywiad: „a jednak zginęli robotnicy”. Pamiętam spotkanie z generałem wiele lat temu na jakimś spędzie w dowództwie POW. Musiałem autoryzować – jako korespondent PAP – jego wystąpienie, tzn. moją relację z niego. Poprawił w jakimś miejscu składnię (skrócił zdanie?) Dowiódł mi, że czuje polszczyznę i potrafi posługiwać się nią – po prostu szanuje. Jakże ciekawe są te pochwały i dbałość o filologiczna poprawność tekstów, szczególnie w kontekście opinii Hoffmana na temat piszących „polonistycznych profesorów”: Wracam wspomnieniem do czwartkowego wieczoru autorskiego Janusza Kryszaka z Torunia, profesora UMK i poety. Wieczór zatytułowany był „Trzydzieści lat poezji”. Już z tej samej nazwy można wnioskować, że bohater wieczoru nie podziela przeświadczenia Norwida (a za nim Przybosia, Jacka Łukasiewicza i piszącego te słowa), że „poetą się bywa”. 30 lat poezji – nieustannie – począwszy od pierwszego zbiorku wierszy! Poeta i profesor z Torunia jest tego pewny. 30 lat nieustannej łaski, bo przecież napisanie wiersza odpowiadającego Gadamerowemu sprawdzianowi poezji (eufonia, właściwe brzmienie języka) jest, w moim największym przekonaniu, łaską. Kryszak zawsze był i jest poetą! Zaślepienie, pycha, brak zupełny pokory? Nie chcę krzywdzić, ale zjawisko każe być czujnym. Same wiersze – nadmiar metaforyzacji. Każde porównanie, epitet, obraz rozbudowane do zagęszczonej figury słownej. Gęstość przesadna, brak prześwitu, miejsca na oddech. Za wszelką cenę – język osobny, żeby było widać i słyszeć, że to poezja! Przeoczenie w gorączce „natchnienia”, psychologicznego prawidła w liryku: jedna metafora błyszczy w tekście – ich wielość zaciera, zakleja, inaczej: stawia ścianę. Nie ma się czego chwycić. Ale to wydaje się znamienne dla wszystkich polonistycznych profesorów uprawiających poezję. Zbyt bezdennie pławią się na co dzień w nieswoim wierszopisarstwie (z racji swej funkcji), aby w tej gęstości nie tracić zbyt dużo ze swojej, z własnej dykcji lirycznej, skoro bywają i poetami. Podwójne nieszczęście, kiedy taki osobnik upiera się przy swoim: „jestem poetą”. Złośliwość poety nie ma tutaj granic, a określenie „osobnik” wskazuje, jakże często bywał on ambiwalentny, bo przecież podczas tego wieczoru chwalił Kryszaka. No ale autor dziennika zmieniał zdanie o twórcach tylko w sytuacji, gdy go chwalili – tak było w przypadku Bogusława Kierca, którego najpierw zarozumiale ganił: Poetycki narcyzm? Bywa i taki. Liryka B. K. (styczniowy numer „Twórczości”) w obecnym stanie to prze-wyrafinowanie, styl podziwiający samego siebie, zakochany we własnym wizerunku. Nazbyt widoczna finezja. Jeżeli nie nadejdzie językowa pokora, całość pozostanie tombakową biżuterią poetycką. A potem chwalił, gdy Kierc opublikował przychylną mu recenzję: W sierpniowym „Kwartalniku Artystycznym” ukazała się recenzja Bogusława Kierca z „A-dur”. Świetna, zaangażowana niejako. Autor – wyborny poeta zresztą – moją książką jest wyraźnie  p o r u s z o n y . (…) To pisarz, posługujący się wysmakowanym językiem liryki, to poeta wierzący. „Tombakowa biżuteria” pojawia się też w odniesieniu do twórczości Adama Zagajewskiego: Po wielu miesiącach przerwy wracam znowu do zapisków. I zaczynam od głupiego zadęcia autora poetyckiej „czeskiej biżuterii” (jakże częstej!) – Adama Zagajewskiego. Oto jego obwieszczenie użyte zresztą skwapliwie jako tytuł wywiadu z nim w „Rzeczypospolitej” (7-8 lipca 2007): „Poeta nie może słuchać filozofów”. Nie może? Powinien. I to uważnie. Rzecz jasna nie po to, aby spełniać ich teoretyczne polecenia, ale aby wykorzystać ich intuicję dla  w ł a s n y c h, poetyckich celów. To może być cząstka, fragment ich wypowiedzi, „odrobina” zgoła, przetworzona potem w semantycznej strukturze wiersza. Świeża jakość na „grzybni” Schellingowskiego teorematu choćby. „Zerżnięcie” zdania lub jego części z filozoficznego tekstu po to, aby „dopełnić”, „ubogacić”, czy umuzycznić, jednym słowem – wykorzystać poetycko jest w ambitnym utworze poety niezbędne zgoła. „(…) nie może słuchać” – głupota, po prostu: brak ucha, brak zdolności anektowania, tak niezbędnych w praktyce poetyckiej. Myśl filozoficzna jako tworzywo, a jakże! Czy to powinno dziwić? Zagajewski. Przestańmy z jego klaką, z pasowaniem go na kandydata do Nobla. To żałosne zabiegi „Zeszytów Literackich”! No tak, przecież nikt nie nominował Hoffmana do Nagrody Nobla, a jego eufoniczna poezja czeka wciąż na odkrycie w świecie. Natomiast twórcy, którzy odnieśli w nim sukces to „zgrywusy” jak np. Gombrowicz: Rano w II PR Piotr Fronczewski czytał fragment Ferdydurke Gombrowicza. Nieznośne acz dykcja znakomita. Aktorskie „wyżywanie się”. Nieznośne, zgrywa. Tak jak nieznośną i pisarską zgrywą był ów gombrowiczowski fragment. I narracja, i interpretacja pasowały do siebie. Albo słabowici producenci wierszy bez obrazów: W tej samej lipcowej „Twórczości” – na otwarcie – słabe poetycko wiersze Bolesława Taborskiego. Brak obrazu (słów-rzeczy), składanka pojęć, zbanalizowanych form wypowiedzi, choć intencje, i owszem, szczytne. Smutno się robi: wygasłe zdolności. Utracona łaska. Taborski, jak Kryszak i Miłosz to hermetyczni twórcy, zniekształceni przez profesorskie mędrkowanie. By ich określić Hoffman odkurza dawno zapomniane słowo klerk i łączy je z określeniem „pedał”: Nic gorszego jak być klerkiem w poezji. To, co wychodzi wówczas, jest na ogół tworem bez jaj, kadencją pedała, kiedy tokuje. Autor dziennika pisał to w czasach, gdy homoseksualiści nie domagali się jeszcze tak natarczywie, by używać słowa „gej” i teraz brzmi to paradnie i zyskuje dodatkowy absurdalny kontekst. Podobnie jest ze wskazanym już wyżej monotonnym wypominaniem Miłoszowi starości:  Czepiając się (nie, nie „czepiając”, a nawiązując do) translatorskiego wzlotu noblisty „zderzyć” go ze smutnym samopoczuciem w mowie i piśmie w chwili obecnej. Nie drwię z przywary sędziwego wieku, ile aktywność nader skwapliwa w  p o w ą t p i e w a n i u . Coraz wyraźniejsze gnostyckie ciągoty. Nad grobem, nie ma co się łudzić. Odwrócenie kierunku, zagubienie. Nawalił starczy błędnik. Rzecz jasna nie artykułować tego w przeczuwanym (bardziej niż zaprogramowanym) poemacie, ale nie pominąć zjawiska. Zakończyć wszakże wspólną dla starych poetów oczywistością: niezależnie od stanu starczej duszy (lękliwej i słabnącej) jedno jest dla nich wspólne – t a j e m n i c a . Jej namacalne wręcz odczuwanie w pracy poetyckiej, w milczeniu (choćby krzyczał) wiersza. Tutaj znowu pojawia się wynaturzona ambiwalencja, która znajduje też swoje zastosowanie w ataku na Ryszarda Przybylskiego, o dziwo z zastosowaniem określenia ”gej”: Absolutna głupota to zdanie Przybylskiego: „starość to cela śmierci”. Nie oddałbym swoich 75 lat za ileś tam lat przywróconej młodości!. No tak, ale jeśli się nie widzi (nie czuje) Centrum – pozostaje rozpacz. Podobno choruje, podobno jest gejem (nie mam nic przeciwko gejom, ale im współczuję). Osamotniony w chorobie stary gej to rozpacz. Tylko się wieszać. Nie starcza odwagi na autodestrukcję, więc się bluźni na wszystko – a talent narracyjny się ma. Etyczny destruktor. Na to takiego nieszczęśnika jeszcze stać. Starość Hoffmana ma wydźwięk pozytywny, a podeszły wiek Miłosza, Różewicza i Przybylskiego odbiera im możliwości twórcze i generuje – jak to określa – „pieprzenie”: I niech Przybylski nie pieprzy o celi śmierci, którą nazywa starość! Żałosny rozbitek. Pozbawiony godności ducha. Póki Hoffman stosuje swoją deprecjonująca zasadę porównywania twórców, by ich osłabić lub wręcz odsądzić od czci i wiary, można to uznać za indywidualną strategię „krytycznoliteracką” – gorzej jest, gdy górę bierze jego daleko posunięte zarozumialstwo i zawyżanie samoocen: Ponad pół wieku świadomego (poetycko) pisania, czternaście opublikowanych książek poetyckich… W sumie – coś  w y r a z i ł e m  bezsprzecznie. Moje czucie i widzenie rzeczy. Uświęconej oglądem Stwórcy. Także tej przemijającej właśnie… Samooceny oparte są na samozadowoleniu i tworzeniu zdumiewających pochwał: Ja sam swoje pisarstwo, zwłaszcza jego krystalizację w ostatnich paru latach, zaczynam nazywać: franciszkański kartezjanizm. (…) Jakże się cieszę, że Mielhorskiego nie zawiodłem! Przecież branie Hoffmana „za temat” wówczas, przed laty, było dla młodego poety-badacza ryzykiem, to jasne. Ale postawił na właściwego konia!  Postawił na właściwego konia przy pisaniu doktoratu o Hoffmanie, ale przecież tak naprawdę podmiot dysertacji i jego nie traktował jako partnera, drastycznie obniżał ocenę poezji:   W 6 numerze „Nowej Okolicy Poetów” wiersze Roberta M. Wynurzenia nadwrażliwca rzuconego w chłodną, zobiektywizowaną rzeczywistość dnia. Duża kultura literacka obudowana jednak pewnym nadmiarem obrazów i zdań „stwarzających” nastrój i klimat wywodów. Gadulstwo duszy aż proszącej o to, by zjawił się jej despotyczny brat, rozum, ze swoim „przymknij się!” Tak zawsze, kiedy pomija się – zamierzając wiersz – szczegół z naoczności w jego prostocie (całym bogactwie). Pozostaje biadolenie literackości „na oczach świata”. Kontrolować siebie, kontrolować. Chodzi o powagę, o męskość liryki.

Za sprawą Roberta Mielhorskiego wkraczamy w tę część Dziennika (2000-2008), (Hoffmana, w której rozprawia się on z lokalnym środowiskiem literackim i artystycznym. Wielokrotnie stosując swoją „metodę” obniżających wartość porównań, wskazuje twórczość swojego stałego rozmówcy z kawiarni, jako kontrapunkt dla poezji Ryszarda Częstochowskiego: Tego samego dnia obelżywa „korespondencja” od poetycznego i etycznego kurdupla R.C. – w odpowiedzi na moją wzmiankę o jego wierszu w wywiadzie w „Promocjach”. Żałosna. Ale tacy teraz brylują w wydawnictwach, czasopismach i stowarzyszeniach. Dla osłody wspominam sobie Adama Małysza na skoczni w Falun ze środowego konkursu. Skromny chłopak – przeciwieństwo „poety” R. C. No, ale tacy i tacy zamieszkują ziemię. Według Hoffmana: Robert to przykład na „tak” w młodej literaturze polskiej. R. C.  to przykład na „nie”. Niestety tych drugich jest pełno w czasopismach, telewizji i Internecie. Sieje ich wiatr jak zarazki pryszczycy, przenosi wszędzie. Zatraciły się kryteria. Na tym nie koniec pastwienia się nad Częstochowskim, wpisującego się w ciąg wcześniejszych obelg: Uderzyć akademickie mędrkowanie starego dziś tłumacza „Symfonii” – Czesława Miłosza, brylującego w gnostyce „teologa”, za którego z całą powagą przecież się ma. Uderzyć w kurdupli poetyckich, przemądrzałych ściągaczy z Pisma, absolutnie nie czujących   j e d n o ś c i  jego języka (owo „idiocie” miast „głupcy”) u C. choćby. Jakże żenujące jest to budowanie oceny działalności kolegi z SPP z wykorzystaniem ohydnych napaści na jego cechy indywidualne (wzrost) i mentalne (psychika): …inteligencja Pascala (Waga). Inteligencja jest ruchem; nieustannie reagującym na przepływ myśli i dziejbę naoczności; ustawiającym żagiel na każdą zmianę i kierunek wiatrów. Modulację. Jej siły brak u wielu poetów. Stąd i głupota. Ta pewność siebie ludzi ograniczonych, maskowana niekiedy fałszywą (robioną) skromnością. Przykład? Choćby autor „Z sufitu nocą”. Ale to chyba człowiek niezdrowy psychicznie, chociaż… no tak, tym gorzej dla niego. Tak głupiego i nieudanego wiersza jak „Z Genezis do exodus” nie czytałem od dawna. Nie dopuszcza też Hoffman innych ocen i bezpardonowo atakuje autorkę pozytywnej recenzji tomu Częstochowskiego, opublikowanej w ukochanej „Twórczości”: W tym samym 11 numerze „Twórczości” recenzja niejakiej E.G. tomiku „Z sufitu nocy” dla mnie kurdupla poetyckiego R.C. Pisaną z pełną aprobatą z wielce zadętym tytułem „Między Atenami a Jeruzalem”. Robiącą widły z igły. Typowy dla świadczących sobie przysługi kolesiów przykład mistyfikacji. A o samej autorce recenzji (nader obszernej) niech świadczy ten ogólnikowy i nietrafiający w istotę rzeczy końcowy fragment tekstu: „Poezja jest czymś więcej niż tylko pisaniem wierszy – otwartością na to, co jest naprawdę ważne, zdolnością do głębszej refleksji nad tajemnicą bytu”. To oczywiste, ale nie mówi nic o wyłączności i o osobności języka poezji. Najlepiej by było, gdyby w „Twórczości” publikowano tylko Hoffmana, a jeśli już mieliby pojawiać się w niej jacyś inni twórcy (np. Artur Lekszycki), to powinni przejść przez jego eufoniczne sito selekcyjne: (…) głupiego, tak, tekstu niejakiego A. L. z wrześniowej „Twórczości”. Następuje po moich wierszach otwierających numer, „W drodze do Itaki”, tak to się nazywa. Wzorcowy niemalże przykład współczesnego poganizmu w pisarstwie. To coś więcej – in minus: niewiarygodna pewność siebie w sądach, a zatem wyjątkowa (czy jednak?) głupota. Wzorcowa dla tego rodzaju szczeniaków moralnych. I znowu zbyt oględnie powiedziane. Plugawość – bo kompletna pogarda w spojrzeniu na starość („Powaga starości to bezsiła” – to najłagodniejsze z wyliczonych tam określeń) nade wszystko zaś raniące mnie jako wierzącego plugawe patrzenie na chrześcijaństwo, na samego Chrystusa: „Bogowie bez narządów płciowych są groźni. Tacy bogowie żądają od nas tego co nieludzkie, tego co niemożliwe. Wolę więc Zeusa niż Chrystusa. Pierwszy jest afirmacją życia. Drugi afirmacją wieczności”. Żałosny łachman ludzki. Poganin dnia dzisiejszego. Na domiar bez taktu. Duchowy prymityw z pisarskimi uzdolnieniami. Ciekaw jestem, ile ma lat? To sąsiedztwo w „Twórczości” – co tu dużo mówić – poraża mnie. Boli. Podsumowanie publikacji innych młodszych kolegów też jest pełne sarkazmu: Liryka dzisiejszych naszych średniaków i młodych? W znakomitej większości – rozślimaczony stylistycznie egotyzm, popieprzony złośliwą kpiną z wszystkiego. Tu nawet nie można mówić o nihilizmie poznawczym, bowiem z samej swej istoty zakłada on pewną ambicję (jako pochodną zła ontologicznego): negację Boga. Świadomą. Im nigdy nie będzie dane być prawdziwym artystą: Mówić tu o sytuacji prawdziwego artysty. Legiony wykształconych grafomanów i szalbierzy (tak brylujących w naszym czasopiśmiennictwie literackim) nie wchodzą w rachubę. Przecież liczy się tylko „eufonia”, którą Hoffman rozumie dziwacznie – raz to jako najwyższe osiągnięcie poetyckie, a innym razem jako łaskę od Boga: Był wczoraj u mnie (w BWA) Krzysztof Myszkowski. Rozmowa zeszła na Miłosza i jego „Traktat teologiczny”. Ponoć noblista mu się zwierzył, że sporo z tego poematu sam nie rozumie! Notuje, co jest mu dane (przekazane?). To by się zgadzało z tym, co sam – jeśli chodzi o moje zapisy – podejrzewałem. Wiersz to łaska. My nie jesteśmy nad nią władni. Schodzi ku nam w sposób, w jaki dostrzegła ją Simone Weil. Poeta jest  p o w o ł a n y.  Do świadczenia prawdy słowa. Ewangelista na swój, poetycki sposób. Miłosz, jak powiedział Myszkowskiemu, ma przy sobie na noc pod ręką notatnik i długopis – notuje, poruszony, to, co we śnie czy na jawie, czuwając  u s ł y s z y , co mu zostaje przekazane… Ta konfesja rehabilituje klasyka w moich oczach, nieco; stale bowiem ma u mnie „haka” za brak właściwej pracy poetyckiej w języku. Jego wiersze i poematy to nadal dostojny i mądry (uczony) wykład, a nie struktura znaczeniowa dana w eufonii. Pęknięcie, brak scalenia – tego, co  u s ł y s z a n e  z tym, co   z a p i s a n e  w sposób obowiązujący poetę. Tego drugiego nie dostaje. Nadal. Nie chodzi o rymowanie, chodzi o tkankę foniczną. O orkiestrację wewnętrzną składni, o muzyczność wiersza. Brak eufonii generuje jakże zasadnicze sądy i motywuje Hoffmana do kolejnych ambiwalencji – tak jak w przypadku Wojciecha Banacha: „Punkty wspólne” – nowy zbiorek wierszy Wojciecha Banacha, chyba najbardziej zwarty formalnie (i treściowo) w jego dotychczasowym dorobku. 13 utworów „na nie” wobec człowieczego bytu. Prześmiewczość zaprawiona goryczą. Brutalizmy z zabójczą ironią. Niemal nic z dobra. Krańcowość negacji. Tak natrętna, że każe te wiersze przyjmować przez odwrotność: to skowyt o podanie ręki, nadzieję i ład (moralny)! Ale taki, że odczytanie dotyczyć może jedynie odbiorcy rzeczywiście wrażliwego, z krztyną choćby dobrej woli. „Punkty wspólne” – ten tytuł jest przekorny raczej; osobiście tej wspólnoty nie odczuwam, chociaż… tak, cierpienie jest wspólne, aczkolwiek objawia się rozmaicie. A wiersze Banacha wydają mi się w końcu krzykiem bólu, maskowanym kpiną, semantyczną bezwzględnością „na nie”. Na niedawnym wieczorze autorskim Banacha w piwnicy galerii J. Solińskiego i J. Kaji pytano poetę o to, kiedy napisze coś o nadziei. W odpowiedzi kręcił, wymigując się zwrotem, że chodzi mu o coś, co jest konstruktywne… Na wieczorze tym byłem jego „adwokatem diabła” – interpretując wymowę jego liryki przez wspomnianą już odwrotność. Sala milczała. Sala milczała. Czy można wyobrazić sobie pisarza bez jakiejkolwiek nadziei, w sytuacji, kiedy nie zamierza się otruć czy powiesić, kiedy ma na uwadze nowe teksty? No tak, co w takim razie ciągnie tego rodzaju pisanie? Szablon, opanowany do perfekcji schemat „negacji”? A bez wątpienia łatwiej pisać na „nie” niż na „tak”. Widzę ukryty w tym wszystkim osobisty dramat tego poety, bolesne rozdarcie w samej znaczeniowej strukturze jego wierszy. A przyszedł na swój wieczór z córką. Cóż – nadzieja jest łaską. I wiara jest łaską. Biedni ci, którzy nie dostrzegają w bycie dobra. Jego przewagi. Przytulić psa i milczeć. To często pomaga. Głupota literackiego schematu wobec niewyczerpanej świeżości Natury! Wyjście: franciszkanizm? Pokora. Tak. Autor uwielbia zdradzać osoby, z którymi jest lub był przez wiele lat zaprzyjaźniony – jak choćby Jerzego Sulimę-Kamińskiego, któremu potrafi przypisać tylko jedno, jakże butne określenie człowieka myślącego, że jest nieśmiertelny: Jurek S.-K.: gasnący ogarek. Mijałem go dzisiaj.  Inny jego przyjaciel – Kazimierz Jułga – jest ubożuchny w formułowaniu – w recenzji czy omówieniu plastycznym, Jerzy Puciata jest gorszy od Tadeusza Małachowskiego, Tadeusz Konwicki formułuje pochopne, nieprzemyślane sądy, najbardziej jednak Hoffman pastwi się nad wierszami innego „przyjaciela”, urodzonego w Bydgoszczy Zbigniewa Jankowskiego, zarzucając mu, że „zrobił karierę na Bogu”:  Wacław Tkaczuk w dzisiejszym (sobotnim) radiowym przeglądzie prasy literackiej („Wiersze z gazet i czasopism” nazwał Zbigniewa Jankowskiego najwybitniejszym współczesnym poetą religijnym. I on dał się nabrać. Dla mnie Zb. Jankowski to poeta, który zrobił karierę na Bogu (poprzednio było to morze). Nadużywa imienia Stwórcy, polemizuje z Nim „za pan brat”. Mimo zapewnień o pokorze – zadęcia, w efekcie – pycha. Obym był w błędzie. Autor Dziennika mówi o „przyjaźni poetyckiej”, ale nie waha się kwestionować szczerości kolegi i podważa autentyczność jego wiary: Problem? Rzecz jasna że problem. I to jaki! Sprawa dotyczy – jak by się wydawało – przyjaźni poetyckiej. Wzajemnej „sympatii pisarskiej” – Zbyszka Jankowskiego z Wybrzeża i mnie. Dopóki dominantą swojej liryki czynił morze, tudzież człowiecze „wtręty” (rekwizyty) do niego – kutry, przyjmowałem to, chociaż nużąca wręcz  p o w t a r z a l n o ś ć  tychże zaczynała mnie z biegiem czasu denerwować. Ale „morze” „kutry” zastąpił on teraz Bogiem i coraz nachalniejszym „dialogiem” z Nim i to wręcz – i, takie się odnosi czasami wrażenie – jak równy z równym. I to mnie niemal autentycznie wkurza. Bóg – z wiersza na wiersz niemal – jako temat! To mnie wręcz oburza. To w końcu stawia pod znakiem zapytania szczerość (powagę) dzisiejszej liryki, nazwijmy ją roboczo – religijną. Ludzki pic z nieprzystawalnej do człowieczej percepcji powagi Boga! Nie, Zbigniewie, nie – to robacze (bo ludzkie) spoufalanie. Pojawia się też zarzut, że Jankowski popełnia  w swoich wierszach grzech najbardziej piętnowany w chrześcijaństwie: Te balanse poetów na wąskiej linii oddzielającej spontaniczność uczucia czy wrażliwości od uzurpacji, nadużycia słowa za podszeptem pewności siebie (pychy)! Niestety, mimochodem nasuwa mi się, narzuca przykład Z. J. Hoffman „radzi” by poeta przestał „nadużywać” imienia Boga: Czas na lirykę konstruktywną. Bez nadużywania imienia Bożego (bez tego, co razi mnie u Z.J. i in.) i jeszcze, żeby zasiać w nim ziarno niepokoju i ostatecznie pogłębić, próbuje wprowadzić żenującą gradację rodzinną: Teresa – poetka lepsza od Zbyszka, swego męża. Niejako rykoszetem dostaje się też innej przedstawicielce tej wspaniałej rodziny poetyckiej – Jolancie Baziak, którą Hoffman nie waha się określić jako grafomankę: (jak uniknąć formy/ gdy już jest?) – po prostu: rozmazać się w mgławicy słów. Jak znakomita większość tekstów pomieszczonych w „Wierszach wybranych” J.B. (Instytut Wydawniczy Świadectwo, Bydgoszcz 2001). Ta nieszczęsna przywara „filozofowania” u dzisiejszych układaczy (-ek) wierszy z pretensjami do poezji. Cytat pochodzi ze wspomnianego wyżej zbioru. Jak uniknąć manii pisania, gdy się już na nią cierpi? Tragedia. A coraz więcej zarażonych. Epidemia. Grafomanii. Manii pisania.  O ile Baziak tylko go denerwuje, to prawdziwe obrzydzenie wzbudza w nim natomiast Wiesław Trzeciakowski, który odważył się przesyłać mu listy w formie wydruków: Trzeci sążnisty list (na komputerze) od W.T. Bardzo przykry, zaskakujący rodzajem „intelektualnego”, pożal się Boże, nietaktu. Obraźliwy. Chora ambicja. Narcyz zapatrzony we własne odbicie. Rozpaczliwe próby poetyckiej kompensaty. Zabolało mnie wtargnięcie tego znacznie młodszego ode mnie człowieka w mój stosunek do Boga, podważenie mojej wiary w Chrystusa z Kazania na Górze, w Zbawiciela z Ewangelii. Rzecz wyjaśnia chyba koniec listu T.: „Z alchemicznym pozdrowieniem”. Postawił kropkę nad i. Pokryć rzecz milczeniem. Niegodna odpowiedzi. Wstyd za człowieka „z branży”. Wygląda na to, że autor listów wyraźnie dopiekł Hoffmanowi, gdy zakwestionował jego religijność: Wciąż w pamięci przykry (zawstydzająco) list T. do mnie. Jaki zawód, jeśli chodzi o osobę nadawcy. Dla mnie – wyraźne symptomy resentymentu u niego. W ujęciu Nietzschego. Hoffmanowi wolno kwestionować wiarę Zbigniewa Jankowskiego, a gdy Trzeciakowski kwestionuje autentyczność jego przekazów związanych z Biblią, natychmiast umieszcza go w jednym szeregu z nihilistą wszech czasów. Tym kategorycznym sądom towarzyszą świętoszkowate przywołania samego siebie do porządku: Boże, spraw, abym był lepszy, abym nie klął i nie wyzywał pod nosem na widok, co drugiego mijanego przechodnia. Tej przywary, tej skazy (starości?) nie odciąży przecież coraz większa, granicząca z uczuciem sympatia do napotkanych psów i kotów, zwłaszcza tych „z gminu”. Popracować nad sobą. Przymusić wolę. Wyprzedzać wyzwisko. I w innym miejscu: Abym dochował wierności sercu: abym był pokorny; abym pokonał chimeryczność usposobienia: abym był pokorny trwale, „na co dzień”; abym był dobry w domu i na ulicy: abym nie złorzeczył w myśli i w mamrotaniu do siebie przechodniom; abym nie uległ zawiści wieku starczego. Starczy resentyment. Co za klęska, co za ruina godności! Jak widać, przywołane wyżej cytaty wskazują na daleko posunięty brak krytycyzmu Hoffmana, choć – o dziwo! – i jemu zdarza się spojrzeć na siebie z boku: I to nieustanne – z notatki na notatkę – gadulstwo! Zwięzłą, na ogół trafną myśl przyoblekam z reguły w makarony słów. Zawsze coś dodaję, dodając i – spieprzam. Słowa, słowa, słowa… Szlag trafi. Autor wiedział, że formułuje sądy z ogromną emfazą, ale nie potrafił się uwolnić od przesady: Fatalna u mnie przywara: przegadywania. Chociażby tych zapisków.

Kazimierz Hoffman przez lata budował swój wizerunek poety oryginalnego, mającego swój niepowtarzalny styl, a nade wszystko kierującego się w swoich tekstach zasadą poszukiwania nieuchwytnej eufonii, którą rozumiał – rzekomo – tak jak Gadamer, ani słowem nie wspominając o szerszym pojęciu hermeneutyki filozoficznej, powstałej na bazie poglądów Wilhelma Diltheya. W wieku XX obok Hansa-Georga Gadamera rozwijali ją przecież także Martin Heidegger i Paul Ricoeur. O ile autor Prawdy i metody: zarysu hermeneutyki filozoficznej  rozumie eufonię wielorako, o tyle Hoffman zawęża ją jedynie do ciszy i wymownego milczenia i braku narracji poetyckiej: Norwidowe „poetą się bywa” pasuje do Miłosza, który poetą (za sprawą eufonii) nie zawsze bywa (mądra narracja i niewiele więcej). Z tego powodu jego wiersze są trudne do interpretacji i często nie wytrzymują próby krytycznego opisu, Rację ma Piotr Cielesz, gdy mówi, że w wierszach Hoffmana brakuje treści, szczególnie, gdy zrezygnujemy z zaproponowanego przez niego zapisu, sugerującego długie kadencje cichych zamyśleń. Okaże się wtedy, że owa, jakże cenna eufonia zabija poetycką „opowieść” i wymusza interpretację „na klęczkach”, z góry niejako zakładając, że wiersz Hoffmana jest zapisem jakiejś, jemu tylko znanej tajemnicy. Źle się stało, że Dziennik (2000–2008) ukazał się drukiem, bo postawił w kłopotliwej sytuacji owo wieloletnie budowanie wizerunku poetyckiego maga, ukrywającego sensy między słowami i znajdującego je w specjalnie modyfikowanym brzmieniu. Teraz już nie wiadomo jakie były zamierzenia poety, co do publikacji tych zapisków, a dość przypadkowy okres w jego życiu, który objęły, wskazywać może, że był to materiał wstępny, domagający się długiej „pracy w słowie”.

_______________

Kazimierz Hoffman, Dziennik (2000-2008), Epigram, Bydgoszcz 2017, s. 424.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: