SKOK CZERWONEGO SMOKA (2)

Ming Lou, główny pawilon Ming Xiaoling

Na wielkim dworcu w Nankinie wędruję najpierw na dolnej platformie, a potem wchodzę na górne tarasy i z ich wysokości przyglądam się ludziom. Nieprzebrane tłumy czekają aż na wielkich telebimach pojawi się informacja o zbliżającym się pociągu, a wtedy wolno wstają z miejsc i ustawiają się w kolejce do odpowiedniego zejścia. Piękne młode kobiety i staruszki, których pomarszczone twarze zdradzają, że ich życie nie było lekkie za panowania kolejnych przywódców, chłopcy i młodzieńcy wykazujący wielkie ożywienie i mężczyźni w kwiecie wieku, karnie czekający na swoją kolej przy bramce, gdzie urzędnik kolejowy sprawdza bilety i dokumenty tożsamości. Wolno przesuwam się do przodu i przed moimi oczyma pojawiają się obrazy z Nankinu i zdarzenia kilku ostatnich dni. Oto wkraczam do wielkiego ogrodu cesarskiego we wschodniej części miasta, gdzie u podnóża Purpurowej Góry usytuowano mauzoleum Ming Xiaoling. Szeroka aleja (Droga Duchów) prowadzi do strażnic, a po ich przejściu odsłania się widok na okrągły kopiec o średnicy czterystu metrów, usypany nad grobowcem Hongwu, pierwszego cesarza z dynastii Ming, żyjącego w latach 1328–1398. Jego losy są bardzo ciekawe, bo przecież urodził się jako Zhu Yuanzhang (chiń. 朱元璋) w ubogiej rodzinie chłopskiej w prowincji Jiangsu, a potem głodował wraz z rodzeństwem i szukał schronienia w klasztorze buddyjskim. Szybko jednak musiał go opuścić, bo zabrakło środków na przygotowywanie posiłków. Tak stał się żebrakiem, wędrującym z miejsca na miejsce, ale po trzech latach powrócił do klasztoru i nauczył się czytać i pisać. Niestety, gdy miał zaledwie dwadzieścia cztery lata, jego świątynię i przyległe budynki zburzyły wojska mongolskiej dynastii Yuan. Zhu znowu ruszył w drogę i postanowił przyłączyć się do powstania czerwonych turbanów. Szybko awansował, ożenił się z córką przywódcy rewolty, co dopomogło mu w objęciu dowództwa nad armią chłopską. Miał dwadzieścia siedem lat i piął się w górę, został przywódcą rewolty i poprowadził wojska na Pekin, gdzie w 1368 roku obwołano go cesarzem zjednoczonych Chin. Potrafił być bardzo surowy, ale też – pamiętając o swojej przeszłości – robił wszystko by polepszyć byt najuboższych warstw społecznych, między innymi rozdzielił między chłopów ziemię możnowładców mongolskich i złagodził system podatkowy. Szerokie inwestycje irygacyjne polepszyły zbiory zbóż i innych płodów rolnych, co przełożyło się na poprawę bytu biedoty, która zaczęła też korzystać z papierowych pieniędzy, wprowadzonych przez cesarza.

Droga Duchów

Szybko przeszedłem Drogę Duchów, przecinającą ogromny kompleks grobowy, mający prawie trzy tysiące hektarów, minąłem bramę Dajinmen, zniszczoną w dziewiętnastym wieku podczas powstania tajpingów, a obecnie pięknie zrekonstruowaną. Za tym budynkiem znajduje się pawilon Sifangchen, w którym Yongle, syn i następca Hongwu na cesarskim tronie, umieścił na grzbiecie kamiennego żółwia stelę wysławiającą dokonania ojca. Stąd było już widać kopiec usypany nad grobowcem, w którym pochowano cesarza wraz z żoną Ma i jego nieszczęsnymi konkubinami. Budowa mauzoleum zakończyła się dopiero w roku 1431, ale małżonka spoczęła w grobie już w roku 1384, czekając do roku 1398 na paradny pochówek jej męża. Chińczycy bardzo dbają o spokój takich miejsc i rozkopali zaledwie trzy grobowe wzgórza, dostając się do wewnętrznych komór. Jedno z nich będzie mi dane zobaczyć w kolejnych latach, niedaleko Pekinu, w kotlinie otoczonej górami Longshan (Góry Smoka) i Hushan (Góry Tygrysa). Na razie możemy sobie tylko wyobrażać jakie skarby znajdują się pod ziemią w Chinach, jak pyszne i wykwintne artefakty czekają na odsłonięcie w kolejnych kopcach cesarskich. Szczególnie intrygujący jest grobowiec w Xiaan, usytuowany niedaleko słynnej terakotowej armii, która miała być zapleczem władcy w zaświatach. Wiele razy wpatrywałem się w chińskie przestrzenie z górującymi nad nimi ziemnymi piramidami i prawdę powiedziawszy zły byłem na Chińczyków, kierujących się trudną do pojęcia logiką. Chodzi o spokój zmarłych cesarzy, o majestat wieczności, jakże ważny dla ich kultury, ale przecież te wszystkie wspaniałości należą do dziedzictwa ludzkości i powinny jak najszybciej ujrzeć światło dzienne. Przyczyniłoby się to powstania wielkich muzeów, a na ich bazie do stworzenia rozległych studiów, wydania obszernych albumów i książek, opisujących dorobek władców. Staranność w odkrywaniu cudowności kultury chińskiej, widoczna przy okazji wykopalisk w Xiaan, warta jest najwyższej pochwały, ale przecież kraj ten dysponuje wielkimi środkami i ogromną rzeszą naukowców, którzy zajęliby się godnym odsłonięciem tego, co od wieków pozostaje pod ziemią. Wiemy z całą pewnością, że skarby tam się znajdują, co podkreślają choćby próbne wiercenia w grobowcu Pierwszego Cesarza. W przypadku wykopalisk egipskich nie mamy tak komfortowej sytuacji i musimy liczyć na łut szczęścia, wszak tamtejsi rabusie przez wielu wieków zrobili swoje, a i wysłannicy świata zachodniego nie zawsze zachowywali się jak należy. Świadczą o tym choćby paskudne napisy wewnątrz piramid, dokumentujące wejście do nich różnorakich pseudonaukowych barbarzyńców, koniecznie pragnących zamanifestować swoją bytność w nich.   

Uliczny grajek z kilku epok

Wędrując ścieżkami i alejami ogrodu cesarskiego, przy grobowcu Hongwu, znowu przyglądam się ludziom – tym znakom ciągłości kulturowej i jakby żywym, wizualnym kryptocytatom z przeszłości. Wszak różne osoby, żyjące w Chinach w poprzednich wiekach miały podobne twarze, takie same oczy, sylwetki, a tylko stroje uległy zmianie. Charakterystyczne dla tego wielkiego kraju jest to, że często spotyka się tam osoby o niezwykłej urodzie, kobiety przypominające dawne księżniczki i cesarzowe i mężczyzn jakby żywcem przeniesionych z armii kolejnych władców. Dostrzegam to i staram się dokumentować na fotografiach, a moje archiwum ma już kilkanaście tysięcy portretów, przybliżeń i tego typu analiz. Im dłużej obcuje się z tymi ludźmi, tym szybciej zatracają oni indywidualne cechy orientalne i stają się po prostu przedstawicielami tej samej ludzkości, do której należę. Przyznajmy od razu, że zdarza się też w Chinach spotykać ludzi bardzo „brzydkich”, do czego zapewne przyczyniło się wymieszanie typów ludzkich, wywodzących się z różnych części kraju i całego kontynentu azjatyckiego. Ale tak jest w wielu krajach, szczególnie w tych z ogromną populacją, w Indiach, Stanach Zjednoczonych, Rosji, w państwach afrykańskich i południowoamerykańskich. Będąc w Chinach przyglądam się wszystkiemu szeroko otwartymi oczyma i staram się, by nic nie umknęło mojej uwadze. Kolorowe krzewy piwonii, rzeźby i budowle z dawnych wieków, sroki błękitne, całymi stadami szukające owadów i przeczesujące wielkie, zadbane trawniki. Docierają do mnie cudowne odgłosy cykad usadowionych na drzewach i nawoływania dzieci, szukających matki w tłumie, dalekie poszumy nigdy nie zasypiającego miasta i głosy małych barwnych ptaków na gałęziach. To jest właśnie ta dalekowschodnia cudowność, pośród której jednak ludzie są najważniejsi, co wielokrotnie starałem się odzwierciedlić w mojej poezji. Spośród dziesiątków wierszy spore wrażenie na mieszkańcach tych krain wywierał tekst pt. Chińczycy:

W tym kraju żyją pokorni ludzie zapatrzeni

w swoje myśli

dalecy jak wzgórza niknące we

mgle

i bliscy jak śpiew ptaka w bambusowych

zaroślach

jaki poeta znajdzie słowa by wyrazić

głębie milionów dusz

jaki poeta wsłucha się w szepty i zaklęcia

ust północy wschodu południa

i zachodu

jaki poeta wyrazi w słowach

cząstkę i całość Państwa Środka

jadą do pracy na skuterach i rowerach

siadają w parkach przystają

i gimnastykują się patrząc

na wschodzące

słońce

kobiety wiotkie jak łodygi

czerwonych kwiatów

mężczyźni twardzi jak

skały Tybetu

Chińczycy

ludzie nie ustający

w poszukiwaniu

tajemnego wejścia

do królestwa

ducha

do krain nigdy

nie gasnącego

pragnienia

Huangyan 2009

Wiersz ten napisałem w 2009 roku, podczas pobytu na Wyżynie Tybetańskiej, gdzie po raz pierwszy zetknąłem się magią i tajemnicami wielkiego kraju i żyjących tam ludzi. Może jest w nim trochę za dużo tonów apoteozujących, ale przecież odnoszą się one do tej dobrej części społeczeństwa, dalekiej od dewiacji i wypaczeń systemu, stworzonego przez Mao i jego bezlitosnych akolitów. Dodatkowo wiersz dokumentuje zachwyt Europejczyka, po raz pierwszy stykającego się z ludźmi i kultura Chin, może nieco naiwny, ale jakże prawdziwy.

Figurki Dūn shòu na dachu bramy w Ming Xiaoling

Pobyt w ogrodzie cesarza dynastii Ming ma w sobie wiele z moich wcześniejszych wyobrażeń o Chinach, zarówno jeśli chodzi o ich heroiczną i krwawą historię, jak i warstwę wizualną. Ta czysta przestrzeń może oczarować rozległością alei, prowadzącej do kolejnych budynków, a nade wszystko kształtem i urodą kolejnych pawilonów, krytych pięknymi dachówkami. Na skrajach ich delikatnych krzywizn łatwo zauważymy porcelitowe figurki Dūn shòu (蹲兽), czyli przycupnięte bestie, usadowione w linii prostej, jedna za drugą. Od dawien dawna były one znakiem statusu właściciela budynku i umieszczano je na dachach za zgodą cesarza. To był rodzaj potwierdzenia, że osoby żyjące w danym domu należą do elity społeczeństwa chińskiego i cieszą się przychylnością władcy. Ich ilość też miała znaczenie i wahała się od jednej do dziewięciu, a tylko Pałac Najwyższej Harmonii w pekińskim Zakazanym Mieście, ma dziesięć figurek. Miało to podkreślać jego wagę dla cesarstwa i odróżniać go od innych tego typu pawilonów – na przykład Pałac Niebiańskiej Czystości przyozdobiono dziewięcioma, a Pałac Ziemskiego Spokoju tylko siedmioma symbolicznymi figurkami. Postaci te miały przede wszystkim chronić budynek przed żywiołami pogodowymi, ogniem i słońcem, deszczem, śniegiem i mrozem. Te stworzenia z mitologii chińskiej zawsze ustawiano w ściśle określonej kolejności, zgodnie z ich hierarchią – pierwsza z figurek to nieśmiertelny król Min, skazany na wieczną wędrówkę po ziemi. Dalej ustawiano smoka i feniksa, symbolizujących cesarza i cesarzową, akcentując, że są oni silniejsi od następnego w kolejności – lwa, stojącego na straży gór i lasów cesarstwa. Z kolei jednorożec i konik morski są symbolami władzy cesarskiej, od morza, poprzez ziemię, aż do powietrza. Po nich ustawiano dwa stwory mityczne: Yayu (押 鱼) i Douniu (斗牛), wynurzające się z głębin morskich, przyciągające opady i zbierające wody, co mogło zapobiegać pożarom drewnianych budynków. Dalej odnajdziemy legendarną bestię Suanni (狻 猊), mogącą pożerać największe kocie drapieżniki (lwy, pantery, tygrysy i rysie), chroniącą całą przyrodę państwa. Ostatnie dwie figury to chimera Xiezhi (獬 豸), odróżniająca prawdę od fałszu i latająca małpa Hangshi (行 什), chroniąca budynki przed piorunami. Wszystkie figurki chroni Chiwen, czyli młody smok, umieszczany na skraju dachu, mający też często formę paszczy wypluwającej wodę. 

Ucieczka cesarza Minhuanga i jego konkubiny do SyczuanuFragment arcydzieła malarstwa dynastii Ming przypisywane Qiu Yingowi

Jest coś ostatecznego w wiśniowej barwie budynków, pokrytych żółtawo-pomarańczowymi dachówkami i obcowanie z nimi przypomina wchodzenie bohaterów kulturowych do mitycznych, zakazanych krain. Tak jak oni, wspinam się po schodach na szczyt ostatniej strażnicy, chroniącej dostępu do kopca cesarskiego, pod którym głęboko pod ziemią złożono trumny i skarby. Inne odsłonięte grobowce dają wyobrażenie o tym jak tajemnicza rzeczywistość została tam zatrzymana w czasie, wszak do grobowca cesarza Wanli niedaleko Pekinu, zwanego Dìnglìng (定 陵) schodzi się schodami dwadzieścia siedem metrów pod ziemię. I dopiero na dole widać rozmach tego typu konstrukcji, przypominającej krzyżowe połączenie przestronnych hangarów, kryjących nowoczesne odrzutowce, a nie miejsce spoczynku władcy i jego dwóch żon. Podobnie musi być w grobowcu nieopodal Nankinu i aż dziw bierze, że najeźdźcy japońscy nie zapragnęli dobrać się do kosztowności, tkwiących pod ziemią. Teraz mauzoleum Ming Xiaoling jest oazą spokoju i ulubionym miejscem spacerów mieszkańców tej ogromnej metropolii, a także przybywających zewsząd turystów. Ten wielki park, wypełniony rzeźbami, znakomicie zagospodarowany, jest przypomnieniem wielkości i wspaniałości cesarskich Chin. Dynastia Ming (1368–1644) dźwignęła ten rozległy kraj na wyższy poziom rozwoju, a przy tym pozostawiła po sobie tak wspaniałe zabytki jak ceglaną część Wielkiego Muru, Zakazane Miasto i Świątynię Nieba w Pekinie oraz liczne pagody, będące znakiem harmonii i ładu. Ming znaczy w języku chińskim „coś olśniewającego”, „coś wspaniałego” i widzimy to w malarstwie na jedwabiu, w rzeźbach i przy wytwarzaniu wykwintnej porcelany, a nade wszystko w takich kompleksach jak Ming Xiaoling, z którego wychodzę z ogromnym żalem, mając nadzieję, że kiedyś znajdę się tu raz jeszcze. Ulica Nankinu także obfituje w liczne wydarzenia, do których zaliczyć należy ruch samochodów, motocykli, bum-bumów, rowerów i pieszych, przemykających ku swoim celom. Uliczni grajkowie, specjalnie ucharakteryzowani na Chińczyków z odległych wieków, budowniczowie wysokich wieżowców, policjanci i strażacy, kierowcy autobusów miejskich i kolejarze z rozgałęzionego metra – wszyscy gdzieś podążają, wszyscy mają jakiś cel, jakby ogromne ludzkie mrowisko zjednoczyło się w drodze ku przyszłości i budowie nowego imperium, gdzie historia sąsiaduje z nowoczesnością, a ludzie wiedzą, że tylko praca może dźwignąć ich na wyższy poziom rozwoju. Przemierzam kolejne ulice, chłonąc wszystko jak gąbka, przyglądając się małym sklepikom, restauracyjkom i wielkim wieżowcom, majaczącym w oddali. Jestem w Chinach i wszystko ma w tutaj swoją wartość, która w przyszłości zaowocuje w różnoraki sposób, wzbogaci mnie niewyobrażalnie.

Święte chwile…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: