SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XII)

Darbon ulokował się w środku oddziału i mknął w szyku, przez cały czas pilnując by jego kształty układały się w jednej linii z najbliższymi towarzyszami. Nikomu o tym nie mówił, ale od dłuższego czasu prześwitywały w jego świadomości tajemnicze obrazy, twarze i gesty, pojedyncze zdarzenia i całe ich ciągi. Teraz wpatrywał się w poślednią wieżę, przybliżającą się i potężniejącą z każdą chwilą, pełną zakamarków i okrągłych okien, z których wylatywali uskrzydleni. Za nią ciągnęły się niebieskawe wzgórza, choć mogły to też być chmury układające się warstwami. Od nieustannego pędu łzy pojawiły się w jego oczach i obrazy zaczęły się zamazywać, lekko przechodzić ku wizji ogromnego zamczyska z czerwonej cegły, ulokowanego przy zamulonej odnodze wielkiej rzeki. Ogromne budynki, kryte dachówkami otoczono wysokim murem strzelały w niebo, a wjazd na dziedziniec dodatkowo chroniły dwie wysokie baszty z dachami przypominającymi zwieńczenie wiejskich, walcowatych barci. Na chwilę powrócił obraz pośledniej wieży, ale zaraz utonął w sinej mgle i Darbon znalazł się w długim korytarzu, prowadzącym do wielkiego refektarza. Miał na sobie zbroję okrytą białym płaszczem z czarnym krzyżem, a tuż za nim podążał giermek, odziany w kaftan z sarniej skóry i kilku knechtów w hełmach, uzbrojonych w krótkie miecze. Szli tak dość długo, ale przed refektarzem Henryk, bo tak tam miał na imię, skręcił ku wąskiemu przesmykowi, którym powędrował do swojej komnaty. Wszedł do niej wraz z giermkiem i odprężył się widząc ogromną balię napełnioną gorącą wodą, przy której uwijały się dwie piękne kobiety, odziane tylko w białe koszule. Po trudach długiej drogi w siodle o niczym innym nie marzył, jak tylko wejść do ukropu i wypić kielich czerwonego wina. Stanął na specjalnym podwyższeniu na środku komnaty, a giermek zaczął zdejmować z niego zbroję, odpinać pasy i specjalne metalowe zatrzaski. Biały płaszcz z czarnym krzyżem położył na oparciu fotela, wielki miecz w srebrzystej pochwie umieścił na stole, na którym też poczęły lądować poszczególne elementy stalowej zbroi. Po chwili Darbon stał już nagi i poczuł swój intensywny zapach, wszak w tak długiej drodze nie miał okazji się umyć i teraz rozsiewał woń potu i uryny, mieszającą się z gorzkim smrodem, dobywającym się z miejsc intymnych. Nie czekając dłużej wszedł po specjalnych schodkach do balii i zanurzył się w wodzie, aż po czubek głowy, rozkoszując się przenikającym go gorącem. Po chwili wynurzył się i pozwolił by kobiety zaczęły wolno obmywać jego wciąż jędrne, czterdziestoletnie ciało, polewać je coraz to nowymi strumieniami, namydlać mydłem sprowadzanym z francuskich manufaktur. Przymknął oczy, gdy niewiasty zaczęły myć mu długie włosy i twarz, nie chcąc by mydliny dostały się do oczu. Gdy to uczynił, zobaczył w wyobraźni wielkie pole bitwy, zasłane trupami rycerzy z całej Europy, martwych koni, rozbitych wozów i gromadzących się już czarnych ptaków. Nie było mu dane stanąć do walki z poganami u boku Ulryka, ale hiobowe wieści lotem błyskawicy dotarły do niego.

Kobiety umyły go szybko i ustawiły się przy balii, gotowe wykonać każdy rozkaz, ale on zdawał się być zatopiony w modlitwie, odmawianej bezgłośnie z bolesnym grymasem na twarzy. W końcu otworzył oczy i chwycił kielich z winem, podany przez giermka, skinął też znacząco na służące, a te natychmiast zrzuciły koszule i weszły do balii, lokując się po obu stronach jego ciała. Dopiero w tym momencie odprężył się i odetchnął głęboko, odsunął od siebie grozę wiadomości, o przegranym starciu z wojskami polskimi i litewskimi. Po długiej, konnej gonitwie, poczuł teraz błogość niewyobrażalną, jakby znalazł się w raju. Zaczął delikatnie muskać obfite piersi kobiet, a te odwdzięczały się pieszczotą jego ud i brzucha, coraz to zapuszczając się w zakazane rewiry. Tym razem im na to pozwalał, bo bardzo już tęsknił za wieśniaczkami i potrzebował ich bliskości po makabrach opisów lipcowej sromoty. Czuł, że jego męskość nabrzmiała obficie i przyciągnął ku sobie jedną z pomocnic, lekko wnikając w jej ciało. Poruszył się kilka razy, szybko zyskał zadowolenie i odepchnął drugą z nich, także domagającą się specjalnej uwagi – dał znak giermkowi, a ten klasnął w ręce i dziewczęta szybko wyskoczyły z balii, sięgnęły po swoje odzienie i wyszły z komnaty. Pomocnik dolał mu wina i oddalił się do wysokiego, romańskiego okna, w całości wypełnionego barwnymi witrażami ze scenami z życia Maryi. Henryk przymknął oczy, a w całkowitej ciemności zaczęły pojawiać się ruchome obrazy – dom rodzinny w Turyngii, pierwsze rycerskie turnieje, pasowanie na rycerza i przywdzianie płaszcza zakonnego. Przez kształty pośledniej wieży zaczęli też prześwitywać znamienici rycerze z jego rodziny, a potem wszystko na moment zgasło, by wybuchnąć z nową intensywnością.  Oto jedzie do Prus w charakterze gościa zakonu i zostaje jego pełnoprawnym członkiem, cenionym przez przyjaciół i znienawidzonym przez wewnętrznych wrogów. Potem obejmuje pierwsze komturie, dostaje się do polskiej niewoli i zostaje szczęśliwie oswobodzony przez zakonników, kierujących się ku wielkiemu miastu, by je oblegać i zdobyć. I jeszcze ten lipcowy dzień, gdy umyślny przybył do niego niemal z samego pola wielkiej bitwy i opowiedział o masakrach i ostatecznej przegranej. Nie wahał się ani chwili i zarządził wymarsz do Marienburga, gdzie zapewne skierują się pogańscy wrogowie, by bez litości dobić święty zakon. Wielokrotnie ostrzegał Ulryka, że jego polityczna napastliwość doprowadzi do klęski, ale mistrz nie słuchał go, przekonany o tym, że zakon jest pod specjalną pieczą Bożej Opatrzności.

Darbon wielokrotnie chciał powiedzieć Yasmenowi o tym, czego doświadczał, ale lękał się zrelacjonować wizję, która wracała do niego jak zły sen i męczyła skołataną wyobraźnię. Był w głównej sali wysokiego zamku, gdzie zgromadzili się najznamienitsi zakonnicy i w uznaniu zasług dla obrony wielkiego zamczyska, obwołali go nowym mistrzem zakonu. Lękał się przyjąć ten zaszczyt, ale korciło go, by ukarać wrogów w białych płaszczach, pojawiających się nie wiadomo skąd. Chciał też prowadzić pokojową politykę, przypominając najbardziej jazgotliwym braciom, że zostali powołani by służyć ubogim i odbywać krucjaty ku krainom opanowanym przez pogan. Od Jerozolimy po ziemie Prus Wschodnich, Łotwy i Estonii mieli nieść słowo Boże i poszerzać granice chrześcijaństwa. Szybko wszakże przekonał się, że tylko miecz może zaprowadzić porządek, a przelana krew tyle waży, co topniejący śnieg. Odtąd miał już dwa oblicza, to widzialne, uduchowionego męża, często leżącego krzyżem w kaplicy i modlącego się do matki Chrystusa i drugie – okrutnego mordercy, każącego ścinać przeciwników i mordować niewinnych ludzi. Współbracia zaczęli szeptać, że opętał go szatan, a okrwawiona szubienica stała się jego herbem. Coraz częściej słyszano jak rozmawia z kimś w pustej komnacie, jak przekrzykuje straszliwe wrzaski, dobiegające jakoby z samych czeluści piekielnych. Podpisał pokój z wrogami, ale nie przestał zbroić zakonu i szykować go do walki z sąsiadami. W pewnym momencie zaczął widzieć straszliwego demona z ciałem ogromnego jaszczura i twarzą komtura Michaela Küchmeistra von Sterberga, śmiejącego się szyderczo i obnażającego okrwawione kły. Ostatecznie przegrał z nim walkę o tron i na dziesięć lat uwięziono go w lodowatej celi, co zniszczyło jego zdrowie i szybko doprowadziło go do śmierci. Stronnicy wroga zadbali o to, by jego ciało nie zostało złożone w podziemiach stolicy i wywieziono je w niewiadomym kierunku. Darbon wiedział, że złożono je w krypcie katedry wschodniej komturii, razem z dwoma innymi wyklętymi mistrzami zakonu i tak zamaskowano pochówek, by nikt o nim nie wiedział. Teraz, gdy zbliżał się do celu kolejnej anielskiej wyprawy, a nieprzebrane rzesze uskrzydlonych duchów, lecących w dal, napełniały jego serce otuchą i wiarą w opiekę Boga, usłyszał nagle w sobie niepokojący głos:

–  Henryku nie ukryjesz się przede mną… znajdę cię w niebie i w najgłębszych matniach piekła…

Początkowo myślał, że to któryś ze skrzydlatych współbraci zrobił mu psikusa, wszak Okinages lubował się w tym, ale gdy na pierwszym mijanym wzgórzu pojawiła się twarz jego największego wroga, wzdrygnął się i przerażony i pomknął w stronę Yasmena. Dowódca zdziwił się nagłym pojawieniem się Darbona i bez słów upomniał go, by go nie wyprzedzał. Zagłębił swoje myśli w jego wnętrzu, ale niczego nie zobaczył, jakby jakaś siła chciała zamaskować wszystko przed nim. Tylko gdzieś tam, pośród białych chmur i oparów, otoczony wielkimi płatami błękitu pysznił się wielki średniowieczny zamek, z basztami i wieżami, otoczony murem i odbijający się w wodzie, płynącej przed nim rzeki. Już chciał zgasić w sobie tę wizję, gdy nagle zobaczył wiele ciał bujających się na sznurach i Nicolasa von Renisa prowadzonego w powrozach na rynek miejski. Zobaczył też Darbona w zbroi i szatach mistrza zakonu, piętnującego tajne sprzysiężenie braci i nakazujący ściąć jego przywódcę.

 – Nieszczęsny bracie, cóżeś ty uczynił w tych mrocznych czasach…- powiedział ni to do siebie, ni do Olinopasa.

Darbon, gdy to usłyszał, czmychnął z powrotem ku środkowi oddziału i zatopił się w ponurych myślach. Nie wiedział jak to się stało, że znalazł się pośród aniołów, przecież był lubieżny i łakomy, mordował ludzi i palił ich chaty, często też drwił z Boga, modląc się do niewidzialnego demona.      

 – Muszę uważnie mu się przyglądać – szepnął Yasmen i skierował oddział ku najwyższym półkom pośledniej wieży – Czasem demony przenikają tutaj i pozostają w uśpieniu…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: