ZŁY DUCH (6)

Opowieści wieśniaków ze wsi Konary bardzo zaniepokoiły leśniczego, więc postanowił zakraść się w najgłębsze leśne gęstwiny, by sprawdzić ile było w nich prawdy. Miał na imię Gabriel i mieszkał w niewielkiej chacie na skraju lasu, przy której hodował owce i krowy, a czasem też gościł sarny, jelenie i daniele. Często z dwulufowym sztucerem na ramieniu zapuszczał się w knieje i przyglądał się życiu dzikich mieszkańców – niedźwiedzi i borsuków, odyńców i lisów, wilków i łosi. Teraz stał przy lustrze i golił dokładnie brodę, niedawno naostrzoną brzytwą, a potem wycierał ją o gruby, czarny, skórzany pas. Nie wiadomo dlaczego miał wrażenie, że ktoś mu towarzyszy i nawet raz po raz odwracał się za siebie z niepokojem.

            – No już… Ciachnij się w gardło… – dziwna myśl nagle przemknęła mu przez głowę.

Zatrzymał na chwilę ostrze w powietrzu, zamyślił się, po czym spokojnie dokończył golenia i obmył dokładnie twarz w cynkowej misie. Na chwile przyklęknął przy obrazie swojego patrona i przeżegnał się, prosząc go o opiekę podczas planowanej wyprawy. Ludzie opowiadali mu, że stado wilków bardzo się rozrosło, a przy wielkiej waderze pojawia się piękny czarnowłosy chłopiec, biegający na rękach i nogach, jak inni członkowie stada. Początkowo uznał to za wytwór chorej wyobraźni wieśniaków, nadużywających alkoholu, kradzionego z wiejskiej gorzelni, zbudowanej przez właściciela wsi. Później jednak, gdy opowieści się mnożyły, postanowił zbadać sprawę, wszak wiele już widział i niejednokrotnie miał wrażenie, że jakieś licho gnieździ się w gęstwinie. Wyszedł z domu, przewiesił sztucer przez ramię i w perspektywie pomarańczowej kuli zachodzącego słońca, wszedł na leśny dukt, prowadzący ku wielkiej polanie, na której wielokrotnie widywał wilki. Robiło się już szaro, ale on znał każdą ścieżkę w ostępach, więc podążał dumnie do przodu, przekonany, że nic mu nie grozi. Gdy dotarł na miejsce, wszedł na niewielką ambonę, z której zdarzało mu się obserwować zwierzęta. Usadowił się wygodnie w środku, a potem wyjął z torby kawałek wątroby łosia i z rozmachem rzucił go w dal, o jakieś dziesięć kroków od siebie. Okrył się też świeżo ściętymi gałązkami świerku i czekał w milczeniu, przekonany, że zapach świeżego mięsa przyciągnie wilki. Wyciągnął różaniec i zaczął po kolei odmawiać kolejne modlitwy, przesuwając w palcach czarne koraliki. Nagle poczuł dziwne znużenie i nie wiedzieć kiedy zasnął, śniąc o jakimś straszliwym tworze, który chciał zawładnąć jego wnętrzem. Obudził się dopiero nad ranem, gdy sine opary już zaczęły unosić się nad łąką, drzewa odzyskały swe kontury, a tuż przed nim, w półokręgu stało duże stado wilków. Pośrodku, na niewielkim pagórku, ulokowała się masywna wadera, która uniosła głowę ku górze i zawyła przeraźliwie. Odpowiedziały jej młode samce i jakiś dziwny głos, naśladujący wilcze wycie, ale mający też w sobie coś z ludzkiej skargi. Dopiero wtedy Gabriel zobaczył czarnowłosego chłopca, przykucniętego tuż za przewodniczką i próbującego wyć jak inne zwierzęta. Myśliwy zarepetował broń, wycelował i strzelił wilczycy prosto w czoło, natychmiast też, z drugiej rury, położył trupem dużego basiora i po otwarciu komory sztucera, umieścił w niej kolejne dwa duże naboje. Stado jednak natychmiast się rozbiegło i skryło w pobliskiej gęstwinie, a tylko chłopiec pozostał przy ciepłym ciele wilczycy. Objął ją ramionami i łkał po ludzku, wstrząsany spazmami, jakby stracił kogoś bardzo bliskiego.

            Gabriel odrzucił gałęzie świerku i sprawnie zsunął się z drabiny, a potem podążył śmiało ku  chłopcu, wyglądającemu jakby miał jakieś dwanaście lat. Słyszał złowrogie warczenie wilków na skrajach polany, ale ufny w moc swojej strzelby doszedł do zabitych zwierząt. Dopiero wtedy przeraził się, bo zobaczył w oczach dziecka dzikość, którą dotąd widywał tylko w ślepiach drapieżników. Wyciągnął do niego dłoń, chcąc go odciągnąć od zdechłej przewodniczki, ale chłopiec natychmiast ugryzł go w nią boleśnie, aż krew trysnęła na boki. Myśliwy sięgnął do swojej torby i wydobył z niej szmaciany bandaż, którym natychmiast owinął ranę, a potem sięgnął do niej raz jeszcze i wyjął białą linkę. Uczynił z niej dość szerokie oko i zarzucił na tułów dziecka, natychmiast zaciskając pętlę, tak jak to czynił wielokrotnie, gdy chciał żywcem schwytać sarnę albo młodego daniela. Mały stanął na nogi i zawył przeraźliwie, jakby przywoływał stado na pomoc, ale dwa strzały w powietrze przeraziły go i zatrzymały wilki w gęstwinie. Teraz Gabriel skoczył sprawnie ku plecom chłopca, jeszcze dwa razy owinął wokół niego linę, po czym schwycił ją między wystającymi wyraźnie łopatkami i pchnął go do przodu, cały czas kontrolując kierunek podążania. Nie zwracał uwagi na odgłosy wokół niego, raz tylko przystanął by naładować broń na nowo, po czym pchnął go dalej. Z niemałym trudem dotarł do leśniczówki, przy której jego zwierzęta natychmiast zaczęły boleśnie ryczeć, jakby wyczuły stado wilków, krążące wokół nich. Było to dziwne, bo przecież wszystkie drapieżniki pozostały na skraju lasu, a leśniczówka była trochę od niego oddalona i dodatkowo zabezpieczona wysokimi płotami z bali sosnowych. Myśliwy zamknął  wrota na żelazny skobel i powiódł chłopca do domu, lokując go w małej, pustej komórce, w której był tylko wąski tapczan i stół, służącej czasem za lokum dla zaprzyjaźnionych myśliwych i leśników. Tam rozwiązał linę i uwolnił go, bacząc by nie udało mu się jeszcze raz go ugryźć, odezwał się też do niego, nie wiedząc czy zrozumie ludzką mowę:

            – Nie zrobię ci nic złego…– uspokój się wreszcie… Twój czarny sen skończył się na zawsze…

Chłopiec zawył przeraźliwie i wskoczył pod stół, cały czas wydając z siebie dziwne dźwięki, jakby komunikował się z kimś niewidocznym, jakby przywoływał kogoś z oddali.         

Hildegarda wstała wcześnie rano, przyrządziła sobie zioła, wypiła je i podążyła do refektarza katedralnego, by odmówić codzienne modlitwy. Szybko też wpadła w ekstazę i zobaczyła młodego myśliwego, przygotowującego się do wyjścia z leśniczówki. Jej serce przeszył straszliwy skurcz, gdy ujrzała za nim też ropuchowatego stwora wielkości  psa, trzymanego na niewidzialnej smyczy przez ogromną bestię. Od razu rozpoznała benga i jego nowego pana, usłyszała też jak sączą do ucha mężczyzny plugawą zachętę, by odebrał sobie życie. Natychmiast pomknęła duchem ku dalekim przestrzeniom w kraju Polan, gdzie lekko wniknęła w kolorową sójkę. Zobaczyła myśliwego, kierującego się ku polanie śródleśnej, a potem przysiadła na gałęzi modrzewia, niedaleko ambony, na której się ulokował. To ona wysłała mu senny impuls, a gdy zasnął, znalazła sobie miejsce na skraju niewielkiego daszku. Od razu wyczuły ją wilki, które nadciągnęły z chaszczy i ustawiły się w półokręgu przed myśliwskim podwyższeniem. Hildegarda wpatrzyła się w czarnookiego chłopca, który przywędrował przy wielkiej waderze i przykucnął tuż za nią. Przez cały czas widziała też benga i wyczuwała obecność ogromnej, mrocznej mocy, płynącej gdzieś z głębin kosmosu. Jej modlitwy utrzymywały balans i nic nie wydarzyło się do rana, jakby rzeczywistość nagle została zmrożona, a noc stała się nieprzenikalną, czarną kurtyną. Towarzyszyła myśliwemu, gdy zabił przewodniczkę wilków i jej rosłego towarzysza, a potem spętał chłopca i poprowadził do swojego domu. Wpatrzyła się w umysł dziecka i w jej świadomości pojawiły się sceny mordów, cierpienia i bólu, dobrze widziała też benga, który to wszystko przygotowywał, a potem umykał przed nią, chroniąc się w drzewach, głazach i umysłach Cyganów. Już chciała wracać do swojego opactwa, uspokojona na chwilę i przekonana, że mężczyzna dokona właściwych wyborów i uratuje chłopca. Ale nagle, tuż przed nią pojawił się ogromny cień puchacza, który sfrunął z wysokiej sosny i od razu zagłębił pazury w niewielkim ciele sójki. Zdołała umknąć w ostatniej chwili i z powrotem znalazła się w refektarzu, gdzie poczuła straszliwy ból w skroniach i padła nieprzytomna na kamienną posadzkę.

Zły duch nakazał bengowi wyskoczyć z ciała puszczyka i zaczął chłostać go niewidzialnym biczem. Uderzał raz za razem i rzucał pradawne przekleństwa, szarpał go i kopał, aż w końcu cisnął na sam środek polany.

             – Zrobiłem wszystko, co kazałeś panie i myślałem, że ją schwytałem…- lamentował pachoł.

            – Zrozum głupcze, że ona zawiesza istnienie i w jednej chwili umyka ku zakolu Renu… Miałeś wniknąć w jej umysł, zawładnąć jej duszą, a ty zabiłeś tego kolorowego ptaszka… Nie potrzebuję już ciebie i zetrę cię w pył, a potem rozsypię pośród martwych wąwozów…

            – Panie, daj mi jeszcze jedną szansę… podążę do domu myśliwego i ukryję się w ciele syna Bibi…

Przez jakiś czas zaległa cisza i tylko budzące się ptaki, odzywały się raz po raz w gęstwinach. Beng czekał na jeszcze jeden cios bolesnego bicza, ale usłyszał w sobie tylko dobiegające z daleka słowa:

            – Idź… zapoluj raz jeszcze na ptaszynę… I nie zawiedź mnie parszywy psie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

<span>%d</span> blogerów lubi to: