BROMBERG (15)

Noc była ciężka, przytłaczająca i Józia znowu miała senne koszmary. Wstała wcześnie rano i przygotowała rodzicom na śniadanie kawę zbożową z mlekiem, jajecznicę i nieco chleba z dżemem truskawkowym. Matka wstała pierwsza i podeszła do córki, by ją czule objąć.

            – Kochanie, mam do ciebie prośbę… – zagadnęła – Zejdź do pana Abrahama i poproś go, żeby wymienił obcasy w tych moich brązowych butach. Całkiem się starły… Aha… i niech przybije blaszki z przodu podeszwy…   

Dziewczyna poszła do swojej sypialni, a po drodze postanowiła spojrzeć na dwa duże pokoje, ulokowane na końcu długiego korytarz, odchodzącego od ich partii mieszkania. Kiedyś mieli w nich lokatorów, ale jak wojna wybuchła, najemcy ruszyli do rodziny, gdzieś na wieś, pod Inowrocław. Miała zamiar posprzątać całe mieszkanie i teraz chciała się przekonać, czy w wolnych pokojach jest porządek. Szybko zlustrowała pierwszy z nich, a potem weszła do drugiego i przysunęła się do okna, z którego jak na dłoni miała warsztat żydowskiego szewca. Przekonawszy się, że oba pokoje zostały posprzątane przez mamę, wróciła do kuchni i przywitała się z ojcem, który też już wstał.

            – Jak się czuje mój największy skarb…? – zapytał z szerokim uśmiechem.

           – Dobrze…jak jutrzenka na porannym niebie… – odpowiedziała czarująco, a potem poszła do łazienki by umyć się i rozczesać długie, gęste włosy.

Zrobiło się już jasno i raz po raz słychać było głośny skrzek sroki, siedzącej na pobliskim drzewie jarzębinowym. Te biało-czarne ptaki w taki sposób ostrzegały inne skrzydlate stwory, że w pobliżu jest kot. Józia znała wszystkie dachowce, pojawiające się w okolicy jej domu i czasem nalewała im nieco mleka do talerzyków, stojących tuż za kamienicą. Mieszkali na drugim piętrze dwupiętrowego domu przy Strzeleckiej 4, za którym były szopy, warsztat szewski i duży gołębnik jej ojca. Rodzice nie wiedzieli, że dziewczyna miała swój sekret, którego strzegła jak oka w głowie. Czasem nocą, gdy już spali, przez uchylny otwór w suficie klatki schodowej, wchodziła na dach budynku i długo patrzyła na konstelacje gwiezdne. Z czasem nauczyła się wyodrębniać charakterystyczne układy: Wielką Niedźwiedzicę, Plejady i Oriona, który ekscytował ją najbardziej. Pociągała ją wielka tajemnica wszechświata i kiedyś przyniosła do domu książkę o astronomii, którą przeczytała w mig od początku do końca.

            Teraz  zeszła już przed dom z butami mamy w ręku i okrążając go z lewej strony, przeszła na podwórze po drugiej stronie. Podeszła do warsztatu pana Abrahama i lekko zapukała do drzwi, czekając cierpliwie aż szewc jej otworzy. Minęła minuta, potem dwie następne i nic się działo, więc dziewczyna zastukała raz jeszcze. Teraz miała wrażenie, że przybrudzona firanka poruszyła się z lewej strony okna, a potem usłyszała jakieś głuche hałasy i drzwi wreszcie otworzyły się z chrzęstem. Stał w nich Żyd z długą brodą, odziany w spodnie i białą koszulę, z czarna mycką na głowie.

            – A… a… to pani Józia… Proszę wejść… Bałem się otworzyć… – powiedział i zrobił jej miejsce w otwartych drzwiach.

            – Mama prosiła mnie, bym dała panu te buty do naprawy – powiedziała – Mają zdarte obcasy i potrzebne też są blaszki z przodu.

            – No tak, no tak… – potwierdził zlecenie mężczyzna, rozglądając się niewidzącym wzrokiem po swoim warsztacie.

Józia znała dobrze to miejsce, bo uwielbiała przychodzić do starego rzemieślnika, gdy była mała. Sadzał ją wtedy obok siebie, szewcował spokojnie i opowiadał jej wspaniałe historie ze swego życia i chwalebnych dziejów ludzkości. Miał ogromną wiedzę, a jego kantorek, graniczący z warsztatem wypełniony był książkami, obrazkami i mapami. To od niego dowiedziała się sporo o wszechświecie, planetach, asteroidach i kometach i to on opowiedział jej o wyjściu Mojżesza z ziemi egipskiej, domu niewoli. Wyobraziła sobie jak prowadzi wielki lud, wsparty tylko na drewnianym kosturze i jak prosi Boga, by rozstąpiły się wody Morza Czerwonego.

            Weszła do środka i od razu zauważyła liczne zmiany w wystroju pomieszczenia. Narzędzia były na swoim miejscu, ale znikły sterty butów, które ludzie przynosili do naprawy. Okno było zasłonięte czarną szmatą i tylko z boku, przy framudze pojawił się niewielki prześwit światła.

            – Zrobię je na jutro… albo nie, może lepiej szybko… dzisiaj na wieczór…- powiedział Żyd, lękliwie rozglądając się na boki.

            – To nie jest takie pilne… może pan je zrobić na jutro – z promiennym uśmiechem odparła Józia i już chciała podziękować i wyjść, ale mężczyzna powstrzymał ją ruchem ręki i poprowadził ku krzesłu.

            – Muszę naprawić je szybko, bo nie wiem co będzie jutro… Drogie dziecko nastały trudne czasy… Mój przyjaciel Szmul… wiesz ten granatowy policjant, co mieszka na Jaskółczej, dzisiaj rusza z innym Żydem, który ma ciężarówkę… rusza na wschód, do rodziny… Namawiają też mnie bym z nimi się zabrał, ale wciąż się waham… nie wiem, czy tam ocalę życie…

            – Widziałam straszne rzeczy… – odezwała się Józia – zabijanie ludzi przy kościele na Szwederowie… i te rozstrzelania na Rynku Piłsudzkiego…

            – Tak, dziecko… tak, nastały straszne czasy… Nie wiem co robić… Na razie naprawiłem wszystkie buty i zamknąłem warsztat, ale nie wiem, z czego będę żyć…

            – Niech pan się nie martwi… moja mama wczoraj mówiła, że będziemy panu pomagać… Znajdzie się trochę chleba i owoców, a ja codziennie przyniosę panu trochę mleka…- Powiedziała z czułością.

Abraham poczuł ciepło w okolicach serca i usadowił się naprzeciwko niej, delektując się jej świeżością i prawdziwie zjawiskowym pięknem. Już dawno zauważył, że była tak urodziwa jak Sara, żona patriarchy Izraela, noszącego takie samo imię jak jego nazwisko – Abraham. Ilekroć wyobrażał sobie pramatkę, jak towarzyszy mężowi w drodze z Mezopotamii do Kanaanu, albo, gdy czytał w księgach o tym, że pożądał ją faraon i Abimelek, król Geraru, miał przed oczami postać tej zjawiskowej dziewczyny z sąsiedztwa. Często też mówił do niej „Księżniczko”, co po hebrajsku brzmi Sara, choć ona o tym nie wiedziała. 

            – Najważniejsze, żeby miał pan czym w piecu napalić, bo idzie zima… – powiedziała czując chłód w warsztacie.

            – Dla oszczędności ogrzewam tylko mój kantorek – przytaknął i zniżając głos dodał – Ja już jestem stary, sporo widziałem, chodziłem do teatru miejskiego na przedstawienia i koncerty, jadłem chleb z masłem i comber barani… ale teraz najważniejsi są młodzi. Czuję, że mój świat niedługo się skończy…

            – Wszyscy ludzie są ważni… – próbowała oponować Józia.

            – Tak, wszyscy… ale młodzi najbardziej – potwierdził i ciągnął dalej – To wy zbudujecie nowy świat, musicie jednak przeżyć. Ty szczególnie jesteś narażona, bo podczas wojny bestie w ludzkich skórach polują na piękne kobiety… Ty może tego nie rozumiesz, ale twoja uroda teraz jest dla ciebie największym zagrożeniem… Musisz ściąć włosy, zrezygnować z pomadki i henny, musisz stać się bezbarwna, jak większość naszych kobiet…

Józia wiedziała, że jest urodziwa, widziała też jakie piorunujące wrażenie robiła na niektórych mężczyznach, szczególnie na tym biednym wozaku węglowym, którego śmierć widziała przy szwederowskim kościele. Dotarło do niej też ostrzeżenie pana Abrahama, ale przecież tak kochała swoje włosy i tak lubiła je czesać rano i wieczorem. Jakże mogłaby je ściąć i co na to powiedziałaby jej mama, która tylekroć zaplatała jej warkocze.

            –  Mama mówi, żebym jak najwięcej siedziała w domu…– powiedziała – A mój tata twierdzi, że jak nie wychodzi się naprzeciw zła, to ono nas nie widzi…

           – Wiesz jak lubię i cenię twojego ojca, wiesz jak go kocham jako ludzkiego sąsiada i kompana do szachów, ale tym razem nie ma racji. Zło jest jak straszliwy drapieżnik, ukryty w zaroślach. Stale czeka i stale jest gotowe by zaatakować… Tak samo wilk zaczaja się na sarnę… A ty jesteś jak ona, bezbronna i piękna…Musisz księżniczko bardzo na siebie uważać i stale pamiętać moje słowa…

Józia zamyśliła się przez chwilę, po czym pożegnała się z szewcem i wyszła z jego warsztatu na podwórko. Sroka wciąż głośno skrzeczała w czarnych konarach jarzębiny, a szary kot patrzył na nią łakomie z plątaniny krzewów porzeczkowych, zasadzonych przy płocie sąsiedniej posesji. Wyczuła, że zerwał się lekki wiatr i żółte liście zaczęły snuć się po chodniku jak nocne mary z jej snu. Nagle większy podmuch rozwiał włosy dziewczyny i całkowicie zakrył jej twarz. Poruszyła głową, opuściła ja na dół, by wszystkie opadły, o potem nagłym ruchem odrzuciła je do tyłu.            

– Nie mogę ich obciąć – pomyślała – może starczy jak będę je upinać w kok… albo zaplatać w grube warkocze…?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: