W PYŁ…

Ratownik w Chmielnikach – lato 1978

Mój wiek pozwala już spojrzeć na życie z dość długiej i wysokiej perspektywy. Boli mnie to, czego nie zdążyłem jeszcze zrobić, tym bardziej, że Musiał, Tomasik, Kowalczyk i Stala dokonali solidnego spustoszenia w moich zamierzeniach. Przyjdzie czas, że im za to zapłacę z ogromną nawiązką. Z drugiej strony jakże zachwycające są owoce mojego życia, skromnego chłopaka z osiedla Błonie, który dziesięciokrotnie podróżował do Chin, odwiedził Kenię i Republikę Południowej Afryki, pięciokrotnie wyjeżdżał do Stanów Zjednoczonych, w których zobaczył takie magiczne miasta jak Nowy Jork, Waszyngton, Tampa, Buffalo, Nowy Orlean, Los Angeles, Las Vegas, kontemplował świty na Florydzie, siedział o zmierzchu na plaży w Atlantic City. A przecież były też świetliste chwile w Panama City, Rzymie, Paryżu, Erywaniu, Stambule, Wilnie, Moskwie, Berlinie, Bratysławie, Pradze, Gandawie, Brukseli, Antwerpii, New Delhi i Puri. Ten chłopak napisał i opublikował kilkadziesiąt książek i może u końca życia ich liczba sięgnie stu, choć przecież nie o liczby tutaj chodzi, lecz o aktywność, która wciąż generuje nowe literackie poczęcia. Ten chłopiec w młodości był niezwykle sprawny fizycznie, trenował szermierkę, piłkę nożną, karate i kulturystykę, sporo biegał i każdego roku pływał w różnych akwenach, zdobywając stopień ratownika i wielkie marzenie rówieśników z podwórka – żółty czepek. Brał udział w setkach imprez kulturalnych w Polsce i świecie, a gdy wszedł do środowiska naukowego, wygłosił dziesiątki referatów podczas konferencji i sympozjów, wypromował dwustu magistrów i wielu licencjatów. Sportowe rozbudowanie ciała i uroda, odziedziczona po rodzicach powodowały, że ludzie lgnęli do mnie, a ze strony drugiej rosła wciąż armia wrogów i degeneratów, której generałem uczynić wypada nieforemnego psychopatę, mielącego ozorem na prawo i lewo i opowiadającego o mnie różnorakie brednie. O ich skali przekonałem się, gdy zmarły niedawno Rektor UKW udostępnił mi jego donos na mnie. Cóż, taki jest świat i tacy są ludzie i gdybym raz jeszcze zaczynał moją drogę, może unikałbym kontaktów z kanaliami, choć z drugiej strony – nie mogłem zdusić w sobie natury wojownika, która zawsze była ważna i doprowadziła mnie do tego miejsca, w którym jestem. Miałem przecież też szczęście spotykać wielkich ludzi, pisarzy, aktorów, artystów, mogłem obcować z prawdziwą sztuką i przeglądać się w dzikich krajobrazach gór, wyżyn i mórz, mogłem jeździć rowerem i kroczyć po nizinach, a nade wszystko odbijać się w oczach pięknych kobiet. Równy szereg książek różnego typu, od poezji, poprzez prozę do naukowych monografii, świadczy o tym, że byłem pracowity. Dałem życie synowi i córce, a potem wychowałem ich w dobrobycie, w spokojnym miejscu na nowoczesnym osiedlu. Mojemu bratu, który zmarł po miesiącu życia w 1959 roku, to wszystko zostało odebrane, śmierć bezlitośnie zgasiła jego oddech i nie mógł zrealizować niczego. Jego rzeczywistością stało się miejsce na cmentarzu, przy niewielkim klonie, który teraz jest wysokim drzewem. Myślę, że robiłem wszystko także dla jego pamięci i chociażby dla niej rozpirzę w pył moich wrogów. Muszą odczuć z kim zadarli…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: