SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (X)

Znad fioletowej mgły i tężejącego szkarłatu dali, nakładających się na siebie, wyłonił się anioł, mknący w gdzieś niczym ognista pika. Tuż za nim podążał spory oddział i Yasmen wyczuł, że skrzydlaci śmigają w tę samą stronę, w którą poleci jego drużyna. Skupił swoją uwagę na dowódcy i przez głębiny zaczęło się do niego przedzierać jego imię: Istaran… Jeszcze mocniej wpatrzył się w niego i niechcący znalazł się w jego świadomości, przebił zasłony niebieskie i spłynął z góry ku niewielkiemu miastu w Langwedocji. Teraz przedni anioł był biskupem i nosił imię Bertrand, a wokół niego gromadzili się rycerze. Dał znak małej grupce i podążył ku podcieniom katedry, nad którymi umieszczono ślepe triforium. Po chwili wszyscy znaleźli się w małej salce i zasiedli przy wielkim, dębowym stole. Biskup dał znak ręką i przybyli zaczęli nalewać do kielichów wino z wielkiego dzbana. Sam napełnił naczynie wodą, pociągnął z niego spory łyk i przemówił:

            – Bracia… nadchodzi dla nas trudny czas… moi szpiedzy donoszą, że Innocenty III ogłosił przeciwko nam kolejną wyprawę. Wyznaczył w tym celu legata – Arnauda Amaury…

            – Znam tę świętoszkowatą kanalię… – odezwał się rudobrody rycerz – Udaje świętego męża, a potajemnie gromadzi bogactwa i zabawia się z nagimi chłopcami…

            – Gorszy jest dowódca wojsk krzyżowych Szymon z Montfort… włączył się długowłosy, grubawy mężczyzna bez zbroi – Bertrandzie znam go z licznych nieustępliwych wypowiedzi o nas i dysput bez końca…

            – Nie mamy chwili do stracenia… – ciągnął dalej biskup – wszyscy czyści muszą się udać wraz z nami do miasta Béziers, gdzie podążą wojska krzyżowe… tam z nimi stoczymy bitwę i pokonamy ich…

Yasmen usilnie wpatrywał się w dal i śledził ruchy biskupa, który po zakończeniu narady przeszedł do krypty i zaczął się modlić w towarzystwie zaufanych rycerzy. Dopiero po dłuższej chwili odezwał się uroczyście:

            – Bracia nie możemy się poddać, bo zatriumfuje ten, który pomieszał umysły naszych wrogów. O to mu chodzi, by jak najwięcej ludzi uwierzyło, że pan ma nad nim władzę… A tymczasem to on, przedwieczny Satanael, stworzył świat i nasączył go złem, przyoblekł nas w te podłe, grzeszne ciała i nakazał wpatrywać się w ciemne zakamarki, cuchnące moczem i kałem…  

            – Doskonali nie mają takich pokus ojcze Bertrandzie…– odezwał się wysoki brunet, z ogromną czarną brodą.

            – Wiem bracie Stefanie…– potwierdził biskup i ciągnął dalej –  Ale wciąż jest ich za mało. Ludzie łakną uciech, obżerają się mięsem i chlebem, płacą za nagość i cierpkie wino… Nie przyjmują naszej nauki o wędrówce dusz i nie wierzą, że nagle mogą się znaleźć w ciele ciepłokrwistego zwierzęcia…

            – Wolą harować dla panów i królów, bo myślą tylko o pławieniu się w uciechach… gdy zapada zmrok zmieniają się w bestie – powiedział zakonnik w szarej szacie.

            – On to wszystko uczynił – ciągnął biskup – Pomieszał języki i wciąż zaciemnia umysły. Papież mówi, że powołał go dobry Bóg, by wykorzystywać go do swoich celów… A przecież dobro nie idzie na żadne kompromisy, dobro jest czystą energią, która musi nieustannie zmagać się ze złem i walczyć z Satanaelem… Gdyby ludzie chociaż raz ujrzeli jego prawdziwe oblicze…

            – Ohydny jak ropucha, oślizły jak wąż, cuchnący jak wilk… – powiedział młodzieniec w sfatygowanej zbroi.

            – O nie bracie… – przeciwstawił mu się Bertrand – To są ludzkie określenia, czerpiące materię porównawczą z otaczającego nas świata. Nie jesteś w stanie wyobrazić sobie jak jest wielki, jak przenika każdą cząstkę rzeczywistości… jak jest czujny, cierpliwy i w każdej chwili gotowy siać zniszczenie…

Yasmen słuchał tych słów ze zdumieniem, bo trafiały gdzieś głęboko do jego świadomości. Wiele razy rozmyślał o dualizmie dobra i zła i toczył dyskusje w gronie starych aniołów. Liczni z nich mówili podobnie – szukając odpowiedzi na pytanie o naturę Boga, uciekali się do ziemskich porównań i przeciwstawiali go równemu mu przeciwnikowi. Śledził jak Istaran i jego oddział przemierzają dalekie połacie nieba i uczynił jeszcze jeden myślowy wysiłek. Pragnął znowu znaleźć się obok biskupa, choć obrazy, które zaczęły ku niemu podążać, przeraziły go i osłabiły. Zobaczył krzyżowców w bogatych, lśniących zbrojach, wdzierających się do niewielkiego miasta i odczuł, że znowu jest w Langwedocji. Jakiś rycerz podbiegł do dowódcy na wielkim czarnym koniu i krzyknął:

            – Panie, jak mamy ich odróżniać od prawdziwych wyznawców…?

            – Mordujcie wszystkich… Bóg oddzieli ziarno od plew…

Wszędzie biegali i jeździli na koniach krzyżowcy, siekąc ludzi długimi mieczami, tnąc toporami i przekłuwając ostrymi pikami. Krzyk przerażenia mieszał się z rozpaczliwym płaczem, a tętent końskich kopyt złowieszczo zapowiadał jak skończy się to wszystko. Biskup Bertrand patrzył przez okno jednego z budynków, przylegających do kościoła św. Magdaleny i raz po raz szeptał słowa modlitwy. Zobaczył rycerza w złotej zbroi pędzącego na koniu za trzema niewiastami, które szybko dotarły do muru świątyni, a widząc, że nie ma dla nich ratunku klękły przed zbliżającym się oprawcą i zaczęły głośno prosić go o litość. Biskup widział jak zbliża się do nich i jak z furią uderza w jedną po drugiej, jak przecina je  w tali, a potem ściąga konia i pędzi dalej mordować. W bocznej uliczce zobaczył kilku mężczyzn stojących w szeregu, a przy nich siepacza, który podchodził po kolei do każdego  z nich i wielkim nożem podcinał gardła. Krew tryskała na prawo i lewo, zwłoki walały się wszędzie i już zaczęły zlatywać z pobliskich wzgórz czarne ptaki.

            – Panie, musimy umykać… Béziers stracone… musimy schronić się w jakieś wyniosłej twierdzy… – pokrzykiwał młody zakonnik z krótkim mieczem w dłoni.

            – Ale jak wydostać się z tego piekła – spytał biskup i załamał ręce.

            – Musimy wejść do podziemi – brat Jules wyprowadzi nas za mury… zna sekretne zakamarki miasta…– odpowiedział młodzieniec i pociągnął za sobą dostojnika.

            – Zaiste tylko Satanael mógł stworzyć taki świat… Dobry Bóg nie zgodziłby się na mordy i ból niewinnych istot – szepnął biskup i podążył we wskazanym mu kierunku.

Szare opary okryły zmierzający oddział i Yasmen  stracił go z oczu, a choć patrzył na nich wzrokiem wewnętrznym, nie mógł niczego rozróżnić. Wielkie skrzydło nocy przechylało się w kierunku zachodnim i wszystko zaczęło się rozmazywać. Nagle jednak oddział wypłynął z mgły i jaskrawo oświetlony ostatnimi promieniami dnia, majestatycznie mknął do przodu za swoim dowódcą. Yasmen raz jeszcze skupił uwagę na lśniącym punkcie, sunącego po niebie Istarana i znów został wstrzelony ku dalekim przestrzeniom ziemskim. Miejsce nazywało się Mont Segure i było białą, wyniosłą skałą, na której wzniesiono zamczysko obronne. Tu odnalazł Yasmen raz jeszcze biskupa Bertranda, a przy nim innych doskonałych i czystych. Zwycięscy zbudowali ogromną palisadę z zaostrzonych beli, a w środku umieścili wiele kloców, gałęzi i chrustu. Nagle pojawił się przed nią łysy dominikanin z mieczem w prawej i krzyżem w lewej dłoni. Stanął przed spętanymi mężczyznami i kobietami i podniesionym głosem powiedział:

            – Pan daje wam ostatnią szansę i moimi ustami pyta czy wyrzekacie się swojej herezji? Czy potwierdzacie, że jest tylko jeden Bóg, stworzyciel nieba, ziemi i człowieka?

Cisza zaległa przy palisadzie i tylko ciche chlipanie kobiet świadczyło o tym, że ludzie, stojący w wielkiej masie są żywi. Po dłuższej chwili z tłumu wystąpił starszy mężczyzna, uczynił znak krzyża i przemówił:

             – Nie do ciebie zwracam się panie… lecz do moich współbraci i sióstr…Byłem waszym biskupem i razem z wami wstąpię w ogień… Nie ma już dla nas ratunku, a to czego byliśmy świadkami w ostatnich latach dowodzi, że świat został stworzony przez złośliwego demona… On nie poprzestanie na tym, nie napoi się naszą krwią, nie przestanie zwodzić ludzkości…A w końcu rozszarpie i naszych oprawców…

            – Twoja przemowa jest zbędna, zarówno twoi ludzie jak ci, którzy przyszli tu by wykorzenić herezję, wiedzą że bluźnicie panu od dawna… – odezwał się inkwizytor.

            – To, co wy nazywacie herezją, jest samą istotą świata, stworzonego przez Satanaela – waszego świata, pełnego zbrodni, krwi i bólu, świata zrodzonego w krzyku przerażenia i kończącego się w nim… – odparł biskup Bertrand.

            – Odmawiasz zatem… Nie wyrzekasz się waszej straszliwej herezji…? Giń tedy pyszny kłamco i pociągnij za sobą tłum twoich wyznawców… Straże, wepchnąć ich za palisadę…

Rycerze na koniach sprawnie zapędzili skazańców za ogrodzenie, zamknięto wrota i zabezpieczono je grubą belką. Ucichły łkania i szepty i słychać tylko było ogień skwierczący w pochodniach, trzymanych przez giermków. Inkwizytor wzniósł się nieco w ostrogach i krzyknął:

            – Podpalać…!!! Niech giną nieprzyjaciele Boga i Ojca Świętego, niech sczezną heretycy siadający do uczt z diabłami…         

Yasmen patrzył jak ogień rozpala się coraz mocniej, jak zmienia się w jeden wielki, przerażający płomień, z którego dolatywać zaczęły krzyki i jęki. Języki zyskały potworną moc destrukcyjną i szybko zawładnęły drewnem i ludźmi. Jeszcze tylko jeden krzyk przedarł się ku żywym i Yasmen bez trudu rozpoznał w nim głos zabijanego biskupa Tuluzy Bertranda.            

– Umieramy za dobrego Boga… Tylko on może uratować świat…    

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: