BROMBERG (14)

Komendant Policji Jan Kowalski wyszedł z tymczasowej siedziby Selbschutzu, w dawnej willi Blumwego, gdzie uczestniczył w naradzie z SS-Standartenführerem Ludolfem von Alvenslebenem. Dzień był słoneczny, więc postanowił przejść główną ulicą miasta w okolice teatru miejskiego i tam skręcić ku dawnej siedzibie polskich władz rejencyjnych, gdzie mieścił się też komisariat powiatowy. Szedł powoli przyglądając się ludziom i budynkom, z których teraz zwisały wielkie czerwone flagi, z czarnymi swastykami. Jeszcze nie otrząsnął się z wrażeń, jakie przyniosła nieudana ucieczka w kierunku Inowrocławia, a potem przesłuchania i szybkie podpisanie zobowiązania lojalności, w czym dopomógł mu wujek, dawny współwłaściciel składu handlowego. Teraz dziwnie się czuł, idąc ulicą Gdańską, pod okupacją niemiecką przemianowaną na Adolf Hitler Strasse, pełną patroli w masywnych hełmach, oficerów przemykających gdzieś szybko i samochodów z niemieckimi rejestracjami. Na wysepce, przy hotelu Pod Orłem przystanął obok policjanta w granatowym mundurze, który natychmiast mu zasalutował.

– Jak sprawy się mają…? – zapytał podwładnego, nie mogąc sobie przypomnieć jego nazwiska.

– Wszystko pod kontrolą panie komendancie… Melduje się posterunkowy Józef Madej…Duży ruch przy hotelu, podjeżdżają niemieckie auta, wchodzą i wychodzą oficerowie i żołnierze niższej rangi…

– Może dostają posiłki w restauracji – powiedział Kowalski, przypominając sobie niegdysiejszy raut prawniczy w Sali Malinowej, na który został zaproszony w 1933 roku.

 – Pewnie tak… odpowiedział posterunkowy, a potem dodał – Jeden z podoficerów powiedział mi, że Niemcy przemianują nazwę naszego reprezentacyjnego hotelu na Danzinger Hof…

 – To ciekawe…i jakże dziwaczne… – odrzekł Kowalski i już chciał odejść, gdy jego uwagę przykuł orzełek na czapce podwładnego. Zatrzymał się jeszcze na chwilę i cicho wydał rozporządzenie – Kolego ściągnij polskie godło z nakrycia głowy, teraz będziemy nosili na nich herb miasta z czasów niemieckich. Pobierzecie blaszkę w naszym komisariacie…Więc mówicie… Danzinger Hof…

 – Tak jest panie komendancie – zasalutował na pożegnanie Madej i odwrócił się w drugą stronę, przybierając postawę służbistą.

Kowalski ruszył dalej, rozmyślając o tym, co mu powiedział posterunkowy. Jego kroki były sprężyste, a wyglancowane oficerki miarowo stukały o chodnik. Szybko dotarł do kościoła klarysek, wciąż czynnego i gromadzącego wiernych na mszach. Niestety wiedział już od Alvenslebena, że świątynia niebawem zostanie zamknięta… oby tylko znowu nie przemianowali jej na remizę strażacką… pomyślał i ruszył w kierunku kolejnego podwładnego, stojącego na posterunku naprzeciw półokrągłego domu Pfefferkorna, w którym od dziecka bywał w składzie i mieszkaniu swojego wuja. Zbliżył się do policjanta, który nie widział, że dowódca sunie ku niemu. Lubił czasem żartobliwie straszyć swoich podwładnych, więc teraz odezwał się znienacka po niemiecku:

 – Alle achtung!

Wystraszony Posterunkowy odwrócił się błyskawicznie na pięcie, a widząc swojego dowódcę, uśmiechnął się, zasalutował i szybko się zameldował:

 – Na wyznaczonym miejscu, melduje się starszy posterunkowy Józef Glapa…

Tego policjanta Kowalski znał znakomicie i nawet go lubił, więc z uśmiechem nakazał mu konfidencjonalnie zdjąć orzełka z czapki, a potem dalej patrolować przestrzeń ograniczoną z jednej strony przez teatr, a ze strony drugiej przez cukiernię Białeckiego, półokrągłą kamienicę Pfefferkorna i niewielki kościół. Zapytał jeszcze o żonę i dzieci, a potem ruszył równiutkim chodnikiem dawnej ulicy Jagiellońskiej, wzdłuż latarń gazowych i drzewek, posadzonych ledwie kilka lat temu, podtrzymywanych przez żelazne wsporniki i ochranianych przez dookolne siatki. Właśnie dowiedział się, że jego siedziba, w dawnym budynku Rejencji Bydgoskiej, mieścić się teraz będzie przy Hermann Göring Strasse. Nagle jego uwagę przykuł mijający go boy hotelowy, ubrany paradnie w białą kamizelkę, pumpiaste spodnie, kolanówki i dość znoszone brązowe buty, całość uzupełniał paradny, czerwony toczek na głowie, przytrzymywany przez pasek, zapinany pod brodą,. Chłopak zapewne zmierzał do wielkiego budynku pocztowego, wzniesionego przez Prusaków pod koniec ubiegłego wieku w stylu narodowym i ukończonego w roku 1900. Teraz, gdy chłopiec się oddalił, Kowalski przyspieszył nieco kroku i już z daleka zobaczył dwie ogromne flagi ze swastykami, zwisające od dachu do końca elewacji. Przy samym wejściu wyprężyli się przed nim robotnicy budowlani, właśnie demontujący polskie tablice municypalne.

Wszedł do obszernego przedsionka i długim korytarzem skierował się ku pokojom na parterze, w bocznym skrzydle, zajmowanym przez policję. W sekretariacie przywitał go przodownik Kamiński, a po chwili z bocznego pokoju wyszedł też starszy posterunkowy Tabakowski. Nagle poczuł się zmęczony, więc podszedł do stołu, nalał sobie zbożowej  kawy z dzbanka i usiadł na wygodnym fotelu. Współpracownicy zauważyli, że wyciągnął z kieszeni kraciastą chusteczkę i zaczął nią ścierać pot z czoła, zza uszu i z szyi. Dopiero, gdy napił się kawy, sięgnął po papierosa i po pierwszym zaciągnięciu się dymem, wypuścił z ust biały obłok, Kamiński odważył się zapytać:

– Jak tam narada Janku… Szwaby dadzą nam żyć…?

Dowódca zaciągnął się ponownie, a po wydmuchnięciu dymu i wypiciu kolejnej porcji kawy, ociągając się jakby mu to sprawiało przykrość, powiedział:

 – Nie mamy wyjścia, musimy dostosować się do zarządzeń władz okupacyjnych…Wszyscy będziemy musieli podpisać zobowiązania lojalności, każdego dokładnie prześwietlą, sprawdzą genealogię i jeśli znajdą jakieś odgałęzienia żydowskie, wypieprzą na zbity pysk…

  – No to nasz kochany Szmul Lewi pożegna się z posadą…– odezwał się Tabakowski.

  – Niestety tak…I jakże przykro mi będzie mu to zakomunikować… – odparł komendant, a potem ciągnął – Musimy mu jakoś pomóc, bo otrzymałem rozkaz przekazywania wszelkich informacji o Żydach do samego Alvenslebena. Najlepiej by było, gdyby spróbował przedostać się do Rosji, podobno ma tam rodzinę, a jego wujek piastuje wysokie stanowisko w bolszewickim wojsku…

  – Teraz to są nasi przełożeni, a zadaniem policjanta jest służyć władzy, jakakolwiek by ona nie była… – powiedział Kamiński.

  – Taki nasz los i takie zadanie… wielu z nas nienawidziło Piłsudskiego, ale służyliśmy mu wiernie… – zabrał głos w dyskusji starszy posterunkowy.

  – Piłsudski kazał strzelać do tłumów, ale miał zawsze na uwadze interes Polski, jesteśmy warcholską nacją… – powiedział komendant.

  – Choć moja żona tego nie zaakceptuje, podpiszę szybko akt lojalności… powiedział Kamiński.

  – Będziemy też musieli ślubować oddanie Hitlerowi… Alvensleben powiedział mi, że będziemy też wykorzystywani podczas egzekucji…

 – Pełniłem służbę na Starym Rynku i rozstrzeliwanie nie zrobiło na mnie większego wrażenia… W końcu wcześniej, na rozkaz polskich władz wojskowych, strzelaliśmy do niemieckich dywersantów…– powiedział Tabakowski.       

– Policjant musi być twardy… – wtrącił się Kamiński – Szczególnie teraz, gdy Niemcy nie patyczkują się z mięczakami… Historia uczy, że wszelkie zabory i najazdy kiedyś się kończą… A wtedy będziemy potrzebni ojczyźnie żywi…

– To są trudne wybory mój przodowniku…– próbował zamknąć dyskusję Kowalski.

– Tak, ale pamiętaj co Jezus powiedział do faryzeuszy: Oddajcie co jest cesarskie, cesarzowi, a co jest boże Bogu… – perorował podwładny.

– Cały czas brzmiały mi w uszach te znamienne słowa z Ewangelii św. Mateusza, gdy słuchałem Alvenslebena… I cieszę się, że nie będę miał problemu z wyznaczeniem was do planowanej egzekucji Żydów nieopodal Bydgoszczy.

– Myślałem, że rozważaliśmy to wszystko teoretycznie – powiedział czerwony od gniewu Kamiński.

– Tak, ale teoria jest pustą literą, jeśli nie sprawdza się w praktyce – powiedział dowódca, lekko urażony tonem ostatniej wypowiedzi Kamińskiego.

– Jeśli kolega ma jakieś opory, ja ich nie mam i mogę pojechać na akcję za niego… palnął Tabakowski, zasalutował i wyszedł do sąsiedniego pokoju.

Kowalski dopił resztę kawy, po czym dźwignął się z fotela i powędrował do swojego gabinetu. Tam zasiadł za biurkiem i sięgnął po słuchawkę telefonu. Odszukał numer w podręcznym notatniku i wykręcił go powoli. Po chwili usłyszał w słuchawce dźwięczny, znajomy głos:

– Tu Szmul Lewi, czym mogę służyć…?

– Mówi Kowalski…Słuchaj uważnie drogi przyjacielu… Musisz jak najszybciej zgarnąć najpotrzebniejsze rzeczy, spakować żonę i dzieci, wziąć oszczędności i kosztowności  i zmykać stąd jak najdalej. Jeśli tego nie zrobisz, Niemcy wkrótce zapukają do waszych drzwi i wywloką was na rozstrzelanie…

– O Jahwe, rabinie nad rabinami… – Kowalski usłyszał po drugiej stronie – O Jahwe, a gdzie my się teraz podziejemy…?

– Podobno masz rodzinę w Rosji, więc kieruj się ku wschodniej granicy… – mówił przełożony – Tutaj nie ma dyskusji… Nawet twoi koledzy z naszego komisariatu doniosą na ciebie… Rozmawiałem z nimi i wiem jaki jest ich stosunek do rozkazów władz… A są one bezwzględne dla waszego narodu i już zaplanowali masowe rozstrzelania nieopodal naszego miasta… Masz tylko jedną alternatywę kochany Szmulu, ucieczka albo śmierć…

– Ty jesteś dobrym człowiekiem Janku… dobrym człowiekiem – powiedział dobitnie Szmul, a potem dorzucił – Nigdy ci tego nie zapomnę. Mam sąsiada, bardzo bogatego Żyda, który niedawno kupił duży furgon dostawczy, może zabierze swoją rodzinę i nas i jakoś przemkniemy bocznymi drogami do Wilna, a stamtąd do Głębokiego i Połocka, nieopodal sowieckiej granicy, gdzie od lat mieszkają moi krewni.  Tylko jak ja to wytłumaczę mojej Mirełe…? Ona tak kocha naszą Bydgoszcz… Jak uspokoję małego Chaima i jego siostrę Sarę…?

– Nie masz wyjścia Szmulu… to są prawdziwie szatańskie bestie i nie zlitują się nad wami… Zażądali bym wyznaczył dwóch naszych policjantów do pomocy w rozstrzeliwaniu Żydów w Tryszczynie albo Fordonie, planowanym wkrótce. I dwaj twoi koledzy… nie pytaj którzy…bez mrugnięcia okiem zgłosili się na ochotnika. Biegnij do swojego majętnego przyjaciela, weźcie sporo żywności i wody i uciekajcie jak najszybciej, jedźcie bez świateł przez wsie, lasy i pola, najlepiej nocą, tylko bocznymi drogami, bo wszędzie są posterunki i wszędzie na was będą polować… Jesteś takim inteligentnym szachistą, więc rozegraj tę partię tak, by w Połocku powiedzieć: mat…Już nie liczą się pieniądze, nie liczy się bogactwo, to tylko środki, dzięki którym ocalicie swoje życia.

– Dziękuję raz jeszcze Janku i do zobaczenia w innym świecie…– jęknął boleśnie Szmul.

– Do zobaczenia przyjacielu… – odparł Kowalski i odłożył słuchawkę na widełki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: