CZARNY NEFRYT (11)

Dong powoli odzyskiwał świadomość, ale widział wciąż zamazane obrazy, jakby patrzył przez grubą taflę lodu. Dochodziły do niego jakieś dźwięki, pokrzykiwania i nawoływania, ale trudno mu było połączyć je w logiczną całość. Czuł dotkliwy ból z tyłu głowy i bał się poruszyć nią, jakby groziło mu wciąż wielkie niebezpieczeństwo. Uchwycił się tej myśli i powoli zaczął przypominać sobie kim jest i co się stało. Nagle przestrzeń wokół niego zyskała na ostrości i zobaczył grupę ludzi idących przy wielkim wozie, zaprzężonym do dwóch koni. Poruszył się powoli i dotknął rany na głowie, z której lekko sączyła się krew. To była jego wieś i tutaj przyjechał wysłannik cesarski ze swoim oddziałem, by wszystkich wymordować. Przypomniało mu się, że uciekał przed jednym z żołnierzy i otrzymał cios mieczem w głowę, a potem upadł wprost w stóg siana. Oprawcy zapomnieli o nim i tak przeleżał w ukryciu dwa dni, bez czucia i świadomości, aż wreszcie zaczął się budzić i zobaczył szabrowników, odzierających domostwa z tego, co jeszcze pozostało i czego nie strawił ogień. Przez chwilę zastanawiał się czy wyjść z ukrycia czy nie, ale jego decyzję przyspieszyło dwóch rosłych drabów, zbliżających się z widłami do siana. Zanim zagłębili je w nim, wyszedł powoli i stanął na chwiejnych nogach. Pomyślał, że zaraz go zabiją, ale oni podbiegli do niego, wsparli go ramionami i poprowadzili do wozu.

            – Bierzemy co się da i wracamy do miasta – powiedział jakiś starzec – Tutaj już nie masz co robić… Wilki i niedźwiedzie wkrótce nadejdą i mogą ci zrobić krzywdę… Przyłącz się do nas, a znajdzie się miejsce do spania i praca w którymś z domów…

Dong pokiwał potakująco głową i usiadł wygodniej na wozie, na który właśnie ładowano jakieś rolnicze narzędzia, siano i słomę, spętane kozy i barany, nawet psy i koty. Najwięcej sprzętów znaleziono w kuźni, a gdy odkryto schowek w dachu, wyniesiono z niego miecze i kopie, halabardy i noże. Były tam też naczynia z brązu i żelaza, a nawet trzy niewielkie worki z ryżem, pszenicą i grochem, trochę wędzonej wieprzowiny i udziec barani. Przy kuźni nie było starego kowala, ale w ogrodzie znaleziono świeży grób, co było dziwne, bo ciała wszystkich zamordowanych leżały na podwórkach, w sadach i przy drogach, a na środku wsi żołnierze utworzyli piramidę z odciętych głów. Spłoszone sępy odleciały na pobliskie topole, albo krążyły w powietrzu i wydawały pojedyncze, złowieszcze jęki. Nagle jednak wzbiły się znacznie wyżej, co zaniepokoiło starca dowodzącego szabrownikami. Wskazał kołujące ptaki najbliżej stojącemu mężczyźnie i powiedział:

            – Sępy wzbiły się wyżej…           

Ten nie zrozumiał o co chodzi, wzdrygnął ramionami i pobiegł dalej rabować co się da, wynosić ziemniaki i marchew z ziemianek, szukać zwierząt upieczonych żywcem w pożodze.

Wszędzie panowało ożywienie, kobiety i mężczyźni podążali ku miejscom, gdzie ocalały jakieś części chat, wchodzili pod ziemię do schowków, wydobywali ze spichlerzy kosze z jabłkami i gruszkami, owocami morwowca, kasztanami i żołędziami. Nagle, jak na komendę, wszyscy zatrzymali się i zaczęli nasłuchiwać. Od strony cesarskiego dworu nadjeżdżali jeźdźcy i tętent końskich kopyt wzmagał się coraz bardziej.

            – Uciekajmy, to żołnierze cesarza – krzyknął ktoś i puścił się pędem w zarośla bambusowe.

            – Nie uciekniemy – powiedział starzec, zszedł z kozła i stanął przy wozie.

Nie minęło wiele czasu i dwudziestoosobowy oddział, uzbrojony po zęby, w pięknych, lśniących zbrojach z pomalowanych na czerwono płytek z pancerza żółwia, wjechał na główny trakt wiejski. Widząc u końca wsi wielki wóz i umykających ludzi, żołnierze natychmiast skierowali się ku nim, z bojowym okrzykiem. Szybko okrążyli szabrowników i dźgając lekko kopiami w karki, zagonili ich w jedno miejsce, przy koniach i pojeździe. Jako ostatni nadjechał majestatycznie gruby dowódca i zaczął poruszać się pomiędzy złapanymi ludźmi na swoim koniu. Przyjrzał się wszystkim i upewnił, że ma do czynienia z mieszkańcami obrzeża cesarskiego miasta. Nieco dłużej zatrzymał się przy wozie i ze zdumieniem patrzył na leżące na nim miecze i inną, pięknie wykonaną broń.

            – Chcieliście okraść miłościwie nam panującego Qin Shi Huangdi…!?   

Złapani padli na kolana i płakali żałośnie, pochylając głowy i bijąc nimi o ziemię. Jedni milczeli przerażeni, a inni błagali:

            –  Dostojny panie daruj nam życie… Nie zabijaj nas… To bieda nas tutaj przywiodła… Wszystko chcieliśmy oddać cesarzowi…

            –  Teraz łasicie się psy… –  krzyknął dowódca i wciąż siedząc na koniu, kopnął w głowę najbliżej stojącego, łysego i przysadzistego jak on, mężczyznę. –  Zobaczymy co cesarz każe z wami zrobić? Ja bym was wszystkich już tutaj skrócił o głowę, ale może nasz pan będzie miał inny pomysł…

Powiedziawszy to, spiął konia ostrogami i pojechał przyjrzeć się zniszczeniom w różnych miejscach wsi. Zatrzymał się dłużej przy piramidzie z głów i napisie na desce. Przejechał cały trakt od wjazdu, aż do kuźni, pokręcił się na niektórych podwórkach, a potem wrócił do wozu i swoich żołnierzy, którzy spętali już wszystkich schwytanych. Nagle z pojazdu uniósł się zraniony w głowę mężczyzna i krzyknął przeraźliwym głosem:

            –  Panie, panie… ratuj mnie, bo jestem niewinny… Pochodzę z tej wsi i zostałem schwytany przez okrutnych złodziei… –  zawodził Dong i załamywał ręce.

Dowódca podjechał do wozu, przyjrzał się mężczyźnie i od razu zauważył ranę na głowie, po nieudanym cięciu mieczem. To upewniło go, że człowiek ten mówi prawdę i nakazał sprowadzić go na ziemię, dać wody i ryżu, a potem wsadzić na pustego konia.

            –  Staniesz przed obliczem cesarza i opowiesz mu o wszystkim – powiedział dowódca i nakazał ruszać w kierunku dworu.

Dong pierwszy raz w życiu siedział w siodle krwistego rumaka i bardzo się przestraszył. Na szczęście żołnierze spętali mu nogi po brzuchem zwierzęcia i ręce przywiązali do grubego pasa. Jechali teraz wolno skrajem gór i nie wiedzieli, że zza jednej ze skał obserwuje ich kobieta w średnim wieku, która także podąża w okolice pałacu. Dong rozmyślał gorączkowo, co ma powiedzieć cesarzowi, by go nie rozgniewać. Usłyszał od Aia o zbrodniach Wanga i widział pojawienie się siepaczy Czena, a potem prawie całą straszną masakrę. Co jednak na to powie cesarz i co każe z nim zrobić? Może lepiej skłamać, może coś dodać… rozmyślał gorączkowo i szukał rozwiązania. Wydostali się już z górskiego wąwozu, przejechali wielki las bambusowy i pojawili się na głównej drodze, prowadzącej do pałacu. Mijali teraz rolników w słomianych, stożkowych kapeluszach, zmierzających na pola i zatrzymujących się w miejscu, bijących pokłony i ruszających dalej, po przejechaniu oddziału i wozu. Za nimi pozostały wspaniałe góry, które rysowały się wyraziście dzięki słońcu, stojącemu wysoko na czystym niebie. Dong nie miał odwagi patrzeć ludziom w oczy, bo wstydził się swojego czynu. Oni wcześniej zaproponowali mu miejsce i pracę w jakimś domu, a on zdradził ich i nazwał przy grubym dowódcy złodziejami. Wiedział jednak, że musi trzymać się tej wersji, bo to była jego jedyna szansa. Cesarz nie miał litości dla złodziei i na pewno każe ich zbić, może jednak zlituje się nad nim. Skoro ważny żołnierz nakazał posadzić go w siodle i odłączył od szabrowników, to może to jest dobry znak? Obejrzał się za siebie i zobaczył, że nad skałami, zasłaniającymi miejsce, gdzie była jego wieś, unosił się wciąż siny dym dogasających domów i spichlerzy. Tyle lat spędził w tym miejscu i tyle dobrych i złych chwil zapamiętał. Przed oczyma stanęli mu ojciec i matka, brat i siostra, a potem ich śmierci, z powodu starości i choroby. Tylko brat mu pozostał, ale jego, zaraz na początku najazdu, zabili żołnierze Czena. Teraz był sam na świecie i właściwie wszystko mu było jedno, co zrobi z nim cesarz, żałował tylko, że nigdy nie wspiął się na najwyższe szczyty górskie, nie widział innych prowincji i nie zaznał kobiety. Choć miał czterdzieści dwa lata i ładną twarz, żadna dziewczyna we wsi nie chciała iść za mąż za kulawego. Urodził się już z tą przypadłością i im był starszy, tym trudniej mu było poruszać się, wykonywał tylko lżejsze prace i korzystał z gościnności i opieki brata i jego żony. Łza pojawiła mu się w oku, gdy przypomniał sobie jego dzieci, dziewczynkę i chłopca… I czułą bratową, która własnym ciałem osłaniała maleństwa przed razami mieczy. Brat też skoczył z widłami przeciwko mordercom, ale ugodzili go włócznią w brzuch, a potem ścięli głowę, jak wszystkim we wsi. Dlaczego właśnie on ocalał i co powinien teraz zrobić – rozmyślał i wpatrywał się w zwężającą się w dali drogę. Gdzieś daleko połyskiwała w słońcu rzeka Wei He i słychać było z oddali przeczysty śpiew i tęskne tony gruszkowatej pipy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: