ZŁY DUCH (5)

Bogini z czarną twarzą zapatrzyła się w ciemność i wyczuła, że jest przy niej jakaś potężna, zła energia, płynąca jakby z samego jądra mroku. Szybko wypowiedziała zaklęcie kosmogoniczne i pośród ognia pojawiła się dziwna postać, ni to garbusa, ni mocarza, z głową hipopotama i wielkimi rogami na niej. Poczuła zapach siarki i rozkładających się zwłok i wpatrzyła się w ślepia bestii, w których odbijał się wszechświat, pulsowała rozżarzona lawa, złowrogo połyskiwały zmrożone klatraty metanu i wybuchały gwiazdy supernowe, w ułamku sekundy grzebiące dalekie światy. On patrzył na nią z ironią i poczuciem siły, gotowy do skoku jak czarna pantera, czujny jak kobra i szczur, nieustannie sondujący przestrzeń między nimi.

– Myślałaś, że beng będzie bezwolny i po zabiciu cygańskiego mordercy, wróci do twojego tronu… – szepnął bezgłośnie, a potem dodał – Zauważyłem go od razu i uczyniłem z niego swoje narzędzie…

– Kim jesteś – posłała ku niemu pytanie pani kosmosu.

– Jestem brakiem dobra… istotą zła… osobą bez ciała i ciałem bez osoby…Jestem nieustającym cierpieniem… – odpowiedział butnie. 

            – To wyczułam od razu, ale jakie jest twoje imię – pytała dalej…

            – Moje imię pośród much gnijącego ścierwa… – chełpił się – Pośród karmazynu i czerni…

            – Kłamstwo jest w każdym twoim słowie, w każdej myśli i geście… – powiedziała.

            – Tak, bo prawda jest nieistotna… to wymysł tego, który nas stworzył… od samego początku nas zwodził i tworzył miraże rzeczywistości… – odrzekł bezgłośnie.

            – Znam użyteczność kłamstwa, ale ty wykorzystujesz je tylko, by krzewić zło we wszechświecie…– szepnęła.

W ułamku sekundy przybliżyła się do niego i wysunęła tysiąc ruchliwych rąk, próbując go zadusić. On jednak był na to przygotowany i uskoczył sprytnie do przodu, tak, że znalazł się za jej plecami. Poczuła jego oślizły chłód, gdy objął ją od tyłu i natychmiast spróbował spenetrować jej łono. Szarpnęła się jak zraniona łania i z dziką furią natarła na niego, chcąc go ugodzić łańcuchem czaszek, ale znowu sprytnie usunął się, zachichotał i syknął:

            – Nie chcesz mnie Cyganko…? A może wolisz bym znalazł się w innej części Twojego martwego ciała… Jak moje psy, Qin Shi Huang, Neron i Kaligula, lubię zdobywać takie gibkie niewolnice, szczególnie od tyłu…

Bogini oddaliła się od niego i przyciągnęła ku sobie energię gwiazdy wybuchającej w dalekiej galaktyce. Uczyniła z niej gorejącą strzałę i z impetem posłała ku niemu, celując w czoło, pomiędzy sterczące rogi. Ale on był na to przygotowany i raz jeszcze uchylił się, chociaż ostrze energii lekko otarło się o włochaty łeb i osłabiło go. Poczuł, że powinien już oddalić się od niej, więc skoczył w otwartą czeluść, odbił się od twardniejącej lawy i wniknął do świadomości benga. Czarnooka usłyszała jeszcze, dobiegające gdzieś z daleka ledwo słyszalne słowa:

            – Twój czas dobiega końca… a beng będzie moim bękartem…

   Nigdy wcześniej nikt nie przeciwstawił się jej w taki sposób, więc pomknęła ku szczytom ośnieżonych gór, przebiegła płaskowyże, pustkowia, doliny i w końcu wniknęła w złotą figurę, ustawioną w hinduskiej świątyni. Potrzebowała czasu, by wszystko przemyśleć i przygotować jakiś podstęp. Musiała też odpocząć, bo miotana energia osłabiła ją także i spowodowała zamęt w głowach, unieruchomiła ręce i nogi. Patrzyła na stada białych ibisów, wznoszące się nad wodami, kontemplowała barwy pawich piór i odcienie na futrach tygrysów i powoli, bezpowrotnie zastygała w ciszy. Duch, z którym się starła przybywał z dalekich, północnych krain, gdzie nikt nie modlił się przy jej figurach. Czasem tylko jakaś Cyganka wzdychała ku niej, jakiś czarnooki młodzieniec wyczuwał jej obecność, ale to było za mało. Zły duch miał wielką armię istot zepsutych i krwiożerczych, przy których cygański czartbył ledwie pogłosem, milknącym echem, wykorzystaną przez niego pustą okrywą trującego nasienia. Teraz beng krył się w chropowatym mroku i czekał aż wilki otoczą zwijającą się z bólu kobietę i zaczną wyć do księżyca. Bibi jakby tylko na to czekała, zebrała w sobie siły i zaczęła przeć, rycząc przy tym jak zwierzę. Z jej łona wolno zaczęła wysuwać się okrwawiona istota, przypominająca strzęp świeżego mięsa, aż wreszcie wyskoczyła z impetem na trawę, a pośród nocy zabrzmiał słaby, ludzki płacz. Tak dziecię skarżyło się, że opuściło bezpieczną samotnię i pojawiło się pośród wrogich mu przestrzeni. Jego matka przymknęła oczy i wyzionęła ducha, a wtedy wielka wadera, pchnięta przez benga, doskoczyła do dziecka, odgryzła pępowinę i chwytając je za skórę, poniosła w mrok. Reszta stada rzuciła się na ciało Bibi i zaczęła je kąsać, rozrywać ręce, nogi, brzuch i wyszarpywać wnętrzności. Gdy przewodniczka dotarła do niewielkiej polanki w gęstwinie brzóz, olch i paproci, z Bibi niewiele zostało.

Beng był już przy waderze i czekał na dogodny moment by wniknąć w ciałko dziecka, ale coś mu przeszkadzało, jakiś żałobny ton snuł się wciąż z oddali. Natychmiast zrozumiał, że sonduje go mniszka znad Renu, postanowił więc czmychnąć na jakiś czas do umysłu wilczycy i pozostać tam, póki nie ucichnie śpiew Hildegardy. Nakazał zwierzęciu przenieść chłopca do sporej nory, opuszczonej przez borsuki i spowodował, że zaczęła go karmić swoim mlekiem, zlizywać krew ze skóry i ogrzewać futrem. Teraz mógł już przenieść się do jego umysłu i odpocząć, teraz mógł już czekać na to, co miało się wydarzyć. Tak jak niedźwiedź zasypia w gawrze, chciał znieruchomieć w świadomości malca i zaczekać aż opuści stado wilków i pojawi się w świecie ludzi. Symbolicznie przymknął oczy, ale nagle z mroku wychynął obrzydliwy, śmierdzący jak trup stwór, z rogatą głową hipopotama i szpotawymi kopytami.

            – Dobrze się spisałeś – odezwał się i przeniknął go lodowatym spojrzeniem, a potem dodał – Zostaniesz tutaj na straży i poprowadzisz go ku zatracie…

            – Kim jesteś panie? – zapytał z przestrachem i jednocześnie zrozumiał, że ma już nową władzę nad sobą.                      

Wyczuł, że ów duch podążył ku niemu z przepastnych głębin wszechświata i wybrał go, by nim kierować i nadać kierunek jego uczynkom. Zrozumiał, iż nie może równać się z nim i nigdy nie wydostanie się matni, a tylko uległość zdoła go ocalić.

            – Jestem odwieczną siłą… erozją i zgnilizną… jestem bólem początku i końca – bez słów odezwał się przybyły.

            – Będę ci wiernie służyć… – odparł bezgłośnie przerażony beng.

Srebrny denar księżyca skrył się za czarne opończe drzew, gdy stado wilków dotarło do przewodniczki i jeden po drugim zaczęło zlizywać resztki zastygłej krwi z ciała chłopca. Dziwna radość zapanowała pośród tych istot, tak jakby czekały na tę chwilę, jakby zdarzyło się wreszcie coś, na co od dawna czekały. Uspokojone i syte położyły się na trawie wokół nory i zasypiały,  jedno po drugim, a tylko wadera wciąż sondowała mrok i czujnie wdychała powietrze napływające do jej nozdrzy. Wielka sowa zsunęła się z gałęzi i poszybowała cicho ku resztkom pozostałym z Bibi. Przysiadła na brzegu czaszki i raz za razem zaczęła wydziobywać oczy, rozrywać skórę, zagłębiać się w wielkiej wyrwie na potylicy i wyjadać z niej galaretowate wnętrze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: