GŁĘBIE ŚWIETOŚCI

Poezja ks. Jana Wojciecha Pomina ma ugruntowana pozycję na Pomorzu i Kujawach, znana też jest dobrze w innych częściach naszego kraju, zauważają ją również analitycy twórczości osób duchownych. Trudno się temu dziwić, bo przecież jest to domena nieustannego rozwoju i prawdziwej eksplozji twórczej, potwierdzanej nowymi tomami, często bardzo obszernymi i przemyślanymi pod względem metaforycznym, symbolicznym, teologicznym i graficznym. Obrazy pojawiają się tutaj w sąsiedztwie słów, ale też generują nowe sensy, wpływają na kształt kolejnych kadencji, wydobywając na światło dzienne tajemne przestrzenie Ducha. Nie ulega wątpliwości, że autor otrzymał od życia dar, który można nazwać – przy oczywistym złagodzeniu sensu – poetyckim objawieniem. Zdając sobie z tego sprawę odsłania kolejne warstwy znaczeń i konstruuje cykle, w których naczelną postacią jest jego alter ego – Antonio. Ta figura, jakże głęboko zakorzeniona w tradycji Herbertowskiej, odwołująca się też do innych wyrazistych postaci z poezji światowej, jest rodzajem sumienia, które wciąż weryfikuje świat w kontaktach z ludźmi i w obcowaniu z przestrzeniami duchowymi. Bohater ostatnich tomów tego autora ma głęboką świadomość istnienia pośród widzialnej rzeczywistości, a jednocześnie – kierując się formułą Kanta: Prawo moralne we mnie, niebo gwiaździste nade mną – nie przestaje wpatrywać się w numinotyczne głębie świętości. Istniejąc w konkretnej rzeczywistości kosmicznej, analizuje zachowania ludzkie i przygląda się swoim wyborom, które w perspektywie powszechnego grzechu, stają się wykładnią życia w harmonii i twórczym dążeniu do doskonałości. Antonio był kiedyś „zwykłym człowiekiem”, ale życie tak go kształtowało, że stał się kimś na kształt mędrca, patrzącego z góry na rzeczywistość i widzącego wiele systemowych naruszeń, wiele zachowań, które należy potępić. Sam poznał siłę grzechu, więc potrafi teraz sprawiedliwie ocenić postępki braci i sióstr, może formułować prawdy ogólne, bliskie ścisłości filozoficznej. Ludzie zapominają o tym, że Biblia jest dziełem filozoficznym, a nakazem Kościoła jest prowadzić ludzi ku mądrości i zrozumieniu samej istoty istnienia.

Nie bez powodu, w nowym tomie, autor kieruje uwagę czytelnika ku powszechnie znanemu dziełu malarstwa europejskiego. Jan van Eyck i jego znacznie starszy brat Hubert, dźwignęli flamandzkie malarstwo realistyczne ku wyżynom, których nikt przed nimi nie sięgał. To dzięki nim pojawiły się na płótnach przejrzyste laserunki i tak zjawiskowe odwzorowania realnych postaci, że porównywano je z lustrzanymi odbiciami. Pracując dla kolejnych monarchów, stał się Jan prekursorem europejskiego renesansu, a są i tacy krytycy sztuki, którzy widzą w nim ojca nowoczesnego malarstwa światowego. Jego życie było pełne nagłych zwrotów, zawirowań historii, misji dyplomatycznych do innych krajów, a przede wszystkim do Hiszpanii i Portugalii, aż osiadł w Brugii, gdzie dopiero w roku 1434 ożenił się i zaczął wieść egzystencję bogatego mieszczanina, tworzącego portrety, miniatury i obrazy religijne. W sumie tego spokoju niewiele zaznał, bo zmarł siedem lat później i został pochowany w katedrze miasta, w którym wcześniej zamieszkał. Niestety w biografii tego twórcy więcej jest niewiadomych niż faktów potwierdzonych w dokumentach i wszystko ginie w mrokach przełomu epok – średniowiecza i odrodzenia. To był czas wielu wojen, nienawiści w łonie rodów królewskich i książęcych, wielkich epidemii chorób, a przy tym rozkwitu sztuki we wszystkich jej odmianach, od malarstwa i fresku, poprzez rzeźbę i architekturę. To, że van Eyck jeździł po Europie i zaznajamiał się z wieloma ludźmi i ich poglądami, że miał możliwość podziwiania setek obrazów uznanych mistrzów, wpłynęło zapewne na niezwykłe otwarcie i humanistyczny etos jego dzieł. Widzimy to przede wszystkim na deskach Ołtarza Gandawskiego, który – według inskrypcji na ramie – zaczął malować Hubert, a skończył po jego śmierci Jan. Poliptyk ten jest mistyczną opowieścią o ofierze Chrystusa, jako baranka ludzkości, zmazującego grzechy i łączącego ją z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym. Przepych i bogactwo, a zarazem energia świętości, zamanifestowane tu zostały przez wielkie płaszczyzny kontrastowych barw, spośród których na plan pierwszy wysuwa się krwista szata Stwórcy, zielone i granatowe okrycia Maryi i św. Jana Chrzciciela, a także wzorzyste suknie chórów anielskich, śpiewających hymny pochwalne. Równie bogate w stroje i ornamenty są grupy kardynałów, biskupów, zakonników, dziewic, rycerzy i wiernych ze wszystkich stanów, a całość uzupełniają niemal koronkowe wieże kościołów.

Poezja może podążać tropem wielkich natchnień malarskich, tym bardziej, jeśli mają one podłoże religijne. Trudno się zatem dziwić, że w nowym tomie ks. Jana Wojciecha Pomina znalazł się wiersz o Ołtarzu Gandawskim i jakby liryczna glosa do niego. Autor podejmuje w nim dyskusję z mimetyzmem, który od dawien dawna domagał się uściślenia, jak wygląda sam Bóg, jakie oblicze miał Chrystus, Maryja i Ewangeliści, ale przegrywał w konfrontacji z tajemnicą numinosum. Propozycje van Eycka są tutaj rodzajem wyzwania, ale poeta przeciwstawia im niezachwiane od lat przekonanie, że obraz rzeczy nie jest tak ważny, jak stałość Opatrzności Bożej, wciąż ocalającej ludzkość i będącej filarem jej bytu. Sztuka jest ważkim dopełnieniem myśli, ale przecież nie może się równać z doskonałością stworzenia, rozgrywającego się od wieków pośród głębi świętości. W tomie pojawiają się kolejne części Ołtarza Gandawskiego, a na jego okładce widnieje przedstawienie Boga Ojca w tiarze – a zarazem – istniejącego w trzech osobach i reprezentującego tyleż siebie, co Chrystusa i Ducha Świętego, jednak – w kontekście słów poety – wizualność jest tylko jednym z przejawów doskonałości i pozostaje w opozycji do niej, jak inne dzieła człowieka. Poeta skupia się szczególnie na przewinach ludzkich, a wskazując je, próbuje wytyczyć nowy szlak ku świętości. Jego spojrzenie nacechowane jest troską, ale też nie zna kompromisów i nazywa białe białym, a czarne czarnym. Tylko taka postawa etyczna może stać się podłożem dla sztuki słowa i dać tak niezwykłe efekty, jak w tym przypadku – tylko taka poezja wyodrębni jedno, niezachwiane prawo moralne i umieści je w transcendencji ludzkiego bytu, pomiędzy ułomnością biologii a odwiecznością kosmosu, pomiędzy tajemnicą, a niezmierzoną w swej głębi świętością.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: