KSIĄŻKI ABSURDALNE (1)

Żadne wydawnictwo ostatnich lat nie nadaje się tak dobrze, by zainicjować w moim dzienniku cykl omówień „książek absurdalnych”. Pisałem już wcześniej, że Addenda Krzysztofa Myszkowskiego obrazuje jego bezdech twórczy i brak energii narracyjnej. Widać to już było w tekstach prozatorskich albo streszczeniach, które umieszczał w dziale recenzji „Kwartalnika Artystycznego”, ale tutaj mamy do czynienia z zadęciem totalnym, bo przecież należy te zapiski odbierać jako drogocenne szczątki myśli i działań redaktora. Jeśli byłyby to cudownie odnalezione zdania, wyrazy, cząstki Szekspira, Kafki, Dostojewskiego, to miałoby to jakiś sens, a tu mamy jednozdaniowe „bazgroły”, które czytelnik ma uznać za szczególne, syntetyczne wskazania i komentarze. Na przykład takie: Pełnia księżyca. Rój ruin i ich rytm. Auta, skutery, motory, autokary. Drzewa, mury, błękit. Widok do środka i na zewnątrz, na Miasto. Rozproszeni, w ścisku, w swoim porządku. Rogi i moc Mojżesza. Skalne nory Etrusków. Można by mnożyć te „zapiski”, bo cykl liczy już ponad czterdzieści części, a nasz pisarz zapewne będzie dalej obrazował swoje bezdechy, zagapienia i „komentarze” do rzeczywistości, w której bywał i bywa. Niestety, choćby nie wiadomo jakimi wielkimi twórcami Myszkowski obudowywałby swoje pisanie, zawsze widać będzie wyrazisty rozdział pomiędzy nim i nimi, a takie określenia jak nory Etrusków, będą obrazowały kim jest naprawdę, jako autor i komentator sztuki. Może to chociaż jeden wartościowy regionalizm w rozdętym do granic możliwości dziele pt. „Kwartalnik Artystyczny”… A przecież wszyscy razem należymy tylko do literatury polskiej, gdzieś między Słowakami, Czechami, Bułgarami, Chorwatami i Serbami i nic nie da się zrobić w zakresie promocji i ekspandacji ogólnoświatowej, jeśli pisarz nie pisze po angielsku, francusku albo niemiecku… Sytuacja komplikuje się jeszcze, gdy polski autor wlewa do swoich utworów treści religijne i biblijne, tak niezrozumiałe dla współczesnych pisarzy i intelektualistów światowych. To jeszcze jedno dziedzictwo naszej literatury romantycznej, zauroczeń tandetnie pojmowanym Bogiem i ludyczną religijnością, eschatologicznych lęków Miłosza, tak kompletnie zanegowanych i wydrwionych teraz przez przyznanie Nagrody Nobla Oldze Tokarczuk.

Można zrozumieć założenie Myszkowskiego i jego chęć ocalenia pojedynczych myśli, jakichś chwilowych zauroczeń i zagapień, ale trzystustronicowy zbiór takich detali powinien mieć jakieś szersze uzasadnienie. Auror wolał okazać pogardę czytelnikowi i niczego nie wyjaśnił, nie opatrzył swojego „dzieła” wstępem ani posłowiem, a jedynie zawierzył potędze swojego słowa, zaczynając od enigmatycznego wskazania: Do celu, w stronę światła. To ma być owa otwierająca się głębia, w której autor będzie penetrować tajemne przestrzenie i wskazywać czytelnikowi nieuświadamiane rozświetlenia. Niestety, już kolejny zapisek wskazuje na to, iż odkrycia Myszkowskiego przywiązane są do jego, jakże powierzchownego postrzegania istnienia pośmiertnego: W dniu Wszystkich Świętych, nad grobem, słuchanie słabo słyszanej mszy. Zamazujące się obłoki, zapadający zmierzch. W tym szumie czuwanie i oczekiwanie. Złączony z nimi trwam z wierną pamięcią i niepamięcią, wdzięcznością i niewdzięcznością, powiązany więzami krwi i miłością, węzłami wiary, modlitwy, nadziei. Już tutaj absurdalność tych zapisków jawi się w pełnej krasie, a autor ukazuje siebie w tandetnej oprawie zmierzchającego słońca, zamazujących się obłoków, ledwie słyszalnej mszy, zderzanych naiwnie z kontrapunktowymi określeniami: pamięci i niepamięci, wdzięczności i niewdzięczności, dodatkowo komicznie powiązanych z nim więzami krwi, miłością, węzłami wiary, modlitwy, nadziei. Autor chciał od razu otworzyć przed czytelnikiem głębie, a zamanifestował tylko swoje zagubienie w świecie, tudzież – charakterystyczną dla niego – tendencję do mnożenia sensów w gęstwinach bezsensu. Absurdalność może być kołem zamachowym wielkiej literatury i wskazać tutaj byśmy mogli wiele takich realizacji pisarskich, począwszy od Boskiej komedii Dantego, poprzez Fausta Goethego, a dalej przez prozę eksperymentalną nurtu nouveau roman, dzieła Becketta, a skończywszy na dramatach Witkacego i wierszach Mirona Białoszewskiego, ale w przypadku Myszkowskiego nie ma ona żadnego umotywowania, jest ewokacją pustki myślowej, podpieranej raz po raz geograficznymi, biograficznymi lub nawet kulinarnymi wtrętami: Przysmaki, które pamiętam z dzieciństwa: czernina, grochówka z gotowanym boczkiem i ziemniaki w mundurkach, krupnik, rosół, zupa pomidorowa z kluskami lub łazankami, kartoflanka z cebulą i skwarkami, kołduny w rosole, chłodnik z jajkiem na twardo, zupa nic z kulami ubitego białka, surówki i konfitury z wiśni, gruszek, żurawin i borówek, owinięte nitkami zrazy, gołąbki, kiszone ogórki, pyzy nadziewane mięsem lub grzybami, pierogi z czarnymi jagodami lub wiśniami, babka ziemniaczana i placki ze śmietaną i cukrem, omlety z cukrem pudrem lub konfiturami, pieczone jabłka, budynie z rodzynkami, orzechami włoskimi i sokiem owocowym, kisiele z mlekiem, drożdżowe ciasta, kompot z truskawek i musujący kwasek z drożdży. Gdyby autor wplótł tego typu wyliczanki do prozy fabularnej czy eksperymentalnej, może osiągnąłby efekt artystyczny, ale tutaj, w tym mrowiu innych przywołań, zagęszcza tylko – skorzystajmy z jego retoryki –zupę nic; nie do zjedzenia.

Problem Myszkowskiego polega na tym, że panicznie chciałby stworzyć coś oryginalnego, jakieś dzieło, którym mógłby dorównać  największym pisarzom, ale niestety doskonale zdaje sobie sprawę z tego kim jest i jakie są jego możliwości kreacyjne: To samo i tak samo, w kółko. Potwierdzając swoją pisarską nijakość, nie zapomina zabezpieczyć się i ustawić w długim ciągu tych, którzy niczego nie osiągnęli: Widzę swoją mizerię i mizerię innych, ale nie mnie siebie sądzić, tym bardziej innych. Kabotynizm tego stwierdzenia ujawnia się w pełnej krasie, gdy czyta się notę krytyczną Stefana Chwina, zamieszczoną na okładce książki, będącą potwierdzeniem, że mamy do czynienia z zapiskami geniusza: Proza Krzysztofa Myszkowskiego łączy głębokie obserwacje psychologiczne z problematyką filozoficzną w sposób oryginalny, jakiego nie dostrzeżemy u innych pisarzy. Daleki od chaosu życia publicznego, Krzysztof Myszkowski skupia swoją twórczość wokół tematów najważniejszych, podstawowych, takich jak doświadczenie estetyczne świata i doświadczenie religijne, a raczej ich wielorakie, fascynujące związki.  Trudno dociec dlaczego znany pisarz, autor niezwykle fachowego wstępu do Konrada Wallenroda w ramach Biblioteki Narodowej, podjął się próby rehabilitacji zapisków kolegi, który często publikuje jego teksty w „Kwartalniku Artystycznym”. Chyba tylko owa częsta obecność Chwina w tym periodyku może być tropem swoistego zaśnięcia dociekliwego krytyka, który ucieka się do iście karkołomnych wolt myślowych: Jego najnowsza książka, „Addenda”, publikowana we fragmentach w „Kwartalniku Artystycznym”, przyjmowanych z uznaniem przez czytelników, jest kolejnym osiągnięciem literackim zasługującym na baczna uwagę. To niespotykane w polskiej literaturze połączenie głębokości myśli z maksymalną lapidarnością zapisu. Stworzył formę własną, w której poetyka szczególnego rodzaju aforyzmu, czy raczej starannie skomponowanej serii aforyzmów, pozwala na zapis doświadczeń i wzruszeń filozoficznych, połączony z kontemplacją tajemniczego piękna świata, które w jego twórczości objawia się jako znak Bożej Obecności, w niepojęty dla nas sposób utajonej w rzeczach, miastach, krajobrazach. Zaiste musi Chwinowi zależeć na publikacjach w periodyku Myszkowskiego, skoro ucieka się do tego rodzaju określeń, a przy tym będąc profesorem UG, neguje osiągnięcia literatury polskiej i wynosi marną pisaninę do rangi największych dzieł naszego pisarstwa. Jakby nie było Leca, jakby nie istniały aforyzmy Miłosza, jakby Stachura nie stworzył swoich książek drobinkowych, jakby wreszcie nie istniały najważniejsze polskie realizacje diarystyczne (Gombrowicz, Tyrmand, Dąbrowska). Oczywiście Chwin zdaje sobie sprawę z tego, ze nadużywa cierpliwości czytelnika, tworzy więc nową konstrukcję, która nijak się ma do rzeczywistego kształtu absurdalnego dzieła Myszkowskiego: „Addenda” są nie tylko statycznym zapisem konstatacji teologiczno-filozoficznych. Są też nowego typu formą autobiograficzną, którą należałoby określić jako dziennik aforystyczny. Trudno pojąć jak Chwin mógł dopatrzyć się elementów syntetycznych w prozaicznych „kawałkach” Myszkowskiego, a tym bardziej uznać je za rodzaj dziennika aforystycznego, wszak jest to zbiór rozklekotanych zapisków od Sasa do Lasa. Wątpliwe jest też owo przyjmowanie tych drobinek z uznaniem przez czytelników, skoro książka nie przebiła się przez żadne ogólnopolskie sito konkursowe, a poległa nawet w lokalnych zawodach o tytuł książki roku – Strzała Łuczniczki.

Paradoksalnie największa siła zbioru pisanek Myszkowskiego tkwi w ich absurdalności, w rozdętym  do granic zarozumialstwie myślowym i chęci oszukania czytelnika. Podobną tendencję zaobserwować mogliśmy w dzienniku Jerzego Andrzejewskiego, publikowanym swego czasu w tygodniku „Literatura”, a który Czesław Miłosz w liście do Zygmunta Hertza określił jako „jakieś siusiu”… Tam też mieliśmy do czynienia z próbą wmówienia czytelnikowi, że podejmowane tematy są ważne i są rodzajem gry z czytelnikiem i cenzurą, a tymczasem były po prostu zwykłym „siusiu”. Bardzo podoba mi się to określenie Miłosza i projektuję je na chaotyczne zapiski Myszkowskiego, określane przez autora Hanemanna jako przejaw literackiego talentu i filozoficznej przenikliwości. Ot takiej: Ciągle coś się kończy i coś się zaczyna. Pod jednym i pod drugim można by dopisać długą listę imion, spraw, myśli i uczuć. Ta pierwsza byłaby o wiele dłuższa, albo takiej: nawet gdy idzie się przez pustki, to to nie są pustki. Szkoda, że autor nie uratował swojej książki i nie postawił na jej absurdalność, zapewne wtedy osiągnąłby efekt artystyczny i wykrzesałby z niej jakąś dziwną energię. Stawiając na jej niezwykłość i podpierając się opinią prof. Chwina, zanegował to, co w gruncie rzeczy w niej jest obrazem jego samego i jego „wielkiej” tajemnicy. I to mogłoby być interesujące, szczególnie w sytuacji kogoś, kto jest cenionym redaktorem, ale nie stworzył książki, która by wprowadziła go  w obręb najznamienitszych realizacji pisarskich przełomu wieków. Myszkowski postawił na absurd nieuświadomiony, gdy zapragnął przedstawić czytelnikowi komiczną książkę jako dzieło  najwyższej powagi. Okrasił wszystko drobinkami wskazującymi, że jest twórcą bywałym w świecie, jak Herbert zauważającym sakralny charakter sztuki włoskiej, francuskiej, kościołów wileńskich. Przywołał też mrowie wielkich humanistów, pisarzy i filozofów w wierze, że skomponował coś wyjątkowego, mającego związek z ich osiągnięciami: Opowieść zestawiona z fragmentów, urywków i pojedynczych zdań. Wewnętrzną ciągłość daje jej ścisły związek z formą i duchem całości. Szkoda, że Myszkowski nie rozumie, że absurdalności nie można pogodzić z powagą, a fragmentaryczność świata twórca musi rzutować na szersze panoramy. Dobrze się jednak stało, że opublikował swój zapiśnik, bo przynajmniej sprowokował piszącego te słowa do podjęcia tematu książkach absurdalnych i zainicjowanie szerszego cyklu.

_______________

Krzysztof Myszkowski, Addenda, Margrafsen, Bydgoszcz 2017, s. 330.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: