CZYTAJĄC DICKENSA (1)

Charles Dickens – 1843

3 stycznia 1842 roku Charles Dickens wszedł na pokład parowca Britannia, ważącego 1156 ton i zmierzającego z Liverpoolu do Halifaxu, a potem dalej – do Bostonu. Statek został zbudowany przez Roberta Duncana, a zwodowano go 5 lutego 1840 roku i od czerwca tegoż roku zaczął regularnie kursować jako liniowiec Cunarda – Brytyjskiej i Północnoamerykańskiej Królewskiej Parowcowej Kompanii Pocztowej (British and North American Royal Mail Steam Packet Company). Magnat morski Samuel Cunard założył ją do spółki z kilkoma udziałowcami w 1838 roku, siedzibę lokując w mieście Halifax, na Nowej Szkocji. Do linii Cunarda należał pierwszy żelazny transatlantyk Persia, a także ostatni bocznokołowiec Scotia, który był zdobywcą Błękitnej Wstęgi Atlantyku. Dickensa skusiła reklama, którą potem złośliwie wykpił w pierwszym rozdziale swoich Notatek z podróży do Ameryki (1842), przyjętych z entuzjazmem w Anglii i skrytykowanych bezlitośnie w USA. Trzydziestoletni Dickens był już człowiekiem zamożnym i stać go było na podróż z żoną nowoczesnym statkiem parowym. Takiej możliwości nie miał ubogi polski poeta romantyczny Cyprian Norwid, który znacznie później, bo w roku 1852 podróżował do Ameryki tańszym, ale i mniej bezpiecznym kliprem Margaret Evans, dodatkowo narażonym na długie postoje w trakcie ciszy na morzu. Norwid opisał takie nostalgiczne chwile w Czarnych kwiatach, dokumentując między innymi długi bezruch po wypłynięciu klipra z Londynu, najprawdopodobniej w okolicach wysp Faroe.  Statek Dickensa płynął 18 dni i nigdy potem nie uległ kolizji, przewożąc wielu emigrantów do nowej ojczyzny i podróżników pragnących zobaczyć budzący się do życia kontynent. Ogromny postęp techniki spowodował, że już w 1849 roku Britannia została sprzedana Niemcom i przemianowana na jednostkę wojenną Barbarossa, a u końca swojej historii znalazła się nawet Gdańsku, gdzie służyła jako jednostka hotelowa, by ostatecznie trafić na złom w Kilonii w roku 1880. Pisarzowi nie spodobała się wąska kajuta, do której nie mógł nawet wcisnąć ogromnych waliz, ale z czasem przyzwyczaił się do niej i uznał za dobre schronienie pośród oceanicznych odmętów.

Parowiec Britannia

Podróż była niezwykle uciążliwa i obfitowała w chwile, raz to euforii, a innym razem smutku, zwątpienia i poczucia bezsensu. Nowość i wyjątkowość tej sytuacji rodziła w Dickensie  romantyczne porównania i zachwyty: Mrok, przez który wielka czarna bryła przebija sobie pewną i nieomylną drogę; gwałtowny pęd wody, wyraźnie dosłyszalny, lecz słabo dostrzegalny; szeroka, biała, iskrząca się smuga w kilwaterze statku. Marynarze na wachcie u przodu statku, co byliby zaledwie widzialni na tle ciemnego nieba, gdyby nie zasłaniali sobą jakiejś plejady jarzących się gwiazd. Sternik u koła sterowego z oświetloną przed sobą mapą, jasną plamą blasku wśród ciemności – niby jakaś czująca istota o boskiej przenikliwości i rozumie. Melancholijne wzdychanie wiatru pośród bloków, lin i łańcuchów. Prześwitywanie światła z każdej szpary, wnęki i z najdrobniejszego szkiełka na pokładach, jakby statek płynął napełniony ukrytym ogniem, co gotów buchnąć z każdego otworu, szalony w nieodpartej potędze śmierci i zniszczenia. Również na początku, i to nawet wówczas, gdyśmy się już oswoili z godziną, co czyni każdą rzecz wyższą i bardziej tajemniczą, trudno nam było – pogrążonym w samotności i zadumie – sprowadzić wszystko do właściwych kształtów i zarysów. Zmieniają się one zależnie od gry wyobraźni. Zaczynają przypominać rzeczy, któreśmy zostawili za sobą gdzieś daleko, udają dobrze nam znany widok ulubionych miejsc serdecznie drogich, a nawet zaludniają je cieniami. (Ch. Dickens, Notatki z podróży do Ameryki, t. 1, przeł. B. Czerwijowska, Warszawa 2020, s.19-20) Wyobraźnia ludzka reaguje na mrok niezwykle dynamicznie i najczęściej generuje obrazy katastrof i zagrożeń. Podobnie było z Dickensem, który przedstawił przedzieranie się okrętu jak tytaniczną walkę potworów: Nigdy nie zapomnę, jak statek pracowicie przedzierał się tej nocy przez wzburzone morze. „Czy może być kiedy gorzej niż teraz?” – słyszałem często takie pytanie, gdy wszystko wokoło osuwało się i zderzało i gdy możliwość, by w ogóle coś, co pływa, było bardziej przerzucane, a nie przewróciło się i nie poszło na dno, zdawała się prawie niepojęta. Najżywsza zaś wyobraźnia nie potrafi sobie wystawić, czym jest podrzucanie parowca w burzliwą noc zimową na rozszalałym Atlantyku. Nie wyrażę tego, choć powiem, że zostaje on powalony na burtę między fale, z masztami pogrążonymi w wodzie, że się podrywa i znów przetacza na drugi bok, aż wreszcie wzburzone morze uderza weń z hukiem stu ciężkich dział i odtrąca go wstecz. Że przystaje, słania się i dygoce jak ogłuszony, a potem z gwałtownym pulsowaniem  w sercu miota się naprzód niby potwór dźgany ościeniem aż do szału, że rozszalałe morze bije go, tłucze, miażdży i skacze nań z furią. Że grzmoty, błyskawice, grad i ulewa, i wichura wiodą z nim srogi bój o zwycięstwo, że każda deska statku wydaje swój jęk, każdy gwóźdź – zwój zgrzyt, a każda kropla wody wielkiego oceanu swoje wycie – opisać to wszystko jest niczym. Lęk łączy się tutaj z fascynacją siłami natury i wytrzymałości okrętu, który wolno posuwa się do przodu. Tuż przy wejściu do Halifaxu, pilot popełnia błąd i jednostka na krótko osiada na mieliźnie, a potem musi lawirować pomiędzy rafami. W końcu podróżni schodzą na ląd, a choć jest noc, czują podniecenie, widząc zabudowania, ludzi i liczne światła na brzegu.

Dziewiętnastowieczny Boston

Dalsza trasa wiedzie do Bostonu, gdzie Dickens natychmiast zaczyna zapoznawać się ze społecznością amerykańską, dziwi się ilości wyznań i różnorodności architektonicznej kościołów. Zapraszany do wielu miejsc, odwiedza między innymi zakład dla niewidomych dzieci i opisuje heroiczne zmagania małej dziewczynki Laury Bridgman, która straciwszy wzrok, słuch, węch i smak, tylko przy pomocy dotyku nauczyła się porozumiewać z otoczeniem. Istota ta – tak godna podziwu – staje się bohaterką pierwszych amerykańskich dni pisarza i zyskuje jego wielką sympatię. Bytując w mroku i ciszy, nauczyła się czytać wypukłe litery, rozpoznawać przedmioty, a nade wszystko artykułować swoje uczucia i doznania dzięki alfabetowi palcowemu. Pisarz zauważył niezwykłą ruchliwość i migotliwość Bostonu, miasta położonego nad rzeką Charles, wpadającą do zatoki Massachusetts, będącą częścią znacznie większej Zatoki Maine i chronioną przez liczne wysepki, moczary i mielizny przed sztormami Atlantyku. Starczy spojrzeć na stare ryciny, by zdać sobie sprawę jak wiele statków obsługiwał ten port w połowie dziewiętnastego wieku i jak szybko rozwijało się tam niskie budownictwo mieszkalne i użyteczności publicznej. Dickens odwiedza domy poprawcze dla dziewcząt i chłopców, gdzie przywraca się młodzież społeczeństwu przede wszystkim poprzez pracę. Ogląda też bostońskie domy dla obłąkanych, gdzie dziwi go to, że pensjonariusze podczas posiłków i wykonywanych prac, mają do dyspozycji noże, widelce i ostre narzędzia. Jako pisarz stale analizujący zachowania ludzkie i snujący w swych utworach refleksje na ich temat, Dickens nie omieszkał odwiedzić też sądu, uczestniczyć w kazaniu kapłana z przeszłością marynarską i używającego w swych mowach słownictwa marynistycznego, a także brał udział w licznych „proszonych obiadach”, na których królowały dymiące steki i wazy pełne żurawiny. Odnotował też istnienie w Bostonie całkowicie bezużytecznego teatru, do którego chodzi kilka pań do towarzystwa i opisał bar z hotelem, w którym przebywał razem z żoną. Przez cały czas pisarz porównuje instytucje amerykańskie z angielskimi, najczęściej chwaląc otwartość i sprawiedliwość tych zza oceanu. Nie waha się też krytykować zachowań i poglądów, jak wtedy, gdy rozprawia się z źle rozumianym transcendentalizmem:  Owoce ziemi czerpią swą siłę ze zgnilizny i rozkładu. Z mierzwy tych wszystkich zjawisk wystrzeliła setka filozofów zwana transcendentalistami. Gdy spytałem, co by mogła przypuszczalnie oznaczać ta nazwa, dano mi do zrozumienia, że wszelka rzecz niezrozumiała będzie z pewnością transcendentalna. Ponieważ to wyjaśnienie małą mi dało pociechę, prowadziłem dalej moje dochodzenie i odkryłem, że transcendentaliści to wyznawcy mego przyjaciela pana Carlyle’a – albo powinienem raczej powiedzieć, jego zwolennika Ralfa Waldo Emersona. Człowiek ten napisał tom „Szkiców”, w których między wielu innymi rzeczami wysnutymi z marzeń i fantazji (niechże mi te moje słowa wybaczy) znajduje się znacznie więcej myśli słusznych i męskich, uczciwych i śmiałych. Transcendentalizm miewa niekiedy swoje dziwactwa (a któraż szkoła filozoficzna ich nie ma?), ale mimo tych chimerycznych myśli ma swoje zalety. Nie najmniejszą z nich jest serdeczna niechęć do obłudy i zdolność tropienia tejże wśród miliona odmian jej wiekuistych przebrań. Toteż, gdybym był bostończykiem, sądzę, że zostałbym transcendentalistą.  Końcowy żart miał tutaj złagodzić dość ostrą krytykę, ale w gruncie rzeczy tylko ją wzmocnił, ustawiając tego typu poglądy w jednym szeregu z innymi dziwactwami mieszkańców Bostonu – pierwszego amerykańskiego miasta, które zobaczył autor Klubu Pickwicka i Oliwiera Twista.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: