* * *

Żałobny, krystalicznie czysty głos synogarlic zatrzymał mnie na środku cmentarza, tuż przy wielkim krzyżu z realnie odwzorowanym ciałem Chrystusa. Ptaki żywo pokrzykiwały, gruchały raz po raz miłośnie, ale najdłużej słychać było tajemnicze hukanie uhu uhu uhu… Spojrzałem ku zielonym koronom drzew i zacząłem przesuwać się w stronę bocznej alei, prowadzony przez coraz intensywniejsze ptasie głosy. Tuż za wielkim, rodzinnym grobowcem z czarnego, polerowanego granitu, zauważyłem dwie ruchliwe sierpówki, manifestujące swoją obecność na grubym konarze starego kasztanowca. Samiec podnosił głowę, nadymał gardło i gruchał w uniesieniu, raz to obracając się wokół własnej osi, raz to podbiegając szybko do partnerki i ocierając się dziobem o jej szyję. Ona niby odrzucała jego zaloty, ale szybko znowu się przybliżała i pohukiwała żałośnie uhu uhu uhu… On nie zrażał się tymi odsunięciami i wciąż odgrywał swój taneczny spektakl, coraz bardziej przybliżając się i przytulając do niej. Nagle głosy ucichły, samica zastygła w bezruchu, nadstawiając się ku niemu i unosząc lotki na ogonie, a on w mig to zauważył, uderzył dwa razy piórami w powietrzu, uniósł swoje ciało i usadowił się delikatnie na niej, trzepocąc gwałtownie skrzydłami. Akt miłosny trwał kilka sekund, samiec zgrabnie zeskoczył z partnerki, podreptał kilka kroków, po czym powrócił i przytulił się ku niej z czułością. Patrzyłem w uniesieniu na sine ptaki i świetlista łza spłynęła mi po prawym policzku, przeniosłem wzrok na czarny grobowiec znanego w mieście rzeźbiarza i pomyślałem, że gdyby wciąż żył, może wyrzeźbiłby dwie synogarlice z kararyjskiego marmuru, przytulone do siebie, jakże samotne i jakże sobie bliskie. Nie mogłem dłużej powstrzymać łez i zapłakałem serdecznie, moje serce przyspieszyło gwałtownie, a płuca raz po raz nabierały chłodnego, porannego powietrza. Byłem zdruzgotany i zarazem pokrzepiony, rozczulony sceną miłości ptaków, zmartwiony smutkiem, który krzewił się we mnie coraz gwałtowniej. Synogarlice znowu zahukały i nagle odrywając się od konaru, cisnęły z karku ku górze delikatne czarne sierpy, poleciały gdzieś w dal cmentarnej gęstwiny, niknąc w niej bezgłośnie. Po chwili z daleka dobiegać zaczęło przytłumione pohukiwanie i byłem pewien, że to głos Boga, ustalającego odwieczny rytm natury, tykanie zegarów czasu i przestrzeni, potwierdzających jaskrawą świętość istnienia i głuchą nieodwracalność umierania.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: