SZKATUŁKA Z LAKI (4)

Piękna mniszka, ubrana w gruby, ciemnoszary habit, siedziała przy oknie swojej celi i wpatrywała się w dal. Na zamglonym Renie powoli przesuwała się samotna łódź rybacka i widać było białe ptaki, unoszące się nad mroczną tonią. Widziała tę przestrzeń, a zarazem przenikała ją i podążała ku niewielkiej wsi Liszkowo, w państwie Polan, gdzie zły duch, przybyły z Indii, wyczyniał złowrogie harce. Gdy wszedł w ciało i myśli młodej wieśniaczki, a potem popchnął ją ku straszliwej zbrodni, Hildegarda chciała uwięzić go w pniu spróchniałej osiki, ale zorientował się w ostatniej chwili i umknął nie wiedzieć gdzie. Teraz szukała go, sondując wielkie przestrzenie, zaglądając w umysły ludzi, przyglądając się rzeczywistości wioski, gdzie ostatni raz go znalazła. Był tam drewniany kościół pod wezwaniem św. Anny i mały cmentarz parafialny, na którym wiele było skromnych grobów z nazwiskiem Ratke, nabazgranym na deskach lub krzyżach. Wąska, gliniana droga wiodła stamtąd do gorzelni i dalej do lasu, w którym nocą połyskiwały ślepia wilków i zalęknione oczy saren. Hildegarda szukała go w wytwórni alkoholu, między kadziami z dojrzewającym zacierem, w beczkach i wydrążonych pniach, a nawet w rozgrzanych do czerwoności piecach. Nigdzie nie mogła go znaleźć, więc podążyła ku nieszczęsnej dziewczynie, która zabiła swojego przyrodniego brata, nie wiedząc, że poczęła z nim dziecię. Zobaczyła ją jak siedzi samotna w chacie i kręci kołowrotkiem, z którego wychodzi powoli szara przędza. Nagle dziewczyna drgnęła jak oparzona, szybko wstała, chwyciwszy się pod boki, krzywiąc twarz w wielkim bólu. Wolno, z trudem, podeszła do glinianego dzbana i napiła się z niego zsiadłego mleka, a potem podążyła ku drzwiom chaty. Narzucając na siebie czerwoną chustę, otworzyła grube drzwi z polan i wystawiła nogę za próg.

– Czy już nadszedł czas…?  – spytała w myślach samą siebie i nie potrzebowała odpowiedzi, bo ból był już tak przenikliwy, że traciła zmysły.

Słońce skryło się już za horyzont i ponura ciemność zaczęła napływać wielkimi płatami ze wschodu i północy. Nie wiedziała dlaczego, ale podążyła w stronę czarnego lasu, a gdy minęła pierwsze zeschłe jodły, znalazła się na niewielkiej polanie, ze wszystkich stron otoczonej zaroślami nawłoci,  wrotyczy i kolczastych łopianów. Poczuła się dziwnie, bo nigdy tam nie zachodziła, a miała wrażenie jakby znała to miejsce i w jakiś sposób była z nim związana. Przez kilka chwil w jej rozpalonej świadomości pojawiła się jej piękna matka, otoczona przez Cyganki i krzycząca z bólu.

– To niemożliwe… – przemknęło jej przez myśl.

Hildegarda usłyszała w sobie rajskie tony i już wiedziała, że za chwilę zobaczy coś, czego nigdy nie doświadczały inne mniszki. Żałowała, że nie może zapisać nut, ale była pewna, że dźwięki, tak harmonijnie w niej brzmiące, zostaną w jej pamięci, niczym obraz i kiedyś zdoła je odtworzyć. Nie przestała też szukać benga, bo przecież czuła, że jest gdzieś blisko, jakby na wyciągnięcie ręki. Przeniknęła wzrokiem ciemność i zaczęła się modlić do Jezusa Chrystusa, przybijanego do krzyża przez rzymskich żołnierzy, zerkających z lękiem na groźnego centuriona. Pan wił się z bólu i wyprężał na krzyżu, jakby chciał się od niego oderwać, ale ćwieki w nadgarstkach i w stopach trzymały mocno i potęgowały tępe cierpienie. Mniszka niewidzialnie przywarła do ciała skazańca i tchnęła w nie całą moc swojej świętości.

– Panie, dziękuję ci, że czynisz to za nasze grzechy… Ból wkrótce umilknie i staniesz twarzą w twarz ze swoim Ojcem… Przyjmij moją energię, którą wzięłam z mocy czterech żywiołów… – szeptała jak czuła kochanka.

Jezus pojął wszystko w jednej chwili, spojrzał na nią niewidzącym wzrokiem, a na jego twarzy pojawił się ledwo dostrzegalny grymas wdzięczności. Ona usłyszała w sobie żałobny płacz tysiącleci i z jeszcze większą siłą pchnęła w jego stronę moce ziemi, wody, powietrza i ognia. Twarz Jezusa zdawała się już przeistaczać w granit i marmur, ale łzy i krwawe krople poty były prawdziwe. Wiedziała, że Pan za chwilę umrze, więc jej modlitwa przybrała kształt płomienia, gorejącego pośród ciemności i podążającego ku jego ciału. Wiedziała, że to cierpienie było nie do wyrażenia, ale czekała na choćby jedno jego słowo. Tajemna, fioletowa zasłona opadła na świat i nagle potężna błyskawica rozświetliła przestwór i uderzyła w ziemię, tuż przy stojących na uboczu żołnierzach. Wtedy muskularny centurion, z wielką blizną na policzku, dał im znak, wskazując na włócznie leżące na ziemi. Najstarszy z nich skinął głową, podniósł ciężką włócznię i podążył z ostrzem w stronę Jezusa. Mijając dowódcę, jeszcze raz spojrzał mu w twarz, a gdy nie znalazł w jego oczach nawet iskry litości, silnym ruchem wbił dzidę w serce skazańca. Natychmiast też odskoczył, bo na wszystkie strony trysnęła krew i woda, a ukrzyżowany zawisł bez ruchu, jakby był ledwie strzępem starej szaty zakonnej. Hildegarda przybliżyła się ku jego twarzy i szeptała akty strzeliste, śpiewała psalmy, zapewniała Pana, że zaślubiona w tej chwili, będzie mu towarzyszyć w drodze poza śmierć. Zobaczyła też jak wielki znicz, gorejący pośród nagich skał, przygasa, zalewany przez strugi deszczu, a jasne powietrze wypełnia się gęstą materią ciemności i osuwa w wielkich grudach na ostre zbocza gór.

Hildegarda spojrzała ostatni raz na Golgotę i w czasie krótkim jak jedno mgnienie powiek, wróciła na leśną polanę. Wtedy pojawiła się jeszcze jedna wizja i spostrzegła, że przez pustą przestrzeń między drzewami, przechodzi pośpiesznie nagi, poraniony i straszliwie pobity Jezus Chrystus. Zanim otarł się o kłębowisko wrotyczy i ostów, nim zniknął w czarnej czeluści lasu, kilka krwawych kropel spadło z jego czoła w trawę. Właśnie ułożyła się na niej Bibi i szeroko rozłożyła nogi, jęcząc i ziejąc jak zdychające zwierzę, szamoczące się samo z sobą, jakby chciało kogoś z siebie wyrzucić. Beng opierał się jak mógł, przybierając znikome wymiary i chowając się w najgłębszych tajniach jej świadomości. Ale to wystarczyło, by Hildegarda zauważyła go i pomknęła ku niemu niczym zimny powiew wiatru.

– Czego chcesz ode mnie…!!! – ryknął bezgłośnie i posłał ku niej niewidzialny cierń.

Mniszka poczuła straszliwie ukłucie w skroniach i napływająca migrena oddaliła ją od tego miejsca i od tej chwili. On tylko na to czekał i skoczywszy poza świadomość dziewczyny pomknął ku czeluściom lasu, gdzie gotowała się do snu wataha wilków. Przewodząca im młoda, wielka wadera natychmiast wyczuła obecność złego ducha i zaczęła warczeć przeraźliwie. Dołączyły do niej inne samice, basiory i wilczęta, przestępując z łapy na łapę, podążając do przodu i cofając się o krok. Nagle przewodniczka wskoczyła na niewielki pagórek, zawyła do srebrzystej tarczy księżyca i jak wściekła pomknęła w mrok. Natychmiast ruszył za nią beng, ciągnąc za sobą całą watahę i jednocześnie sondując przestrzeń wokół nich. Rozpierała go duma i czuł, że jego pani z daleka widzi to wszystko, potrząsa naszyjnikiem z czaszek i śle mu dodatkowe, mroczne moce. Nie mógł wiedzieć, że Kali przegrała wielką batalię w przestworzach i oddała go innym mocom, potężniejszym nawet od niej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: