BROMBERG (11)

Długo po zachodzie słońca Izaak Abraham słyszał na ulicy, a nawet na dachu sąsiedniego domu, nerwowe pokrzykiwania niemieckich żołnierzy. Sparaliżowany przez strach, przesiedział przy ciepłym kominie całą noc, a dopiero, gdy zaczęło robić się szaro, a potem pojawiła się czerwona pręga na niebie, wyjął gwóźdź ze skobla, powoli otworzył pokrywę, a zorientowawszy się, że nic nie dzieje się na klatce schodowej, opuścił drabinę i zamontował ją na specjalnych hakach, wmurowanych w ścianę. Odczekał jeszcze kilka minut, po czym zaczął schodzić nogami w dół, czyniąc to tak, by niczego nie było słychać. Gdy stanął na ostatnim piętrze, poczynił zwyczajowe trzy kroki do przodu, skierował się twarzą ku Jerozolimie i zaczął odmawiać kolejne części Amidy. Modlitwy nieco dodały mu sił, ale poruszał się w dół niczym cień, przez cały czas nasłuchując, czy nie odezwą się niemieccy żołnierze. Nagle zastygł w przerażeniu, bo na pierwszym piętrze drzwi otworzyły się z hukiem i usłyszał jak jakaś starsza kobieta zwraca się do kogoś czule:

– Dziękuje ci synku za chlebek, bułki i mąkę… Ale teraz nie przyjeżdżaj tutaj za często, bo wszędzie pełno Niemców… W willi Blumwego stacjonuje chyba jakiś ważny dowódca, bo wciąż zajeżdżają tam samochody i biegają do niego oficerowie i zwykli żołnierze…

– Mam pozwolenie na poruszanie się po mieście… Dostarczamy pieczywo do wielu miejsc… wiesz przecież, że wożę chleb do sklepu na twojej ulicy…– odrzekł młodzieniec.

– Tak, tak… ale bądź ostrożny… wczoraj żandarmi biegali po klatce i kogoś szukali…

Serce Izaaka znowu załomotało jak oszalałe, ale gdy głosy ucichły, szybko podążył w dół, bo wydało mu się, że zna głos tego mężczyzny. Gdy znalazł się przy bramie zobaczył furgon piekarski, a przy nim krzątającego się młodzieńca, w czarnej czapce z daszkiem. Teraz już był pewien, że to Franek Zieliński, pracujący przy piekarni na ulicy Szubińskiej i kilka razy dziennie rozwożący pieczywo po mieście. Widząc, że wozak zamyka drzwiczki z tyłu brązowej budy i kieruje się ku lejcom, owiniętym wokół przedniego drąga, syknął w jego stronę:

– Panie Franuś… Panie Franuś… podejdź no pan tutaj…

Zaskoczony młodzieniec, w pierwszej chwili przeraził się, ale widząc w bramie znanego mu Żyda, odwiesił jeszcze raz lejce i podszedł do niego, rozglądając się na boki.

– Panie Franuś, pomóż mi pan i zabierz mnie na Szubińską… Stamtąd łatwo przeskoczę do domu… – powiedział błagalnie Abraham i utkwił wzrok w mężczyźnie.

– A to pan Izaak… – odezwał się Zieliński i jeszcze raz rozejrzał się płochliwie dookoła.

– Niemcy mnie wczoraj gonili i schowałem się na dachu… – szepnął konspiracyjnie Żyd, a potem jeszcze raz powtórzył prośbę –  Panie Franek, Jahwe zesłał mi pana tutaj… pan mnie pamiętasz…? Tyle razy u was kupowałem bajgle i razowy chlebek…

– Pamiętam… pewnie, że pamiętam… nasz szef czasem grał z panem w szachy… – odpowiedział wozak.

–  Tak, tak złociutki… – potwierdził z ożywieniem Izaak – Ty mi teraz pomożesz…? Prawda…?

Młodzieniec znowu rozejrzał się dookoła, a potem patrząc ze wstydem w ziemię, powiedział:

– Chciałbym panu pomóc, ale jak Niemcy mnie złapią, zabiją moja mamę, żonę i córeczkę…

Żyd zatrwożył się strasznie, bo w mig zrozumiał, że naraża młodego człowieka na wielkie niebezpieczeństwo. Postanowił jednak jeszcze raz spróbować i wyciągnął zza pazuchy sporych rozmiarów portfel.

– Pan masz rodzinę, panie Franek i wciąż potrzebujesz grosza… to może spróbujesz mnie przewieźć, gdy dam ci dwieście złotych… nu… wam się to teraz bardzo przyda – odezwał się Żyd, wyciągając banknoty – Dużo pieniędzy… dla pana i dla mnie… Musiałbym zrobić dziesięć par lakierowanych czółenek na niskich obcasach… Ale życie jest bezcenne…

Mężczyzna podrapał się po głowie, a w jego oczach pojawiły się żywe błyski, zobaczył też w wyobraźni jak w sklepie, na Placu Teatralnym, kupuje piękną, różową sukienkę ukochanej żonie. Raz jeszcze rzucił okiem na portfel Izaaka, a widząc w nim więcej banknotów, powiedział:

– Właściwie to mógłbym pana ukryć za workami z mąką… ale to wielkie ryzyko, tym bardziej, że muszę jeszcze zajechać do fabryki Lukullus, na Poznańskiej i odebrać tam cukier i czekoladę. Jak pan dorzucisz jeszcze stówkę i czerwone czółenka dla mojej Kasi… zapakuję pana do wozu…

Abraham ucieszył się, ale natura podszepnęła mu, by spróbował utargować pięćdziesiąt złotych. Szybko jednak oddalił tę myśl, wyjął szybko trzysta złotych z portfela i wręczył je wozakowi.

Ten schował pieniądze i natychmiast wziął się za przygotowanie wolnego miejsca z tyłu wozu. Potem kazał wskoczyć tam starszemu mężczyźnie i tak ustawił worki z mąką, makiem, otrębami i szerokie deski od chlebów, że całkowicie zamaskował Żyda.

– Ino niech się pan Izaak nie rusza i nie wychyla, jak będę ładował cukier i czekoladę w Lukullusie…– powiedział na odchodne i szybko wskoczył na kozła.

Abraham spocił się ze strachu, ale poczuł się bezpieczny w lewym rogu furgonu, dokładnie zakryty trzema warstwami worków i desek. Zauważył też, że na wysokości jego głowy jest prostokątny odpowietrznik, przez który mógł zobaczyć niewielki fragment mijanej przestrzeni. Para silnych koni ruszyła z miejsca i Żyd zorientował się, że po chwili znaleźli się na głównej ulicy miasta, naprzeciw willi Blumwego. Nagle serce stanęło mu i podeszło do gardła, bo usłyszał okrzyk niemieckiego żołnierza:

– Stać!!! Stać!!! Dokumenty…

Wóz zatrzymał się, a młody woźnica podał swoje upoważnienie kontrolującemu go żandarmowi. Ten wziął papiery, uważnie je przestudiował, po czym kazał zejść z kozła i pokazać, co znajduje się w budzie. Zieliński energicznie zeskoczył na ulicę, podszedł do tyłu pojazdu, z uśmiechem otworzył drzwiczki i powiedział po niemiecku:

– Rozwiozłem pieczywo, a teraz transportuję mąkę, mak i otręby do naszej piekarni…

Niemiec popatrzył do środka, a nie widząc niczego podejrzanego, oddał papiery i zakomenderował:

– Dobrze, dobrze… można jechać…

Furgon potoczył się hałaśliwie po bruku, raz po raz podskakując na nierównościach i torach tramwajowych, tym bardziej, ze woźnica popędzał konie i chciał jak najszybciej znaleźć się poza śródmieściem. Abraham widział przede wszystkim górne piętra i dachy mijanych domów, a że znał miasto bardzo dobrze, znakomicie orientował się, gdzie aktualnie byli. Wóz szybko znalazł się przy Placu Wolności i Żyd rozpoznał zdobiony szczyt i wieżę narożnej kamienicy, zaprojektowanej przez Józefa Święcickiego. Kiedyś jego kolega Josełe Stern, mieszkający nieopodal na Gdańskiej, opowiadał mu, że w czasach niemieckich mieszkali w niej znani handlowcy, przemysłowcy, urzędnicy i oficerowie, między innymi dyrektorzy Bydgoskiego Towarzystwa Żeglugowego Friedrich Wilhelm Bumke i Ernst Müller, właściciel parowej cegielni w Fordonie – Heinrich Englemann, pułkownik i komendant 34 Pomorskiego Pułku Fizylierów – Alexander von Kluck.  Każdy chciał podkreślić swoją wagę, mieszkając w kamienicy, która jako pierwsza w mieście wyposażona została w windę, sprowadzoną z Berlina.

– Ach… Izaak, gdybym był tak bogaty… – rozmarzał się Josełe, patrząc na tę kamienicę – gdybym był tak bogaty…miałbym najpiękniejszą żonę na świecie…

Wóz mijał wielki budynek, a ukryty za workami Żyd przypomniał sobie, że był w nim kilka razy w siedzibie Warszawskiego Banku Handlowego i raz spotkał się z przyjacielem w kawiarni Cristal, oferującej wspaniałe ciastka i kawę o najlepszym smaku. Z ogródka przy lokalu przyglądał się ludziom wchodzącym do salonu samochodowego i pojazdom podjeżdżającym do stacji benzynowej, ustawionej przed budynkiem. Kilka lat temu, gdy wędrował Gdańską, wstąpił tam też do sklepu Wedla i kupił czekoladowe cukierki dla żon swoich przyjaciół, Niemca Spatza i Polaka Rossy. Z rozmyślań wyrwały go odgłosy tramwaju, który dzwoniąc i łomocząc kołami w szyny, mijał właśnie furgon piekarniczy. Abraham zobaczył tylko pantograf przesuwający się po sieci trakcyjnej i po chwili hałasy zaczęły cichnąć, a dzwonki zaczęły odzywać w coraz większym oddaleniu. Izaak zauważył teraz szczyt hotelu Pod Orłem z majestatycznym ptakiem z brązu, jakby rozpościerającym skrzydła nad budynkiem. Był tu w 1921 roku, gdy miasto odwiedził marszałek Józef Piłsudzki, bo chciał go zobaczyć i wysłuchać wystąpienia, ale naczelnik państwa czuł się wtedy nie najlepiej i nie wyszedł na balkon hotelu. Abraham stał długo w tłumie licznie zgromadzonych mieszkańców, ale nie doczekał się i poczłapał w kierunku ulicy Focha, a potem skierował się na plac Poznański i ku klonowej alei na Szubińskiej. Teraz miał do pokonania podobną drogę, z dodatkową pętlą, z Długiej na Poznańską, gdzie miał mieć miejsce kolejny postój.  Na razie konie przyspieszyły nieco i furgon wtoczył się na ostatni odcinek ulicy Gdańskiej, a ukryty pasażer czekał aż zobaczy charakterystyczną wieżę kościoła klarysek. Po kilku minutach zobaczył ją i poczuł, że pojazd skręca najpierw w prawo, a potem w lewo, tocząc się w stronę głównego rynku miasta. Szczyty i dachy  wielkich kamienic, które dobrze znał, utwierdziły go w przekonaniu, że minęli teatr miejski i przemieszczali się w kierunku mostu na Brdzie. Co jakiś czas słyszał woźnicę pokrzykującego na konie i strzelającego z bicza, kilka razy odezwały się też inne, mijające ich tramwaje. Przy wjeździe na rynek patrol niemiecki znowu zatrzymał wóz, ale po zerknięciu na  dokumenty, przepuścił go bez sprawdzenia, co znajduje się w środku. Niewiele brakowało, by konspiracja Abrahama została odkryta, bo pył mączny uniósł się w górę i zaczął wiercić nos uciekiniera, ale na szczęście kichnął on cicho dopiero, gdy wjeżdżali już na Długą. Szybko znaleźli się na ulicy Poznańskiej i zatrzymali się przy bramie wjazdowej do budynku oznaczonego numerem 16, gdzie mieściła się Fabryka Cukrów, Czekolady i Kakao Lukullus, należąca do Franza Lehmanna. Wartownik podszedł do Zielińskiego i nakazał mu otworzyć drzwiczki z tyłu pojazdu, a widząc, że są tam worki i deski, przepuścił pojazd, który potoczył się do niewielkiej rampy. Bezruch i niespokojne rżenie koni, podenerwowały na nowo Abrahama, ale załadunek przebiegł sprawnie i po zamknięciu drzwi we wnętrzu rozniósł się aromat świeżej czekolady. Poczuł też, że znowu jadą, a gdy drzwiczki otworzyły się jeszcze raz na wartowni, pewien był, że zaraz ruszą dalej. Tak też się stało, a konie pociągnęły pojazd ku Placowi Poznańskiemu i minęły go, o czym świadczyło pojawienie się w odpowietrzniku furgonu elementów zwieńczenia dachu okazałej willi Luizy Gisse-Rafalskiej, służącej jako lokum dla samotnych, zamożnych panien. Teraz konie zaczęły ciężko człapać i mocno uderzać podkowami o bruk i Izaak zorientował się, że wspinają się ku piekarni Stefana Stefańskiego.  Sprytny woźnica nie zajechał na podwórze, lecz zatrzymał się przy starej kuźni, oddalonej nieco od zakładu, w którym był zatrudniony. Podszedł do drzwi, rozejrzał się wokół, otworzył na oścież drzwiczki i powiedział:

– Chyba wasz Jahwe miał nas w swojej opiece, bo dotarliśmy tutaj bezpiecznie…

– Tak, na pewno Pan nam dopomógł… – potwierdził Żyd i nieco odrętwiały wysunął się z furgonu.

– Dziękuję panu serdecznie… – powiedział i ruszył ku ulicy Pięknej, by nią przemknąć na Strzelecką, gdzie mieszkał i pracował w swoim niewielkim warsztacie.

– A kiedy będę mógł odebrać czółenka dla mojej Kaśki…? – zawołał za nim Zieliński.

– Musi mi pan podać wymiar jej stopy… a najlepiej, żeby sama do mnie przyszła, to wezmę miarę… – odrzekł Żyd i odwrócił się na pięcie.

Skręcając w ulicę Piękną, z lękiem patrzył na niemieckich żołnierzy stojących na warcie dawnych koszarów ułańskich, ale żaden z nich nie zareagował na jego pojawienie się, więc podążył dalej i po dziesięciu minutach był już przed swoim domem. Otworzył drzwi, wszedł do środka, zaryglował wejście i niemal bezwładnie osunął się na łóżko, zasypiając w jednej chwili.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: