BROMBERG (10)

Po powrocie do domu Józia umyła ręce i twarz w łazience i natychmiast skierowała się do łóżka, stojącego przy kaflowym piecu. Mama i tata patrzyli na nią zasmuceni, ale widząc jej nieobecne spojrzenie, nie mieli odwagi jej zatrzymać. Wsunęła się pod grubą, białą pierzynę, położyła głowę na puszystej poduszce w małe różyczki, zamknęła oczy i niemal od razu zasnęła. Zanim zaczęła wyodrębniać senne obrazy znalazła się w mętnej mgle, snującej się między drzewami, wlewającej się w jakieś puste ulice. Nagle zauważyła, że jest na Leszczyńskiego, tuż przy kościele ewangelickim Marcina Lutra, gdzie czasem chodziła razem z panią Spatz i na przekór Niemcom modliła się do Najświętszej Panienki, jakże samotnej w tym miejscu. Teraz biegali tam polscy żołnierze i próbowali sforsować drzwi, prowadzące na wieżę. Nagle pojawił się rosły dowódca, który uniósł w górę pistolet i wydawał rozkazy:

– Oni tam stale są… I strzelają do naszych… Myślą, że jak się zabarykadowali, to ich nie dostaniemy… Jazda, zanieście ławki pod ołtarz i dajcie tutaj kanister benzyny…

Obrazy we śnie Józi zanikały, a potem wracały do niej z jeszcze większą wyrazistością i silniejszym nasyceniem barw. Mundury polskich żołnierzy były nienaturalnie zielone, a ich buty lśniły czernią, jakby dopiero zostały wykonane przez najzdolniejszych szewców. Widziała teraz jak młodzi chłopcy z dzielnicy pomagali wojskowym przerzucać ławki do przodu świątyni. Zaraz też doskoczył do nich wysoki kapral i zaczął je polewać benzyną z zielonego kanistra. Po chwili pobiegł schodami na górę i dołączył do trzech innych żołnierzy, którzy rozlewali benzynę na emporach. Wtedy oficer rozejrzał się po całym, rozległym wnętrzu kościoła i wydał komendę:

– Zapalać…! Szybko…!!! I wynosimy się… Poczekamy na nich na placu, przy tym dużym dębie…

Ojciec Józi podszedł do jej łóżka, przykrył ją pierzyną aż po samą szyję i zauważył, że jej gałki oczne biegają pod powiekami jak oszalałe. Popatrzył chwilę na córkę i po cichu wycofał się do kuchni, gdzie już na niego czekała Franciszka ze świeżo zaparzoną herbatą. Gdy usiadł przy stole i zaczął pić w milczeniu gorący napar, Józia wydała jakby cichy jęk przez sen i przewróciła się z boku na bok. Chwilę znowu błądziła we mgle, po czym znalazła się przy polskich żołnierzach, strzelających z karabinów w stronę ceglanej dzwonnicy kościoła, z każdej strony zwieńczonej dodatkowo czterema małymi szpiczastymi wieżyczkami. Nagle zobaczyła, że z otwartych na oścież wrót zaczął wydobywać się czarny dym, a w wielkich oknach zalśniła migotliwa czerwień. Kula wystrzelona z wieży świsnęła jej koło głowy i trafiła stojącego przy niej młodego, niskiego szeregowca.

– Kryć się… – krzyknął dramatycznie dowódca, widząc jak jego podwładny rozkrzyżował ramiona i runął bezwładnie na ziemię – Zobaczyli, że ich podpaliliśmy i wpadli w szał…

– Łatwo nie sprzedadzą skóry… – odezwał się grubawy sierżant, który co jakiś czas wychylał się zza dużego wozu i strzelał z niewielkiego pistoletu.

Józia stała za dębem i patrzyła w przerażeniu jak żołnierze transportują na noszach okrwawione ciało kolegi. Z jego dłoni, swobodnie zwieszonej w dół spływał strumień krwi i znaczył drogę, którą umykali w dal. Nagle stało się coś niepojętego, bo plama krwi na bruku rozdęła się do ogromnych rozmiarów jak bańka mydlana i pociągnęła za sobą dziewczynę. Nie wiedzieć w jaki sposób, znalazła się na wieży, niewidzialna pośród czterech młodych mężczyzn i jednego starszego, który kogoś jej przypominał. Tak… pomyślała we śnie… to był dozorca tej świątyni… Wszyscy mieli w rękach karabiny i co jakiś czas przybliżali się do boków okienek, oddając pojedyncze strzały. Nagle najmłodszy z nich, z dużą, jasną czupryną, wciągnął głęboko powietrze i przerażony wykrzyknął:

– Panie Krause, Polacy podpalili kościół… spłoniemy tu wszyscy…

– Wywalcie okno z tyłu… – wydał komendę najstarszy z nich, ubrany w zieloną bluzę z kapturem i obcisłe, czarne spodnie, stukający co i rusz po drewnianej podłodze wysokimi oficerkami – Utnijcie linę od dzwonu, spuścimy się na dach głównej nawy.

Józia stała w rogu dzwonnicy jak bezbarwny duch i przyglądała się mężczyznom uderzającym grubą belką we framugę okna. Jeden z nich wspiął się po drabinie na oprawę dzwonu i szybkimi ruchami odcinał gruby, jutowy sznur.

– Ta lina jest za krótka… – rozpaczliwie wykrzykiwał najmłodszy – Wszyscy zaraz zginiemy… A ja tak bardzo chcę żyć…

– Nie jęcz…Jak będzie za krótka… skoczysz z niej na dach… To nasza ostatnia szansa… – skarcił go dowódca.

Wzrok Józi przeniknął przez mury i zobaczyła jak wielki pożar rozprzestrzenia się we wnętrzu kościoła. Spostrzegła też trzech polskich żołnierzy z karabinami w dłoniach, przemykających wzdłuż ścian ku tyłowi głównej nawy. Gdy zajęli miejsca w krzakach i zaczęli obserwować odsłonięte okno, na chwilę znowu znalazła się w dzwonnicy i zobaczyła jak Krauze skierował broń do jasnowłosego Niemca i wskazując mu okno wrzeszczał:

– Jazda…ty pierwszy…

– Ale ja się boję… po co ja tutaj przyszedłem… Mam dziewczynę… Chcę dla niej żyć… Dlaczego pan mnie tutaj zabrał…?

Ledwie wybrzmiały ostatnie słowa chłopaka, Krauze uniósł pistolet i strzelił mu trzy razy prosto w pierś. Szybko zlustrował pozostałych, a nie widząc sprzeciwu, wskazał okno następnemu mężczyźnie. Ten nie czekając, przesadził nogę przez ceglany parapet i zaczął opuszczać się w dół, bardzo przy tym naprężając linę. Po chwili jednak padły dwa strzały i lina znowu stała się wiotka, a czarny dym zaczął przesączać się przez dziury w deskach.

– Krauze… za chwilę spłoniemy… – krzyknął wysoki brunet w czapce z daszkiem, jaką nosili wtedy wozacy i zamiatacze ulic – Ty nas tu zwołałeś, to musisz zrobić to, co do ciebie należy. Nasi nas pomszczą i zapłacą im za spalenie naszego zboru…

Józia widziała jak z ciała najmłodszego z nich sączy się jaskrawa krew i czuła, że zaraz wydarzy się coś jeszcze gorszego. Jeden z Niemców, w brązowej jesionce i kapeluszu, wskoczył na drabinę i chciał wspinać się po niej ku najwyższej części wieży, pod samym dachem, ale gdy był na drugim stopniu, usłyszał huk wystrzału i spadł bezwładny na ziemię. Teraz Krauze podał rękę ostatniemu koledze i bez wahania strzelił mu w skroń, a potem zrezygnowany osunął się na ziemię i krztusząc się dymem, rozejrzał się po raz ostatni po dzwonnicy. Wyciągnął jeszcze z kieszeni bluzy trzy zdjęcia, na których była jego żona, syn i córka i patrząc na nie wsunął wolno pistolet do ust, kierując lufę ku górnemu podniebieniu. Nie czekał dłużej, nacisnął spust, rozległ się huk i z tyłu jego głowy chlusnęła krew, zmieszana z kawałkami mózgu.

Dziewczyna raz jeszcze przeniknęła we śnie mury kościoła i nie wiedzieć jak znalazła się w dużej wojskowej ciężarówce, jadącej po wyboistej drodze. W środku stali stłoczeni ludzie, głównie mężczyźni w średnim wieku, jakieś dwie grubawe kobiety w robionych na drutach, burych swetrach, a za nimi kilku starców i młodzieńców w marynarkach i brudnych jesionkach. Przy samej klapie, na którą spuszczono brezent, stało dwóch żandarmów w żelaznych hełmach, mundurach Wermachtu i z karabinami u boku. Dopiero po chwili zorientowała się, że ktoś trzyma ją za ramiona, chroniąc tym samym przed upadkiem. Spojrzała na  zarośniętego mężczyznę i na początku nie poznała go, ale po chwili jego czarne oczy odesłały jej myśli do malutkiego warsztatu szewskiego, w którym czasem przysiadała i patrzyła jak jego właściciel robi piękne trzewiki. Uśmiechnęła się przez łzy do niego i była już pewna, że stał przy niej Izaak Abraham, chudszy niż zwykle, kościsty, z zaschniętą krwią na włosach, ostrym nosie i brodzie.

– Nie martw się dziecko, Jahwe przygarnie nas i otoczy opieką… – powiedział z bólem i zakołysał się, gdy samochód podskoczył nieco w górę.

Józia znowu roztopiła się we mgle, jeszcze przez chwilę wspinała się wzgórze, ale gdy stanęła nad świeżo wykopanym dołem, usłyszała przeraźliwie głośną palbę wystrzałów i obrazy natychmiast zgasły, jakby je nagle zdmuchnął jakiś niewidzialny, potężny demon.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: