SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (VII)

Dararan przyleciał z bardzo daleka i lekko przysiadł na czarnej skale, otrzepał skrzydła i złożył je majestatycznie za plecami. W jego ciele migały ruchliwe ogniki i przelewały się jaskrawe barwy. Zdawał się opalizować, lśnić pośród mgieł i oparów, a nade wszystko promieniował jakąś różowawą, złocistą mgiełką. Skrzyżował dłonie na piersiach i patrzył w dal, na wielki zamek, pełen przyczepionych gniazd, na wyniosłe wieże i na wielką dolinę przed nim. Wszędzie latały klucze aniołów, ich punkciki migały, połyskiwały, czasem łączyły się w świetliste linie. W niektórych miejscach widać było większe zgromadzenia, rojowiska, pulsujące emocjami i falujące niczym wielki ocean. Gdzie indziej sunęły równe oddziały, a ponad nimi śmigali pojedynczy posłańcy. Przestrzeń niebieska falowała i tętniła licznymi głosami, słychać było szum skrzydeł, który przypominał odgłosy ziemskich cykad, zwielokrotnione i dopełnione jakimiś wzniosłymi tonami, jakimiś pieśniami i oratoriami. Patrzył na to wszystko i myślał o drodze jaką pokonał. Jakaś siła pchała go tutaj, jakaś moc odciskała się w jego myślach i wytyczała azymut. Wznosił się wysoko w górę, ogarniał wzrokiem rozległe przestrzenie, a potem ślizgał się ku dalekim punktom granicznym. Przebył tak wielką odległość by dowiedzieć się czegoś nowego o Panu i spojrzeć na jego tron.

– Jak ogarnąć myślą to, co jest nieskończone – myślał – jak znaleźć punkt oparcia dla oblicza ukrywającego się za zasłoną nicości?

Zawsze wyobrażał go sobie jako dumnego starca z gładką skórą, długimi siwymi włosami i taką samą, gęstą brodą. Jego spojrzenie miało moc przenikania wszystkich i wszystkiego, a purpurowa szata mieniła się od różnobarwnych deseni i refleksów. Stojąc teraz naprzeciw zamczyska i patrząc dumnie przed siebie, nie był już pewny, czy Bóg jest starcem z głębin jego wyobrażeń. Nie widział go, ale wiedział, że stoi twarzą w twarz, a każda jego myśl pojawia się natychmiast w Jego świadomości. Chciał zrozumieć swój anielski byt i chciał zrozumieć naturę przedwiecznej świętości, ale nie znajdował słów, by sformułować pytanie.

Patrzył na różnorodność anielskich sfer i kontemplował ogromy, nieskończone dale, ciągnące się bez końca, bez początku – i te chmary skrzydlatych bytów, w każdej cząstce Nieba, w górze i na dole, z boków i za plecami. Nie pamiętał kim był w ziemskim życiu, jakimi ścieżkami chodził i kiedy umarł – nie pamiętał kiedy pojawił się pośród kolorowych smug i srebrzystych mgieł, czy ktoś uczył go latać czy może pokazał drogę ku temu miejscu. Wiedział, że stanął tutaj by zadać pytanie pierwsze i ostateczne, by wyjaśnić zagadkę Pana. Ale nie mógł wydusić z siebie nawet jednego słowa, ani jednego zdania. Wszystko gdzieś umykało, wszystko ginęło pośród innych myśli i obrazów. Patrzył w dal i czekał aż coś się wydarzy, aż pojawi się jakiś znak, może rozbłysk albo intensywniej pulsujący punkt. Ale nic się nie działo, tysiące aniołów przelatywały koło niego i tylko niektóre przystawały, zataczały krąg i szybko odlatywały w dal. Czasem jakiś seledynowy serafin zatrzymywał się przed nim i ruszając szybko skrzydłami, przypatrywał mu się uważnie. W tym powszechnym ruchu, łopotaniu, ruszaniu lotkami i powiewaniu barwnych włosów, był jak statyczna wyspa, przy której można było na chwilę zacumować. Patrzył na dalekie wieże i dachy innych budowli i zastanawiał się jak tam się dostać. Widział w dali liczne kordony ochronne, poszczególne sfery, aniołów z oddziałów tronowych, serafinów z błyskającymi żarem włóczniami, czasem też zdawało mu się, że dostrzegł zwinnie szybującego archanioła, po przelocie którego zostawały kolorowe wiry i powoli niknące pośród błękitu jaśniejsze koła. Ta droga, którą przebył była niczym w porównaniu z wyprawą, jaką musiałby podjąć by znaleźć się przy wielkim zamku. Czuł zmęczenie, oczy kleiły mu się i miał wrażenie, że momentami zamyka je nieświadomie. Ale zaraz wracał do rzeczywistości i zawieszał wzrok na jakimś oddziale, na połyskującym w dali punkcie. Przysiadł na skale i oparł się na mieczu, jeszcze walczył z sennością, ale czuł, że powoli, bezpowrotnie zatapia się w innej przestrzeni. Jeszcze zobaczył młodą, wyrazistą twarz Pana, jeszcze wymienił z nim myśli, ale coraz silniej przyciągała go już senna nieświadomość. W końcu zasnął na skale, połyskującej dziwną migającą energią, okryty jednym skrzydłem i częścią szaty, przechylony na mieczu. Jego złociste włosy rozsypały się na wszystkie strony, a drugie skrzydło zgięło się i pomarszczyło jak złota folia.

Sen od razu wprowadził go w stan rozkoszy, której nie zaznał nigdy w ziemskim życiu, gdy miał ciało i czuł w nim święte pulsowanie krwi. Ta senna myśl przeniosła go do jakiejś śródziemnomorskiej krainy, z brązowymi drogami, pełnymi kolein, a przy nich ze strzelającymi w niebo cyprysami. Jednym z tych szlaków podążał w dal niewielki pochód pogrzebowy, składający się z zakonników w czarnych habitach i kilku wieśniaków w białych, lnianych koszulach i spodniach. Drewniane saboty mnichów i pozostałych żałobników stukały lekko w stwardniałą ziemię i wzbijały w górę brunatny kurz, przez który przesuwały się lekko duże koła drabiniastego wozu. Leżała na nich podłużna sosnowa skrzynia, na której ktoś położył wielki bukiet świeżo zerwanych bzów. Czuł, że w trumnie leży jego ziemskie ciało, ale nie mógł sobie przypomnieć, co stało się wcześniej i dlaczego opuścił tamten świat. Zauważył, że dwaj zakonnicy, idący na czele pochodu szepczą coś cicho do siebie, co jakiś czas lękliwie oglądając się do tyłu.

– Nasz brat powinien spocząć w krypcie naszej katedry, a nie w piachu, pośród wieśniaków… – mówił wyższy i starszy z nich.

– Zaiste bracie Lucjuszu… On przecież nigdy nie zrobił nic złego… – potwierdził młodszy z nich.

– Ale, gdy wszedłem do jego celi i znalazłem go wiszącego na sznurze od habitu, przymocowanym do kraty okiennej, miałem wrażenie, że umknęły stamtąd czarne demony ze skrzydłami nietoperzy i dziobami jastrzębi… – ciągnął starszy.

– Czy może to być…? Przecież on modlił się najgorliwiej, a Pan naznaczył go swoimi ranami na dłoniach, nogach i w prawym boku…– szeptał młodszy, który przyjął imię zakonne Jan.

– Nasz przeor mówił, że to było oszustwo… Wciąż też szukał w celi Pawła jakichś ostrych narzędzi, którymi sam zadawałby sobie rany…– syknął nieco za głośno Lucjusz, czym wzbudził zainteresowanie dwóch rosłych braci, podążających tuż za nimi.

– Tak, ale niczego tam nie znalazł… Raz nawet zlecił takie przeszukanie mnie, ale nic tam nie było, oprócz dużego krucyfiksu na ścianie, dzieł św. Augustyna i Tomasza z Akwinu, pism doktorów Kościoła i starej, wielkiej Biblii, leżącej na stole… Na tym samym, na który wszedł, gdy założył sobie pętlę na szyję… – snuł opowieść Jan.

– Tylko korona cierniowa na głowie Chrystusa była luźna – mówił starszy – i kiedyś łatwo ją uniosłem… Może ranił się nią…?

Jan przeżegnał się szybko, pociągnął Lucjusza nieco do przodu i przysuwając się do jego kaptura, syknął:

– Bluźnisz ojcze… doprawdy bluźnisz… To był święty człowiek i gromadził tłumy nie bez powodu… Jeszcze wydobędą jego ciało z ziemi i ustawią na ołtarzu… Zobaczysz…

– Daj Bóg… Daj Bóg… – zakończył rozmowę wyższy zakonnik.

W śnie Dararana nastąpiła nagła zmiana planu i zobaczył teraz grubego przeora, modlącego się przy wielkim pulpicie, zerkającego co chwilę na wielki krucyfiks z ciałem Chrystusa naturalnej wielkości. Był niespokojny, co jakiś czas wstawał z klęczek i chodził po przestronnej celi, upijał nieco wina ze złotego kielicha, by po jakimś czasie znowu klęknąć przed krzyżem i modlić się szeptem. Nagle usłyszał kroki za drzwiami, a potem wyraźne pukanie do drzwi. Dźwignął się z trudem z kolan i podszedł do dębowych wrót, na których wyrzeźbiono sceny z ukrzyżowania. Do celi wsunęło się dwóch postawnych mnichów z różańcami, oplecionymi wokół dłoni. Pod ich czystymi habitami rysowały się muskularne kształty, jakże odmienne od suchotniczych i wychudzonych ciał innych współbraci.

– Nikt was nie widział bracia…? – zapytał przeor i pociągnął ich ku rzeźbionym krzesłom, stojącym wokół stołu.

– Nikt ojcze przeorze – odpowiedział pierwszy z przybyłych.

– To dobrze Piotrze… – odparł zwierzchnik, usiadł przy szczycie stołu, wskazując im miejsca obok, a potem dodał – Przyglądałem się wam uważnie odkąd do nas przybyliście i zaczęliście podążać drogą cnoty ku pierwszym święceniom…

– Zawdzięczamy to ojcu przeorowi… – pośpieszył z pochlebstwem drugi z przybyłych.

– Bracie Marku, wszystko dzieje się za sprawą Boga i ludzie nie spotykają się bez powodu… – sentencjonalnie rzekł przeor.

Na chwilę wstał od stołu, przewędrował od ściany do ściany, nalał wina z dzbana do dwóch szklanych, zielonych kielichów i przysunął je do nich, po czym wrócił na swoje miejsce i patrząc uważnie w oczy współbraci, zaczął mówić dobrze słyszalnym szeptem:

– Zauważyliście zapewne, że straszne rzeczy dzieją się w naszej wspólnocie św. Ignacego… – znowu upił trochę wina i ruchem głowy zachęcił ich by przybyli też się napili, a potem kontynuował – A wszystko za sprawą brata Pawła, który uwierzył, że jest świętym i zaczął obnażać krwawiące rany przed wiernymi…

– Owijał dłonie szmatami, ale jak udzielał komunii, ludzie i tak widzieli czerwone plamy na nich… – potwierdził skwapliwie Piotr.

– Nie prał też habitu i wyraźnie widać było wielką, krwawą plamę pod sercem… – dodał Marek.

Przeor zamyślił się głęboko, rzucił okiem na wiszące na krzyżu ciało Jezusa, przeżegnał się i powiedział:

– Od samego początku mu nie wierzyłem i przerażało mnie to, co działo się w katedrze, przy jego konfesjonale i przy ołtarzu… Lubiłem jego kazania i dawno temu prowadziłem z nim dysputy teologiczne… Ale potem coraz częściej zaczął mówić o sobie i porównywać swoje cierpienia do męki naszego Pana… Jego stygmatyzacja była bardzo podejrzana i Ojciec Święty szybko zażądał ode mnie wyjaśnień…

Piotr i Marek kiwali potakująco głowami i patrzyli w uniesieniu na przełożonego, który zrobił się czerwony na twarzy, a jego oczy zaczęły płonąć jak na obrazach świętych mężów i męczenników.

– Przez ostatnie lata próbowałem go złapać na oszustwie, ale bracia, którzy na moje polecenie przeszukiwali jego celę, niczego nie znaleźli prócz plam krwi na podłodze, stole i łożu…Dopiero kilka dni temu , dzięki spostrzeżeniu ojca Miguela z Lizbony, zrozumiałem jak on to robił…

Przybyli bracia wychylili kielichy i odczekali aż przeor doleje im znakomitego, czerwonego wina z Malagi i słuchali jak mówi dalej:

– To on zlustrował jego celę centymetr po centymetrze, nie znalazł noża, ćwieka, ani ostrego szkła, ale gdy już miał wychodzić stamtąd i chciał pocałować stopy Chrystusa na krucyfiksie Pawła, zauważył krople krwi w koronie cierniowej Pana. Początkowo przeraził się, bo pomyślał, że spostrzegł jeszcze jeden znak świętości w tej celi, ale po chwili zaczął podążać myślą ku temu, co mogło się tam rozgrywać nocą i dniem…

– Czy może to być…? – dziwił się Piotr.

– Niepodobna… – powiedział Marek kiwając przecząco głową.

Przeor teraz dolał sobie wina do kielicha, wolno opróżnił jego zawartość, po czym ciągnął dalej:

– Od razu przybiegł do mnie i poszliśmy razem do celi Pawła… Sięgnąłem po koronę cierniową Pana i stwierdziłem, że leżała swobodnie na głowie, a drut przytrzymujący ją od tyłu był odgięty. Brat Miguel zaproponował, żebyśmy wyczyścili ślady krwi i za jakiś czas zobaczyli, czy pojawią się nowe plamy. Dałem mu przyzwolenie, więc wytarł ciernie dołem swojego habitu, który zwilżył śliną…

Dararan przebudził się na chwilę, zmienił pozycję, przenosząc lewe skrzydło na prawą stronę, ale zaraz ponownie zapadł w sen i znowu znalazł się w celi przeora, który przysunął się właśnie do Piotra i Marka i dalej szeptał:

– Bracia, raz jeszcze muszę prosić was, byście pomogli naszemu zgromadzeniu… Tak jak wtedy, gdy dzięki waszej pomysłowości usunęliśmy z naszego grona opętanego Tarsycjusza… Udzielam wam raz jeszcze dyspensy samego Ojca Świętego, na chwilę przystaniecie w drodze ku trzeciej probacji… ale potem odpokutujecie wszystko, ruszając z jeszcze większym impetem i moim błogosławieństwem…Tylko to musi wyglądać tak, jakby zwariował i sam odebrał sobie życie…

– Musimy tylko znaleźć dogodny moment – odezwał się Marek – Tak jak wtedy, gdy Tarsycjusz podążył do studni na dziedzińcu i zaczął przeklinać wodę…

– Jednym skokiem złapałem go za łydki i cisnąłem w dół… – chełpił się Piotr.

– Ci… ci… cicho bracie… ściany czasem mają uszy… – syknął przeor, chwycił ich pod ramiona, poprowadził do drzwi, a na odchodne jeszcze dodał – Pojutrze nakażę mu specjalne modlitwy pokutne w celi, więc jak wszyscy pójdą spać, będziecie mogli wśliznąć się do niego… Niech nasz Pan i papieskie błogosławieństwo was prowadzą…

– Niech Pan da siłę i zdrowie Ojcu Świętemu i naszemu przeorowi – powiedział Piotr i pierwszy wyszedł na korytarz, a za nim jak cień zaraz wysunął się Marek.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: