PEŁZACZ OGRODOWY

Pierwszego pełzacza zobaczyłem na cmentarzu Świętej Trójcy w Bydgoszczy, w okolicach 1982 roku. Wiele się wtedy działo w Polsce, bo wprowadzono stan wojenny i na skrzyżowaniach stały Skoty, a na ulicach widziało się patrole zomowców i żołnierzy. Wtedy właśnie chodziłem często po dwóch cmentarzach, sąsiadujących z naszym osiedlem i przyglądałem się uważnie ich rzeczywistościom. Związane to było z pisanym zbiorem wierszy pt. Pole umierającej kraski, który w założeniu miał być hołdem dla moich kolegów i koleżanek, którzy nie wytrzymali naporu młodości i popełniali samobójstwa, albo ginęli w tragicznych okolicznościach w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Te wyprawy na nekropolie, gęsto zadrzewione, pełne krzewów przy wolnej przestrzeni, ukazały mi ich bogactwo ornitologiczne – od powszechnych gawronów, kawek, wron i srok, poprzez sikory, sójki, grzywacze, aż do gatunków rzadszych, jak gile, jery, kowaliki, jemiołuszki. Wtedy też na pniu topoli zauważyłem dziwnego ptaka, poruszającego się po nim ruchem okrężnym i łowiącego pająki, chrząszcze oraz skrzydlate bezkręgowce. Miałem wtedy w domu atlas ptaków Jana Sokołowskiego i po przyjściu do domu, wiedziałem już, że natknąłem się na pełzacza ogrodowego (Certhia brachydactyla). Początkowo myślałem, że zobaczyłem niewielką mysz, buszującą na pniu i szukającą pożywienia, ale podchodząc jak najostrożniej, wyodrębniłem poszczególne cechy niewielkiego ptaszka. Miał dość krępą budowę ciała i długi, zakrzywiony haczykowato, brązowy dziób, a przy tym niezwykły, jakby zaostrzony ogon. Sprawiał wrażenie brązowej plamy, ale nakrapianej jaśniejszymi, rudawymi i białawymi centkami, z wyraźnymi akcentami bieli na brzuchu, brązu na skrzydłach i beżu na kuprze. Oczywiste stało się dla mnie, że takie samo upierzenie samca i samicy ma przypominać rysunek kory drzewnej i maskować drapieżnika w konfrontacji z owadami. Ptak ten ma sztywne sterówki, którymi podpiera się, gdy porusza się po pionowych płaszczyznach pni drzewnych, czyniąc to co najmniej tak samo sprawnie jak dzięcioły i kowaliki. Jego subtelne popiskiwanie przypomina uderzanie o siebie kryształków lodu albo niewielkich kawałków szkła i należy do najsubtelniejszych głosów przyrody.

Pełzacze poruszają się ku górze i rzadko schodzą głową w dół, jak czynią to kowaliki, czasem też przeskakują na grubsze konary i oplatają je swoim dookolnym ruchem. Można je obserwować w prawie całej Europie, z wyjątkiem Wysp Brytyjskich i Skandynawii, gdzie jest dla nich za ostry klimat. Ich areał rozszerza się w dół planety, do Północnej Afryki, a na wschodzie do Azji Mniejszej i Środkowej. W Polsce występuje wyspowo i jest rzadszy do swojego bliskiego pobratymca – pełzacza leśnego, zamieszkującego dość licznie różne typy gęstych zadrzewień. Są to samotnicze ptaki całoroczne, a jedynie w zimie obserwuje się łączenie ich w stada z raniuszkami lub sikorami i spektakularne, inwazyjne przeloty z enklawy do enklawy. Ich ruchy, jak u większości małych ptaków, są nerwowe i cyklicznie powtarzalne, chyba że jakiś osobnik natknie się na większe skupisko owadów, które zatrzyma go dłużej w miejscu. Ale i wtedy, dla bezpieczeństwa co chwilę będzie odskakiwał na niewielką odległość, sondując przestrzeń wokół siebie. Chodząc potem jeszcze wiele razy po cmentarzach, uważniej już lustrowałem korę drzew i raz po raz zauważałem pełzacze. Stały się one dla mnie symbolem utajonej – jak to nazwałem we wspomnianym wyżej tomie – nadrzeczywistości. Iluż ludzi wędrując do grobów bliskich, przemierzając alejki cmentarne, nie zauważa takich, jakby utajnionych na co dzień, ale jakże żywych, elementów natury. Dopiero bliższa obserwacja pozwala nam zauważyć byty, które przez miliony lat przystosowały się do warunków, w których żyją i robiły wszystko, by być „niewidzialne”.  Ich specjalizacja i rozdzielenie z pełzaczem leśnym zaczęła się wraz z nastaniem epoki lodowcowej i trwa do dzisiaj. W tomie wierszy, który pisałem w stanie wojennym, a który potem ukazał się w Wydawnictwie Literackim i przyniósł mi Nagrodę młodych im. Stanisława Wyspiańskiego, pozostał ślad moich obserwacji cmentarnych i nawiązanie do sprytnego, pełzającego po korze ptaka: idę środkiem cmentarza – śnieg miękko siada na włosach/ i na ramionach figurek Jezusa zapatrzone w dal czarne ptaki/ siedzą na drewnianych krzyżach słychać skrzeczenie srok/ i niecierpliwy szelest oplatających topole pełzaczy. Trochę jednak żałuję, że nie napisałem wtedy osobnego wiersza o tym niewielkim, ale jakże interesującym bycie, egzystującym na granicy naszego świata.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: