SZKATUŁKA Z LAKI (3)

Minęły setki lat i beng był już w umyśle Vano, dalekiego wnuka Busta, któremu aż do ostatnich chwil, mącił w myślach, podsuwał pomysły kolejnych oszustw, kradzieży i zbrodni. To on kazał też jego potomkowi porzucić tabor i nie bacząc na klątwy Cyganów, osiąść w niewielkiej chatce na skraju wsi. Za jego sprawą pojawiła się w nim myśl o kowalstwie i to on towarzyszył mu w wyprawach do starej, szczerbatej zielarki, mieszkającej w leśnym szałasie. Dostawał od niej gorzkie napary, które rozpłomieniały jego myśli i przydawały męskiej mocy, a często też przenosiły go do żyznych dolin i łąk na półwyspie przypominającym ząb rekina. Czuł, że stamtąd pochodzi, a kolorowo ubrane kobiety i mężczyźni w turbanach należą do jego wielkiej pradawnej rodziny. Nienawidził staruchy, gdy rozkraczała się przed nim i wrzeszczała, że ma ją wziąć na trawie albo na żółtym piachu, a potem rechotała bez końca. Czynił to z obrzydzeniem, ale wciąż pragnął migrować myślami do tajemniczych przestrzeni, w których połyskiwały złote posągi czarnej bogini z czterema parami rąk, zgrabnymi nogami i naszyjnikiem z czaszek na szyi. Im był okrutniejszy dla staruchy, tym bardziej ją zaspakajał, a na końcu czuł też coś, jakby przedwieczne, zwierzęce spełnienie. Beng przyglądał się temu z wyrachowaniem i czekał aż pojawi się inna kobieta, opętana przez wesitkę albo panitkę, która omota go niewidzialną siecią. Dopiero, gdy z sąsiedniej wsi przybyła do rodziny urodziwa Bibi i zaczęła chodzić w zboże z coraz to z innym rosłym chłopem, a nawet wchodziła do dworskiego spichlerza i kładła się na sianie z chudym, chorym na gruźlicę paniczem, beng podszepnął Vano by zatłukł staruchę dębowym kijem, a trupa porzucił w płytkim dole i zepchnął do niego duże mrowisko. Na chwilę też opuścił ciało kowala i pomknął do wsi, by przeniknąć do myśli  Bibi, przegonić z niej pomniejsze demony i przywieść ją nieprzytomną do chaty za wsią. Słońce było już nisko nad horyzontem i barwiło łany zbóż odcieniami krwi i szkarłatu, przyoblekało drzewa i dachy chat w złoto i fiolet, wydobywało czerń z dalekich konturów lasów i zagajników. Na zachód leciały ogromne stada gawronów, przypominające grubą, czarną flagę, łopoczącą żałobnie w powietrzu. Vano wrócił do domu, sięgnął po stojący na stole dzban wódki, stanął w rozkroku i wypił ją duszkiem, wstrząsnął się jakby przełknął rozżarzony ołów, po czym legł ciężko na łożu, zasypiając niemal natychmiast.

Bibi szła polną drogą i raz po raz wchodziła w rozpłomienione łany żyta, zrywała chabry i maki i wplatała je w grube, czarne warkocze. Czuła się dziwnie, jakby jakaś siła pchała ją w stronę samotnej kuźni i domu wielkiego Cygana, pojawiającego się czasem we wsi i pijącego okowitę w żydowskiej karczmie. Słońce spłynęło już całkowicie za widnokrąg, gdy przestąpiła próg chaty i stanęła przy łożu zbitym z wielkich bali, okrytym owczymi i krowimi skórami. Jej oczy płonęły niczym dwa znicze, serce łomotało jak szalone, a w myślach pojawiały się nagie męskie torsy, pośladki i nabrzmiałe, tryskające nasieniem członki. Kilka chwil stała w bezruchu, przyzwyczajając się do ciemności i wyławiając z niej kształt rosłego mężczyzny, leżącego na wznak i ciężko oddychającego. Przysiadła na brzegu łoża i zaczęła z niego ściągać szmaty, w które był poowijany, a na końcu rozsznurowała brudne, obuwie ze skóry jelenia i przysunęła się bliżej do niego. Beng w tym czasie wpatrywał się w jej przeszłość i widział małą cygańską dziewczynkę, bez litości topiącą w studni dopiero co urodzone kocięta, zabijającą żaby i robaki na ziemi; patrzył dalej i śledził jej dzikie orgie, szaleństwa z chłopcami, rosłymi mężczyznami i starcami. Zatrzymał się dłużej, gdy zobaczył Bibi kąpiącą się w jeziorze z piękną, jasnowłosą dziewczyną z odległej wsi, a potem tulącą się do niej w stogu siana i wreszcie – nie wiedzieć dlaczego – duszącą ją długo bez litości. To wtedy podjął decyzję o opuszczeniu Vano na zawsze i pozostaniu w rozdygotanym, pulsującym żądzami ciele jego przyrodniej siostry. Ona odwijała ostatnie taśmy z ciała kowala i czuła coraz mocniej jego ostry, męski zapach, najintensywniejszy w okolicach pośladków. Nagle wzięła do rąk jego męskość i zaczęła ją masować dłonią zgiętą w kabłąk, delikatnie przesuwać w górę i w dół, a gdy poczuła, że narzędzie zgrubiało i strzeliło w górę, przełożyła nogę przez jego silne uda i wskoczyła na nie, tak układając się, by członek od razu znalazł się w niej. Teraz zaczęła falować, wznosić się i opadać, a rozkosz rozlewała się w jej głowie coraz mocniej i gwałtowniej. Oczy rozpłomieniły się, usta rozchyliły lubieżnie i zaczęła dziko ziać jak wadera, którą wreszcie dopadł młody basior, od niedawna prowadzący  stado wilków przez ciemność i chłód.

Gdy Vano zamknął oczy, natychmiast stanął twarzą w twarz z przepiękną boginią o czarnej skórze i czterech parach ramion. Jej źrenice, lśniące jak dwa węgle, wpatrywały się w niego z uwagą, a ręce wciąż poruszały się, falowały od ramion ku dłoniom, naśladując ruch kobry. Wreszcie jedna z rąk wysunęła się ku niemu, chwyciła wielkie palce i pociągnęła je ku sobie. Zaczęli tańczyć w rytm głośnej, egzotycznej muzyki, w której dominowały bębenki i tamburyny, a czasem odzywały się struny sitar i tanbur, szarpane jedną z jej wolnych dłoni.

– Jakie jest twoje imię? – zapytał bezgłośnie.

– Rozkosz… – odpowiedziała bez słów marszcząc dziwnie brwi.

– Kim była twoja matka…? – pytał dalej.

– Ona była samą śmiercią… śmiercią… śmiercią… odpowiedziała unosząc wskazujący palec jednej z dłoni ku górze.

Zbliżył się do tancerki i zobaczył, że jej ciało pulsuje z pożądania, a z ust wydobywa się zmysłowy, jaśminowy oddech. Nie czekał dłużej, przyciągnął ją ku sobie i wszedł w nią głęboko, czując, ze otwierają się przed nim kosmiczne ogromy. Chciał tego i bał się straszliwie, że naruszy jakieś odwieczne tabu – uczyni coś, czego nie wolno robić śmiertelnym bytom. Przymknął z rozkoszy oczy i przyspieszył, a gdy skończył i światło wdarło się do jego źrenic, zobaczył, że bogini trzyma w jednej dłoni kindżał, a w drugiej jego ściętą głowę. Spojrzał zalękniony na bok, jakby szukał możliwości ucieczki, ale przeraził się jeszcze bardziej, gdy ujrzał, stojącą też przy nim, dziwną męską postać, rozmywającą się we mgle z kurkumy i białego pieprzu.

– Kto to jest…? – zapytał tancerkę z wężami we włosach.

– To beng, mój odwieczny, parszywy pachoł…– odrzekła ze śmiechem i świsnęła w powietrzu połyskującym ostrzem długiego, zakrzywionego noża.

Bibi wciąż falowała na nim, uderzając raz po raz długimi warkoczami o belki ustawiane przy łożu i podtrzymujące strop strzechy. Szczytowała już kilka razy, ale wciąż było jej mało i zaczęła wpadać w dziki szał, miotać się jak w transie. Beng był w niej i czuł też w sobie tajemną moc czarnej bogini – coraz bardziej też podobała mu się ta nowa sytuacja, dająca nadzieję, że kobieta szybko stanie się jego bezwolnym narzędziem.

Gwałtowność Bibi spowodowała, że pijany Vano zaczął się budzić i wodzić niewidzącymi oczyma w ciemności, w której jakby powiewała jakaś biała flaga, szarpana przez niewidzialną wichurę. Wódka zrobiła swoje i nie mógł dojrzeć kto jest na nim, ale czuł nieziemską rozkosz i poddawał się ruchowi, narzucanemu przez nią. Gdy kobieta zaczęła charczeć i ryczeć jak wilczyca, Beng skierował jej wzrok ku siekierze, leżącej na stołku, tuż przy boku łoża i pchnął ku jej myślom obrazy Cyganów uderzających w ciało Janniego. Potrzebowała tego impulsu i gdy kolejny raz uniosła się nad nim, wychyliła się ku trzonkowi narzędzia, chwyciła je i z rozmachem uderzyła ostrzem w szyję Cygana. Poczuła jak natychmiast zesztywniał, a jego męskość zaczęła wysuwać się z niej, aż zmalała tak bardzo, że Bibi zeskoczyła z łoża i wściekła zaczęła walić z rozmachem w to samo miejsce, w które uderzyła po raz pierwszy. Krew tryskała na boki strumieniami, z półotwartych ust sączyła się biała piana, a ciało Vano drżało już w ostatnich konwulsjach. Zamachnęła się raz jeszcze i ostatecznie odcięła głowę od korpusu, po czym chwyciła ją za włosy i przesunęła się do wyjścia. Tylko beng wiedział, że była jego przyrodnią siostrą, spłodzoną w wielkiej stodole przez ich ojca z wiotką Słowianką, tuż przy wiejskiej gorzelni. Teraz spojrzał w jej przyszłość i zobaczył ogromniejący brzuch, ucieczkę ze wsi i ciężki poród w gęstych zaroślach.

Powrócił do domostwa przy kuźni i zobaczył, że potargana, półnaga kobieta wyszła z chaty kowala i z jego głową w prawej dłoni zaczęła iść w stronę wsi.  Na skraju lasu cisnęła nią w ciemność i miała wrażenie, że od razu sfrunęły tam ze szczytów drzew stada czarnych ptaków i nietoperzy. Powoli beng zaczął do niej dopuszczać świadomość i wreszcie spostrzegła, że jej odzienie jest całe we krwi. Zaczęła gorączkowo myśleć o tym co się stało i zaraz postanowiła skręcić w boczną drogę, prowadzącą do małego jeziora. Noc była ciepła i parna jak zwykle w chwili zrównania się z dniem, a światło księżyca w pełni pozwalało rozpoznawać najbliższe kształty, drogi i ścieżki. Szybko dotarła nad brzeg, zobaczyła srebrne błyski na wodzie i weszła do niej aż po szyję, stojąc tak długo i wpatrując się w wielkie srebrzyste ślepie na niebie. Potem cofnęła się o kilka kroków i zmyła krew z rąk, ramion i twarzy, zdjęła odzienie i zaczęła przepłukiwać je, raz za razem wyciskać krew. W końcu rzuciła mokre szmaty na brzeg i naga zaczęła płynąć ku środkowi jeziora. Beng patrzył na nią i rozglądał się w niej, próbując przeniknąć przyszłe wydarzenia, ale coś mu przeszkadzało i nie pozwalało dojrzeć finalnej tragedii.  Ona też to usłyszała i przeraziła się, gdy pieśń dziewczyny, którą udusiła w sianie,  spotężniała i zaczęła wirować w powietrzu jak pogłos odległego szeptu, wzmocnionego przez śmierć i ból. Beng natychmiast podążył za tym głosem i zobaczył żywe oczy anachoretki, próbującej go uwięzić w spróchniałym pniu trafionego przez piorun drzewa. Gdy umknął jej w ostatniej chwili, zobaczył młodą mniszkę w benedyktyńskim habicie, śpiewającą pieśń, którą usłyszała Bibi. Zorientował się, że znalazł się w rozległej dolinie w której płynęła szeroka rzeka, otoczona majestatycznymi wzgórzami.  Nigdy tam nie był, ale wiedział, że dźwięki poniosły go ku mieścinie nazywanej Bingen. W jego świadomości pojawiło się też drżące jak płatek róży i bolesne imię:

– Hildegarda… Hildegarda…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: