BROMBERG (8)

Izaak Abraham schodził powoli ulicą Podgórną ze Szwederowa, gdzie czasami bywał u zaprzyjaźnionego sklepikarza i chasydzkiego mistyka Mosze Goldbluma. Uważnie stawiał kroki, bo miał na nogach buty ze specjalnie pogrubioną podeszwą, które zrobił sobie, gdy zaczęła się u niego rozwijać podagra. Tak wyprofilował kształt trzewików, że przypominały one czarne żelazka do prasowania, a w środku umieścił odpowiednio przycięte wkładki. Dawało mu to nieco ulgi w cierpieniach, choć musiał uważać przy chodzeniu, by buty nie wykrzywiły się nagle. Krok po kroku zmierzał w stronę Zbożowego Rynku, skąd miał zamiar skręcić w stronę ulicy Jana Kazimierza, gdzie górowała nad pobliskimi domami okazała synagoga. Zawsze, gdy na nią patrzył rozczulał się, bo przecież jego ojciec był jednym z jej budowniczych, a matka, gdy żyła, stale do niej chodziła na nabożeństwa. Szedł powoli, ale równomiernie zbliżał się do budynku z wielką kopułą na środku i dwiema mniejszymi, owalnymi zwieńczeniami od strony zachodniej. Na ulicy Wały Jagiellońskie minął patrol dwóch żołnierzy w żelaznych hełmach, dźwigających karabiny na prawych ramionach. Ale tak był zatopiony w myślach, że nie zauważył, że zatrzymali się za nim i patrząc na niego zaczęli o czymś żywo rozmawiać. W końcu jednak jeden z nich machnął ręką, jakby chciał podkreślić swoje lekceważenie dla starego Żyda i ruszyli dalej przed siebie. Izaak chciał wejść do świątyni głównym wejściem dla mężczyzn, ale zauważył, że jest zamknięte, a kraty ktoś owinął grubym, żelaznym łańcuchem z dwiema wielkimi kłódkami. Postał trochę przed wrotami, po czym oddalił się o jakieś sto kroków ulicą biegnącą do rynku i znowu przystanął w podcieniu jednej z bram, tuż przy żeliwnej lampie gazowej. Kontemplował budynek, o którym wiedział wszystko już jako dziecko, dzięki opowieściom ojca i zaprzyjaźnionych z nim innych budowniczych. Jego myśl pobiegła najpierw ku starej synagodze, której nigdy nie widział, ale wiedział, że od roku 1834 stała na ulicy Pod Blankami. Gmina żydowska szybko się rozrosła i postanowiono gremialnie, że powstanie nowy, większy budynek, co stało się faktem dopiero w roku 1884. Wtedy też jego ojciec Dawid pracował przy ostatecznym wykończeniu bożnicy, a że był znakomitym cieślą, to miał swój udział w przyozdobieniu kopuł i filarów, a także licznych elementów wnętrza. To pod jego kierunkiem stolarze i złotnicy wykonali monumentalny aron ha-kodesz i ozdobną bimę i to on nadzorował wykonanie licznych ornamentów, drzwi i ławek. Izaak patrzył na zamknięte trzy kute w żelazie odrzwia, zwieńczone sześciopromiennymi gwiazdami, a unosząc głowę ku górze przyglądał się filarom drugiej kondygnacji i kopułom, z których raz po raz odrywały się samotne gołębie i kawki.  Stał tak może z dziesięć minut, a potem ruszył powoli w stronę chederu i przedszkola, które otoczone murem tworzyły wraz z synagogą żydowskie centrum miasta. Brama na podwórze na szczęście była otwarta, więc wszedł tam przez nikogo nie zatrzymywany i skierował się do pomieszczeń biurowych. Nie spodziewał się zastać tam nikogo znajomego, ale ku jego zdziwieniu w jednym z pokoi zobaczył siedzącego przy biurku doktora Efraima Sonnenscheina, rabina gminy, od wielu lat sprawującego swoją funkcję.

– Szalom alejchem – niepewnie odezwał się Izaak…

Rabin uniósł głowę znad sterty dokumentów, poprawił druciane okulary na nosie, a rozpoznawszy gościa odpowiedział zwyczajowo:

– Alejchem szalom Izaaku…

Przybysz odczekał dłuższą chwilę, a widząc badawczy wzrok doktora, odezwał się sentencjonalnie:

– Jakich potwornych czasów doczekaliśmy się w naszym spokojnym mieście…

Rabin odłożył na bok ogromną, złoconą księgę, przesunął stertę papierów, po czym wskazał gościowi miejsce na krześle, stojącym przed biurkiem. Strzepnął jeszcze kurz z prawego rękawa swojego chałatu i odezwał się tak, jakby komentował jakiś fragment Tory:

– Historia ludzkości to ciąg straszliwych zbrodni… Czuliśmy się tutaj bezpieczni, ale ja zawsze wiedziałem, że nadejdą ponure dni…

– Mój ojciec stale przypominał fragment Księgi Powtórzonego Prawa, mówiący o sercu drżącym ze strachu, łzach w oczach i duszy skołatanej… – odezwał się Izaak.

– Nie zaznasz pokoju u tych narodów ani stopa twej nogi tam nie odpocznie. Da ci tam Pan serce drżące ze strachu, oczy wypłakane z tęsknoty i duszę utrapioną – Sonnenschein natychmiast wyrecytował stosowny fragment i po chwili dodał – Od wielu lat śniła mi się bestia pożerająca przerażonych ludzi… I teraz zrozumiałem, że jest nią Hitler…

– Cóż teraz będzie z nami…? Co stanie się z tą piękną synagogą…? – pytał Abraham, nie spodziewając się odpowiedzi.

– Wczoraj wezwał mnie kreisleiter Werner Kampe i butnie nakazał mi zamknąć naszą bożnicę… Odgrażał się też, że Bromberg wkrótce będzie miastem wolnym od Żydów…– odpowiedział ze smutkiem rabin.

– Hitler spuścił ze smyczy swoje wściekłe psy – powiedział Izaak – I teraz kąsają one niewinnych ludzi. Straszne rzeczy działy się na Szwederowie, przy kościele katolickim, gdzie zabito wielu ludzi…

– Na Rynku Piłsudskiego i w koszarach wojskowych wciąż mają miejsce rozstrzelania – dodał duchowny – Wszędzie przemoc, krew i zło… wielkie, odwieczne zło…

– Więc nie ma dla nas nadziei…? – zapytał Izaak i poczuł, że łzy spływają mu po policzkach.

– Nie ma żadnej nadziei i każdy Żyd powinien tak żyć, jakby za chwilę miał umrzeć… – odpowiedział  Sonnenschein.

Abraham opuścił biuro rabina i podążył w kierunku rynku, by sprawdzić, co tam się dzieje. Trupy sprzed kościoła jezuickiego uprzątnięto, ale ludzi było bardzo mało, a ci, którzy pojawiali się na jego drodze, przemykali chyłkiem, nie zatrzymując się ani na chwilę. Z okien domów zwisało wiele dużych, czerwonych flag z białym kołem w środku i czarną swastyką, umieszczoną w nim ukośnie. Wyszedł z ulicy Jana Kazimierza i zlustrował wzrokiem zachodnią pierzeję, przy której ustawiono posterunek, otoczony workami z piasku, z karabinem maszynowym na drewnianym podwyższeniu. Odważnie podążył na środek placu i zobaczył, że wtacza się na niego hałaśliwy, jasnożółty tramwaj z zielonym pasem na boku. Na przedzie zauważył siedemnastkę, oznaczającą numer wozu, a na dachu literkę A i napis Okole, więc przyspieszył nieco i znalazł się w miejscu, gdzie elektryczne wozy zwykle przystawały. Postawił prawą stopę na metalowym stopniu i z trudem podciągnął się do góry, korzystając ze specjalnej poręczy zamontowanej przy drzwiach. Znalazł miejsce w środku i usadowił się przy oknie, widząc, że niektórzy ludzie patrzą na niego z jakimś nienaturalnym zaciekawieniem. Tramwaj wtoczył się na ulicę Mostową i powoli podążał w stronę Mostu Gdańskiego i wielkiego Teatru Miejskiego. Pojazd szybko minął narożne, reprezentacyjne kamienice, w tym tę z Cafe Bristol i zatrzymał się na wysokości starych spichrzów miejskich, gdzie dwie osoby pośpiesznie wysiadły, a potem ruszył dalej. Izaak spostrzegł, ze Brdą płynęły dwie barki ciągnięte przez ogromny holownik z wielkim kominem, z którego buchały czarne kłęby dymu. Dzień był pogodny, świeciło słońce, a niebo było błękitne, gdzieniegdzie tylko upstrzone białymi chmurami. Tramwaj zbliżał się do kolejnego przystanku, tuż przy budynku teatru miejskiego, wzniesionego w tym kształcie przez Niemców w 1896 roku. Tyle razy chciał pójść do niego na jakiś spektakl, tyle razy pragnął wysłuchać w nim pieśni albo koncertu, ale jakoś nigdy mu się to nie udawało. A gdy wreszcie kupił bilet na koncert orkiestry Edwarda Straussa w 1900 roku, rozchorował się na półpasiec i przeleżał w domu dwa tygodnie, obsypany czerwonymi krostami i cierpiący z bólu. Teraz mijając gmach teatru, patrzył na realistyczne rzeźby nagich, muskularnych postaci na tympanonie, pamiętał też, że w czasach pruskich podziwiano pod przednimi łukami monumentalne popiersia Goethego i Schillera. Było już wczesne popołudnie i na przystanku przy teatrze wsiadły cztery osoby, w tym jakiś młody oficer SS w czarnym, galowym mundurze, który zaczął mu się przyglądać badawczo. Izaak w mig zrozumiał zagrożenie, wstał ze swego miejsca i przesunął się do przodu, przed ludzi stojących na przednim pomoście, tuż przy konduktorze i motorniczym. Zastanawiał się czy nie wysiąść na pierwszym przystanku przy ulicy Gdańskiej, obwieszczanej teraz przez biletera jako Adolf-Hitler-Strasse, ale zauważył na ulicy dwóch żandarmów, idących powoli po prawej stronie, a dalej dwóch roześmianych oficerów Wermachtu, podążających w odwrotnym kierunku. Dopiero jak tramwaj zbliżył się do ulicy Augusta Cieszkowskiego i usłyszał jej nazwę z czasów pruskich – Moltkestrasse – przygotował się do wyjścia. Z pomocą konduktora postawił nogę na ażurowym stopniu i znalazł się na ulicy, natychmiast kierując się ku wyniosłym  kamienicom, biegnącym od ulicy Gdańskiej ku Pomorskiej, gdzie mieszkali bogaci bydgoszczanie i gdzie w suterenie jednej z nich miał swój warsztat złotniczy jego przyjaciel z młodości i zwolennik syjonizmu Chaim Rozenfeld. Wysiadając przed gmachem dawnej willi Wilhelma Blumwego, z okien której zwisały nowiutkie flagi nazistowskie, nie zauważył, że młody gestapowiec także wyszedł z tramwaju i skierował się ku wartownikowi, stojącemu przy wejściu do budynku. Z ożywieniem coś mu mówił i wskazywał na Żyda, oddalającego się w stronę bocznej ulicy, a żołnierz kiwał głową i służbiście salutował. Zauważył to wszystko młody pracownik gazowni, który właśnie zmierzał do pracy i nie namyślając się długo, podbiegł do Izaaka i szepnął:

– Uciekaj mosiek, bo szwaby cię namierzają…

Izaak w mig zrozumiał powagę sytuacji i zaraz za rogiem skierował się do pierwszej otwartej bramy, znalazł się na podwórzu, słysząc za sobą wołanie żołnierzy:

– Stać!!! Stać!!! Stać bo strzelam!!!

Zimny pot wystąpił mu na skórze, ale wszedł do otwartej klatki schodowej, gdzie przy wejściu zauważył drzwi do piwnicy. Choć były uchylone, coś podpowiedziało mu, by tam nie wchodzić, więc zaczął wspinać się po schodach w górę. Gdy żołnierze wpadli do środka i z hałasem zaczęli przeszukiwać najpierw piwnicę, był już na najwyższym piętrze domu i zaczął wspinać się po niewielkiej drabinie ku wyjściu na dach. Na szczęście było otwarte, więc szybko znalazł się na zewnątrz budynku, wciągnął drabinę, zamknął właz, a skobel zamknięcia zabezpieczył wielkim zardzewiałym gwoździem. Serce biło mu jak oszalałe, gdy usłyszał odgłos żołnierskich buciorów na schodach i pokrzykiwanie z dołu, a odetchnął dopiero, gdy jakiś Niemiec krzyknął w dialekcie bawarskim:

– Nie ma go tu… Pewnie uciekł do innego domu…

– A sprawdziłeś wyjście na dach – dopytywał jakiś inny młodzieniec czystą niemczyzną.

– Tak, jest wysoko i nie ma jak tam wejść… Kolbą karabinu próbowałem unieść właz, ale jest zamknięty – odrzekł Bawarczyk.

Izaak czekał aż mu się uspokoi serce i oddech wyrówna, a potem przybliżył się do komina, tak by być niewidocznym z dachów sąsiednich budynków. Słońce grzało jeszcze mocno, ale on wiedział, że musi tam przeczekać do zmroku. Nie mógł sobie darować lekkomyślności i zapragnął być już w domu, na ulicy Strzeleckiej, choć powrót jawił mu się teraz jak pełna niebezpieczeństw wyprawa do Palestyny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: