BROMBERG (7)

Przez szparę między storami Józia lękliwie obserwowała rynek i cały czas robiło się jej niedobrze. Pani Jadzia stała przy drugim oknie i czasem komentowała to, co widzi, raz po raz pochlipując cicho. Zauważyła, że tym razem przywieziono mniej zakładników i ustawiono ich, tak jak dzień wcześniej, przed frontem kościoła pojezuickiego imienia Ignacego Loyoli i budynkiem Muzeum Miejskiego. Sześć ciał rozstrzelanych wczoraj mężczyzn wciąż leżało pod podwyższeniem, prowadzącym do drzwi świątyni, a przywiezieni stali sztywno, z podniesionymi rękami, w pięciu nieregularnych szeregach. Po drugiej stronie placu stał grubawy, mały oficer, do którego co jakiś czas podbiegali adiutanci i składali meldunki, a on raz po raz spoglądał na zegarek i z dezaprobatą potrząsał głową. Dopiero, gdy zbliżył się do niego młody oficer i zasalutował, uspokoił się i z rękoma opartymi o boki wielkiego brzucha, kiwał głową i coś w ożywieniu komentował.

– Ludzie mówią, że przywożą ich z koszarów artylerii, z ulicy Gdańskiej… – odezwała się kobieta, wycierając nos chusteczką i popłakując – Biedni ludzie, wczoraj zabili tutaj trzech braci Hanusiaków, których matkę dobrze znam. Nawet dwóch ważnych księży zamordowali…

Józia spojrzała z przestrachem na nią, zachwiała się lekko na nogach, ale przytrzymała się framugi okna i dalej obserwowała to, co dzieje się za nim. Nie była pewna, ale zdawało się jej, że przybyły młody oficer to ten sam, którego pierwszy raz zobaczyła przy szwederowskim kościele, a potem przed domem Spatzów. Serce biło jej jak młotem, na czole pojawiły się malutkie kropelki potu a łydki tak drgały, że musiała co jakiś czas przekręcać półbuty. Po kilkunastu minutach młody Niemiec zaczął chodzić pomiędzy zakładnikami i wskazywać tych, których szeregowcy natychmiast popychali kolbami karabinów do pierwszego szeregu.  Trwało to dość długo, tak jakby oficer rozkoszował się tym, co robił, albo jakby chciał popisać się przed starszym rangą wojskowym. Wyodrębniono osiemnastu mężczyzn w różnym wieku, ubranych elegancko i noszących robocze ubrania, w paltach i marynarkach, albo tylko swetrach lub koszulach. Było ciepło, ale słońce schowało się już za domy, a jasna smuga widoczna była tylko za tymi, których młodzieniec skazał na śmierć. Nagle jeden ze stojących w rzędzie zerwał się do biegu i zaczął uciekać w stronę ulicy Batorego. Józia spostrzegła tylko jak ruszył przed siebie i jak lufę karabinu wycelował w niego wysoki żołnierz, a potem rozległy się trzy głośne strzały, jeden po drugim. Młody oficer roześmiał się teatralnie, wskazał leżącego na ziemi i pogroził palcem pozostałym mężczyznom. Coś też do nich powiedział, ale dziewczyna i towarzysząca jej kobieta, nie mogły tego usłyszeć.

– Pewnie zabili biedaka… – powiedziała pani Jadzia i podeszła na chwilę do dalej ulokowanego okna, przy którym stała dziewczyna.

Nieco szerzej rozchyliła storę, ale nie mogła dostrzec tego, co stało się za załomem jej domu.

– Nie zobaczymy go stąd, ale przecież nie miał szans… Tylko wykazał odwagę… Choć i ona na nic się zdała… – ciągnęła wywód kobieta.

Żołnierze odprowadzili dwa szeregi mężczyzn na bok, zostawiając przed kościołem tylko pięciu z nich i po chwili dołączając jeszcze jednego, młodego nieszczęśnika, który dramatycznie dotykał swoich piersi i płakał żałośnie, szukając raz po raz kontaktu wzrokowego z najbliżej stojącymi żołnierzami, albo z krążącym po placu dowódcą. Ten stanął naprzeciw skazańców i wygłosił jakąś krótką mowę, raz po raz grożąc mężczyznom wskazującym palcem prawej ręki, okrytej czarną, skórzaną rękawiczką. Pośród wybranych do rozstrzelania zakładników stał jakiś otyły ksiądz w sutannie, może sześćdziesięcioletni, a może starszy. Strasznie trząsł się i raz po raz chwiał na nogach, aż wreszcie upadł na kolana, a potem na prawy bok. Natychmiast skoczył do niego dowodzący egzekucją oficer, chwycił karabin od najbliżej stojącego żołnierza i zaczął nim masakrować kapłana. Milczący tłum, spędzony na rynek i stojący po jego drugiej stronie, wydał przeraźliwy krzyk, ale gdy tylko oprawca zlustrował wzrokiem pierwsze jego szeregi, znowu zapadła cisza. Nagle z głośników  zamontowanych na wojskowych samochodach zaczął dobiegać butny głos Hermanna Göringa. Józia poczuła jak drży szyba i wyodrębniła niektóre straszliwe słowa, pośród których powtarzały się zwroty bez litości…, führer…, Rzesza…, zostaną zlikwidowani… Po odtworzeniu tego przemówienia, młody dowódca przywołał ruchem ręki pluton egzekucyjny, który zaczął maszerować w kierunku rzędu mężczyzn, stojącego już przy kościele. Żołnierze w wypolerowanych hełmach, szaro-niebieskich mundurach formacji lotniczej i lśniących, czarnych oficerkach, ustawili się dziesięć metrów od skazańców, unieśli karabiny i czekali na komendę. Ich dowódca stanął w połowie odległości od szeregu, ale odsunął się znacznie w stronę wąskiej ulicy, wychodzącej z rynku. Odwrócił się w stronę grubego oficera, a gdy dostrzegł jego znak, lekkie poruszenie głową, podniósł rękę i krzyknął tak głośno, że nawet Józia i pani Jadzia usłyszały komendę.

– Ognia…!!!

Palba była tak potężna, że szyby w oknach zapiszczały, a gołębie siedzące na gzymsach kościoła i dachach, natychmiast zerwały się do lotu i zaczęły wielkim stadem okrążać rynek. Józia jeszcze zobaczyła jak zabijani mężczyźni wyrzucają w górę ramiona i padają bezwładnie na ziemię, a wokół nich szybko pojawiają się wielkie kałuże krwi. Odwróciła głowę od okna i osunęła się na ziemię zemdlona, na szczęście padając z dala od rzeźbionego oparcia fotela. Koleżanka jej matki pobiegła natychmiast po wodę do kuchni i wzięła też niewielki, namoczony ręcznik. Przyłożyła go do czoła dziewczyny i zaczęła nacierać jej skronie, unosić rytmicznie ręce i naciskać uda. Pobudzenie krążenia przywróciło świadomość Józi, a gdy napiła się zimnej wody, mogła dźwignąć się na tyle, że z pomocą towarzyszki znalazła się w wygodnym fotelu. Jeszcze dwa razy kobiety usłyszały głośne palby, ale nie miały już siły podejść do okien, tym bardziej, że obie płakały i przez łzy świat jawił się im rozmazany i bezkształtny.

 – Przepraszam dziecko, że kazałam ci na to patrzeć, ale przyjdzie taki czas, że dasz świadectwo tym chwilom – ze smutkiem powiedziała starsza kobieta, a potem dodała – Nie możesz w takim stanie iść do domu, musisz tutaj zostać do jutra… Choć, położę cię do łóżka…

Dziewczyna z ogromnym trudem zwlekła się z fotela i podtrzymywana przez panią Jadzię, powędrowała do szerokiego łoża, stojącego w drugim pokoju, oddalonym od hałasów na rynku i tego, co tam się działo. Zasnęła niemal natychmiast i nawet nie poczuła, że kobieta leciutko ściągnęła jej sukienkę, pończochy i buty. Przeżycia tego dnia i to, co zobaczyła, uruchomiły w niej wir obrazów i nieomal natychmiast zaczęła śnić. Szła przez mroczny las, lękliwie spoglądając na boki i często odwracając się do tyłu, aż nagle zobaczyła przed sobą dwa światła zbliżającego się samochodu. Stanęła z trwogą i czekała w wielkim napięciu, aż pojazd dojedzie do niej, ale moc lamp była tak duża, że osłoniła oczy ręką. To był wielki odkryty Mercedes, a w środku siedziało stado czarnych panter, z opaskami nazistowskimi na łapach. Gdy samochód ją mijał wielkie dwa koty z przodu zmieniły się w Hitlera i Göringa, a pozostałe zafalowały w przestrzeni i stały się grubym dowódcą egzekucji, jasnowłosym Willim i żołnierzami z plutonu egzekucyjnego. Samochód zatrzymał się przy niej, Hitler wstał z siedzenia i patrząc na nią przenikliwie ślepiami leoparda zapytał:

Czy jesteś niemieckim dzieckiem…?

Józia przerażona potrząsnęła przecząco głową, a gdy zobaczyła, że wszyscy pasażerowie Mercedesa sięgają do kabur pistoletów, zaczęła uciekać w zarośla przydrożne. Słyszała z wielką intensywnością jak w powietrzu  śmigają kule, a histeryczny śmiech Niemców odbija się echem w całym lesie. Nagle zobaczyła wielki dół i bez wahania skoczyła do niego, ale okazał się nową pułapką, bo przeniknęła widzialną przestrzeń i zaczęła gdzieś spadać, lekko zsuwać się z gładzi powietrza, jak liść klonu, jak gołębi puch. Nagle, niczym z zaświatów usłyszała wyraźnie wołanie matki:

Józia…!!! Józia…!!! Obudź się dziecko…!!!

Otworzyła oczy i zobaczyła, że jest już ranek, a przy jej łóżku stoi pani Jadzia i jej mama, zapłakana i przestraszona nie mniej od niej.

Wybacz Franiu, niepotrzebnie kazałam jej patrzeć na tych morderców powiedziała.

– Serce mi stanęło, gdy wczoraj wieczorem nie wróciła do domu. Nie spałam całą noc, a wczesnym rankiem ruszyłam jej śladem i stanęłam pod twoimi drzwiami – odpowiedziała matka Józi.

– Mamo, ja chcę już wracać do domu – odezwała się Józia.

– Tak dziecinko, już wracamy… – powiedziała Franciszka – Już wracamy…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: