SZARUGI

Polskie zimy w ostatnich latach toną w szarugach, rozmywają się w mętnych oparach, gasną w sinych mgłach. Zwykle ich nie zauważamy, przyjmujemy jako niezmienną dekorację poranków i zmierzchów, a często całych dni. Dzisiaj, pod wieczór, wyszedłem do ogrodu i zerknąłem na słońce otulone zimnymi tonami, gasnące w głębinach szarości, jakby ostatecznie znikające z naszego świata. I zamyśliłem się nad szarugami różnych okresów mojego życia – tych z młodości, gdy chodziłem po cmentarzach i nasiąkałem smutkiem, broniłem się przed depresją i przemocą śmierci. O tym, jak wsączały się do moich myśli mgły nad Bałtykiem i Morzem Śródziemnym, sunęły ku mnie opary znad Atlantyku i Oceanu Indyjskiego, o tym jak na skarpie w Malibu tonąłem w ultramarynach wstających znad Pacyfiku. Różnie do nich podchodziłem, najczęściej kontestując sytuację meteorologiczną,  ale dzisiaj zrozumiałem, że zawsze były elementem moich myśli, kształtowały wrażliwość i korespondowały z muzyką, której słuchałem, z poezją, którą pisałem. Były zasłoną zapomnienia i domagały się kompensacji w słowie, w ruchu, w obrazie, w miłości – tonąłem w nich z lubością i odczuciem konieczności, a często też musiałem toczyć z nimi walkę, niczym z niewidzialnymi siłami zła, zatruwającymi dni i noce, nicującymi świadomość i odbierającymi oddech. Gdy stałem u wrót cieśniny Bosfor, albo wchodziłem na wyniosłe zbocza górskie w Chinach, gdy leciałem samolotem nad Kaukazem albo Syberią, kontemplowałem ich zmienność i plastyczność. Czując niepokój w sercu, reagującym na zmiany atmosferyczne, godząc się na zwolnienie pracy mózgu, akceptowałem je, tak jak akceptujemy nieuchronny bieg czasu i jego zgaśnięcie u końca drogi. Pogrzeby październikowe i listopadowe, pożegnania pośród ciepłych dni grudnia, stycznia czy lutego, rodziły refleksje eschatologiczne, przywoływały aurę romantycznych poematów, o których tak często mówiłem studentom w uniwersytetach, potwierdzały rozmycie się w sobie. Przystając w ogrodzie i unosząc głowę ku niknącemu wciąż słońcu, uśmiechnąłem się do wczorajszego wieczora, kiedy to uniosłem głowę ku górze i na przeczystym, granatowym niebie zobaczyłem wyraziste błyski Oriona, tak samo nierealne jak szarość i ból.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: