SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (V)

Nagle dał się słyszeć narastający i ogromniejący pomruk, a potem przeciągły, ostry świst. Skrzydlaci rozpierzchli się w różne strony, a nad Yasmenem pojawił się anioł większy od innych, ubrany w złotą, połyskującą zbroję i szkarłatną szatę. Trzymał w ręku dziwnie powyginaną laskę, jakby kryształowy pastorał, albo monstrualną różdżkę. Jego wzrok przenikał przestrzeń, ale też sondował myśli, wnikając do świadomości i skanując je od chwil pierwszych do ostatnich. Yasmen poczuł dotknięcie ciepła i z miłością zgodził się na jego obecność, ale to trwało ledwie ułamek sekundy, jakby nawiedził go rześki powiew, który tak samo szybko zniknął. Teraz odczucie było przerażające, jakby nagle zawaliły się podstawy przestrzeni niebieskiej, a dobro oddaliło się nie wiedzieć gdzie. Na szczęście po chwili wszystko wróciło do normy i przybliżył się szum rozmów anielskich, bliskich i dalekich, głośnych i szeptanych.

– Widziałeś go…? – pytał z przejęciem czerwony z drużyny Yasmena, ze skrzydłami różowiejącymi na końcach.

– Wszyscy go widzieli i poczuli… – odpowiedział niebieskawy z białymi, rozwianymi włosami.

– To był on…? – pytał dalej pierwszy.

– Któż by inny, tylko on tak przenika nas do głębi i przydaje boskiej mocy… – odrzekł drugi.

Yasmen nagle zatrzymał się w pędzie i dał znak swojej drużynie by też wyhamowała. Chciał rozejrzeć się dookoła i zobaczyć może jakiś ślad po archaniele, bo w sobie już go nie mógł znaleźć. Wszystko zostało zatarte, jakby nic się nie zdarzyło, jakby tylko przez chwilę złota zbroja zalśniła w przestworze, a szkarłatna szata załopotała jak flaga nieskończoności i pełni. Drużyny podążały w górę za swymi przewodnikami i szybko wnikały w wielkie wirowiska, pulsujące rytmicznie i oddalające się szybko. Aniołowie z jego drużyny czekali na znak i wymownie patrzyli na siebie, czasem tylko zerkając w górę, wiedząc, że sygnał zaistnieje w każdym z nich.

– Jeśli Pan jest tak samo czuły, to chciałbym już połączyć się z nim na zawsze – odezwał się zielonkawy, zamykający grupę.

– Bracie, nie może być inaczej, bo on jest miłością… Jeśli jest… – powiedział filozoficznie intensywniej zielony.

– Jak możesz wątpić, przecież poczułeś to ciepłe dotknięcie – obruszył się zielonkawy – odwieczny powiew nieśmiertelności…

– A jeśli to była ułuda…? – wątpił intensywniejszy – opowiadał mi stary Hadzibor, że w zamierzchłych czasach sadze z czeluści nauczyły się przyoblekać w kształt anielski i zwodzić tłumy, popychać je ku upadkowi.

Yasmen chciał się już włączyć do tej rozmowy, ale ubiegł go fioletowy anioł, który z początku drużyny śmignął na jej koniec i wzrokiem uciszył niedowiarka. Teraz już nic nie stało na przeszkodzie, by ruszyli dalej, choć właściwie dowódca nie wiedział gdzie mają lecieć. Wszystkie oddziały i pojedynczy skrzydlaci podążali ku rojowiskom, ale widać też było grupki lecące w inną stronę. Na ukos przestrzeni niebieskiej, albo w odwrotnym kierunku, nie brakowało też grup stojących w miejscu, czasem przez jedno lub dwa stulecia. Jego jednak coś ciągnęło w górę i był coraz bardziej pewny tego, że przeciśnie się przez armie serafinów i znajdzie przejście do Chórów i Tronów, a może nawet i do samego Pana. Spojrzał na pierwszą siódemkę i z radością przywołał w myślach ich imiona:  Darbon,  Dendes,  Babanel,  Froledan, Dalates, Nikomas, Rakapan… Kochał ich jak braci I jak synów, a każdy ruch ich lotek wprawiał go w rozmarzenie i przywoływał jakieś mgliste obrazy z ziemskiego życia. W drugim szeregu wyodrębnił Kolaresa, Dararana, Kakapena, Minosuta, Pludasa,  Biloredana i dziwnie się zachowującego Okinagesa. Każdy z nich o czymś myślał i każdy miał w sobie jego odbicie. Yasmen potrafił lokować ich myśli w osobnych przestrzeniach swej świadomości i przeglądać je jak karty wielkich ksiąg. Drużyna składała się z siedmiuset skrzydlatych wojowników, ale on znał ich wszystkich i gdyby ktoś mu kazał, wymieniałby po kolei: Olinopas, Bidolesan, Osmasa, Muduforet, Artman, Kostoponiel, Okinages. Za nimi jeszcze: Kalafont, Dulama, Kanaredan, Bayran, Hadzibor, Birofanes i Ostoporel. Karta za kartą, ale jedna z nich była szczególna… wspomnienie Olinopasa rozrzewniło go i poczuł niezwykłą więź z tym bytem. Jakby był jego rodzonym bratem, albo synem, jakby istnieli w tej samej ziemskiej przestrzeni, przed wniknięciem do sfery niebieskiej.

Olinopas wyróżniał się urodą – miał twarz dziecka, czerwone włosy i takież same pióra skrzydeł, ale najbardziej zdobiła go zielona szata, pełna złotych okruchów, które jakby kiedyś przyciągnęła ku sobie, w tajemnym procesie kształtowania i istnienia. Jego szeroka pierś pulsowała rytmicznie, dłonie miały subtelny kształt, a nogi były zgrabne jak u ziemskiej kobiety. Pozwalał sobie czasami wysforować się do przodu i lecieć tuż przy Yasmenie, czym narażał się innym aniołom. Kiedyś poczuł na ramieniu dłoń dowódcy i dreszcz przeszył jego jestestwo, powodując, że natychmiast oddalił się i ukrył w dalekiej siódemce. Długo nie mógł się po tym pozbierać, ale czuł, że zdarzenie to było ważne dla niego i dla Yasmena, który odtąd często słał mu jakąś czułą myśl, radził się w sprawach strategicznych lub wyznaczał mu zadania podczas postojów i kolejnych wznowień lotu. Kalafont uśmiechał się ironicznie i szeptał coś do uszu buntujących się braci, jakby chciał osłabić pozycję ulubionego anioła dowódcy. Ten zdawał sobie sprawę z wszystkiego, ale nie potrafił pohamować się w swoich decyzjach i stale forował urodziwego Olinopasa.

– Dlaczego on go tak wyróżnia – pytał Pludas Bayrana, ale zaraz też cichł pokornie, gdy słyszał w sobie złowrogi szept Yasmena.

– Każdy ma swoją rolę – mówił bez słów Yasmen – i każdy powinien robić to, co do niego należy. Trzymaj się szyku Pludasie i nie skłócaj naszych braci… Wszystkich traktuję jednako…

Pludas dołączył do swojej siódemki, odgarnął szerokim gestem niebieskawe włosy i tylko mrugnął okiem do lecącego przy nim Bayrana. Nie umknęło to uwadze dowódcy, ale właśnie mijali inny wielki oddział, więc skupił się na pozdrowieniu przewodnika. Wyciągnął dłoń, wydał rozkaz grupie i wysłał ku mijanym aniołom przesłanie od wszystkich:

– Pan z wami… Niechaj nieskończoność ściele się w waszych bytach jak odwieczna świętość…

– Niechaj przestrzeń niebieska chroni was w drodze… – usłyszeli odpowiedź.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: