BROMBERG (6)

Przed okazały budynek przy ulicy Gdańskiej 50 zajechał nowiutki czarny citroen z napędem na przednie koła i lśniącym znakiem firmowym, symbolizującym dwie cząstki nowoczesnych kół zębatych. Drzwi otworzyły się z impetem i z auta wyskoczył młody podoficer w czarnym mundurze, pięknie wyprasowanym, z czerwoną opaską na lewym ramieniu i wyrazistą swastyką na niej. Zatrzasnął drzwi i podążył ku schodom zewnętrznym, prowadzącym do głównych drzwi dawnej willi bogatego niemieckiego przemysłowca Wilhelma Blumwego. Teraz była to tymczasowa siedziba SS-Standartenführera Ludolfa von Alvenslebena, dowódcy Selbstschutzu na Pomorzu. Młody podoficer wszedł do głównego holu i skierował się ku sekretarce, siedzącej za biurkiem, na samym środku wolnej przestrzeni. Zasalutował z gracją, zszokowany urodą platynowej blondynki i jej pokaźnym biustem, zatrzymał dłużej wzrok na zgrabnych nogach, widocznych pod blatem, po czym odezwał się, mocno akcentując niemieckie słowa:

– Melduje się SS-Untersturmführer Willhelm Schroeder… Otrzymałem rozkaz stawienia się u mojego dowódcy…

Blondynka spojrzała przeciągle na urodziwego młodzieńca, zauważyła zielone oczy, pięknie lśniące oficerki i mundur, który musiała mu przygotować jakaś staranna kobieta, a potem odezwała się mocnym głosem:

– Hertha Kiebitz, sekretarka SS-Standartenführera Alvenslebena, już pana anonsuję…

Przełożyła jeszcze jakieś papiery z lewej strony biurka na prawą, uniosła się nieco ku górze, sięgając po pióro, które też przełożyła z lewa na prawo, po czym energicznie wstała, odwróciła się na pięcie i podążyła ku wielkim, dębowym drzwiom. Gdy się pochyliła, Willi zauważył natychmiast podniecający przedziałek pomiędzy jej zmysłowymi piersiami i fragment czarnego, koronkowego stanika, a potem szybko zlustrował jej sylwetkę, od czerwonych czółenek na wysokim obcasie, poprzez czarne szyfonowe pończochy z wydatnym szwem, skończywszy na plisowanej różowej spódniczce, opinającej zgrabny tyłek i czarnej marynarce, w klapie której widać było okrągły znaczek ze swastyką. Kobieta otworzyła drzwi bez stukania i wsunęła się do środka, a Willi podążył do przodu by ujrzeć chociaż cząstkę przestrzeni w gabinecie dowódcy. Niestety, niczego nie zobaczył, chociaż dobiegły do niego z prawej strony intymne szepty, a potem coś na kształt klapnięcia w tyłek i ciche śmiechy. Wreszcie sekretarka, nieco rozczochrana, wysunęła się z gabinetu i z lekkim rozbawieniem powiedziała:

– Standartenführer czeka na pana…

Jeszcze raz opromieniła go jej uroda i tym razem zauważył porcelanowo białe zęby, karminowe usta i niebieskie oczy. Uśmiechnął się do niej promiennie, jeszcze raz zawiesił wzrok na zgrabnej sylwetce i podążył ku otwartym, drzwiom. Wszedł do środka, zamknął je za sobą, a potem stanął naprzeciwko wielkiego, ciemnobrązowego biurka na wysoki połysk i siedzącego za nim łysawego mężczyzny. Nad nim wisiał wielki portret Adolfa Hitlera i sporo zdobnie oprawionych fotografii, prezentujących członków rodziny dowódcy i jego rodową posiadłość.

– Panie Standartenführer, melduje się Untersturmführer Schroeder…

Alvensleben wstał zza biurka i podążył ku młodszemu koledze, a gdy znalazł się przy nim, ujął go familiarnie lewą ręką za przedramię, a prawą położył na jego plecach. Następnie patrząc mu głęboko w oczy powiedział:

– Drogi Willhelmie, nie pomyliłem się co do ciebie… Reichsführer Himmler miał wątpliwości czy tak młody człowiek podoła naszym jakże ciężkim zadaniom… Ja jednak wstawiłem się za ciebie i byłem pewien, że wykonasz nienagannie moje rozkazy…

– Tak jest panie Standartenführer… Ku chwale ojczyzny i führera…

Dowódca uśmiechnął się promiennie i podszedł do niewielkiego stoliczka, na którym stały butelki alkoholu. Sięgnął po jedną z nich, zieloną, prostokątną z wizerunkiem jelenia. Przyjrzał się jej, obracając w dłoni, po czym powiedział:

– Lubisz Jägermeistera? To nasz nowy niemiecki wynalazek… Niczym Blitzkrieg…

Sięgnął po dwa duże kielichy i nalał do nich około pięćdziesiąt mililitrów alkoholu. Wstrząsnął lekko każdym z nich, po czym podszedł do gościa i podał mu trunek. Willi posmakował i jego pierwsze odczucie było bardzo pozytywne, o czym nie omieszkał natychmiast poinformować przełożonego.

– Wspaniały smak, panie Standartenführer…

– Tak mój drogi, a dodatkowo mamy tutaj specjalny podtekst w nazwie tego trunku – odrzekł Alvensleben.

Willi zdziwił się, nie rozumiejąc co przełożony ma na myśli,  ale czekał spokojnie na wyjaśnienie.

– Mistrz polowania… Tak, to my drogi przyjacielu… To my nimi jesteśmy. Mistrzami polowania na prymitywne istoty… Nasz führer wyznaczył nam cel i by go zrealizować musimy być twardzi jak stal naszych pocisków, jak pancerze naszych czołgów… Ty okazałeś się wspaniałym myśliwym… Zgasiłeś światło tym, którzy od dawna tkwili w ciemności… jakże podłym i marnym polskim podludziom… Mordercom Niemców…

– Tak jest panie Standartenführer…

– Przestań już z tymi funkcjami kochany chłopaku… Mów mi Bubi. Przecież mamy te same korzenie, a nasi przodkowie mieszkali od dawna na tej ziemi… Teraz ją przywróciliśmy do Rzeszy i nigdy już nie oddamy.  W tym budynku, należącym niegdyś do naszego znamienitego przedsiębiorcy, polska hołota urządziła swój klub i upijała się w tu na umór, plując na naszych kanclerzy i odgrażając się pruskim władcom.

Alvensleben podszedł raz jeszcze do stoliczka, sięgnął po zieloną butelkę i bez pytania dolał Williemu i sobie kolejną dawkę brązowego alkoholu. Uniósł kielich ku górze, potrząsnął nim lekko, po czym wypił wszystko do dna. Potem spojrzał na gościa i wzrokiem zasugerował mu, by zrobił to samo, a gdy ten wychylił zawartość kielicha, powiedział:

– Twoja akcja przy kościele na Szwederowie miała wzorcowy charakter. Gratuluję ci i dziękuję za nienaganne wykonanie moich rozkazów…

– Jestem gotów wykonać następne polecenia… – odezwał się Willi, rozochocony nieco alkoholem.

– O!!! O!!! O!!! To jest postawa godna pochwały – powiedział z emfazą Alvensleben – Tak, tak… nowe zadania czekają na ciebie. Pojedziesz na główny rynek miasta i tam, przy tym ich jezuickim kościele, rozstrzelasz dziesięciu Polaczków…

– Oczywiście, panie Standartenführer… to znaczy Bubi… – odrzekł Willi czerwieniąc się i patrząc w podłogę.

Dowódca zauważył to natychmiast i roześmiał się od ucha do ucha, a potem poklepał po plecach gościa i sformułował rozkaz.

– Proszę zatem jechać na rynek i pomścić Niemców zabitych przez polskie świnie podczas Krwawej Niedzieli, to rozkaz i święty germański nakaz!!! Wszystko tam już jest przygotowane, ordnung muss sein… Musisz tylko spędzić wielu przypadkowych świadków i złapać ich mocno za mordę. Poczekaj, aż zakładnicy zaczną rzęzić ze strachu, a potem wal w nich i zostaw trupy na widoku publicznym…

– Tak jest… – odrzekł Willi i zasalutował na pożegnanie, odwracając się służbiście na pięcie.

Alvensleben podążył do swojego biurka, a młodzieniec otworzył drzwi, a potem domknął je lekko po drugiej stronie.  Już kierował się ku wyjściu, gdy drogę zastąpiła mu sekretarka dowódcy i podała sekretnie jakąś małą kartkę. Jednocześnie odwróciła się od niego, zasiadła za biurkiem i powiedziała dość głośno, tak, by ją usłyszał dowódca:

– Do widzenia panie Untersturmführer Schroeder…

Willi służbiście skinął głową, sięgnął po swoją czapkę, założył ją szybko i ruszył ku wyjściu. Sprężyście zbiegł po schodach, prowadzących na ulicę, otworzył drzwi citroena, wsiadł do środka i nakazał kierowcy jechać na rynek. Serce waliło mu jak oszalałe i dopiero po kilku minutach otworzył prawą dłoń, rozpostarł na niej niewielki kawałek listowego papieru i przeczytał zapisana słowa:

– Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia…? Porozmawiajmy o tym, odwiedź mnie pojutrze o godzinie dwudziestej… polska nazwa ulicy: Chodkiewicza 1, pierwsze piętro. Tak łaknę bólu…

Przeczytał liścik trzy razy i coraz bardziej się rozpalał, czując, że potężnieje jego męskość, a w świadomości pojawiają się wyraziste, perwersyjne obrazy. Hertha rozbiera się przed nim i głaszcze go czule po piersiach, a potem bierze go za rękę i prowadzi do wielkiego łoża z czerwoną pościelą. Tak się zamyślił, tak podekscytował, że nie zauważył kiedy kierowca podjechał w okolice głównego miejskiego rynku i zahamował z piskiem opon. Jeszcze kilka sekund posiedział na swoim miejscu, a potem z rozmachem otworzył drzwi samochodu i wyskoczył na zewnątrz. Żołnierze popychali kolbami karabinów tłum ludzi, kierując ich w stronę kościoła, a po drugiej stronie placu maszerował rytmicznie niewielki pluton egzekucyjny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: