SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (IV)

Yasmen czuł, że nie powinien dalej uczestniczyć w tej wymianie myśli, spojrzał zatem w inną stronę i głosy ucichły. Na zachodniej stronie strzeliste szczyty górskie przechodziły w wielkie miasta anielskie, jakby ulegały realnej metamorfozie i łagodnie zmieniały się w miliony budek i cel, pokoików budowanych na planie rombu albo trójkąta. Jakież wielkie rojowiska aniołów fruwały wokół nich, ileż barw mieniło się i mutowało w jednej chwili. Tysiące wież i wieżyczek, kolumn z otworami i jakby zwisających z różnych miejsc kawałków pszczelich plastrów, wszystko razem tworzyło wielki organizm, jakąś architektoniczną fantazję, której by nie wymyślili ani budowniczowie średniowiecznych katedr, ani anioł Gaudi. Wieżyczki były białe albo złote, czasem żółte  a kiedy indziej zielone. Nie brakowało też barw pastelowych, różu, błękitu jakichś odcieni seledynu albo karminu, wszędzie wiele okrągłych okien, wszędzie balkoniki z kolumienkami, wszędzie amfilady, wiszące w powietrzu krużgankowe ścieżki z lampionami i różnokolorowymi światełkami. I te roje, jak ziemskiej szarańczy, te stada, niczym szpaków albo wróbli, te niewielkie grupki i wreszcie te punkty samotnych skrzydlatych tworów. Wszędzie z oddali dobiegający lekki szum, łopot skrzydeł, nieustający szmer lotek bijących o powietrze. Zarówno z jednej strony doliny, jak z drugiej piętrzyły się góry, łagodnie schodzące w dolinę wielkimi halami, ogromnymi przestrzeniami trawy i ziół, różnokolorowych łąk i pastwisk niebieskich. A ze szczytów strzelające w górę zamki i zamczyska, stanice anielskie, miasta i wsie anielskie, wszystko razem stanowiło jakąś niewyobrażalnie malowniczą całość, wszystko zbiegało się pośród łąk i wszystko z nich podążało ku strzelistości, ku pięknie architektury anielskiej. Tylko Bóg – myślał Yasmen – mógł stworzyć coś tak pięknego i odmiennego od tego czym żyją ludzie w swojej rzeczywistości. Spojrzał ku trzem aniołom stojącym na łące, tuż nieopodal jego miejsca. Ci także rozmawiali ze sobą bez słów, bardzo żywo gestykulowali i wymieniali bardzo szybko myśli. Przyciągnął ich przestrzeń ku sobie i usłyszał coś, co wprawiło go w osłupienie.

– Jest nas już chyba kilka tysięcy, spore legiony, ale wielu spośród nas nie do końca wierzy, że to się może udać…

– A może ty bracie jesteś największym niedowiarkiem…? Może chcesz się wycofać…?

– Nie bądź śmieszny… ja przecież byłem w grupie założycielskiej…

– Wielu spośród tych, którzy w niej byli, wycofali się już dawno…

– Bracia! Niezgoda może zrujnować nasze plany, a przecież najważniejsza jest ta wielka sprawa, w imię której spotykamy się w różnych miejscach od wielu dni – wtrącił się trzeci.

– Bracie widzisz tego dziwnie wyglądającego anioła – jeden z mówiących wskazał na Yasmena – Mam wrażenie, że on słyszy nasze myśli…

– Jesteś przewrażliwiony, lepiej leć do gniazda i odpocznij trochę…

– Ale jeśli on nas słyszy, to i Pan mógłby nas usłyszeć…

– Przecież Jego nie ma…

Yasmen speszony odleciał na chwilę z miejsca, gdzie stał i zatoczył dwa wielkie koła w powietrzu. Mijał różnych aniołów gdzieś lecących albo zawisających w górze. Ich twarze były radosne albo smutne, uduchowione albo nijakie, barwy skrzydeł i tog migały przed jego oczyma, połyskiwały pośród zgrupowań złote ciżmy. Z góry perspektywa się poszerzyła i zobaczył, że dolina niknie we mgłach z których w dalach ledwie wychylają się jakieś niewyraźne kształty, niby inne miasta, ale równie dobrze inne szczyty, zbocza, pastwiska. Wiele różnokolorowych punktów i plam mogło być skupiskami innych aniołów albo po prostu cieniami szczytów i rozpadlin. Szybował powoli i po dłuższym czasie wylądował z powrotem w miejscu, w którym wcześniej stał. Trzech aniołów już nie było, ale za to dostrzegł jakieś zawirowanie, jakiś tumult wokół najbliższej z wież. Przy jednym z wysoko położonych otworów kłębiło się wielu skrzydlatych. Przyciągnął siłą woli tę wielka przestrzeń do siebie i usłyszał krzyki, nawoływania, jakieś gniewne pomruki.

 – Bracia, nie pozwólmy by jego celę zajął nowicjusz. Przez tysiące chwil mieszkał tutaj i wielbił Pana modlitwą i myślą serdeczną, a teraz ma iść na tułaczkę i w jego ukochanym domostwie osiedlić się ma ten, który ledwo co zrzucił gnuśna powłokę cielesną…?

– Archanioł Jan wie co robi, bo jego natchnienia płyną z samej wysokości…

– Archaniołowie mogą się tak samo mylić jak każdy z nas… czyż i oni nie zmieniają czasem swoich rozkazów… czyż nie odwołują tego, co tłumom wydało się złe?

Yasmen majestatycznym lotem przybliżał się do wieży, a za nim leciała jego drużyna. Czasem jakiś przelatujący anioł zatrzymał się w powietrzu i patrzył zaciekawiony, czasem przybliżyła się do nich inna grupka i przez jakiś czas leciała równolegle. W bezpiecznej odległości trzymali się Archaniołowie i próbowali prześwietlić myślą lecących. Yasmen nie zwracał uwagi na nic, a jedynie rozkoszował się widokiem stanicy. W jego głowie przelatywały dziesiątki myśli, które przypominały to, co działo się dookoła. Myśli uporządkowane i osobne śmigały w różnych kierunkach. Pozwalał podążać za nimi Archaniołom, a potem nagle gasił je w sobie, rozbijał je albo porzucał w chwili zawiązywania się akcji. Miał jednak wrażenie, że ktoś panuje nad tym chaosem i z wyrozumiałością godzi się na to. Właśnie minął jakieś większe stado zielonych serafinów, które lecąc w szyku czwórkowym wydawało z siebie jakąś rytmiczną pieśń. Te dźwięki, gwałtowne i zarazem delikatne, przypominały pracę jakiejś zdumiewającej maszyny, która przemierza przestrzeń. Ich zieleń Veronese’a wyraźnie odcinała się od czerwieni i różu, który pojawił się w sferze gdy wielki snop zaczął przygasać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: