RDZAWY PYŁ

24 sierpnia zmarł w Toruniu prof. Janusz Kryszak (1945–2019), polski literaturoznawca, profesor nauk humanistycznych, poeta. Absolwent toruńskiego UMK, gdzie kierował Zakładem Literatury Młodej Polski i Dwudziestolecia Międzywojennego oraz Pracownią Badań Emigracji w Instytucie Literatury Polskiej. Wieloletni redaktor naukowy rocznika „Archiwum Emigracji”, autor licznych artykułów naukowych poświęconych polskiej poezji współczesnej i szkiców literackich, redaktor prac naukowych. Interpretator twórczości m.in.: Mariana Czuchnowskiego, Wacława Iwaniuka, Tytusa Czyżewskiego. Jako poeta debiutował w roku 1970, a jego liryka była tłumaczona na język rosyjski, angielski i niemiecki. Laureat Nagrody im. Stanisława Piętaka i Nagrody Fundacji im. N. W. Turzańskich w Kanadzie. W 2007 roku, po ujawnieniu przez media jego długoletniej współpracy z SB, wycofał się z życia publicznego i wielokrotnie przeprosił za to, co robił. Przez jakiś czas szedłem z nim przez życie, bywałem w gremiach oceniających konkursy literackie, a nade wszystko spotykałem się z nim w Toruniu i Bydgoszczy. Choć nie akceptuję jego życiowych wyborów i w pewnym momencie byłem też ich ofiarą, myślę, że warto zamieścić w Internecie szkic, który opublikowałem w zbiorze krytycznoliterackim pt. Bryłka bursztynu (2001). Mój tekst miał podtytuł „O liryce i wrażliwości poetyckiej Janusza Kryszaka” i  to przede wszystkim po nim pozostanie, jako najwspanialsze osiągnięcie życia i kontrapunkt dla bytu niejawnego.

Janusz Kryszak urodził się 22 listopada 1945 roku w Bydgoszczy, na Szwederowie, w dzielnicy owianej w tym mieście chuligańską sławą. Ukończył studia humanistyczne na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, gdzie następnie się doktoryzował i habilitował, a potem uzyskał tytuł profesora zwyczajnego. Jest Kierownikiem Zakładu Literatury Młodej Polski i Dwudziestolecia Międzywojennego, kieruje też pracami Pracowni Badań Emigracji w Instytucie Literatury Polskiej UMK, jest też redaktorem naczelnym rocznika naukowego „Archiwum Emigracji”. Jako poeta zadebiutował zbiorem pt. Widziadła gorejące (1970), a potem opublikował następujące zbiory wierszy: Poeta w niebieskim kombinezonie roboczym (1974), Inny głos (1977), Wersja próbna (1982), Życie wewnętrzne i inne wiersze (1991), Mały wybór (1992), Odosobnienie (1996), Czwarta dekada. Wiersze wybrane i nowe (2000). Jego utwory tłumaczono na język rosyjski, niemiecki i angielski, a także szeroko komentowano w prasie i periodykach literacko–artystycznych, znalazły się też w cenionych antologiach polskich i zagranicznych. Równie bogata jest twórczość eseistyczno–naukowa Kryszaka, poświęcona studiom nad literaturą polską XX wieku. Tutaj wymienić trzeba rozprawy i monografie: Katastrofizm ocalający (1978, 1985), Urojona perspektywa (1981), Poezja ziemi (1984), Literatura złej chwili dziejowej (1995), Rzeczywistość trzecia (1997). Za prace te otrzymał między innymi Nagrodę im. Stanisława Piętaka i Nagrodę Fundacji im. N. W. Turzańskich w Kanadzie, został też laureatem Złotej Karety „Nowości” i Nagrody Prezydenta Miasta Torunia.

Pudełko nicości

Poezja Janusza Kryszaka jest próbą opisu fenomenu wrażliwości – istnienia w nieustającym zdziwieniu, i bolesnej euforii. Kolejne wiersze są nowymi cząstkami szerokiej perspektywy człowieczeństwa – są odwzorowaniem bycia w zamykających się przedziałach czasu i w wielu przestrzeniach równocześnie. Ogląd świata jest tutaj uważny, skupiony, wystudiowany, pełen szczegółów i okruchów, elementów drobnych i rozlegle umocowanych konstrukcji. Wszystko tu mieści się w ramach refleksji epistemologicznej i jest ciągłym  p o z n a w a n i e m, odkrywaniem siebie w sobie i w świecie, poznawaniem osób i miejsc, dookreślaniem przestrzeni lirycznych, w których bytują dziwne twory – ludzie, którzy umarli; kobiety które odeszły, albo nie nadchodzą; przypadkowi przechodnie, zjawiskowe ptaki, nocne owady i świadomość poetycka, która każe stale układać elementy domina. Poeta wrażliwie i subtelnie opisuje w wierszach te chwile, kiedy poczuł, że naprawdę istnieje, wyodrębnia te momenty, kiedy doświadczył bolesnej, ponadnaturalnej harmonii świata i rzeczy. Rzeczywistość nie przestaje go zdumiewać i stale każe być czujnym, bo Im dalej/ na powierzchni życia/ tym większy zamęt i triumf/ rzeczy zawiłych, tym wyraziściej jawi się ułuda wszelkich – zdawać by się mogło – ostatecznych ustaleń. Wszystko umyka i domaga się uchwycenia w słowie, w geście, w zadumie lirycznej; wszystko pędzi w dal, wszystko rozprasza się pośród entropii, cokolwiek  j e s t,  przechyla się w kierunku  b y ł o,  cokolwiek rozpala wyobraźnię, zamienia się w gorycz popiołu – zostaje żal i twórczy smutek, który dyktuje słowa: nie zdążyłem na nic/ prócz miłości tak oczywistej/ że nie zajmuje ona naszej uwagi/ i nie domaga się niczego/ całe moje życie/ zamknięte teraz w pudełku nicości/ stuka jak kołatka/ w twarde wieko snu. To są chwile rozpaczy i bolesnych podsumowań – samotne lata/ poławiacza słów: dnem uciekają w ciemnych wodach/ pamięci. Nie do uchwycenia. Świat i konkretna chwila istnienia nie dają się zatrzymać, nie można im się przeciwstawić, bo życie jest strumieniem, jest mknięciem ku piętrzącym się wyzwaniom, jest nieustającą próbą wytrzymałości.

Poeta nie może uwolnić się od refleksji o swoim bycie, nie przestaje ani na chwilę segregować doznań, oddzielać ich od wyobrażeń i złudnych chwil szczęścia. Stoi w księgarni, przegląda Wielką księgę owadów, a wtedy z całą wyrazistością jawią mu się dziwaczne istnienia, ubrane w wymyślne barwy, przypisane zdumiewającym kształtom. I wtedy właśnie myśli o człowieku, myśli o sobie i swojej egzystencji, wplecionej w miliardy równie asymetrycznych krzywizn, płaszczyzn, wypukłości i barw – wtedy wypowiada słowa, które są mottem dla życia i zaklęciem dla drogi: nie odstępuj rozpaczy ona jedna wskaże ci miejsce/ w wielobarwnym katalogu istniejących stworzeń. Tak zdziwienie rodzi wiedzę, a studiowanie form daje poczucie istnienia w długim łańcuchu bytów, tak owad i poeta stają się cząstką tego samego  t e k s t u,  w którym brzmi dalekie echo prastworzenia. Kryszak stosuje w swojej poezji wielokrotnie metodę przybliżenia, uważnego strukturalnego oglądu cząstek, nieomal komórkowego rozdziału, a dzięki temu widzi rzeczy w ich najgłębszych tajniach, dociera refleksją poetycką tam, gdzie nie docierają inni twórcy. Takie przybliżanie jest zarazem filozofowaniem, bo jest wyodrębnieniem czegoś, co opisać można tylko poza całością, poza strukturą. Poeta pragnie dotrzeć do prawdy o sobie i o Mężczyźnie, którego widział dwa albo trzy razy, chce wiedzieć czy to, co robił, co widział, co dookreślił swoją pracą i swoimi buntami, miało głębszy sens. Jego wizja świata zmienia się stale, co chwilę ewoluuje i przechodzi od euforii do rozpaczy – od ciepła złączonych ramion i poczucia bezpieczeństwa, do refleksji eschatologicznej: Jeszcze tylko niewielki wysiłek i potem/ już zawsze jedynie jaspis i kryształ,/ poza dniem i nocą, bez słońca i księżyca,/ bez magicznych sztuczek zalotnej natury./ Ale w wiecznej chwale/ doskonałej samotności. Ironia w takich momentach zdaje się jedyną bronią, jedyną przeciwwagą, jakby próbą obłaskawienia nicości.

Tonacja poezji Kryszaka nie jest mroczna, bo nawet przy najgłębiej sięgających tonach schyłkowych, pojawia się w niej   i n t e l e k t,  jako odskocznia i obietnica dotarcia do i s t o t y,  pojawia się myśl żłobiąca wytrwale rzeczywistość i zostawiająca na niej swój ślad. To rodzaj poezji, w której metafizyka pojawia się nie pod powierzchnią słów, ale w samych kreowanych obrazach, w łączach metaforycznych, które spajają – wydawać by się mogło – nie dające się połączyć treści. Rzadko się zdarza by z wierszy, krótkich liryków i szerszych panoram poetyckich, wyłaniała się tak wyraziście ludzka świadomość. To tak, jakby przemierzała ona szlak egzystencji i na chwilę zatrzymała się w tych utworach i w tym człowieku, a potem i w nich, i w nim została uwięziona przez intelekt, poddana próbie bytu, próbie wytrzymałości na rozpacz i ból, orgazm i euforię; została przybliżona w chwilach odczuwania więzi z całą ludzkością i w obliczu samotności zimnego grobu. Tutaj zbiegają się epistemologia liryczna i poetycka ontologia, tutaj widać najwyraziściej, że poezja jest potężnym narzędziem poznania. Unieśmiertelnia w słowach ulotne stany, tkliwe zamyślenia nad sobą i otaczającą człowieka naturą; chroni przed niszczącym upływem czasu, charakterystyczne dla danych okresów życia stany samoświadomości, samopostrzegania i samokreacji. Poezja Kryszaka w dramatyczny sposób przypomina, że składamy się z różnych ludzi, że współtworzą nas różne portrety, różne stany wewnętrzne, a to co jest w nas jednością możliwe jest tylko dzięki plastycznym właściwościom intelektu. Do tego rodzaju prawd dochodzi się poprzez nieustanną czujność, poprzez wpatrywanie się w ciemność i uważne studiowanie form, poprzez poddawanie się różnorakim próbom i poprzez negację, oddalenie tego co się zrobiło, co inni – być może – uznać mogą za wielkie osiągnięcie i szczyt ludzkich możliwości. To jest próba zamknięcia życia w pudełku nicości, próba być może najniebezpieczniejsza i najdotkliwsza, ale przecież tylko ona może dać taką wiedzę, jak ta z wiersza pt. Wczesny ranek: Wczesny ranek. Co było ciemne, teraz rozjaśnione/ Odsłania oczom czysty kształt. Wszystko zamknięte/ W swojej zwięzłej formie. Drzewa osobne, każdy liść/ I źdźbło trawy wraca do pierwotnej postaci./ Jak każe czas, co rządzi obrotami krwi./ Byliśmy zaproszeni i dobiegła końca radość bogów./ Zamilkł śpiew. Rozwiał się zarys ramion,/ Profil twarzy. Będą czekać pod płytą snu/ Na ponowne wezwanie. Rześki powiewie ratuj mnie. Wiersz nie kończy się wołaniem o ratunek bez powodu, bo zawsze tego rodzaju wiedza budzi przerażenie, odsłania prawdziwy obraz ludzkiej nędzy w świecie ulotnych miraży, chwilowych zauroczeń, uczuć, które truchleją w obliczu ostateczności, które rozpływają się we śnie. Jednak owo wołanie o ratunek jest jeszcze jednym potwierdzeniem, że świadomość zawsze będzie próbowała ocalić, to czego ocalić nie zdołała miłość, co przepadło w świecie osobowych interakcji, ale boleśnie tkwi w myślach i wrażliwości poety.

Poeta w niebieskim kombinezonie roboczym

Kryszak należy do tego samego pokolenia poetyckiego co Wojaczek, Zagajewski, Krynicki, Korhauser czy Barańczak, niewiele starsi od niego byli Stachura, Milczewski–Bruno, Szatkowski. Wraz z tymi poetami wchodził zatem do literatury i wyraźnie zaznaczył swoją odrębność w czasach PRL–owskiego propagandziarstwa, wszechobecnej cenzury i kłamstwa. Jego poemat pt. Poeta w niebieskim kombinezonie roboczym (1974) był pojemniejszy myślowo i szerzej opisywał człowieka od nowofalowych imitacji języka potocznego czy prowokacji „poetów wyklętych”. To była próba pokazania rodzącej się wrażliwości, a wraz z nią niezgody na zastany świat i na z góry wyznaczone w nim miejsce. Jego bohater liryczny tak ustawiał się do rzeczywistości, że mógł uchodzić za trefnisia i niegroźnego uczestnika ciągnących się bachanalii, ale przecież tego rodzaju poza była kamuflażem, pozwalała spokojnie studiować rzeczywistość i wyodrębniać w niej wszelkie przejawy nadużyć. Zatem tego poetę w dżinsach widzimy jak: podsłuchuje rozmowy w barze milcząc zjada/ suchą bułkę z sałatą i serem wodzi oczami/ za pyłem wirującym w wąskiej stróżce światła/ wynosi skrzynki opróżnia pojemniki na śmieci/ podsłuchuje rozmowy zestawia stoły ustawia/ na nich krzesła zwija chodniki wykonuje tysiąc/ innych czynności krztusi się w tumanach kurzu/ podsłuchuje rozmowy sprząta wielkie sale/ wyłącza z sieci gigantyczny agregat i zamiera/ serce europy myje poplamione rdzą kontuary/ gasi gaz w palenisku ściemnia światła/ wychodzi. Opis realnego świata przeplata się tutaj z rzeczywistością jakby z mrocznego snu, z nadrealnych przedstawień malarskich, z wizji utopijnych miast. Poeta operuje tu takim ładunkiem ironii, że jego kreacja staje się rodzajem gigantycznego   p o d  t e k s t u,  czymś na kształt monologu, zakłócanego przez czynniki zewnętrzne. Dla cenzora mógł to być wiersz zaledwie relacjonujący młodzieńcze spotkania przy kieliszku czy kuflu piwa, ale przecież był on rozległą diagnozą stanu świadomości i skali ironicznego postrzegania ówczesnego świata.

Gdy poeci Nowej Fali pisali dławiące się w sobie wiersze, oddające język ówczesnej propagandy sukcesu – Kryszak stworzył poemat, w którym szeroka fraza, pardoks jakby rodem z Czechowicza i nośność poetycka połączone zostały z ironią i dowcipem. Wkalkulował weń zarazem rodzaj powierzchownego odbioru – niechaj  cenzura odbiera ten wiersz jako zapis kolejnych bachanalii, niechaj myśli, że młodzi zajmują się dziewczęcymi piersiami, zjadaniem suchej bułki z sałatą i serem, albo awanturowaniem się o kieliszek wódki. A przecież była to tylko zasłona dymna, było to odgrodzenie się od socjalistycznej bzdury i przerażającej pustki tamtego życia. To są przecież czasy, gdy do polski docierają echa kontrkulturowych rewolt w Zachodniej Europie i Stanach Zjednoczonych, czasy hipisowskich wędrówek i pogoni za prawdą, to są chwile kształtowania się świadomości ludzkiej i narodowej. Dążenie do wyzwolenia siebie i złamania wszelkich barier, zniesienia granic. I wszystko to odbija się w poemacie Kryszaka, i nie bez powodu jego bohater traktuje dżinsy jak kombinezon roboczy. Jego pracą jest nieustanne czuwanie na posterunku wrażliwości – przyglądanie się światu i wyciąganie wniosków, a potem opisywanie wynaturzeń, docieranie do prawdy. Jego bohater to: poeta w niebieskim kombinezonie roboczym/ palacz obsługujący sprawnie największe paleniska/ europy chwilowo bez zajęcia/ po raz nie wiadomo który wyrzucony na bruk/ bezsenny przebiega miasto do ostatniego tchu/ rozbieganych na niebie świateł/ liczy układające się we frazy poematu/ odciski ognia na dłoniach wciąż ukradkiem/ przemykający się przechodzień/ tyle spraw tyle rzeczy do wypowiedzenia/ on przemyka się zaułkami osaczony nieprzenikliwym/ kordonem syren sygnałów dzwonków alarmowych/ uskakując spod kół goni życzliwy chór/ wołających uciekaj uciekaj tylko uciekaj/ zapomnij imię i nazwisko zapomnij wszystko/ i tylko uciekaj jeśli ci życie/ miłe. Jego bohater to nadwrażliwiec, który nie mieści się w obrębie systemu, nie godzi się na jakiekolwiek wtłoczenie. Jest jakby chodzącym wyrzutem sumienia, nieustającym zagrożeniem dla różnorakich służb wyposażonych w syreny, sygnały, dzwonki alarmowe. Jego samoświadomość jest jego skarbem, ale też zapowiedzią kłopotów, potencjalnego zderzenia z funkcjonującą stale machiną dehumanizacji. Musi uciekać, by zachować swoją odrębność, musi błąkać się po zakamarkach miasta, by nie zgubić siebie w sobie. Musi – jak adresat dedykacji, Marian Czuchnowski – zamykać się w odosobnieniu, trafiać do coraz bardziej wynaturzonych przestrzeni, przeglądać się w zimnych szybach kolejnych piekieł. Oto świat połowy lat siedemdziesiątych w Polsce i zarazem każdy świat przygnieciony cieniem totalitaryzmu – oto gorzkie dary wyniesione na  światło dzienne/ dobijające się swych praw sponiewieranych/ wyrzuconych poza nawias serca które dusi się/ w strzelistym potoku krwi/ zwycięzcy z pola bitew wracający boso/ umierający w pogoni w klinikach dla psychicznie/ chorych w listach w listach oczekujący jeszcze/ wieści do ostatniego tchu uciekający pod osłonę/ wierszy. Zderzenie z utopią komunizmu było dla pokolenia Kryszaka przeżyciem traumatycznym i wielu spośród uczestników tego bezkrwawego buntu kończyło na marginesie ludzkim, wielu docierało do kresu ludzkiego doświadczenia, wielu zatracało się w wędrówce donikąd. Ale nawet wtedy ich bunt był aktem heroizmu, ostatecznego przeciwstawienia się złu. Pozostały wiersze, którymi nie można manipulować i legenda straconego pokolenia, które w swym maksymalizmie bliskie było odwagi i poświęcenia tych, którzy walczyli z karabinem w dłoni o nowy świat. Tutaj karabinem była świadomość, nie poddająca się manipulacji, a pociskami wiersze, odważnie głoszące wieść o trwającym już pożarze świata.

Każdy bunt ma swój moment początkowy, przesilenie i moment krytyczny, każda rewolucja – nawet ta bezkrwawa – obraca się w końcu przeciwko jej dzieciom. Tak też stało się z przedstawicielami pokolenia Nowej Fali, którzy zagadali się na śmierć, a potem, kiedy nadeszła wolność, zamilkli, nie mieli o czym mówić. W kontekście ich doświadczenia, poemat Kryszaka nie stracił na swojej wartości, bo mówił o świecie w kategoriach ostatecznych. Widział cele doraźne, widział wynaturzenia systemowe, ale przecież zawsze punktem dojścia był dla niego człowiek i rodząca się w nim, a potem wyciskająca piętno na jego umyśle samoświadomość. Tak – zaczynając od ironii i buntu w stylu hipisowskim, od munduru dżinsów i chlebaka na ramieniu – poeta ustrzegł się pułapek, jakich niestety nie zauważyli niektórzy przedstawiciele jego generacji. Poszedł raczej tropem Herberta i Miłosza, a kolejne, mieniące się kolorami tęczy fetysze, pozostawiał za sobą. Tak też doszedł do wiedzy bolesnej, ale i ocalającej najintymniejszą cząstkę, jaka jest w człowieku, tak odnalazł głębię języka i dykcję poetycką, odbijającą jego wrażliwość, tak mógł w wierszu napisanym u końca wieku powiedzieć: Szukajmy w rzeczach naszych cieni naszych./ Niech powiedzą, że czas nie panuje nad nami./ Światło poruszone miękko skrzydłem ptasim/ Rozbiega się tańczącymi w powietrzu obrazami./ Oto nasz świat. W nim jesteśmy młodzi./ Budzimy bezsenni ciągle jasność dnia. U końca stulecia, w ostatnim wierszu tomu Czwarta dekada, sumującego doświadczenia poetyckie i życiowe, autor znacznie poszerza perspektywę, wskazuje też inne motywy, które zawsze były obecne w jego liryce, szczególnie nawiązywanie do odkrywczych tropów Czechowiczowskich. Lata siedemdziesiąte były czasem buntu, a zarazem niezwykle skupionego szukania swojego miejsca, wyznaczania drogi, którą trzeba będzie iść, koniec stulecia dał możliwość spojrzenia za siebie.

Fotografia i popiół

Taką inną próbą znalezienia swojego  m i e j s c a  w świecie i wyznaczenia      c e l u    było dla poety szukanie rodzinnej genealogii, wracanie myślą do podwórka i domu na bydgoskim Szwederowie, przywracanie do życia w poezji członków rodu, którzy są już w innym wymiarze. Oto w wierszu pt. Album rodzinne: Wuj pochylony nad sztalugą/ maluje martwą naturę z czerwonymi jabłkami, a poeta wpatrzony w powstające dzieło i zasłuchany w opowieść o malarstwie Poussina, jakby jeszcze nie rozumie na czym polega wyjątkowość tej sytuacji, jakby buntuje się, broni czystej fikcji bezprzedmiotowego widzenia. Jakby nie umie jeszcze pogodzić ze sobą wszystkich szczegółów, nie stać go na taką refleksję, jaka pojawi się w liryku po latach. Ale wracanie do tamtych chwil jest ważne, bo jest poszukiwaniem dziecinnej i zarazem poetyckiej wrażliwości. Poeci przecież nie biorą się znikąd, zawsze ich świadomość rodzi się z bólu, z bolesnego pęknięcia, z nakładania się na siebie warstw egzystencji i doświadczenia, ze zderzenia niedojrzałości i budzącej się gwałtownie świadomości świata i samego siebie. Dopiero po latach zwykłe zdarzenia, banalne odgłosy i owo przebywanie w towarzystwie wuja, nabierze prawie sakralnego charakteru, dopiero wtedy pojawi się nieomal malarska perspektywa: Nad kanałem korony drzew jak chmury/ nisko wchłaniają smród płynących odpadków/ i z ulicy długiej o szyby uderza zgrzyt tramwaju/ a wuj szczęśliwy wyjmuje z duchówki/ dzbanek mocnej czarnej kawy. Upływ czasu jest rodzajem eutanazji, której nie można powstrzymać, której nie sposób się przeciwstawić. Dawne wydarzenia, fakty z życiorysu, gesty i głosy, pozostają za nami, coraz odleglejsze, coraz mniej wyraziste.

Poeta patrzy na fotografię bliskiej mu osoby i dokumentuje w wierszu szybkie oddalanie się dawnych wzruszeń, Uczuć i łez, charakterystycznych cech głosu, może to babcia, a może ktoś inny; w wierszu pt. Fotografia, nie znajdziemy bliższych wskazówek, ale przecież sytuacja jest modelowa i odnosić ją można do każdej rodziny, do wszelkich więzi międzyludzkich. Tak jak nieubłaganie znikają kolejne kształty na starej, blaknącej fotografii, tak w naszej pamięci coraz bledsze są przeszłe zdarzenia: To było. Ale teraz jest tylko światło,/ które powoli, sobie jedynie znanym sposobem,/ wchłania do wnętrza fałdy sukni, korale na szyi/ nieuchronnie zbliża się do twarzy./ W niej oczy jeszcze nie tracą nic z czerni/ retuszowanej przez małomiasteczkowego fotografa./ jakby wiedział, że gdy znikną wszystkie kształty,/ zarys postaci i meble, zostaną one, śledzące mnie/ z czułością, gdy wszystko w świetle wiekuistym/ ubywa. Jakież to bliskie sytuacji człowieka i stale zanikającego w jego losie śladu, nagłego wzruszenia. Pozostają w naszej pamięci zaledwie okruchy, jakieś drobne cząstki, elementy budowanych przez lata struktur. Bez refleksji, bez zadumy nad sobą znikły by bezpowrotnie, bez utrwalenia w wierszu straciłby swój wyraz, znalazły się w lamusie straconych lat.

Także wiersz pt. Życiorys (1979) przynosi podobną perspektywę i jest próbą zachowania, dla poety, i dla jego czytelnika, rzeczywistości, której już nie ma. Wraca obraz rodzinnego domu, przypomina się kilka wyrazistych elementów, które stanowiły o jego charakterze, wraca wspomnienie faktów pierwiastkowych dla życiorysu i dla kształtującej się wrażliwości dziecka: w moim domu rodzinnym jak tylko pamiętam/ nie było biblioteki ani też cennych obrazów/ na ścianie przy łóżku zielono lśniły wieże marienburg/ i ktoś uskrzydlony nie pozwalał dziecku wdrapać się/ na zarosły dzikim winem mur/ wszystkie książki ojciec spalił czterdzieści lat temu/ i odtąd uznanie miał jedynie dla sztuki/ upinania włosów i uprawiania ogrodu. Tutaj, w tym świecie logiki i ojcowskiego prymatu, wszystko miało sens i wszystko składało się w kształt enklawy, bezpiecznego zakątka pod bacznym okiem Anioła Stróża. Tutaj nie było jeszcze miejsca na bunt, a spalenie książek przez ojca było równie ekscytujące jak jego sztuka upinania włosów i uprawiania ogrodu. Tutaj szeroko otwarte oczy dziecka chłonęły świat, tu rodziła się wrażliwość poetycka i powoli kształtowało się przeznaczenie. Świat jawił się jako ciąg zdarzeń logicznych i skończonych, jako schron pełen matczynego ciepła i opowieści o chwalebnych czynach ojca. Tylko wspomnienie wojny wnosiło element chaosu, ale i wtedy zdarzenia wracały na skrzydłach mitu, oprawione w serdeczne słowa: och jaki ojciec był przystojny w nowym mundurze/ mówi matka i przymyka oczy/ czasami tylko ojciec sięgał po skrzypce/ i długo w milczeniu próbował dźwięku/ dawno rozstrojonych strun/ och jak ojciec twój pięknie maszerował w nowym mundurze/ a potem musieliśmy uciekać spać w polu przy drodze/ wróciliśmy późną jesienią dom stał nieporuszony/ u sąsiadów z naprzeciwka pocisk armatni/ wyrwał ścianę sypialni.

 Retrospekcja u Kryszaka odgrywa bardzo ważną rolę i jest elementem jego postrzegania człowieka. Opowiada zatem on swoje losy, przywołuje zdarzenia, tak jakby w jego dochodzeniu do poetyckiej dykcji, w jego kształtowaniu się lirycznej wrażliwości, była droga każdego, idącego ku samoświadomości bytu ludzkiego. To także immanentna cecha tej liryki – mówienie o próbach integralności, o uporczywym marszu ku chwilom spełnienia, poczucia zamykania się kolejnego etapu. Często też w wierszach tych pojawia się paralela – coś dalekiego przedstawiane jest w opozycji i zarazem łączności z czymś bliskim, coś obcego wyciska swoje piętno na czymś czułym. W liryku pt. Pamiętnik, chłopcu z podwórka przeciwstawiony został trzydziestoletni mężczyzna, świadomy swojego losu i wracający myślą do chwil dorastania, jak do czasu bezpowrotnie straconego i zarazem – na zawsze w wierszu odzyskanego: Mężczyzna trzydziestoletni myśli o sobie w czasie przeszłym./ Wsparty o ciepłą ścianę domu/ z głową ukrytą w złocistej mgle/ jest chłopcem zasypiającym w słoneczne południe/ utrudzony gonitwą/ skokami czujnym pochodem/ tropiciela przemieniającego ciasne podwórko/ w dno górskiego wąwozu na którego zboczach/ płoną nieprzyjacielskie ognie wybuchają odbite/ w szybach okiennych iskry/ podchwytuje ich bezgłośne sygnały/ śni. Przeszłość jest dla poety snem, który mówi o jawie językiem symboli i metafor, językiem dziecka przemienionego w magiczny sposób w mężczyznę. Czuje on, że tamten czas, tak szybko stracony, tak natychmiast oddalający się w dziecinnej nieświadomości, był czasem świętym, bliskim Bogu i eschatologii, którą pojmie dopiero człowiek dorosły: Wyciąga do nas szczupłą dłoń dojrzewającego mężczyzny/ z ukrytym w niej pamiętnikiem trzydziestoletniej podróży/ kruszą się jego białe rozsypujące się w złotym żarze kartki/ i tylko palce brudzi tłusty rdzawy pył. Ten pył, ten rdzawy popiół spalonych kartek dni, to metafora ludzkiego istnienia, to dotykalna rozpacz, dotykalny czas przeszły. Tylko to zostaje, tylko to daje się dotknąć, choć przecież wystarczy byle powiew wiatru by nawet popiół przepadł bezpowrotnie. Człowiek niczego nie utwierdzi, niczego nie doprowadzi do końca, może jedynie myśleć o wirze, w którym się znalazł i z którego nie ma ucieczki – może jedynie kontemplować swoje ulotne istnienie:  Porwał mnie bieg wydarzeń./ Teraz w każdym z nich szukam cząstki siebie./ Rozgrabiony przez czas./ Roztrwoniony przez bliskich i przyjaciół,/ a także przez tych którym nie umiałem odmówić/ swej obecności./ Zaczytany przez książki,/ Milczący przez zachwyt, gorycz i nadzieję./ Jestem./ Jestem/ suchym szelestem ruchliwego powietrza,/ które wciągam do zmęczonych płuc./ I nie wiem/ dokąd te drobiny pędzą. Człowiek musi poddać się wirowi, ale powinien pośród niego szukać drobin przeszłości i teraźniejszości, musi ocalać w nim siebie i wszystko, co w nim się skumulowało, musi przeciwstawić się nicości, musi szepnąć: ergo sum; poddający się pędowi, rzucany przez wir, ale integralny w sobie, będący pewnym swego cogito…

Słowik i szpak

W 1819 roku, angielski poeta romantyczny John Keats napisał swoją zdumiewającą Ode To a Nightingale[1], w której przekazał w śpiewie tego ptaka całą wiedzę o stworzeniu i kosmicznej egzystencji człowieka. Widzi on piękno świata, ale cierpi też niewymowne męki z powodu swojej wrażliwości – dlatego pragnie samounicestwienia. Patrząc w ciemność i wsłuchując się w śpiew słowika, mówi: Darkling I listen; and for many a time/ I have been half in love with easeful Death,/ Call’d him soft names in many a mused rhyme,/ To take into the air my quiet breath;/ Now more than ever seems it rich to die,/ To cease upon the midnight with no pain,/ While thou art pouring forth thy soul abroad/ In such an ecstasy!/ Still woulds thou sing, and I have ears in vain –/ To thy high requiem become a sod.[2] Wiersz Keats’a należy do najpiękniejszych liryków jakie człowiek kiedykolwiek stworzył, będąc wyrazem piękna najczystszego, jest też manifestem romantyzmu, istnienia wrażliwego i stale szukającego potwierdzeń wrażliwości. Cóż może łączyć poetę urodzonego tuż po II wojnie światowej, a potem badacza literatury dwudziestego wieku, z subtelnym angielskim romantykiem. Na pewno, łączy poetyka wyznania, konfesji poszukującej odpowiedzi na podstawowe pytania ludzkiej egzystencji, ale łączy też wiersz o takim samym tytule. W 1990 roku Janusz Kryszak napisał swoją Odę do słowika, co nie powinno dziwić, bo ptaki zawsze przyciągały jego uwagę i pojawiały się w innych jego utworach, były metaforami i cząstkami porównawczymi. Tutaj rdzawy ptak stał się powodem do przeprowadzenia paraleli pomiędzy jego losem, a losem poety. Ptak, ukryty w liściach i dający o sobie tylko znać pięknym głosem – poeta, na powierzchni/ widoczny cały/ i nic [go] nie chroni przed jutrzejszym ranem; dwa byty, które istnieją w różnych zakresach doświadczenia, ale które są taką samą tajemnicą. I choć minęły prawie dwa stulecia od czasu, gdy Keats napisał swą odę, nic nie zmieniło się w zakresie poznania człowieka, nic nie zmieniło się w zakresie tajemnicy                         i s t n i e n i a.   I słowik, i człowiek: Dzieje widzi/ a sam nie ma dziejów/ tylko wysiłek i nawyk natury/ powtarzającej mozolnie to samo wcielenie/ od niezliczonych pokoleń. Zapatrzenie w noc i zasłuchanie w pienie słowika, tak romantyczne i poetyckie, jest u Kryszaka zarazem potwierdzeniem, że poezja jest dla niego rewirem piękna absolutnego i eschatologicznego. To jakby jeszcze jedno ważkie dopowiedzenie do wierszy, które zostały wyżej wyodrębnione i wskazane jako przykład poetyckiego drążenia kresu, dochodzenia do ostatecznych prawd i rozwiązań. Poezja Kryszaka ma w sobie coś z ducha romantycznej poezji angielskiej, równie często ucieka się do poetyki wyznania, pokazuje człowieka na łonie natury i czyni z niego jej oś symetrii. W takim kontekście liryka ta bliska jest też nowoczesnej poezji amerykańskiej, która często do angielskiego romantyzmu się odwoływała, a nawet starała się go imitować.

Do angielskiego romantyka nawiąże jeszcze raz poeta, gdy napisze wiersz pt. Dom Johna Keatsa, w którym odnotuje w sposób zdumiewająco konkretny upływ czasu i nieustający ruch w świecie widzialnym i niewidzialnym. Pytanie retoryczne stanie się tutaj podstawą szerszej refleksji z zakresu ontologii: Co zostaje?/ Nad głową biel sufitu/ i łuska tynku odpadła od ściany./ Żadnego wołania/ Co zostaje?/ Łóżko sztywne wysoko zasłane/ i mucha która wolno idzie po martwej pościeli./ Żadnej litości dla zdumionych ludzi. Poeta wkracza do domu Keatsa niczym do świątyni nieistnienia, szuka drzewa za oknem, na którym siedział ów uwieczniony w odzie słowik. I choć drzewo wycięto przed wielu laty, stale słyszy jego szum, stale też słowik/ skryty w gęstym listowiu suchego powietrza/ woła, niestrudzenie woła,/ mijających ludzi. To jest szum spoza śmierci i śpiew odwiecznego przemijania, rozpływania się w wieczności, dochodzenia do kresu. Gdzież lepiej dałby się słyszeć ów szum i ów śpiew, jeśli nie w domu tego romantyka? Poeta odwiedza miejsce, gdzie z równą intensywnością inny człowiek odczuwał kiedyś nieprzystawalność bytu i ludzkiego doświadczenia, rozwarstwienie wewnętrznej wrażliwości i zakresu zmysłów. A wszystko za sprawą ptaka, który tak zauroczył śpiewem angielskiego romantyka; wszystko za sprawą ornitologicznej wrażliwości współczesnego romantyka, który – jak zostało już powiedziane – jest niezwykle wyczulony na te skrzydlate stwory. Przygląda się przybyciu Klucza dzikich gęsi do miasta; widzi  jak chłopcy schodzą z okolicznych wzgórz prowadzeni świergotem/ coraz niżej kołujących jaskółek; widzi ptaka wiosennego, który upada nagle/ z kroplą krwi przepełniającą rozwarte gardziołko; jest też w jego poezji Ptak znany […] tylko z przeczucia/ z – nie dającego się słyszeć – milczenia/ skrzydła prostuje w zachłyśniętych sobą ustach/ Nic wypełniające najmniejszą szczelinę/ wciśnięte między włókna powietrza/ nic które – zdaje się jednak – napinać/ mięśnie przestrzeni. Ten ptak–nic i ptak–nieistnienie spokrewniony jest zapewne z innymi skrzydlatymi tworami, o których mówi poeta w wierszu pt. Życie wewnętrzne: W połowie października słucham głosów niewidocznych ptaków;/ po dwa, po trzy stukają w zamknięte drzwi powietrza. One są bytami idealnymi i egzystują pośród myśli poety, one współtworzą krajobraz nieistnienia, one bolą równie mocno jak przedłużające się oczekiwanie na bliską osobę. W takich chwilach: światło przezroczyste otwiera niski horyzont, kawki i gaw–/ rony niosą na skrzydłach mokre powietrze strząśnięte z wierz–/ chołków drzew. Między doświadczeniem a zwodniczą prognozą/ pali się krótko, w szczelinie narodzin, dzień. Takie ptaki są bliskie metafizyki Keatsa i jego słowika, lokują się gdzieś na granicy percepcji i marzenia sennego, ale przecież równie blisko jest skrzydlaty gość z wiersza Do szpaka, napisanego dowcipnie, ale z tak charakterystyczną dla Kryszaka nutką goryczy: Twoja zapobiegliwość budzi zdumienie/ podobnie jak niezrozumiała wierność/ tajemnemu nakazowi, by każdego roku/ wracać w to samo miejsce wyznaczone/ pochyłością dachu, linią parapetu/ i futryny okna./ Jeszcze w powietrzu snują się srebrne nitki zimy,/ a ty już stukasz, niecierpliwy, pazurkami,/ okiem nieruchomym zaglądasz do mnie przez szybę./ Powrót oczekiwany przeze mnie znowu więc spełnia się/ i patrzę zdumiony z jaką pilnością przygotowujesz przylot ukochanej. Smutek przebija przez to przedstawienie, tak jak owe nitki zimy przetykają pierwsze dni wiosny, a szpak staje się wyrazicielem wielkiej tęsknoty za ciepłem, chęcią uwicia sobie gniazda i zamieszkania w nim z ukochaną. Ale, żeby do tego doszło musi minąć czas, pory roku muszą nadejść i wypełnić się, trzeba odbyć długą podróż ponad granicami i wrócić do tego jednego, najważniejszego miejsca na ziemi. Równie zdumiewające jest owo przywiązanie ptaka do miejsca i oswojenie z człowiekiem, powrót „do domu” i powtarzający się „dialog bez słów”, stukanie pazurkami, zaglądanie przez okno. Istnienie tego szpaka jest inne niż słowika Keatsa, bo jest w nim ciepło, myśl o powrocie do gniazda, o odnalezieniu punktu zaczepienia w obcej przestrzeni. To jakby streszczenie poetyckiej  filozofii  Kryszaka, w której podobne poszukiwania i podobna   p o t r z e b a    c i e p ł a   są zawsze na pierwszym miejscu, zawsze w kontekstach ludzkich. I niosą obietnicę ocalenia…

Drzewom podobny

Wyobraźnia Kryszaka funkcjonuje na zasadzie kontrastów i wyrazistych opozycji. Dynamice i przemieszczaniu się ptaka przeciwstawia się w niej symboliczny dom i mocno utwierdzone w przestrzeni drzewo. To ostatnie staje się jakby filarem całej konstrukcji imaginacyjnej, podtrzymuje strop świata i bywa równie tajemnicze jak inne atrybuty czy przestrzenie znaczące w tej liryce. W tym świecie: Drzewo ma łuskę szarą/ i korzenie nagie wystają/ z przykrytej mrokiem ścieżki, a rzeczywistość rzadko odsłania przed poetą swoje konstrukcje, częściej rozsnuwa woale, częściej jawi się w rozmazaniu, rozmyciu. Może dlatego nowy dzień jest dla poety niewiadomą – Rano/ drzewo za oknem/ zdaje się być jeszcze bardziej zmęczone/ obojętne i apatyczne/ trawi samotnie swój niezrozumiały los/ Jego popękana głęboko skóra/ prawie odsłania/ wyschnięte na wiór ciało/ nawet schwytane w światła dnia/ pozostaje w cieniu/ Mam je teraz na oku/ i nie pozwalam wymknąć się z pola widzenia/ gdy monotonny pochód sunących wolno drobin czasu/ wprawia jego i mnie/ w drżenie. Drzewo jest ważkim elementem w grze z mobilną świadomością, domaga się nieustannego utwierdzania w chybotliwej przestrzeni, łaknie twardości i wnikania w grunt, bo może istnieć tylko jako twór statyczny. Może dlatego poeta tak chętnie od niego zaczyna budowanie swoich krajobrazów lirycznych, może dlatego wczepia się w jego kształty – twarde i trudno poddające się erozji. Ono jest dla niego azylem i do niego buduje apostrofę: Lipo bezpłodna brzozo/ i ty wątły jak rąbek światła na jeziorze/ krzaku bzu/ czuwajcie/ nad mym krótkim snem; do niego zwraca się bezpośrednio, w nim widzi potwierdzenie istnienia pośród zmienności i nieustającej metamorfozy: Pilnuje mnie drzewo za oknem/ ono jedno jest wytrwałe/ niespiesznie i z wysoka chwyta w światła/ mój mijający czas. Drzewo dla poety jest przeciwieństwem ludzkiej ułomności, nietrwałości, śmierci na wyciągnięcie ręki. Przeciwstawia się wiatrom i deszczom, stoi dumnie na przekór zmieniającym się porom dób i lat, symbolizuje siłę i spokój, wytrwałość rzadko pojawiającą się w świecie ludzkim. Ale drzewo Kryszaka jest też tajemnicą i w tajemniczym rytuale trwania uczestniczy. Wtedy: Las się powtarza w jeziorze/ i jego cienie coraz bliżej/ zamykają widnokrąg, wtedy Światła bezładne lecą przez drzewa i nie milknie wokół las. Wtedy wszystko przeraża i onieśmiela, wszystko zdumiewa – Za oknem skrzypi drzewo/ w srebrzystoszarej korze bukowej. […] Drzewo wycięto przed wielu laty/ i odtąd stoi ono niewzruszone; wszystko każe patrzeć na naturę jak na rozgrywający się poza percepcją spektakl. Tutaj: Starodrzew chroni. W cieniach niezliczonych/ trzepot ptasi, tu jodły i świerki z brzegów zapomnianych rzek, tu  gałąź żywa odpada od drzewa, tu wreszcie Stoi gotowe. Drzewo Judaszowe. Zwykle tego rodzaju topiczne motywy mają jakieś odniesienia w świecie przeszłym, w dzieciństwie i  w czasach kształtującej się dopiero wyobraźni. W poezji Kryszaka znajdziemy takie drzewa, które mogą być archetypami jego naturalnego wzorca,  jego  wytęsknionego    d r z e w a   l i r y c z n e g o.  To tam lokował się cień drzewa drążący wyrwę pośrodku hałaśliwej ulicy; tam  Na ciemnych, drzewami ocienionych murach myszkują słońca i tam To drzewo rosnące na naszym oddaleniu; jego listki/ wędrowne, dochowujące wierności. Ów kształt z przeszłość, ów archetyp tkwi tak silnie w wyobraźni poety, że może przeciwstawić się nawet najwspanialszym tworom natury, najpiękniejszym drzewom świata. Wtedy powie on: Nie ekspresyjne cedry, sekwoje o miedzianobrązowych pniach,/ bananowce, papirusy i kolczaste bukszpany. Nie rododendrony/ i uzbrojone araukarie, ale grusze japońskie rozpięte na murze./ Ich ból, miesiącami nie ustępujący ból rozciąganych absurdalnie/ tkanek. Poetyckie drzewo uczestniczy zatem we wzrastaniu, w dojrzewaniu człowieka i kształtowaniu się jego świadomości. Jest wtedy punktem oparcia i utwierdzeniem, którego domaga się chybotliwy byt. Poeta przypatrując się gałęziom i pniom, zaczyna rozumieć, że jest  D r z e w o m    p o d o b n y.  Bezlotny, ginie i ciężkim piaskom/ przypisany. Wczepiony kurczowo w to, co mu dane, nie szuka/ miejsca obok, wydaje mu się ono niepodobieństwem. Jest kimś, kto myśli i kimś, kto przemija, ale też jest kształtem, tak jak drzewa zaznaczającym swoją obecność w świecie, walczącym o utrzymanie swojego statusu. To w nim i w jego świadomości na przemian rośnie i obumiera/ przezroczyste drzewo/ rzeczywistości, to w jego imaginacji kształt przyobleka się w treści doskonałe, staje się bytem archetypicznym, wypełnia bolesne luki. Bytując stale na skraju światów, drzewo tej poezji czasem jest cząstką senną, onirycznym dopełnieniem mknącego gdzieś obrazu. To wtedy z topoli na topolę/ niespokojny sen przegania wrony, i wtedy nisko przesuwający się za oknem cień/ spłoszonego światłem drzewa jest/ powiernikiem lęku przed idącym nieubłaganie/ dniem, może też wtedy wiatr, pasterz niecierpliwy,/ przegania z miejsca na miejsce/ suche liście klonów, może wtedy słychać Drewniane z pragnienia głosy ptasie. We śnie drzewo liryczne staje się kształtem symbolicznym i ma wpływ na jaźniowe metamorfozy. Deformuje i kształtuje, odkształca i dopełnia, a nade wszystko wchodzi w interakcję z oniryczną przestrzenią. Poeta czuje się wtedy dziwnie, ale nie oponuje, poddaje się tym drzewnym przekształceniom, współtworzy je swoją jaźnią i zarazem uczestniczy w nich najpełniej. Po przebudzeniu relacjonuje w wierszu to, czego był świadkiem i czego doświadczył. Jakaś siła unosiła go w górę i czuł, że jest poza czasem: Wierzchołki drzew, na które patrzę z wysokości/ mijających czasów odmieniły barwy i nie mogę zatrzymać mego/ spojrzenia. Tutaj jeszcze był jakby na zewnątrz, w świecie, który można oglądać, analizować, ale już niebawem został wstrzelony do jego wnętrza: I oto/ stoję we wnętrzu przezroczystego drzewa/ nade mną suchy obłok/ odmierza czas. Tutaj prawa fizyki nie obowiązują, a wręcz niezbędne jest ich zawieszenie, odrzucenie, może nawet ironiczny do nich stosunek. Z wnętrza przechodzi się do zewnętrzności i zaraz wpada się w kolejną przepaść jaźniowości, znowu relacjonuje się tajemne doświadczenia: Drzewo widziałem/ wyraźne/ jakby dopiero wyjęte/ z krystalicznie czystego powietrza/ jeszcze drżało/ z delikatnym rysunkiem pojedynczych liści/ i więcej nic, przypomina się gorzkie i sakralne fakty z życia: szedłem z córką/ przez wycięty las potykając się/ o porzucone na ścieżkach gałęzie; przywołuje się jakieś pierwiastkowe chwile: Było po burzy/ rozłupane na dwoje drzewo zastąpiło idącym drogę; opowiada się o onirycznych lękach: Nocą i we dnie wraca do mnie uporczywy sen:/ rozległy sad, niebo aż białe od kwitnących drzew. Sen jest u Kryszaka przestrzenią erotyczną i drzewo bywa wtedy symbolem fallicznym, rzeczywistość senna domaga się spełnienia, w wirze obrazów wytrwale szuka kobiety. Tak też jest w chwili, gdy – gałązkę  leszczyny nie w porę rozlistnioną/ ściga głos kobiecy nocną nagością nadal odmieniony/ i bezbronną,/ spod śniegu tak czule odkrytą,/ do ust podnosi. Ta kobieta skojarzona z drzewem jest wyzwaniem dla wyobraźni, a zarazem jej wytworem, jest jakby codą przestrzeni i natury, rymem dla piękna: Tylko dla niej ta ulica wysadzana topolami, drżących cieni wonny liść, tylko ona może rywalizować z ostatecznością ich kształtów, tylko ona zasługuje na takie wyznanie: Drzewom i jezioru na wieczne przemijanie/ powierzam czysty obraz kobiety i mężczyzny/ gdy brną przez wodę/ w siebie zapatrzeni. I o ile ptaki dynamizowały wyobraźnię poetycką Kryszaka, to drzewa są jakby jej lustrem magicznym, z natury rzeczy statycznym, ale też stymulującym ruch obrazów, generującym pojawianie się nowych metafor. Są żywym tworem, reagującym na dotyk, jakby przezywającym kontakt z człowiekiem, tak jak wrażliwa istota ludzka przeżywa zbliżenie z innym kochającym bytem: Kiedy dotyka drzewa drży ono i pod suchą korą każde włókno na/ moment zamiera. Tutaj łączy się wrażliwość poetycka i genetyczny ogląd świata, tutaj człowiek staje się immanentną cząstką natury, czasem rzucaną przez wiatr jak rdzawy pył, czasem jak zarys kształtów/ ukryty w zwiniętym wnętrzu łuski nasienia/ nie narodzonego jeszcze drzewa. Tutaj zbiega się wrażliwość i czysta liryka, tutaj rodzi się poezja…

 

 _______________

[1] J. Keats, Oda do słowika. Poeta ten żył w latach 1795–1821 i w swoim krótkim życiu stworzył wiersze, które dały mu miejsce pośród największych poetów europejskiego romantyzmu.

[2] Oda do słowika, cz. VI, przeł. J. Pietrkiewicz [w:] Antologia liryki angielskiej 1300–1950, Warszawa 1987: Słucham w ciemnościach. Często na pół zakochany/ Byłem w śmierci kojącej. Do niej słałem pienie,/ Przyzywając ją słodko przez rym zadumany,/ Iżby wzięła w przestworze ciche moje tchnienie./ Teraz – zda się – do śmierci czas najbardziej gotów,/ By o północy odejść – bez mąk – w pokój wieczny,/ Gdy ty duszę wylewasz swą, natchnieniem parną,/ Gdy drżysz w ekstazie śpiewnych wzlotów./ Lecz wiem: trel by nie ustał. Słuch bezużyteczny/ Twego Requiem nie czułby przez darń cmentarną.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: