CZARNY NEFRYT (2)

Czao wracała z gór, gdzie wydoiła kozy i dokładnie oczyściła niewielką zagrodę dla zwierząt. Nie lubiła siąpiącego deszczu, ale musiała wykonać swoją codzienną pracę, bo każdy w jej rodzinie miał jakieś obowiązki. Wczesnym rankiem pięła się ścieżką po stromych zboczach i docierała do niewielkiej polany, gdzie pasły się dwie owce, trzy kozy i biały jak. To było ogromne bogactwo, ale Tang, jej ojciec był jednym z najzamożniejszych ludzi we wsi, dobrze żyjącym z sąsiadami, z bezwzględnymi poborcami podatków, groźnymi żołnierzami i cesarskimi urzędnikami. Nigdy niczego nie zatajał, dawał więcej, niż musiał, nigdy nie zalegał z opłatami, a na stole dziesięcioosobowej rodziny nie brakowało ryżu, koziego i owczego sera, mleka i owoców, a zdarzały się też obfitsze posiłki, z mięsem i gotowaną rybą. Czao bardzo kochała swojego ojca, który był dość wysoki, miał równe białe zęby, kruczoczarne, dziwnie puszyste włosy. Największym uczuciem darzyła jednak matkę i dziewięcioro rodzeństwa, cztery siostry i trzech braci, spośród których najwięcej czasu spędzała z najmniejszym i najzabawniejszym, zaledwie trzyletnim Luo. Śmiech często gościł w dużym domu Tanga, a gdy gospodarz siadał na ławce, na ogrodzonym glinianym murem podwórku i zaczynał grać na èrhú, zbiegało się wiele dzieci ze wsi i wielu dorosłych zatrzymywało się, by wysłuchać nowych utworów, skomponowanych ostatnio przez niego. Szesnastoletnia Czao często wtedy podśpiewywała, a że miała krystalicznie czysty głos, pieśń niosła się daleko, obijała się o wzgórza, docierała do pól ryżowych na tarasach, a nawet biegła ku odległej rzece, gdzie w łodziach siedzieli rybacy. Iluż młodzieńców prostowało się wtedy na polach, iluż odsłaniało w uśmiechu lśniące zęby? Ale któż nie chciałby takiej żony, któż nie śnił o pięknych ustach i dłoniach tej młodej kobiety, któż nie marzył o nocach spędzonych z nią, o cudownej gładkości skóry, o włosach czarnych jak węgiel i oczach tajemniczych, zawsze przysłoniętych mgiełką długich rzęs. Wszystkie dzieci Tanga były bardzo urodziwe, bo połączyła się w nich uroda gospodarza i jego żony Li, niegdyś także bardzo pożądanej przez młodzieńców i często pojawiającej się w opowieściach przy ogniskach, na targach i podczas niewielkich męskich zgromadzeń, jako synonim piękna i delikatności. Czao cieszyła się, że wraca do ukochanego domu ze świeżym kozim mlekiem, miała też nadzieję, że przechodząc koło lepianki starego kowala, zobaczy jego najmłodszego syna Aia, w którym była nieszczęśliwie zakochana. Bała się powiedzieć ojcu o nim, bo był bardzo ubogi, a jedynym jego bogactwem była młodzieńcza uroda i piękna budowa ciała, wyćwiczonego podczas ciężkich prac kowalskich, zahartowanego podczas mrozu i w skwarnym upale.

Czao dochodziła już do rodzinnego podwórka i nagle dreszcz przerażenia przeszył jej świadomość. Usłyszała coś jakby rozpaczliwy krzyk najmniejszego brata i zaraz po nim spotęgowane przez echo rżenie koni. Zdziwiło ją też, że ptaki nie śpiewają, nie słychać głosów ludzkich w osadzie i nawet hałaśliwe psy umilkły – wszędzie panowała martwa, spowijająca wszystko cisza. Deszcz zacinał coraz mocniej, na niebie krążyły sępy i wielki bielik, co nie wróżyło niczego dobrego. Nie wiedziała dlaczego, ale czuła drętwienie skóry, ściśnięcie gardła w przełyku i jakieś groźne, nieznane dotąd irracjonalne przerażenie. Weszła z impetem na podwórze i natychmiast się zatrzymała, bo zobaczyła cztery konie, spośród których jednego zaprzężono do rodzinnego wozu. Krzątało się przy nim trzech żołnierzy, pakując worki z ryżem, suszone mięso oraz dzbany z miodem i mlekiem. Czao skręciła w bok i zobaczyła coś, co było najstraszniejszym obrazem w jej życiu. Na drewnianych żerdziach, okalających niewielki ogródek warzywny, zatknięte były zmasakrowane głowy jej ojca i matki, a na ziemi leżały ich martwe korpusy oraz ciała wszystkich sióstr i braci. Ogromna kałuża krwi wezbrała przed nimi i był to ostatni widok, jaki dotarł do umysłu Czao, zanim padła zemdlona. Jeszcze tylko gdzieś z dali, jakby z innego świata dotarły do niej wynaturzone, jakby wypowiadane w zwolnionym tempie słowa:

– Jeszcze jedna… Co z nią zrobić, panie Wang? Zobacz jaka ładna…

Poborca i jego banda, egzekwując karę za niezapłacony podatek Yao Minga, skorzystali z okazji i napadli na domostwo bogatego Tanga. Szybko i sprawnie zabili rodzinę, a głowy matki i ojca, zatknęli na ogrodowych drągach. Każdy z nich zabił dwie, trzy osoby, więc morderstwa trwały ledwie chwilę, a najwięcej kłopotu było z maluchem, który sprytnie uciekał i próbował omijać oprawców. W końcu go jednak złapali, przebili mieczem brzuch i chłopiec wrzasnął z przerażenia. Zabójca rzucił jego drgające konwulsyjnie ciało na resztę zwłok i poszedł rabować domowe mienie. Wang nie wiedział, że gliniany mur miał sporej wielkości dziurę, przez którą wlatywały czasami szczygły i sikorki, a teraz lśniły w niej czarne oczy starszego syna kowala, który chciał popatrzeć na wracającą Czao, a stał się mimowolnym świadkiem zbrodni. Zobaczył też, że po grabieży i spakowaniu łupów, Wang podszedł z dwoma żołnierzami do leżącej dziewczyny i wyciągnął z pochwy miecz. Już miał uderzyć z ogromną siła w jej szyję, gdy zatrzymał ostrze w połowie ruchu. Serce Aia stanęło na chwilę i poczuł, że włosy unoszą mu się na głowie, a zimny pot zlał całe jego ciało. Poborca przyklęknął przy dziewczynie, odgarnął jej długie włosy z czoła i cmoknął z zadowolenia. Dawno nie widział tak pięknej istoty i natychmiast zapragnął ją posiąść, ale inna myśl przemknęła mu też przez głowę. Kazał położyć Czao na wozie i szybko wskoczył na konia. Nie wiedział, że w ten sposób ocalił życie, bo Ai wspiął się już na mur i zza wysokiej morwy celował strzałą z łuku w jego szyję. Gdy jeźdźcy oddalali się, powoli zwolnił cięciwę i patrzył przez łzy na coraz mniejszy i mniejszy wóz. Wiedział, co musi zrobić, więc zeskoczył z mokrej gałęzi na grząską ziemię i pobiegł szybko do ojca. Na ciało dziewczyny spadały krople deszczu, ale nie cuciły jej, leżała jak martwa w potokach potężniejącej stale ulewy.

Czao widziała we śnie wielka wodę zbliżającą się do niej. Wskoczyła szybko na skałę i spostrzegła, że potężne fale uderzają o wzgórza, ale to już nie była woda, tylko rzadka, jaskrawa krew. Na innym głazie stał cesarz, wielki jak topola i krzyczał do niej:

– Jeśli będziesz pokorna i posłuszna, pozwolę ci opanować potop!

Czao uniosła się w górę jak ptak i skoczyła na coś, co wydawało jej się wielkim kamieniem, śmiało przeciwstawiającym się odmętom. Stanęła na nim lekko, jak lądują ptaki i poczuła od razu ruch głazu. Okazało się, że był to wielki żółw, który wysunął głowę z pancerza, odezwał się do niej ludzkim głosem i zapewnił, że jej pomoże. Nagle pojawiła się nad nimi sowa i huknęła głośno:

– Musisz sięgnąć po cudowną grudkę ziemi i zbudować wielka tamę, która zatrzyma napierające wody.

Żółw kiwnął potakująco głową i skierował się na zachód. Czao usiadła na jego skorupie i patrzyła jak pomarańczowa kula słońca opada za horyzont. W końcu dopłynęli do wielkiej wyspy, na której siedziały stada żurawi i kormoranów, a na samym szczycie wzniesienia stał kozioł górski. Czao nabrała ziemi w niewielką dłoń i z powrotem weszła na skorupę. Ruszyli przez gęstniejąca ciemność na północ, skąd napływały potoki krwawej wody i dziewczyna zasnęła raz jeszcze, tym razem we śnie. Wszystko trwało jak jedno mgnienie powiek, bo zaraz się obudziła i spostrzegła słońce tronujące wysoko na niebie. Dopływali do półwyspu, z którego widać było inny półwysep, po drugiej stronie wielkiej wody. Stanęła na gruncie, podeszła do najdalej wysuniętego punktu ziemi i zanurzyła cudowną grudkę w cieczy. Ta natychmiast zaczęła się rozrastać, ogromnieć i już po paru chwilach stała się potężna jak dom, a potem jeszcze większa i większa. Wody napierały, ale ona tamowała przepływ i w końcu całkowicie zamknęła dostęp na południe. Rosła jednak dalej i stawała się wielką górą, z której wypiętrzały się szybko kolejne szczyty, łąki, zbocza. Sowa pokiwała głową i odleciała w dal, żółw zsunął się do wody i odpłynął, a Czao czuła się zdruzgotana, przybita, jakby z jej ciała wypłynęła cała energia, którą cudowna grudka spożytkowała na zatrzymanie potopu. Gdzieś z daleka dochodził do niej jakiś głos i powoli zaczynała się budzić z omdlenia. Zobaczyła nad sobą niewyraźne kształty starej kobiety, która obmywała jej twarz i nagie ciało. Chciała zerwać się i biec, ale kobieta delikatnie ją przytrzymała i dalej wycierała skórę mokrą szmatą. Czao rozejrzała się dookoła i stwierdziła, że jest w jakimś bogatym domu, a obok niej siedzi służąca, myjąca ją, a potem namaszczająca ciało wonnymi olejkami. W tej samej chwili przypomniała się jej zbrodnia na domowym podwórku i straszny ból głowy spowodował, że raz jeszcze straciła świadomość.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: