SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (III)

Yasmen Stał u wrót wielkiej doliny, nad którą latały liczne roje aniołów. Niektóre z nich krążyły jakby w kominach powietrza, inne zlatywały z góry ku wybranym punktom, a jeszcze inne wzbijały się jak ptaki ku majaczącym w dali budowlom. Wielkie granatowe góry z ośnieżonymi szczytami otaczały dolinę ze wszystkich stron, a na ich zboczach ułożyły się, niczym wielkie gniazda, zamki i zameczki ze strzelistymi wieżami, jakieś wielkie koszary niebieskie, w oknach których widać było wiele anielskich konturów. Jeden z ogromnych szczytów wieńczyło białe zamczysko, przypominające tysiące zlepionych ze sobą minaretów. Niektóre budowle jakby wrastały w niebo i łączyły się z całymi systemami mniejszych domów i domków w chmurach, na białych czapach cumulusów. I tam tętniło życie, aniołowie, jak roje meszek, ciągnęli całymi chmarami do tych chmurnych osad. Tuż przy nim latało kilku młodzieńców, krążyło nad nim, zataczało kręgi i zawisało, trzepocąc skrzydłami jak kolibry. Dwoje z nich rozmawiało ze sobą i Yasmen domyślił się, że wymieniają uwagi na jego temat. Ciekawskich przybywało i już po kilku chwilach kłębiło się nad nim rojowisko, a szum skrzydeł był tak głośny, że aż lekko pochylił się ze strachu. Każdy anioł miał piękną twarz, długie blond włosy, gęste brody, albo odkryte, delikatne, jakby pokryte niemowlęcą skórą twarze. Wszystkich spowijały szaty w różnych kolorach i odcieniach, a na nogach mieli jakby skórzane ciżemki, także różnokolorowe, także we wszystkich możliwych barwach. Tuż nad jego głową zawisł anioł w błękitnej komży i złotym obuwiu, a nieco dalej kołysał się w przestrzeni skrzydlaty byt w szacie o kolorze kardynalskim i ciżmach zielonych jak ziemska trawa. Yasmen stał w osłupieniu i patrzył to na lewo, to na prawo, to wyżej, to niżej. Czuł się odprężony i onieśmielony, a nade wszystko zdziwiony, zaskoczony różnorodnością przestrzeni, która się przed nim odsłoniła.

Ta dolina, niczym głęboka niecka w pięknym ciele, ciągnęła się od krańca do krańca Nieba. Yasmen stał na jakimś podwyższeniu i patrzył szeroko otwartymi oczyma na to, co rozgrywało się przed nim. Wszędzie latały nieprzebrane chmary aniołów, pojedynczych wojowników i całych grup, a gdzieś daleko, ze wschodu na zachód leciał przeogromny oddział. Przypominał włócznię ciśniętą z rozmachem, a jednocześnie bliski był kształtom śmigającego jeżyka. Aniołowie trzymali się swoich miejsc i ani na moment nie pozostawali w tyle. Jakaś tęskna pieśń snuła się za nimi jakby gregoriański chorał albo smutna wokaliza syreny pochylającej się nad taflą wody i lamentującej nad swoim odbiciem. Chybki oddział anielski mienił się i opalizował, przy nagłych zwrotach, tracił na chwilę część ze swego kształtu, to wnikał w Wielkie Światło, to znowu wyłaniał się niczym mroczna, purpurowa albo granatowa materia jakiegoś monstrualnego sztandaru. Pojedynczy aniołowie latali we wszystkich możliwych kierunkach i na wszystkich wysokościach, czasem na chwilę znikali w chmurach, wlatywali do domów przypominających wielkie gołębniki albo domki dla ptaków. Czasem śmigał jakiś Archanioł w poprzek doliny albo błękitny młodzieniec przylatywał ku Yasmenowi, zawisał na chwilę w powietrzu, po czym odlatywał majestatycznie w dal. Była jakaś tajemna harmonia w tym świecie, jakieś zdumiewające tchnienie dobroci i tajemnicy, coś jakby czuły szept, stale ponawiane słowo miłość, miłość, miłość… Do tego jeszcze to pulsowanie, nieomal wyczuwalne w przestrzeni, rytmiczne skurcze i rozkurcze całej rzeczywistości, odsłanianie się i zakrywanie, mruganie światła, nieustające, prawie niewidzialne zmiany w kształtach i barwach, pulsowanie świadomego siebie i cieszącego się sobą życia. W wielkich miastach chmurnych, w samotnych anielskich gołębnikach, w jaskiniach pełnych skrzydlatych postaci – wszędzie, gdzie tylko okiem sięgnąć, pulsowało istnienie, egzystencja świadoma i piękna pięknem niewyobrażalnym. To była rzeczywistość inna ziemskich rewirów, które gdzieś tam jeszcze pozostały w pamięci Yasmena, cudowna i dramatyczna, nieustannie zmieniająca się i trwała w swym majestacie, we wciąż ponawianych, niesłyszalnych uświęcających wszystko szeptach. Wsłuchiwał się zauroczony w te śpiewy bez muzyki i w tę muzykę bez słów, próbował wyłowić jakieś słowa, jakieś zdania, ale przy natężeniu słuchu zawsze wracało tylko jedno zwielokrotnione i chóralnie wzmocnione słowo  m i ł o ś ć…  Zawiesił wzrok na parze czerwonych aniołów siedzących na niewielkiej chmurze i przyciągnął ku sobie przestrzeń w której byli. jeden z nich miał czerwono–złote skrzydła i krwistoczerwoną togę a drugi miał skrzydła różowe a togę czerwono–błękitną. Obaj mieli złote ciżemki i rudziejące brody. Ich włosy, złocisto–rude z odcieniami czerwieni, przypominały syntetyczne włosy ziemskich lalek. Patrzyli na siebie z miejsc, gdzie przysiedli i rozmawiali bez słów, myśląc, że nikt ich nie słyszy.

– Zdecydowałeś się kochany przyjacielu ruszyć na tę wyprawę wraz ze mną? – pytał czerwony.

– Przecież wiesz bracie, że dla ciebie zrobiłbym wszystko… – odpowiadał łagodnie czerwono–błękitny.

– Ale to może być niebezpieczne, Pan może nas strącić w czeluść i skazać na wieczne potępienie – wątpił pierwszy z nich.

– Tajemnica wymaga poświęcenia, cokolwiek się nie wydarzy będziemy dążyć ku tajemnicy, a to nie może się nie podobać Panu – odrzekł drugi.

– Kiedy byłem jeszcze na tamtym świecie myślałem, że trafię przed złoty tron i wszystko zostanie powiedziane, wszystko odsłoni się bezszelestnie, a ja pełen wiary i wiedzy stanę w gronie tych, którzy dostąpili bycia w Nim i z Nim… Myślałem, że tutaj wszystko jest proste… – mówił czerwony.

– A ja chciałem spojrzeć Panu w oczy, chciałem oprzeć głowę na jego kolanach… byłem tak naiwny, że myślałem, że zacznę rozmowę z Nim… – rzekł z kolei czerwono–błękitny.

– On musi być tajemnicą, bo tylko w tajemnicy możliwa jest świętość… Dlatego chcę chociaż zbliżyć się do niej… chcę zapukać do jej drzwi, nawet jeśli nie usłyszę żadnego odzewu…. – ciągnął pierwszy

– A ja chcę się przekonać czy On tam jest i… czy w ogóle jest…. – dramatycznie powiedział  drugi.

– Psttt, co ty mówisz, to bluźnierstwo… – przeraził się czerwony – Pan jest bo jest, jeśli by go nie było, to by znaczyło, że i nas nie ma… albo, co gorsza, że nas ktoś stale zwodzi…

– A jeśli nam się tylko wydaje, że widzimy to, co widzimy, a jeśli to wszystko ułuda…

– Milcz bracie, zagłusz w sobie ten głos, bo to nie ty mówisz – dalej drżał czerwony – Twoja dusza jest blisko Boga i to jest pewnik. Czego jeszcze chcesz?

– Chcę wiedzieć wszystko…

– Jak możesz tak bluźnić….?! Nikt nigdy nie dowie się wszystkiego… Bóg na tamtym świecie i na tym musi być tajemnicą… Bóg musi być nią we wszystkich światach… Zamiast Bóg mów  t a j e m n i c a …

– To dlaczego chcesz lecieć ze mną do Najwyższej Stanicy?

– Bo chcę być blisko Pana, chcę poczuć jego tchnienie… Chcę się przekonać czy on w niej jest…

– Teraz ty bluźnisz, bo on jest przecież wszędzie, w każdej lotce Twojego pióra i w każdej złotej nici włosa… On przenika nas na przestrzał i widzi wszystko w każdej chwili…. On jest świadomością przestrzeni, w której jesteśmy zanurzeni….

– I słyszy nasze myśli? Słyszy naszą rozmowę?

– Tak i to on chce byśmy ruszyli w drogę…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: