CZARNY NEFRYT (1)

Powieść z czasów Pierwszego Cesarza

1. Ulewny, rzęsisty deszcz padał już od miesiąca i zamieniał brunatne wzgórza prowincji Qin w grzęzawisko lepkiego błota, trawy i chwastów. Odsłaniał korzenie krzewów dzikiego bzu i żurawiny, wypłukiwał mniejsze kamienie i kawałki skał, a wielkie głazy podmywał, aż zaczynały wolno osuwać się i toczyć w dół. Porywisty wiatr poruszał miarowo łodygami i rzadkimi liśćmi bambusów, naginał topole, brzozy i dzikie grusze, powodował nieustanne falowanie rozrosłych ponad miarę traw i dzikiego ryżu. Świat przyoblekł się w kontrastowe tonacje szarości, brązu i czerni, a lecące wciąż z nieba strugi powodowały, że wszystko zdawało się rozmywać, roztapiać w smutku i beznadziei, ledwie na chwilę przyoblekać się w jaśniejsze światło i znowu popadać w burość, siność, brudny błękit i ultramarynę, gdzieniegdzie tylko złamaną srebrem lub bielą. Gdzieś daleko słychać było krzyk sępów, kołujących nad górami i wypatrujących przeczuwanej zdobyczy. Ulewa raz wzmagała się, raz cichła, ale wciąż rosiła się na gałęziach drzew morwowych i pośród gęstwin kolczastych krzewów. Górskie ścieżki szybko zanikły, koleiny w glinianych drogach rozpłynęły się i nawet świeże ślady końskich kopyt gwardii egzekutora cesarskiego traciły swoje kształty i wypełniały się czarną i żółtawą wodą. W taką pogodę ludzie siedzieli w niewielkich chatach, grzali się przy ogniskach, jedli ceremonialnie ostatnie miseczki ryżu i pili gorącą, zieloną herbatę. Wilgoć przenikała do środka domostw, a z nią wlatywał dotkliwy chłód i wiatr, jakby nad wsiami i samotnymi chatynkami, ogrodzonymi glinianym murem podwórkami, stał ogromny, czarny smok i ział dookoła zamrażającym wszystko oddechem.

Sześcioosobowa rodzina Yao Minga klęczała przed domem, w grząskim, brązowo-żółtym błocie, tuż przy starej gruszy, na której w tym roku nie pojawiły się owoce. Ojciec uznał to za zły znak, ale jego żona śmiała się z tych przepowiedni i chodziła z córkami na pobliskie wzgórza, by patrzeć jak na brzegach jeziora defilują dostojnie żurawie i czaple. Teraz wszyscy płakali, ojciec wznosił błagalnie ręce ku górze, matka pochylała się nad kałużą, w której widać było jej czarne odbicie, dwie pięcioletnie bliźniaczki trzymały się za ręce, drżały wstrząsane dreszczami i chlipały leciutko, a dziesięcioletni i dwunastoletni synowie, zrezygnowani i przybici, jęczeli żałośnie i kątem oczu przyglądali się cesarskiemu poborcy i żołnierzom, którzy rozmawiali o czymś przy koniach i żywo gestykulowali, wskazując na wieśniaków. Zza muru wyglądało wielu ciekawskich, chłopcy wspinali się na drzewa, a dziewczynki wchodziły na sterty chrustu i dachy komórek, w bramie stało też wielu sąsiadów i gapiów z wioski. Jeden z żołnierzy, o nazwisku Lou Lin, odłączył się od pozostałych i podszedł do klęczących. Wyciągnął zakrzywiony miecz, chwycił za czarne włosy żonę, a wprawnym cięciem przeciął ciała dziewczynek na wysokości ramion. Cztery części drgającego mięsa spadły na ziemię, ręce powyginały się i rozłożyły na wszystkie strony, uwolniona krew poleciała do przodu jakby nią ktoś chlusnął z wiadra. Krzyki na zewnątrz domostwa i lament zrozpaczonej matki wybuchły z taką siłą, że nie można było ich słuchać. Lou Lin nie czekał więc dłużej i równie szybko ściął głowy chłopcom, a te spadły i potoczyły się z niewielkiego pagórka na środek placyku. W zagłębieniach w glinie i w dołkach po ludzkich śladach pojawiało się coraz więcej jaskrawo czerwonej krwi. Teraz żołnierz stanął przy ojcu rodziny, krzyczał i gestykulował, a w końcu znienacka śmignął mieczem i ściął głowę klęczącej przy nim kobiecie. Krew ochlapała Yao Minga, który poczuł jej smak i zapach, wzmocniony przez wilgoć i wiatr. Przymknął powieki i z rezygnacją czekał na koniec swojego życia. Ale żołnierz uderzył go tylko silnie rękojeścią w nos, wybił kilka zębów, a potem flegmatycznie otarł zakrwawione ostrze o ciało kobiety i korpus jednego z synów. Następnie, patrząc dumnie w jeden punkt, gdzieś daleko, nad wzgórzami, wolnym krokiem podszedł do konia, wskoczył na ozdobne siodło, i już po paru chwilach pędził wraz ze swoim dowódcą, poborcą Wangiem, w kierunku innego, dalekiego domostwa.

Yao Ming czuł smak krwi w ustach, stale klęczał zdrętwiały i osowiały z przerażenia, ale nie miał siły się ruszyć. W końcu uniósł się na sztywnych nogach, spojrzał na zamordowane dzieci i żonę, skierował wzrok ku rozchodzącym się ludziom i powlókł się do domu. Wyciągnął gruby sznur z odrapanej, drewnianej skrzyni, zrobił pętlę, po czym przerzucił linę przez wystającą z muru belkę. Tak, z trudem i niezgrabnie, manipulował nią, by zaczepiła się mocno, a potem z niemałym trudem, chwiejąc się i kaszląc, wszedł na trzeszczącą skrzynię, założył pętlę na szyję, zacisnął ją i bez wahania odepchnął nogami podporę. Chwilę drżał w powietrzu, machał rękoma i nogami, ale szybko oznaki życia ustały. Deszcz bębnił o dach, wlewał się żółto-czerwonym strumieniem przez uchylone drzwi, niesiony przez wiatr, zacinał ostro, a wodne kaskady to wznosiły się, to opadały, jak wielkie stado szpaków, które gwałtownie zmienia kierunki lotu. Na pustym podwórku nie było już nikogo i sępy ośmielone zaczęły krążyć coraz niżej i niżej, aż wreszcie spadły z wrzaskiem na części ludzkich ciał i zaczęły swoją ucztę. Największe ptaki chwyciły głowy i części ramion dziewczynek i uniosły się z nimi w powietrze. Szerokie zamachy skrzydeł i latające na wszystkie strony niewielkie rączki, powodowały, że ścierwojady wyglądały teraz jak czarne flagi, bez drzewców, powiewające pośród szarych i granatowych przestrzeni. Inne, mniejsze ptaki zaczęły rozrywać ciała chłopców i kobiety, a zauważywszy leżące niedaleko głowy, także je porwały i poleciały w dal. Pożeranie ciał trwałaby dalej, gdyby nagle, na podwórze, nie wsunął się powoli cień mężczyzny w słomkowym, szpiczastym kapeluszu. Ptaki natychmiast to zauważyły i z wrzaskiem wzbiły się w powietrze. Sąsiad Yao Minga, myśląc, że się przyda, dopomoże w trudnych chwilach, przyszedł oddać ostatnią posługę jego rodzinie. Wolniutko, ostrożnie przesuwał się przy murze, aż znalazł się naprzeciwko otwartych drzwi. Wszedł do środka, rozejrzał się, a kiedy oczy przyzwyczaiły mu się do półmroku, krzyknął z przestrachem, gdy zauważył ciało zawieszone na linie. Natychmiast podbiegł do sąsiada, chwycił go wpół, ale zaraz zorientował się, że nic już nie da się zrobić. Opuścił zatem trupa, który gwałtownie zakołysał się w powietrzu. Jeszcze raz rozejrzał się dookoła i zaczął zbierać, do uniesionej koszuli, drewniane talerzyki i czajniczek do parzenia herbaty, pałeczki do ryżu i kamienne zabawki, przedstawiające zwierzęta. Zgarnął co się dało, a potem obładowany, szybko wyskoczył na deszcz i uciekł poza bramę. W chacie Yao Minga zaległa grobowa cisza, przerywana tylko okrzykami sępów, które znowu zaczęły lądować przed domem i popiskiwaniem szczurów, ośmielonych ciszą, wychodzących z zakamarków, stających na tylnych łapach i próbujących dosięgnąć trupa, bujającego się lekko w mroku i połyskującego złowieszczo przekrwionymi białkami oczu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: