SZCZĘŚCIE POZA UCZELNIĄ

Prof. zw. dr hab. Józef Banaszak – zawsze mile widziany gość w moim domu

Dobra rozmowa z Józkiem Banaszakiem o ostatnich wydarzeniach i o tym, co ma nadejść niebawem. Jak lejtmotyw wraca temat Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego, który niedawno obchodził pięćdziesięciolecie istnienia. Józek miał ogromne zasługi w zakresie wykreowania tej uczelni i postawienia jej na nogi – potrafił tak prowadzić rozmowy i tak mądrze zszywać działania, że powstała Akademia Bydgoska, która szybko przekształciła się w uniwersytet. Teraz to jakaś dziwna instytucja, kierowana przez przypadkowego Rektora, której nie zależy na bogactwie intelektualnym i indywidualnym dążeniu ku wielkości. Jesteśmy obaj tego dobrym przykładem, a szczególnie Józek, który tak zniechęcił się do uczelni, że w pełni swoich sił kreatywnych, definitywnie postanowił odejść na emeryturę. Nie wziął też udziału w obchodach jubileuszowych, bo nie chciał spotkać się z ludźmi, którzy wyrządzali mu krzywdę i wciąż stawali na drodze, ale wciąż pchają się do pierwszych rzędów. Teraz, gdy posiadł ogromną wiedzę, zgromadził wspaniały dorobek publikacyjny i pedagogiczny i mógłby być ozdobą wielu uniwersytetów amerykańskich i europejskich, obecni zarządcy mają go gdzieś i kierują się tylko literą martwych przepisów. Kto ma uczyć studentów, kto ma ich prowadzić do wielkości, gdy największe osobowości odsuwane są na margines – kto ma wytyczać kierunki eksploracji naukowej, gdy powszechne w tej instytucji jest zastraszanie i tolerowanie intryg, prowadzących do eliminacji zdolnych naukowców. Wiem coś o tym, bo sam jestem ofiarą oszustw kogoś, kto w pewnym momencie próbował zmanipulować cały Wydział Humanistyczny i niszczył przede wszystkim ludzi, którzy mogliby ujawnić jego przestępstwa seksualne i dawanie fragmentów swoich prac naukowych kochankom, w celu stworzenia humbugów prac magisterskich. Gdzie teraz szukać takich uczonych jak Wacław Borowy, Stanisław Pigoń, Kazimierz Wyka, którzy potrafili zauważyć wyjątkowość młodych naukowców i tak nimi kierować, by powstająca praca doktorska stała się też częścią i podstawą habilitacji. Mogłaby o tym coś powiedzieć sanitariuszka z powstania warszawskiego, a potem wielka badaczka romantyzmu – Zofia Stefanowska, wzór kompetencji, uczciwości i pracowitości. Po drugiej stronie postawiłbym Alinę Kowalczyk, autorkę problematycznych prac filologicznych, która z poety genezyjskiego i kosmogonicznego, jakim był Juliusz Słowacki, uczyniła mistyka, tworząc nawet osobny tom Biblioteki Narodowej i formułując swoistą, pokrętną ideologię w tym względzie. Dobrze pamiętam moje rozmowy na ten temat z prof. Stanisławem Makowskim i jego oceny prac prof. Kowalczykowej, co wkrótce znajdzie odzwierciedlenie w nowej edycji mojej monografii autora Kordiana.

Rozmawiamy z Józkiem o naszych rozczarowaniach uniwersyteckich i nieustannych intrygach, które prowadzili ludzie małego intelektu, zdobywający polskie tytuliki naukowe za sprawą fałszerstw i działań pozaprawnych. Nie mówię o tym, ale w moich myślach pojawia się uczony, który jest moim największym rozczarowaniem naukowym i ludzkim. To prof. Józef Bachórz z Uniwersytetu Gdańskiego, który nie umiał odsunąć na bok plotek na mój temat i ostatecznie przyczynił się do tego, co miało miejsce w jego uczelni podczas kolokwium habilitacyjnego. Pamiętam jak w 1983 roku pojawił się na Wydziale Humanistycznym, wtedy jeszcze WSP, zapalając nas do badań nad literaturą romantyzmu i uwodząc swoją interesującą osobowością. Choć już wtedy martwiło mnie jego uwikłanie w komunizm, przemowy na zjeździe PZPR, podziwiałem jego odwagę, gdy w stanie wojennym potrafił bronić ludzi przed restrykcjami władzy. Niestety moje kolejne spotkania z tym człowiekiem utwierdzały mnie w przekonaniu, że stracił swoją ogromną empatię do ludzi, a współpracując stale z Michałem Głowińskim, stał się też adoratorem jego ucznia i mojego największego wroga, bezkrytycznie przyjmując jego „opowieści” i „powiastki”. Przed wejściem na kolokwium, gdy z radością relacjonowałem mu, w końcu promotorowi mojej pracy magisterskiej i recenzentowi doktoratu, że jestem blisko uzyskania habilitacji, warknął coś paskudnie i szybko się oddalił. Jedno jego słowo zmieniłoby sytuację, jedna wypowiedź powstrzymałaby jego bezkarnych uczniów (Rosiek, Owczarski) przed formułowaniem na kolokwium kłamstw na mój temat, ale niestety, tkwiąc w określonym układzie, nie kiwnął palcem. Zbliża się czas odsłonięcia mojej hańby habilitacyjnej, ujawnienia Protokołu z UG i podsumowania tego wszystkiego w osobnej publikacji. Józek Banaszak ciągle mówi o tym, że to, co ze mną zrobiono, przechodzi ludzkie pojęcie i nie mieści się w głowie. Tak, wiem o tym, ale przecież wciąż mamy do czynienia z wydziałowymi matactwami i kombinacjami – nie zdziwiło mnie zatem ostatnie  uwalenie Stefana Pastuszewskiego na kolokwium habilitacyjnym w UKW, gdy jego ogromny dorobek i aktywność polityczną odebrano jako przewinę, a nie zasługę. Nigdy nie doczekamy się takiego rozwoju nauki, jak w uniwersytetach amerykańskich, póki paskudny hamulec, jakim jest habilitacja, wykorzystywany będzie przez zera uczelniane do gier i gierek, mających na celu eliminację zdolnych ludzi.

Robimy sobie z Józkiem kilka zdjęć, by udokumentować spotkanie w moim domu, a potem żegnamy się i wracamy do swoich codziennych zajęć. Wciąż jeszcze jednak rozmyślam o tym, o czym rozmawialiśmy i uśmiecham się do samego siebie. Paradoksalnie mój największy rozwój ma miejsce po odejściu z uczelni, która wciąż hamowała mnie i generowała drastyczne sytuacje. Teraz dopiero mogę spokojnie pisać książki prozatorskie i poetyckie, a także komponować odważne monografie, nie bojąc się, że jakiś „urzędnik” uczelniany poczuje się dotknięty i zemści się negatywną recenzją. Gdy stawałem do kolokwium habilitacyjnego w Gdańsku miałem w dorobku trzy duże monografie o największych polskich romantykach – Mickiewiczu, Słowackim i Krasińskim, a do tego tzw. „dorobek naukowy”, którym mógłbym obdzielić trzech habilitantów. Ostatnia ogromna monografia o gigantomachii Zygmunta Krasińskiego, która była podstawą habilitacji zyskała pozytywne recenzje wydawnicze tak wybitnych humanistów jak prof. Andrzej Fabianowski i prof. Jarosław Ławski, a w przewodzie zachwyciła prof. Zbigniewa Sudolskiego i prof. Tadeusza Linknera, przebiła się też przez niechęć i zazdrość Jerzego Fiećki i Marka Bieńczyka, którzy przy całym swoim wybrzydzaniu, też zwieńczyli swoje recenzje ostateczną formułą pozytywną. A zatem sześć pozytywnych recenzji, ogromny dorobek publikacyjny w Polsce i za granicą, udział w dziesiątkach polskich i międzynarodowych konferencji naukowych, pobyt jako visiting profesor w wielkim uniwersytecie amerykańskim, wypromowanie dwustu magistrów i ponad 60 licencjatów, nie miało znaczenia w konfrontacji z intrygą, którą nakręcił zawistny „badacz” socrealizmu, bojący się, że jako profesor lub urzędnik uczelniany, ujawnię jego igrce seksualne ze studentkami, robienie im dzieci, a w konsekwencji stanie się bohaterem powieści Krzysztofa Derdowskiego pt. „Wstyd”. Nasze ludzkie życie jest bardzo krótkie i w każdym przypadku kończy się śmiercią, czyli tragedią, więc jakiekolwiek działania, intrygi podłości i tak idą do piachu – może przez jakiś czas wikłają ludzkie życiorysy, ale koniec końców i tak nie mają znaczenia dla jednostek takich jak Józek i ja. Mój rozwój po wyjściu z uniwersytetu jest permanentny i będzie taki aż do śmierci. Dopiero teraz czuję się wyzwolony i niczym nie ograniczany, na półkach stają wciąż nowe książki, odbywam wiele intrygujących podróży zagranicznych, poznaję mrowię wspaniałych ludzi różnych kolorów skóry. No i przygotowuję się do ostatecznej rozprawy z tymi, którzy chcieli mnie zniszczyć, a tylko przyczynili się do wielkiej mobilizacji i nieustannego rozszerzania twórczych pasji. Zdjęcie, które zamieszam na końcu tego tekstu ma wymiar symboliczny, bo ukazuje mój uporządkowany pokój codziennych prac, z książkami, które napisałem i atlasami ornitologicznymi, które nieodmiennie przywożę z dalekich wypraw – w rękach trzymam atlas ptaków Republiki Południowej Afryki, który kupiłem w sklepie na skraju Parku Krugera, a którego nigdy nie miałbym w rękach, gdybym dalej tkwił w polskim marazmie uniwersyteckim. Ściskając rękę prof. Józefa Banaszaka na pożegnanie, byłem pewien, że po jego jesiennym odejściu z UKW, zacznie się dla niego nowy, wspanialszy etap życia i nowe otwarcie. Szkoda tylko, że tak późno…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: