ZDZISŁAW T. ŁĄCZKOWSKI (1926-2019)

Z racji tego, że nieszczęścia chodzą parami, z przykrością odnotowuję też śmierć Zdzisława T. Łączkowskiego, człowieka instytucji – przez wiele dziesięcioleci działającego w obrębie szeroko pojmowanej kultury słowa. Dziennikarz i publicysta prasy katolickiej, krytyk żywo reagujący na najważniejsze wydarzenia artystyczne, a nade wszystko prozaik, dramaturg i poeta, którego książki przekroczyły granice języka polskiego i zostały wchłonięte przez kulturę europejską. Gdyby do tego dorzucić jeszcze działalność w licznych stowarzyszeniach, klubach intelektualnych, jurorowanie w konkursach literackich i nieustającą współpracę z wieloma periodykami, otrzymamy obraz postaci, która w znaczący sposób odcisnęła swój ślad w czasie i publikatorach, w topografii konkretnych miejsc kraju nad Wisłą, a nade wszystko w świadomości ludzi uczestniczących w obiegu myśli europejskiej. Pisarz ów urodził się w 1926 roku w Zawierciu, a potem dorastając na Śląsku, pobierał tam pierwsze lekcje życia i wrażliwości. Impulsem do podjęcia twórczości literackiej stało się dla niego spotkanie z poezją Juliana Przybosia, a potem ferment intelektualny towarzyszący studiom polonistycznym na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Owocem tego otwarcia na świat i sztukę jest kilkadziesiąt opublikowanych książek, tysiące artykułów w prasie powojennej, obecność w licznych antologiach poezji polskiej, nagrody w kraju i za granicą, no i… jak zwykle bywa w przypadku osobowości tego formatu, rozległe grono admiratorów i krytyków. Tacy pisarze jak Łączkowski mają dodatkowo utrudnione zadanie, bo wychodzą zawsze z wyciągniętą dłonią do człowieka, operują w dużych skupiskach ludzkich i nie odrzucają nikogo. Dlatego też często bywają ofiarami swojego otwarcia, swojej wiary w człowieka. Szukają bliskości, a dostają od życia gorzki smutek, samotne chwile w pustym pokoju hotelowym i szyderstwo, które trzeba pokonać, odsunąć od siebie i iść dalej. W książkach tego autora znakomicie widać jak trudnym dla pisarza obszarem jest Warszawa, jak wiele jest w niej oporu, jak trudno przebijać się, docierać do właściwych ludzi – jak skrajne opinie są tutaj formułowane i jak często wyrządza się krzywdę człowiekowi. W takim kontekście jego pisarskie dokumenty humanizmu i wiary we własne siły, ustawiają go w ciągu twórców prawdziwych, autentycznie szukających swojego miejsca w czasie i świecie, a nade wszystko nieustannie pragnącego i dążącego, a to przecież jakby sama istota człowieczeństwa. Zdzisiu należał do poetów maksymalistycznych, gdyż zakładał, że poezja jest unią totalną – jednią zestrzeloną w chwili poczęcia słowa i w rozbłysku myśli. Wyławianie wiersza z nicości jest dla twórcy najintensywniejszym odczuwaniem egzystencji, jest  b y t e m  potwierdzanym i potwierdzającym się na czystej kartce papieru i w nieskazitelnej jaźni. Poeta zasiada zatem do pisania wiersza, tak jak przystępuje się do komunii, jak sonduje się bezkres myślą, jak – wreszcie – próbuje się nieporadnie naśladować doskonałość Stwórcy. Jest też w tej poezji i drugie dno, bo wszystko je ma, wszystko musi istnieć w świecie na zasadzie kontrapunktu. Dobro jest dobrem, gdy przeciwstawi się je złu, piękno pięknem – gdy dostrzega się brzydotę – człowiek człowiekiem, gdy gubi człowieczeństwo i tarza się w swojej zwierzęcości. Oczywiście wszystkie tego rodzaju uściślenia mogą prowadzić donikąd, mogą stać się powodem drwiny, pustego śmiechu. Dlatego też poeta totalny wyposaża swoje wiersze w element ironii i auto-deformacji, nieustannie przygląda się samemu sobie i szuka dla siebie ekwiwalentów słownych, obrazowych, dźwiękowych. To jakby ciągłe czuwanie przy sobie – lęk o to, że j a może się oddalić, a w to miejsce może  pojawić się ślepnący pajęczak/ na skórach kozic Salomona/ na pustyni walki serca z rozumem. Innymi słowy – poezja ta jest ciągłym potwierdzaniem samego siebie, bo życie stale żąda od nas potwierdzania statusu – nieustannego potwierdzania, że istniejemy, że jesteśmy sobą.  Wystarczy lekkie zachwianie, wystarczy niewielka utrata, a już upiory wychylają się z jam i już życie w błyskawiczny sposób oddala się od nas. Łączkowski rejestrował takie chwile i w takich momentach zwracał się ku poezji, jak ku ostatniemu azylowi. W nim było   j a,  które nigdy być nie przestało i nigdy – nawet w konfrontacji ze śmiercią i złem – nie przestanie. Ta poezja jest przejmująca z jeszcze jednego powodu – nawet wtedy gdy opowiada o miłości, nawet gdy zamyka w słowach chwilę bliskości, nie przestaje być potwierdzeniem wielkiej ludzkiej samotności, chwilowego istnienia, bytu pośród niebytów, egzystencji w nieistnieniu – ledwie ulotnej refleksji. Wszystko przepada, wszystko oddala się,  j a  jest nieuchwytne, dzisiaj jest już wczoraj, a jutro nie nadchodzi. Smutek przemijania i smutek samotności, ale też czekanie na coś, co się wydarzy, ale też nadzieja, która jest potwierdzeniem, że przez   c h w i l ę  istniejemy. Jeśli istniejemy… Żegnaj Zdzisiu, dziękuję ci za twoją piękną przyjaźń i chwile spędzone razem w wielu miejscach Polski.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: