OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (11)

To był piękny wrześniowy wtorek… Lato nie chciało odejść i trwało w najlepsze, choć nocne chłody już przydały liściom żółcieni, czerwieni i brązu. Słońce świeciło jak w lipcu, czasami tylko matowiejąc za białymi chmurami, ginąc w odmętach granatu i szarości, opalizując w szybach bloków i wieżowców. Cały dzień siedziałem w domu, czytałem powieść Tadeusza Sochy pt. Tajemnica Joliby, przeglądałem mapy w wielkim atlasie geograficznym, uczyłem się na pamięć nazw rzek, mórz i pustyń.  O godzinie szesnastej miałem się spotkać przed blokiem z moim przyjacielem Arielem, z którym od roku chodziłem na treningi karate. Odbywały się one w sali gimnastycznej jednej z podstawówek, do której szło się przez część naszego osiedla i przez dzielnicę Jary. Ariel miał najoryginalniejsze imię w naszej szkole średniej, ale wcale nie była to fanaberia rodziców. Pochodził z rodziny żydowskiej, której korzenie sięgały wschodnich kresów dawnej Rzeczypospolitej, bodajże z Brodów, gdzie jego pradziadek był rabinem. Lubiłem go, bo miał wielką wiedzę geograficzną i na przerwach mogłem z nim dyskutować o afrykańskich wyprawach Henry’ego Stanleya, Davida Livingstone’a i Mungo Parka, testować znajomość nazw stolic, wysp i parków narodowych. Poza tym wzbudzał we mnie podziw, bo wspaniale grał na skrzypcach, opowiadał mi o wielkich kompozytorach, czym zaszczepił we mnie miłość do muzyki poważnej, a szczególnie do Beethovena i Haydna. Jak wszyscy chłopcy w naszym wieku, słuchaliśmy też muzyki rockowej, wymienialiśmy się drogocennymi taśmami magnetofonowymi z nagraniami piosenek zespołów Slade, Black Sabath i Led Zeppelin. Ariel był dość niepozorny, wręcz filigranowy, miał jasną karnację cery, kruczoczarne włosy, wyrazisty pieprzyk nad górną wargą, głębokie, czarne oczy, w których stale rysowało się rozmarzenie. Często wzruszał się przy graniu i słuchaniu muzyki i nie wstydził się ronić łez, czym zjednywał sobie wielu przyjaciół. Tylko jego zbyt ostry nos szpecił trochę jego twarz i powodował, że wyglądał zawadiacko, choć częsty uśmiech i odsłanianie białych zębów, łagodziły jego ostre rysy. Cała szkoła biła mu brawo, gdy grał koncerty skrzypcowe Telemanna, Mozarta I Vivaldiego, a dyrektor nieodmiennie prosił go, by na bis zagrał fragment koncertu a-moll Jana Sebastiana Bacha.

Zbiegając po schodach na podwórko, brzmiały we mnie jeszcze słowa z przeboju grupy Black SabathI need someone to show me the things in life that I can’t find/ I can’t see the things that make true happiness…Na przekór nim miałem dobry humor i z uśmiechem powitałem Ariego, który czekał już na mnie przed klatką ze skrzypcami w futerale. Po treningu miał jechać do szkoły muzycznej, gdzie miał umówione spotkanie z nauczycielem z filharmonii.  Przybiliśmy piątkę i ruszyliśmy przed siebie, rozmawiając o tym i owym, relacjonując  sobie ostatnie zdarzenia szkolne i podwórkowe. Trenowaliśmy karate w obrębie stylu  Shōtōkan, co szczególnie ważne było dla Ariela, który nie mógł forsować rąk, tak cennych dla jego talentów muzycznych.  Nasz trener odwiedził Japonię, gdzie zapoznał się ze szkołą mistrza Gichina Funakoshi, który wyszkolił wielu mistrzów. Shōtō znaczy po japońsku „falowanie sosen”, ale był to też pseudonim literacki Funakoshiego, który podpisywał w ten sposób swoje kaligrafie. Z kolei „kan” oznacza budynek, pawilon, siedzibę, w której mistrz nauczał. Choć określał on do końca swój styl jedynie jako karate, to jego syn i uczniowie nazwali go Shōtōkan. Wiele godzin poświęciliśmy z Arielem na trenowanie kopnięć i uników, nagłych wyskoków w górę i opadania do pozycji „szpagatu”. Przy naszym wielkim zaangażowaniu traktowaliśmy treningi w białych karate-gach ogólnorozwojowo, unikając zawodów, na których wiele było urazów. Oprócz karate lubiliśmy jeździć na rowerach, pływać w jeziorach, rzekach i morzu, wspinać się na szczyty górskie w Tatrach, odbywać dalekie marsze i grać w piłkę nożną. Wielokrotnie nauczyciele muzyczni nakłaniali Ariela, by zrezygnował z karate, bo jest wielkim talentem i może z czasem stać się prawdziwym wirtuozem. Moja mama też buntowała się przeciwko moim treningom, szczególnie, gdy wracałem do domu z fioletową fifą pod okiem, rozciętym łukiem brwiowym albo wybitymi palcami u nóg.  My jednak chcieliśmy trenować i nasza determinacja powodowała, że zmieniały się kolory pasów zawiązywanych na naszych karate-gach.

Teraz już wychodziliśmy z naszego osiedla i sunąc przy wielkim cmentarzu podążaliśmy śmiało ku Jarom. Na końcu ogrodzenia cmentarnego, niczym huba przylepiona do drzewa, stał wielki zielony kiosk. Gromadziło się zawsze przy nim sporo amatorów piwa, pijanego w małych, baryłkowatych butelkach. Tym razem dostrzegliśmy z daleka, że koło kiosku koczuje kilkunastu chłopaków i starszych mężczyzn. Jedni siedzieli na drucianych krzesłach, inni stali w kręgach i żywo o czymś dyskutowali, jeszcze inni skupiali się przy siatce okalającej nekropolię. Szliśmy żwawo i zapewne nic by się nie stało, gdyby Arielowi nie zachciało się pić. Kupiliśmy dwie „Mandarynki” za dwa złote i zaczęliśmy je wolno pić, chwaląc smak i rozkoszując się gazem, który leciutko głaskał nasze podniebienia.

– Te, skrzypek, chcesz dostać w ryja…?! – dobiegł do nas z boku jakiś głos.

Natychmiast wybuchła salwa śmiechu, a gruby chłopak wysunął się przed grupę osobników trzymających w rękach butelki z piwem. Poznałem go od razu, bo wiele razy miałem z nim do czynienia na naszym podwórku. To był starszy od nas o dwa lata Wiesiek, przezywany „Czarodziej” albo „Czary”, mający na swoim koncie pierwsze konflikty z prawem i słynący z różnych dziwnych wyskoków. Ariel zmarszczył brwi, dokończył spokojnie picie napoju, po czym oddał butelkę i odwrócił się od bandy pijącej piwa. Zrobiłem to samo i już ruszaliśmy w dalszą drogę, gdy nagle „Czary” wykazał się wielką sprawnością, wykonał kilka susów, doskoczył do nas i próbował wyszarpnąć futerał ze skrzypcami z rąk mojego kolegi. Ariel wykazał wielki refleks i natychmiast przerzucił instrument do moich rąk, jednocześnie stając w pozycji wykrocznej. Patrzył uważnie na to, co zrobi napastnik, a gdy ten próbował go uderzyć pięścią w twarz, śmignął błyskawicznie nogą i czubkiem buta uderzył go w grdykę. Cios był tak silny, że grubas upadł na ziemię i zaczął charczeć boleśnie, pluć krwią i sapać z nienawiścią.

– Osz ty kurwa skrzypku…! – krzyknął histerycznie Kulczyk, trzasnął butelką po piwie o kamień i z koronką w ręku podbiegł do Ariela.

Ten podskoczył do góry, ominął dłoń nowego napastnika i z rozmachem kopnął go kolanem w czoło. Kulczyk upadł jak rażony gromem, ale „czary” już się podnosił i trzech nieznanych mi kolesiów dźwignęło się z ziemi i ruszyło ku nam. Widząc co się święci, odłożyłem futerał na ladę kiosku i podążyłem do przodu. Choć trenowałem karate i stosowałem się do zasad szkoły oraz naszego mistrza, poczułem się zwolniony z przysięgi i w stosunku do nadbiegających osiłków zastosowałem tzw. „trójkę”, czyli kombinowane uderzenia, siejące prawdziwe spustoszenie. Ariel raz jeszcze kopnął „Czarego” w szyję, a ja trafiłem pierwszego kolesia z pięści w podbródek, po czym wykonałem obrót całego ciała, strzeliłem łokciem w brzuch drugiego z nich, a „trójkę” zakończyłem uderzeniem w czoło trzeciego napastnika. Uderzaliśmy w czułe miejsca, bo koronki w rękach chuliganów wskazywały na to, że są zdeterminowani uczynić nam krzywdę.

– Chłopaki, spierdalamy, to karatecy… – krzyknął nagle jeden z przeciwników, ale „Czary” nie dawał za wygraną.

– Ja im kurwa mać pokaże… – wrzasnął, splunął krwią na ziemię i ruszył ku Arielowi.

Ten sprytnie uchylił się, odskoczył na bok i jednocześnie pchnął grubasa ku ścianie kiosku. Tym samym rozkwasił mu nos, zmaltretował łuki brwiowe i brodę. „Czary” opadł na ziemię i patrzył niewidzącym wzrokiem przed siebie. Ariel wolno sięgnął po skrzypce, poklepał mnie po ramieniu i sprężyście ruszyliśmy ku naszej sali treningowej. Po kilku dniach, gdy wracaliśmy z kolejnego treningu i znowu przechodziliśmy obok zielonego kiosku, zauważyliśmy „Czarego” z butelką w dłoni, patrzącego na nas złowrogim wzrokiem. Jego głowa owinięta była opatrunkiem gipsowym, który sięgał do piersi i obejmował oba ramiona. Uśmiechnęliśmy się do siebie, a Ari zapytał mnie teatralnym szeptem:

– Myślisz, że „Czary” w tym hełmie leci w kosmos…?

– Pewnie tak… – odparłem ze śmiechem.

Ariel z rozmachem bujnął futerałem od skrzypiec, jakby prasował nim sukno powietrza, po czym podsumował naszą walkę w charakterystyczny dla siebie sposób:

– Czym byłoby życie, gdyby nie można było spuścić łomotu paru kanaliom…?

Reklamy

1 komentarz

  1. Krystyna said,

    2018/12/10 @ 18:39

    Ten łomot należał się napastnikom 😀 (Y)


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: