ALEJA KLONÓW (28)

Zamieszczony tutaj wpis jest ostatnim w ciągu prezentacji fragmentów prozy opisującej kształtowanie się wrażliwości i wyobraźni małego chłopca. Powieść pt. „Aleja Klonów” ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Temat i została skierowana do księgarń. 

Szare i granatowe chmury pędziły donikąd, a gwałtowne, zimne wiatry rozbierały klony z tunik i sukni złotawych liści. W grafice czarnych konarów, w miedziorytach gałęzi siedziały stada gawronów i spokojnie czekały, aż nad horyzontem zgasną wielkie głownie zmierzchu. Właśnie wtedy, któregoś jesiennego dnia, mój ojciec przywiózł do domu wielki karton i postawił go na stole w kuchni, robiąc dziwne miny. Wtedy mama przerwała przygotowywanie klopsów z wieprzowiny, wytarła ręce w fartuch, otworzyła usta ze zdziwieniem i zapytała:

            Coś ty tu przyniósł? Znowu jakieś gipsowe miski dla gołębi, albo nowe poidło dla nich?

            Sama zobacz, tylko uważaj… odparł tajemniczo.

Mama przelękła się nie na żarty i odrzuciła zwiędły liść klonu, który spadł na pudło po drodze. Po chwili odważnie zaczęła też rozcinać karton wielkim, ostrym knypem, służącym do kawałkowania wołowego mięsa. Po chwili otworzyła pakę, zajrzała do środka i wciąż zdumiona, odwróciła się do ojca. Ten podszedł do rozciętego opakowania, wsunął ręce i z wysiłkiem wydobył sporych rozmiarów drewniany, politurowany sześcian. Postawił go na stole i zdjął biały, płócienny worek, którym był okryty, a potem z uśmiechem popatrzył na mnie i na mamę.

            Kupiłem telewizor…– powiedział i serdecznie objął mamę ramieniem.

A skąd ty chuliganie na to miałeś pieniądze…? – spytała mama i załamując ręce dodała Pewnie znowu pożyczyłeś od kolegów…? Albo od jakichś bogatych gołębiarzy…?

            Dostałem pożyczkę z zakładów rowerowych i pomyślałem, że telewizor będzie dla was wspaniałym prezentem… odrzekł.

            – Boże drogi, a z czego my to spłacimy…? Chcesz bym urodziła drugie dziecko, a nie potrafisz utrzymać pieniędzy w kieszeni – lamentowała mama.

            – Damy jakoś radę, tym bardziej, że będę teraz woził więcej wycieczek po Polsce i zarobię na łebkach, zabieranych po drodze…. – przekomarzał się z nią tata.

Tego dnia dwie intrygujące informacje donośnie dźwięczały we mnie i powracały stale jak echo – ojciec chce by mama urodziła drugie dziecko… A jak to będzie głupia, pyskata dziewczynka? Co wtedy pocznę, gdzie się podzieję? A jak na świat przyjdzie chłopiec, to czy będzie chciał się ze mną bawić? No i to drugie zdarzenie – telewizor w naszym domu, jakieś tajemnicze urządzenie, nie wiadomo do czego służące. O ile wiadomość o tym, że mama będzie jeszcze raz w ciąży nie dawała mi spokoju, o tyle pojawienie się dziwnego sześcianu przyjąłem z wielkim zaciekawieniem i entuzjazmem. Wzrosło ono jeszcze mocniej, gdy przyszedł do nas chudy kolega taty o imieniu Jurek, zajmujący się instalacją anten i uruchamianiem nowych odbiorników.

            – Jaki model kupiłeś druhu – zapytał, wchodząc do naszego domu z ogromną skórzaną torbą, wypełnioną śrubokrętami, nakrętkami, lampami i przewodami różnej grubości. W drugiej ręce miał spory zwój płaskiej anteny, znacznie sztywniejszej od kabli okrągłych, których tyle było w naszym domu i w warsztacie szewskim dziadka.

            – Szmaragd, bracie, szmaragd… – odpowiedział ojciec i poprowadził kolegę do pokoju, gdzie telewizor znalazł już swoje miejsce na zamykanej bieliźniarce.

            – A… dobry odbiornik, dobry… – pochwalił kolega i zaraz zabrał się do pracy, przekręcając dwie gałki, umieszczone pod niewielkim ekranem i zdejmując obudowę z tyłu urządzenia.

Jeszcze tego samego dnia, po tym jak Jurek wraz z ojcem, weszli po drabinie na dach i zamontowali tam antenę, zasiedliśmy całą rodziną przed telewizorem. Przyszła babcia i dziadek Mojżesz, nie wiedzieć skąd pojawiła się prababcia Franciszka, a nawet przybiegły dwie piękne dziewczyny z podwórka, Mela i Jola. Pola Rozenfeld też się rwała do nas, ale mąż nie pozwolił jej wyjść z domu, zamknął na klucz w pokoju i nic sobie nie robił z tego, że dramatycznie płakała i co chwilę wydmuchiwała nos. Mama wzięła mnie na kolana, ojciec i babcia usiedli obok nas na kanapie, a po jakimś czasie doszła jeszcze gruba znachorka Kozłowska. Wieść o tym, że mamy telewizor lotem błyskawicy rozchodziła się po podwórkach i niemal całej Alei Klonów. Kłęby papierosowego dymu zaczęły unosić się w pokoju i mama musiała często otwierać nasze jedyne okno. Z tych pierwszych dni, kiedy to przychodzili sąsiedzi i znajomi z dalszych zakątków miasta, szczególnie zapamiętałem wizytę ciotki Zochy, nadąsanej, krzykliwej i nieustannie pytającej, skąd tata wziął tyle pieniędzy? O ile nie podobały mi się te zgromadzenia, dyskusje i nieustanne spory, o tyle telewizor stał się moim ukochanym urządzeniem. I ciągle śniły mi się sceny z filmów Walta Disneya, albo kadry z amerykańskiego Disneylandu, w którym, dzieci kręciły się w ogromnych filiżankach, zwiedzały zamki z bajecznymi wieżyczkami, albo z uciechą puszczały się w dół z wysokich, lśniących zjeżdżalni.

            Telewizor był u nas już od roku, gdy nagle przybiegł zaaferowany dziadek i wykrzyknął w drzwiach wejściowych:

             – W radiu mówią, że zabili Kennedy’ego…!!!

Nie wiedziałem o kogo chodzi, ale sądząc z reakcji ojca i mamy, musiał to być ktoś bardzo ważny, jeden z tych mężczyzn, którzy stawać mogli w jednym szeregu z generałami z jednostki wojskowej albo z towarzyszami, Gomułką, Cyrankiewiczem i Zawadzkim. Tata natychmiast przekręcił gałkę Szmaragda i po chwili na ekranie pojawiły się czarno-białe obrazy z dalekiej Ameryki. Było już bardzo późno, a listopadowa pora powodowała, że do domu przedostawało się coś z atmosfery mroku, mgieł unoszących się nad ogrodem i lodowatych powiewów wiatru. Jakiś spiker mówił podniesionym i lekko drżącym głosem:

– Stale nie możemy w to uwierzyć, ale potwierdzają się wcześniejsze doniesienia o tym, że dzisiaj w Dallas zamordowano Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, trzydziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych…

Na ekranie powtarzano wciąż jego przejazd szeroką ulicą, w ogromnej, czarnej i odkrytej limuzynie. Siedział w niej na tylnym siedzeniu, wraz żoną, która była niezwykle elegancko ubrana i miała na głowie zabawny toczek. Patrzyłem z lękiem w sercu jak przy głowie prezydenta pojawia się rodzaj podmuchu, a straszliwie przerażona piękna pani, przesuwa się na maskę i próbuje wyskoczyć z auta. Wszyscy zaczęli biegać, za kolumną samochodową ruszyli szybko stojący przy drodze policjanci, a ludzie chowali twarze w dłoniach i gorzko płakali. Zrobiło mi się bardzo żal tego Kennedy’ego, łzy zaszkliły się w moich oczach i zacząłem z uwagą przysłuchiwać się temu, co mówi dziadek, mama i tata.

            – Komuniści go zabili, bo im nadepnął na piętę – powiedział dziadek i zrobił minę, która miała wyrażać niesmak i pewność, że się nie myli.

            – Komuniści w Ameryce, co też tata mówi – odezwała się mama.

            – Kuba niedaleko i Chruszczow nigdy nie darował mu inwazji w Zatoce Świń – powiedział mój ojciec i zaciągnął się głęboko tanim papierosem Silesia.

Zatoka Świń… Jakże spodobała mi się ta nazwa i natychmiast w mojej wyobraźni pojawiły się świnie z rozciętymi brzuchami, kwiczące straszliwie i biegające na brzegu oceanu. Z rozharatanych ciał wylatywały im wnętrzności, tak jak podczas uboju, kiedy to rzeźnicy sprawnie oporządzali żywe jeszcze, zawieszone na hakach zwierzęta. Słowo zatoka kazało mi przypuszczać, że świnie są tam wolne i szczęśliwe, a nawet jak mają śmiertelne okaleczenia, to w tajemny sposób goją się one w tej przestrzeni, a flaki, wątroby i nerki same wracają na swoje miejsce.

            – Castro i ten jego partyzant Che Guevara to zrobili – perorował dziadek – Tylko oni mogli to zorganizować, tylko bolszewicy mogli się na to poważyć…

            – Tata wszędzie widzi ich spiski… – uciszała go zalękniona mama.

            – Ja myślę, że to raczej zrobiła mafia… – powiedział mój tata, by po chwili dodać – Czytałem w jednej gazecie, że Kennedy im się bardzo naraził…

             – To też możliwe…- wyrokował dziadek – Ale to komuniści mogli ich wynająć…

            – Zatrzymano już podejrzanego o to ohydne zabójstwo – mówił spiker – To pracownik składnicy księgarskiej Harvey Lee Oswald, który uciekając zastrzelił jeszcze niewinnego policjanta.

            – Zobacz jak szybko działa FBI w Ameryce – dziadek zwrócił się do ojca i odpalając od niego papierosa, dodał – Szkoda tego Kennedy’ego, dobrze mu z oczu patrzyło…

               – I taki był przystojny, taki podobny do naszego taty – powiedziała mama przytulając się do piersi męża.

Następnego dnia bawiliśmy się na podwórku w zabijanie prezydenta Stanów Zjednoczonych. Starszy Marasek ciągnął mnie w drewnianym wózku, a jego młodszy brat wybiegał z korytarza i udawał, że strzela do mnie z kawałka patyka. W jego oczach lśniła nienawiść, a mały palec wskazujący raz po raz zginał się, jakby naciskał cyngiel.

            – Już nie żyjesz Kennedy… Już po tobie… – pokrzykiwał nade mną, a ja kładłem się na wózku, jakby trafiły mnie mordercze kule zamachowca.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: