ALEJA KLONÓW (27)

W lutym wszędzie rosiła się żałobna szarość, osiadająca na dachach i łysych gałęziach klonów, smutek czający się w bramach i na chodnikach, rozpacz powiewająca w przestrzeni jak wielka czarna flaga. Często wtedy zachodziłem do pani Fijałkowskiej, która kupowała ciastka bezowe „japonki” i częstowała mnie nimi z radością. Miała na wychowaniu Zosię, dziewczynę brzydką, ale bardzo dobrą, pomocną w domu, sprzątającą, piorącą brudne ubrania i gotującą obiady. Jej przybrana matka była gruba, miała trudności z poruszaniem się i wykonywaniem najprostszych czynności. W takiej sytuacji dziewczyna z domu dziecka była skarbem i za swoje oddanie otrzymywała ciągle jakieś prezenty, modne czółenka na szpilkach, spódniczki, sweterki i bluzki, a nawet koronkowe halki i bieliznę. Brała czasem pod ramię swoją dobrodziejkę i podprowadzała ją do sklepu spożywczego, do fryzjera albo do rzeźnika. Wyglądały wtedy groteskowo, jakby wyszły wprost z zaświatów, jakby stworzył je złośliwy demiurg albo dawno zapomniany bóg. Zosia często śmiała się i w mig odgadywała, co jest potrzebne w domu, co trzeba zrobić i co kupić. Pewnego razu zapragnęła pójść na zabawę do wojskowej kantyny i pani Fijałkowska kupiła jej na tę okazję wspaniała suknię, pożyczyła złote buty i małą torebkę z dawnych czasów. Miała już siedemnaście lat i czas najwyższy by zaczęła wychodzić do świata, a może nawet by znalazła sobie jakiegoś mężczyznę… Dopiero jak Zosia zniknęła za drzwiami, opiekunka poczuła w sercu pustkę, usiadła na fotelu i głęboko się zamyśliła. Przypomniał się jej dzień, gdy pojechała do sierocińca i jedna z piastunek powiedziała jej, że najbrzydsza jest Zosia i jej chyba nikt nigdy nie adoptuje. Spojrzała na to wychudzone, dziwnie ukształtowane dziecko i błyskawicznie podjęła decyzję… Wzięła ją do swojego domu i obdarzyła miłością, jakiej dotąd nie zaznała, załatwiła operacje w szpitalu, wyprostowała biodra, usunęła narośle z głowy, pojawił się aparat na zębach i okulary na nosie.

Teraz, już w innym czasie, Zosia po raz pierwszy sama wyszła z domu i zaraz poczuła jak serce podeszło jej do gardła. Wyprostowała się i stawiając komicznie kroki próbowała naśladować Polę Rozenfeld, którą czasami widziała jak przemyka przed bramą albo jedzie z wojskowym kochankiem w kosztownym, odkrytym aucie, lśniącym niklem i lakierem. Jeszcze kilkaset metrów, jeszcze trzy chodniki i znajdzie się naprzeciw głównej bramy do koszar, skręci w lewo i skieruje się ku kantynie, gdzie zabawi się do rana. Nie mogła się doczekać, czuła w sercu euforię, ale wiedziała, że musi iść prosto i uważnie stawiać nogi, imitować wielką damę. Pamiętała o przestrogach pani Fijałkowskiej, wiedziała, że musi być czujna, ale też coś pchało ją do przodu, coś dodawało animuszu, było obietnicą jakichś wspaniałych doznań. Przestąpiła drzwi sali balowej, pięknie udekorowanej i lśniącej czystością i natychmiast oszołomiła ją głośna muzyka. Stanęła nieopodal wielkiego okna, zasłoniętego kotarą i patrzyła szeroko otwartymi oczyma na bawiące się pary. Nie zauważyła ironicznych uśmieszków innych kobiet, wpatrywała się w pięknie poruszających się oficerów w paradnych mundurach i żołnierzy niższych rang. Nagle jeden z nich stanął przed nią i ze śmiechem poprosił ją do tańca, podał dłoń i poprowadził ku środkowi sali. Jakaś salwa śmiechu buchnęła obok, ale Zosia niczego nie czuła, niczego nie widziała, zdawało się jej, że znalazła się w niebie. Kapitan, który ją zaprosił tańczył z nią przyciskał jej młode ciało do siebie, dyszał i mówił coś szeptem. Potem pociągnął ją do stołu i nalewał kolejne kieliszki wódki, wina, stawiał przed nią kufle z piwem. Nigdy dotąd nie piła alkoholu, więc szybko świadomość zaczęła ją opuszczać, aż napłynęła gęsta ciemność i tępy ból rozprzestrzenił się w jej ciele. Po jakimś czasie wszystko zawirowało, wielkie wynaturzone twarze pojawiły się nad nią, zakręcił się gwałtownie wir barw, dziwnych kształtów, dźwięków i zapachów, aż nagle i bezpowrotnie wszystko zgasło.

Budziła się z odrętwienia, poczuła zimno i rozdzierający ból między nogami. Z trudem otworzyła oczy i zobaczyła, że leży przy płocie koszar, w krzakach, a na jej ciele pozostały tylko strzępy nowej sukni. Cała była w ranach i sińcach, na jednej nodze miała złoty but, a drugi leżał o kilka metrów dalej.  Chciała krzyczeć, ale nie miała siły, chciała wstać, ale ciało odmawiało posłuszeństwa. Wreszcie uniosła się na łokciu, a potem wstała bardzo powoli i kuśtykając ruszyła w kierunku domu. Była oblepiona krwią i umazana zielonym sokiem traw, jakby ktoś ciągnął jej ciało po ziemi i przerzucał z boku na bok. Wreszcie dotarła do drzwi niewielkiej oficyny, a gdy je przestąpiła zobaczyła swoją opiekunkę, siedzącą przy stole i modlącą się z różańcem na rękach. Kiedy ją spostrzegła zapłakała i niezdarnie ruszyła ku niej, przycisnąwszy ją mocno do piersi, szlochając jak dziecko. Zosia nie wiedziała co się stało, bo straciła świadomość, upojona alkoholem, nie mogła też złożyć skargi na kogokolwiek. Dwa razy przychodził do nich jakiś wysoki oficer, spisywał zeznania, wypytywał o szczegóły, ale szybko ukręcono łeb sprawie, bo gwałciciel był w Partii. Rozpacz po raz pierwszy wtargnęła w życie Zosi, a po miesiącu, gdy umarła Fijałkowska pojawił się dziwny, niematerialny lęk. Na szczęście dobrzy ludzie jej pomogli, dali pracę sprzątaczki w magazynie, a potem otoczyli ją czułością, gdy jej brzuch zaczął się powiększać i po dziewięciu miesiącach urodziła zdrowego, ładnego chłopca. Dała mu na imię Romek i znowu w jej niewielkim mieszkaniu pojawiła się radość, szczęście że ma kogoś tak bliskiego i tak ją kochającego. Ubierała go czyściutko i starannie, chodziła z nim na lekcje religii i odprowadzała do szkoły, karmiła jak mogła najlepiej, a czasem kupowała nawet cukierki i suszone owoce. Podjęła pracę sprzątaczki w zakładach odzieżowych i powoli wszystko w jej życiu zaczęło wracać do normy… Romek był w czwartej klasie i miał dziesięć lat, gdy w pobliskiej szkole podstawowej, na ulicy Kcyńskiej, przewróciły się na niego stalowe drzwi i zabiły go na miejscu.

Na pogrzebie było wielu uczniów, nauczycieli, przyszli też ludzie z Alei Klonów, jacyś panowie w szarych prochowcach i nie wiedzieć kto załatwił orkiestrę wojskową. Ceremonię prowadził grubawy ksiądz Gołębiewski z parafii Świętej Trójcy, pojawili się też ministranci i kilku grabarzy, którzy wykopali dół, ustawili na nim deski, a potem linami spuszczali białą trumnę Romka do grobu. Zosia ubrała się żałobnie, na głowę założyła niewielki toczek, z którego na twarz spływała czarna woalka, pożyczyła od kogoś czarne buty i ruszyła na cmentarz. W lodowatej kaplicy, przy otwartej trumnie płakała cały czas i nie mogła pogodzić się z tym, że jej syn jest już martwy i jakby zdeformowany przez uderzenie wielkich wrót. Gdy harcerze dźwignęli Romka i spuszczano trumnę do piachu i orkiestra wojskowa zaczęła grać marsz żałobny Chopina, chciała wskoczyć do grobu, ale grabarze powstrzymali ją i po godzinie odprowadzili do bramy cmentarza. Gdy zgwałcił ją pijany kapitan wojska polskiego myślała, że już nic gorszego nie przydarzy się w jej życiu, a jednak teraz poczuła się nikomu niepotrzebna, jakby nieżywa, jakby trwająca w dziwnym letargu. Usiadła w ciemnościach w domu i miała wrażenie, że ktoś wpatruje się w nią uparcie i kpi z jej tragedii za zasłoną mroku. Zaczęła pić i szybko w jej domu pojawił się krępy zbieracz złomu, którego na Alei Klonów nazywano po prostu Łysek. Zaczęła chodzić z nim, pchać ogromny wózek na dwóch kołach i zbierać żelastwo z ulicy Gołębiej, Orlej, Kcyńskiej, Strzeleckiej, Kruczej i Jaskółczej. Ludzie szybko zapomnieli jej imię i mówili o niej używając tylko nazwiska – Pięta, choć wielu myślało, że to był jej przydomek. Łysek czasami bił ją po pijanemu, rzucał się na nią z nogą od krzesła, więc straciła zęby, miała zdeformowany nos i powybijane palce. W końcu znaleziono ją martwą tuż przy plocie jednostki wojskowej i pochowano w grobie Romka, po którym już niewiele w ziemi zostało. Jaskółki i jeżyki latały nad grobem, piszczały przeciągle i czasem można było mieć wrażenie, że śmieją się z tego świata.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: