LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (XXI)

Petrus Christus, Święty Eligiusz w warsztacie, 1449

Niewiele wiemy o flamandzkim malarzu, podpisującym się na nielicznych obrazach jako Petrus Christus lub Petrus Christophasen (ok. 1410 – ok. 1476). To ceniony przedstawiciel malarstwa późnogotyckiego, brugijski uczeń Jana van Eycka, po którego śmierci przejął pracownię i dokończył niektóre obrazy (choć niektórzy uważają takie ustalenia za spekulację, wynikającą przede wszystkim z miejsca działalności obu twórców). Tytuł mistrza uzyskał w wieku trzydziestu czterech lat, a potem sporo podróżował, zwiedzając muzea i pracownie malarskie Wenecji, Genui, Mediolanu, wykonując liczne zamówienia kupieckie i kościelne. Od mistrzów włoskich nauczył się innowacyjnego używania farb olejnych i stosowania perspektywy linearnej, dającej wrażenie głębi obrazu, a od nauczyli flamandzkich umiejętność kontrastowego cieniowa i subtelnego doboru barw oraz zastosowania oświetleń. Jako jeden z pierwszych w malarstwie flamandzkim używał też osi geometrycznej, uwzględniającej zbieganie się przeciwstawnych punktów oraz dalekie zamglenia i rozmycia walorowe. Osiem lat przed śmiercią wykonał oprawę dekoracyjną uroczystości zaślubin Karola Śmiałego z Małgorzatą z Yorku. Wraz z żoną należał do Bractwa Matki Bożej od Uschniętego Drzewa, a pochowano go w kościele pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny w Brugii, słynącym z niezwykłej rzeźby Madonny, wykonanej przez Michała Anioła. Sztuka Petrusa Christusa inspirowana była obrazami braci van Eycków, a także Roberta Campina i Rogiera van der Weydena, a choć przez lata uznawany był za ich epigona, doczekał się w końcu akceptacji historyków malarstwa europejskiego. Dzisiaj uznaje się go za twórcę oryginalnego, który dopracował się własnego stylu, swoistej, poetyckiej lekkości przedstawień i wyjątkowo subtelnej kolorystyki. Wiele napisano o jego słynnym obrazie, przedstawiającym św. Eligiusza w warsztacie (ok. 1449), łączącym elementy malarstwa religijnego i rodzajowego, ale obecnie najbardziej ceni się kilka portretów tego twórcy. Większość dzieł powstała na specjalnie przygotowanych i zaimpregnowanych dębowych deskach, a ich tematykę determinowała przede wszystkim religia katolicka i Biblia – starczy przywołać tylko kilka tytułów prac zachowanych do naszych czasów: Św. Hieronim w pracowni (1442), Pietà  (ok. 1444), Madonna z Dzieciątkiem (ok. 1445), Głowa Chrystusa (ok. 1445), Chrystus jako Mąż Boleści (ok. 1450), Boże Narodzenie (ok. 1450), Zwiastowanie (1452), Narodziny (1452), Opłakiwanie (ok. 1455) Madonna Tronująca ze św. Franciszkiem i św. Hieronimem (1457), Zaśnięcie Maryi (1457–67). Jakkolwiek artysta uznawany jest za malarza religijnego, to pozostawił też kilka prac prezentujących osoby świeckie, nie unikał też wprowadzania na płótna elementów ozdobnych i tajemniczych, jak mucha na ramie wizerunku kartuza.

Portret młodej kobiety powstał w latach 1465–1470 i należy obecnie do najważniejszych malarskich przedstawień ludzi przeszłych wieków. Tę subtelną istotę określa się nawet jako Nefertiti Północy, bo czytelne jest tutaj podobieństwo do słynnej rzeźby egipskiej, przedstawiającej królową z XVIII dynastii, żonę faraona heretyka Amenhotepa IV (Echnatona). Elementem wspólnym jest tutaj pociągła, trójkątna twarz i długa, wiotka szyja, a nade wszystko ta sama wzniosłość i opierająca się wiekom kruchość. Cała głowa może sprawiać wrażenie za dużej, ale powoduje to charakterystyczne dla średniowiecza, czarne nakrycie głowy. Gdybyśmy chcieli zgeometryzować ten obraz, musielibyśmy wskazać przewagę trójkątów, mniejszych i większych – sukni i tułowia, czarnej koszuli, naszyjnika i twarzy. Wyraziście trójkątny jest też podbródek, ucho, usta, a nawet oczy i powieki. Czoło to odwrócony trójkąt i taki sam kształt, obrócony o 90 stopni, ma też cień po lewej stronie buzi. Kontrapunktem jest tutaj wydłużony, walcowaty czepek, dodatkowo zaokrąglony szatą biegnącą od góry pod brodę kobiety. Dolne obramowanie, wykonane ze złotej nici, także zawiera trójkąty, a dopełnieniem figur geometrycznych są niewielkie prostokąty i kule perełek trójliniowego diademu. Trudno określić ile lat ma ta kobieta – nie ulega wątpliwości, że jest młoda i równie dobrze może mieć lat piętnaście jak i dwadzieścia. Jej twarz jest pełna życiowej mądrości i jakby potwierdza, że istota ta już urodziła dziecko lub gotowa jest do jego poczęcia. Nie jest to zatem dziewica, a raczej niewiasta, które już sporo o życiu wie i weszła na ściśle określone drogi w hierarchii społeczeństwa flamandzkiego piętnastego wieku. Średniowieczne kobiety szybciej dojrzewały, wychodziły za mąż i musiały przyjmować obowiązki matek i strażniczek domowego ogniska. Tutaj, choć mamy jeszcze niewątpliwie do czynienia z dziewczyną, odnajdujemy w jej postaci jakieś rodzinne usankcjonowanie, jakieś poczucie misji i świadomość sprawowanej funkcji. Subtelność twarzy konstruują tutaj leciutko ściągnięte, drobne usta, kształtny mały podbródek i marzycielskie oczy, w kolorze ciemnego piwa. Kobieta patrzy w lewą stronę, a choć dostrzec można nieznaczną niepewność, to wyraża ona też zrozumienie dla tej sytuacji i pozuje malarzowi z przekonaniem, że warta jest tego, by ją odwzorować na dębowej desce i zachować dla potomności. Tylko dwa elementy – dość wydatny nos i duże ucho – odstają nieco od wzorca klasycznego piękna, ale z drugiej strony przydają autentyczności portretowi. Artysta mógł z łatwością wyprofilować zgrubienia nosa i pomniejszyć ucho, ale przecież miało to być lustrzane odbicie, weryfikowane przez postronnych obserwatorów, uczniów jego warsztatu malarskiego i koneserów sztuki. Zdumiewająca jest ulotność tej postaci, która jakby tylko na chwilę znalazła się w kruchym ludzkim ciele, jakby przez sekundę dziejową zaistniała pośród ludzkości, a potem szybko, nieodwołalnie, pogrążyła się w śmierci. W czasach późnego średniowiecza ludzie umierali w bardzo młodym wieku, do czego przyczyniały się wielkie epidemie, szalejące choroby, przekazywane drogą płciową, a nade wszystko brak skutecznych leków. Ta delikatna kobieta dokumentuje, swoją lekkością i nieomal niematerialnością, podatność na choroby, śmiertelność w obliczu wyzwań zdrowotnych jej czasów. Równie dobrze mogłaby być czułą kochanką jak i ornamentem odwiecznego umierania, mogłaby leciutko dotykać piersi kochanka, jak i leżeć bez ruchu w trumnie. Wyraźne są tutaj nawiązania do sztuki portretowej Jana van Eycka i Rogiera van der Weydena (obecność pereł odbijających światło), ale też pojawia się na portrecie oryginalny wyraz niezależności artystycznej i własnej świadomości malarskiej. Kimkolwiek by nie była ta niewiasta – czy to Angielką czy Francuzką, albo Flamandką – postanie jednym z czytelnych emblematów młodości i kruchości ludzi żyjących w Europie w późnym średniowieczu.

Innym intrygującym i równie słynnym dziełem Petrusa Christusa, jest Portret kartuza z roku 1446. Artysta przedstawił na nim anonimowego mnicha z jednego z najbardziej rygorystycznych, męskich zakonów katolickich, założonego w 1084 roku przez św. Brunona z Kolonii. Jego reguła, zwana Consuetudines Cartusiae, została spisana przez Guigo, piątego przeora klasztoru La Grande Chartreuse, pod Grenoble we Francji. Obraz flamandzkiego twórcy, przedstawiający niezwykle uduchowionego mnicha, jest wyrazistym potwierdzeniem, że kartuzi bardzo dbali o wygląd zewnętrzny, byli znakomicie wykształceni, a większość czasu spędzali na modlitwach i studiowaniu świętych ksiąg. W czasie zadanych prac zajmowali się utrzymaniem siedziby, jak i przepisywaniem oraz tworzeniem wspaniale iluminowanych ksiąg. Ich naczelnym celem było duchowe zbliżenie się do Boga i wyzbycie się ziemskich nawyków, żądz i przyzwyczajeń. Wszelkie informacje o świecie zewnętrznym przekazywał im przeor, a poza mury udawali się tylko w sytuacjach losowych. Zakon przetrwał do naszych czasów i warto tu przypomnieć, że przez całe życie kartuzi wstrzymują się od jedzenia pokarmów mięsnych, a w każdy piątek i w wigilię uroczystych świąt poszczą o chlebie i wodzie. Mnisi żyją w osobnych eremach z ogrodem, połączonych krużgankami, spotykają się na modlitwach w kościele oraz na świątecznych rekreacjach. Maksymą kartuzów jest zdanie stat crux dum volvitur orbis – świat się zmienia, ale krzyż stale trwa. Kandydat na kartuza musiał mieć bardzo dobre zdrowie, bo ich plan dnia był niezwykle wyczerpujący – od budzenia się w środku nocy na modlitwę, poprzez czytanie w czasie jutrzni, uczestniczenie w mszach i nieszporach, prace manualne i zamykanie dnia około godziny dziewiętnastej. Biały habit kartuza składa się z tuniki przepasanej pasem z białej skóry oraz z długiego szkaplerza z kapturem (kukulli). Przód i tył są połączone ze sobą po bokach za pomocą dwóch pasów materiału, które stanowią znak ślubów zakonnych, a złożony szkaplerz ma kształt krzyża. Portret kartuza, pędzla flamandzkiego malarza znajduje się obecnie w Metropolitan Museum of Art i stale przyciąga rzesze widzów. Widać na nim jak wielkim mistrzem był flamandzki artysta i w jakim stopniu opanował trudną sztukę malarstwa olejnego na dębowym drewnie. Każdy element został tutaj w sposób szczególny dopracowany i doprawdy trudno byłoby wskazać miejsce, gdzie geniusz artysty coś przeoczył. Także i tu dominują trójkąty, począwszy od jasno oświetlonej twarzy, dwóch części wypielęgnowanej brody, widocznej części habitu, jak i układającego się z boku kaptura. W trójkąty wpisują się też usta, powieki, nos i ucho, a także cień po prawej stronie twarzy. Mamy tutaj do czynienia z mężczyzną w kwiecie wieku, wyraźnie świadomym swoich celów i życiowych powołań – zapewne przekroczył już czterdzieści lat, na co wskazują nieznaczne zmarszczki na czole, a także bujna broda, przypominająca misterne rozrosty tamaryszków. Jego rysy są silne, a wzrok rozumiejący i świadczący o wielkiej życiowej wiedzy – pozuje spokojnie, a zarazem widać, że nie jest to jego ulubione zajęcie. Jakby tylko na chwilę zatrzymał się w ciągu zakonnych zajęć, jakby wymuszono na nim ów bezruch i udawane zastygnięcie w jednej pozie. Jego piwne oczy są pełne światła, a charakterystycznie, prosto przycięte włosy podkreślają uczestnictwo mnicha w określonej strukturze zakonu kontemplacyjnego. Postać funkcjonuje w określonej głębi, co podkreśla czerwone światło w lewym górnym rogu, zbiegające się linie ścian, jak i tajemnicza mucha, na ramie, namalowanej jako integralna część obrazu. Interpretatorzy doszukiwali się w niej nawiązania do imienia księcia piekielnego Belzebuba (władcy much), wskazywali na powiązanie z grzechem i nieustającą obecnością zła przy bytach czystych i uduchowionych, ale równie dobrze artysta mógł wprowadzić ten element dla dodatkowego podkreślenia głębi przestrzennej.

Zatrzymajmy się jeszcze przy przedstawieniu młodego mężczyzny, ukończonym około 1460 roku i wykazującym wpływy malarstwa włoskiego. Widać wyraźnie, że młodzieniec ten należy do klasy ludzi zamożnych, a to za sprawą wykwintnego ubioru, pierścienia na wskazującym palcu prawej ręki, a nade wszystko pokaźnej sakwy, przytwierdzonej do pasa. Artysta chciał podkreślić jego bogobojność, bo ukazał go w chwili modlitwy, kiedy to trzyma w rękach brewiarz, a usta ma lekko rozchylone, jakby właśnie wypowiadał uświęcone słowa. Jaka to może być modlitwa wskazuje obraz wiszący na ścianie i przedstawiający twarz Jezusa, wzorowaną na licznych przedstawieniach jej odbicia, z chusty Weroniki. W czasach średniowiecza często modlono się do oblicza Syna Bożego, a pośredniczką czyniono właśnie świętą niewiastę, która podała chustę skatowanemu Jezusowi. Mężczyzna reprezentuje styl zamożnych osób, które robiły karierę w różnych stanach ówczesnego społeczeństwa – może zatem należeć do patrycjatu, może być szlachcicem, przygotowującym się do stanu duchowego młodzieńcem, albo nawet księciem. Ma elegancko przycięte włosy, wypielęgnowaną twarz, z wyrazistymi brwiami i przydającym mu wdzięku, dołkiem na brodzie. Widać też, że brakuje mu doświadczenia życiowego i dopiero sposobi się on do jakiejś wielkiej podróży lub przyjęcia ważnej funkcji. I tutaj łatwo wskażemy ciąg trójkątów, począwszy od wpisania weń twarzy, poprzez elementy ubioru, aż do otwartej księgi i frędzli wiszących pod nią. Elementy dekoracyjne i krajobrazowe w obu oknach są na tyle błahe, że nie przytłaczają przedstawienia mężczyzny – raczej delikatnie je eksponują. Niewątpliwie mamy tutaj do czynienia z kimś urodziwym i mogącym być dobrą partią dla dobrze urodzonej, zamożnej niewiasty, ale też owo nieznaczne zniewieścienie może być wskazówką, że jest to adorator, szukający doznań zmysłowych. Tak mógłby wyglądać przyszły członek gildii handlowej, rajca miejski, rycerz, ale też uwodziciel, polujący na wielki posag. Nie wiemy kim był, ale staranność portretowa malarza, pozwala wierzyć, że tak właśnie wyglądał, ubrany w szkarłaty i brązy, patrzący szeroko otwartymi oczyma przed siebie. Jego subtelność podkreśla znakomity dobór barw – brązów i szarości tła, dwóch błękitnych fragmentów nieba oraz zieleni i złota. Jak przystało na malarzy flamandzkich, w mistrzowski sposób zostały tutaj ukazane fałdy materii jego ubioru, a także kolor skóry twarzy i rąk. Proporcje głowy i dość krępa szyja wskazują, że mamy do czynienia z osobą średniego wzrostu, nieco niekształtną, szczególnie w kontekście drobnych, wymuskanych dłoni. Kimkolwiek jednak nie był ten młodzieniec, to za sprawą talentu Petrusa Christusa, na zawsze pozostał modelową postacią swoich czasów – unieśmiertelniony w określonym momencie życia, podążył ku swoim przeznaczeniom, a później – jak wszyscy żywi – umarł i pogrążył się w niepamięci, bez imienia i życiorysu. Strojny, uduchowiony i dumnie patrzący w dal na późnogotyckim obrazie, zatrzymany w określonym momencie średniowiecza i dziejów ludzkości, która była, jest i będzie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: